Rozbrajająca bezbronność

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli, dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili, wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło w łonie [Matki]. (Łk 2,16-21)

Kolejny Boży paradoks. Tak, jak za 30 lat Jezus wybierze sobie „straż przyboczną”, swoich pierwszych naśladowców w większości z grona prostych rybaków, prostaków, pospólstwa – tak samo wygląda to w obrazku powyżej, opisującym tych, którzy pierwszy, poza Maryją i Józefem, stali się spośród ludzi świadkami Narodzenia Jezusa: przypadkowi pasterze, opiekunowie owiec, nocujący po pastwiskach czy właśnie w grotach albo stajniach. Pierwsi świadkowie Maleńkiej Miłości.

Czytaj dalej →

Wzór rodzicielskiej odpowiedzialności czy mityczny sponsor na zdjęciu?

Nadrabiam zaległości z choroby – tutaj o tekście z minionej Niedzieli Świętej Rodziny: 

Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: Z Egiptu wezwałem Syna mego. A gdy Herod umarł, oto Józefowi w Egipcie ukazał się anioł Pański we śnie, i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i idź do ziemi Izraela, bo już umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia . On więc wstał, wziął Dziecię i Jego Matkę i wrócił do ziemi Izraela. Lecz gdy posłyszał, że w Judei panuje Archelaos w miejsce ojca swego, Heroda, bał się tam iść. Otrzymawszy zaś we śnie nakaz, udał się w strony Galilei. Przybył do miasta, zwanego Nazaret, i tam osiadł. Tak miało się spełnić słowo Proroków: Nazwany będzie Nazarejczykiem. (Mt 2,13-15.19-23)

Drugi raz (poprzednio – celowo na pewno – w ostatnią, 4. niedzielę Adwentu) na pierwszym planie widzimy – kogo? Prawie jak niemowę, dyskretnego – Józefa. Człowieka czynu, a nie słowa. Człowieka, który w świadomości swojej prostoty (cóż w tym złego?) rozumiał, że nic nie da uciekanie przed Bogiem i samotne szamotanie się z własnym życiem i jego problemami. Wiedział, że Bogu trzeba zaufać, i zaufać nie tylko chciał, ale i potrafił. Tu nie chodziło o wygodnictwo nawet czy kwestię rachunku – opłaca się czy nie – ale o ich życie: jego własne, żony i świeżo narodzonego Dziecka. 
Na pewno dziwnie musiał się czuć, gdy po wszystkich niesamowitych wydarzeniach tamtego dnia, zapadli w sen… i znowu ten Bóg. Na pewno nie mógł się uspokoić – nie dość, że Maryja urodziła ślicznego zdrowego chłopca, co samo w sobie stanowiło powód do wielkiej radości, to jeszcze nie wiadomo skąd zbiegli się ci pasterze, szukający narodzonego Mesjasza, a do tego przybyli za nimi jacyś trzej mędrcy i składali im przeróżne dary, rzeczy o materialnej wartości dla nich aż niewyobrażalnej. 
To był znak. To nie był przypadek. Bóg pokazał – nie jesteście tu i teraz przypadkowo, z powodu czyjegoś kaprysu czy zbiegu okoliczności. Nie ma nic takiego. Tak właśnie miało się stać – wszystko się wypełniło, zgodnie z proroctwami. Betlejem? Zgadza się. Znak na niebie? Jest. Dokładnie tak, jak miało być. Wszystko się zgadza. Co ciekawe – ten fragment bardzo fajnie obrazuje, jak krok po kroku wypełniały się słowa proroctw, które z punktu widzenia sytuacji Jezusa w momencie Jego narodzenia nie pasowały do tego, co o Mesjaszu wcześniej napisano. A jednak – uciekając z rodziną, wędrował dokładnie tak, że można było o Nim powiedzieć dokładnie to, co wieki wcześniej zapowiedzieli prorocy. Każdy krok, kolejne miejsce – było etapem w Jego stawaniu się tym, kim miał być, dorastaniem do publicznej działalności. 
Ale dla Józefa ta noc to nie koniec jego, ojca i głowy rodziny, roli. Otrzymał potwierdzenie, że Bóg nad nimi czuwa i ich prowadzi – i już czeka kolejne zadanie. Kolejne niebezpieczeństwa czyha na nich, więc to on musi zrobić wszystko, aby go uniknąć. Czeka ich tułaczka do Egiptu, a potem lata życia tam, w obcym miejscu, aby uniknąć powrotu w rodzinne strony. Nawet gdy dojdzie do nich informacja o śmierci Heroda – i tak nie będą mogli tam wrócić, i trafią do Nazaretu. Bóg-Człowiek już wtedy, jako niepozorne dziecko czy chłopiec, nieświadomy swojego pochodzenia i roli, był tak niewygodny, stanowił potencjalne zagrożenie, że cała rodzina musiała tułać się po świecie. 
Józef się nie sprzeciwiał. Wiedział, nie będąc ojcem Jezusa, że to on musi się opiekować zarówno Nim, jak i Maryją, i przed światem stawać się ojcem Jezusa. Wiedział, że od tego, co zrobi – albo gdy tego nie zrobi – zależy, co się z nimi stanie. Może nie rozumiał, i na pewno nie dożył, tego jak będzie wyglądała misja i działalność Jezusa. Ale rozumiał – musi za wszelką cenę strzec tego dziecka. On na pierwszym miejscu, nie ja. Wychowanie dziecka, praca, troska o dom i rodzinę – a nie praca i pozostawanie poza domem pod jej pretekstem całymi dniami, brak czasu dla małżonka i dzieci, spychanie wychowania na innych. 
Tak właśnie dzisiaj wielu postępuje – tak mężczyzn, jak i kobiet – ojcowie i matki. Trudno się dziwić, że takie, formalnie żyjące w rodzinach, dostatnich nawet domach, ale de facto pozostawione samemu sobie dzieci szukają wzorów w tv, internecie – i co widzą, to małpują, tym się sugerują. Skutki – widać prawie codziennie, opłakane. Brak wzorców, punktów odniesienia – to przestrzeń dla szukania ich przez dzieci, które najczęściej znajdują i zachwycają się tym, co najłatwiejsze, szpanerskie, modne i z pozoru fajne. Nikt nie myśli o tym, że w dłuższej perspektywie jest to złe, destrukcyjne, ogłupiające i bezproduktywne. Tak – dzieci mają prawo w pewnym wieku nie wiedzieć, co należy wybierać, bo są dziećmi, i od tego mają rodziców, aby sami ich wychowywali i wzięli za to odpowiedzialność. Co więcej – jeśli nie nauczy się ich, sami nie zrozumieją kryteriów i wartości, to bez nich nigdy nie będą potrafili właściwie wybierać i decydować – bo jak? Chyba tylko zgadując. 
Jest taka krótka i bardzo wymowna reklama. Do niektórych chyba nie dociera, jaką krzywdę robią swoim dzieciom rzekomym poświęcaniem wszystkiego dla ich dobrobytu i wychowania – a w praktyce po prostu nie mając dla nich ani trochę czasu. To niczego nie usprawiedliwia. Józef i Maryja nie mieli apartamentu z widokiem na morze czy dwupoziomowego mieszkania, samochodu, dobrze płatnych posad – ale czy przez to Jezus miał się źle, brakowało Mu czegoś? Bynajmniej. I na pewno był z nimi, w ich sytuacji i tułaczce, o wiele bardziej szczęśliwy, niż sporo dzieci, które z pozoru obsypywane wszystkim, co im się zamarzy, są po prostu niekochane, samotne i pozbawione dzieciństwa w którym rodzic jest kimś poza prawie mitycznym (bo tak rzadko widywanym) sponsorem, uśmiechającym się ze zdjęcia w ramce. 
Od ciebie – kieruję to do każdego rodzica i tego, kto ma się nim (jak ja) niebawem stać – zależy, kim będziesz dla dziecka. Czy wolisz być takim Józefem, który przede wszystkim jest obok, pokazuje, tłumaczy, kocha nie tylko z deklaracji, ale z czynów – czy skończyć jak facet z reklamy, zaatakowany w garażu czy gdziekolwiek indziej przez jakiegoś potworka z kreskówki, nad którą z powodu twojego braku czasu ślęczy twoja pociecha. Nie tylko Bóg, ale przede wszystkim samo dziecko nie rozliczy cię w przyszłości z tego, jakie miało zabawki, jak wielki pokój itp. – ale z tego, jaki ty dla niego byłeś, czy w ogóle przy nim byłeś. 
Jako uzupełnienie – jakby w świątecznym także klimacie, głównie dla panów, choć nie tylko – krótki tekst x Artura Stopki na temat właśnie odpowiedzialności rodzicielskiej. Jeśli macie takie myśli, to do bycia mamusiami/tatusiami nie dorośliście. 
Chyba dojrzewam do bycia tatą. Widzę to coraz mocniej… i chyba to czuć w tym, o czym i jak piszę. I bardzo mnie to cieszy 🙂

Chrześcijaństwo od świąt do świąt

Prześladuje mnie, dosłownie, od kilku dni ta piosenka. W sumie, słyszałem ją kiedyś live, ale że w wykonaniu niezbyt przypadającego mi do gustu boybandu kleryckiego, więc szybko o niej zapomniałem. W niedzielnych rozważaniach przypomniała je u siebie Afro, i jakoś się zasłuchałem… Piękna muzyka, piękny głos, piękny tekst. Piękno do sześcianu. Tekst o spotkaniu, jakie każdego z nas czeka z Bogiem u kresu naszych dni. Tylko o tym? Moim zdaniem – bardzo mocno o spotkaniu, tym bliższym, na które dzisiaj czekamy, które już za 3 dni. Spotkaniu z Nowonarodzonym. 
>>>
Pozwalam sobie pożyczyć od o. Sylwestra mocny, ale jak bardzo prawdziwy obrazek:
Pisałem co nieco o tym już w kontekście listopadowych obchodów uroczystości Wszystkich Świętych i wspomnienia wszystkich wiernych zmarłych. Czemu wtedy? Bo, co jest po prostu chore, już wtedy zaczyna się strojenie wystaw sklepowych, centrów handlowych, choinkami, bombkami, mikołajami, aniołkami, kilometrami lampek, anielskimi włosami, wieńcami i czym tam jeszcze się da. Chyba w tym roku zdarzyło mi się, że szedłem jakoś koło cmentarza, może 3 listopada, i już słyszałem w radiu… kolędy. 
Wszystko piękne, kolorowe, zachęcające, promocyjne, przecenowe… A gdzie w tym jest Jezus? Gdyby to pytanie zadać w tych dniach gdzieś w sklepie – pewnie padła by odpowiedź w stylu Kto? A, ten. Ale wigilia dopiero za kilka dni, teraz się trzeba przygotować. Spieszę się… Bóg się w tym nie mieści. Nic dziwnego, bo bynajmniej Mu na tym nie zależy. Takie święta to nie są święta narodzenia Jego Syna. Takie święta to afirmacja konsumpcjonizmu, lekkomyślności, zaspokajania zachcianek, pretekst do wydania góry pieniędzy (często więcej niż się ma – przecież po coś są kredyty świąteczne? a że potem człowiek pół roku spłaca to, co przejadł w 3 dni…). Tu nie chodzi o to, żeby było co na stół postawić – zawsze jest, raz więcej, raz mniej, jak to w życiu. Maria, Józef i Jezus nie mieli wiele – generalnie, nie mieli nic, ale nie wydaje mi się, żeby im czegoś w Betlejemskiej zagrodzie, stajni brakowało. Mieli siebie, cieszyli się z nowego życia, jakie Bóg im zesłał, i to się liczyło. Cieszyli się sobą. 
Czy gdziekolwiek, poza kościołami, szkołami katolickimi i może księgarniami katolickimi znajdzie się jakiś chrześcijański symbol? Szopka, Jezus, Maryja, Józef, gwiazda betlejemska? Ja nie widziałem. No tak – przecież nie o symbole chodzi, a o klimat. Tylko że według mnie ten klimat to nie spędzanie całego wolnego czasu na zakupach, pieczeniu, sprzątaniu i dekorowaniu domu. A to właśnie większość ludzi robi, temu poświęca się całkowicie przed wigilijnym wieczorem.
Święta Narodzenia Pana giną tak naprawdę w klimacie świąt. Jakich? Ku czci czego, kogo? Formalnie, przynajmniej w Polsce, nikt tego nie powie – żeby święta nazywać jakoś bardziej wszechstronnie, neutralnie, poprawnie. Żeby nie denerwować żydów, muzułmanów, ateistów i wielu innych, którym włos się na karku jeży na dźwięk słów takich jak Bóg, Jezus, Maryja, Narodzenie Pana. Zajmujemy się tym wszystkim, co powierzchowne, zewnętrzne, co jest opakowaniem – zapominając i porzucając w ogóle przygotowania tego, co najważniejsze. Nie domów, nie wnętrza firmy, szkoły, pracy – ale samego siebie. Swojego serca. Pięknie podsumowała to na swoim blogu s. Małgorzata Chmielewska, która napisała:
Potrzeba święta jest w człowieku bardzo głęboka. Zanika radość z samego życia jako życia, bezinteresowna radość z faktu istnienia. Zanika też śmiech i poczucie humoru. Zagoniony człowiek nie zauważa już nic dobrego i radosnego wokół siebie.
Jak się przygotować? Bardzo prosto. Nie potrzeba na to środków – ale trochę zaparcia, wyrzeczenia. Wstać dla niektórych w środku nocy, zerwać się z łóżka i pójść na roraty. Wziąć udział w rekolekcjach adwentowych, o ile w okolicznym kościele się odbywają (niestety, jest to widok coraz rzadszy). Spróbować np. w tygodniu pojawić się w kościele. Sam z siebie, nie dlatego że trzeba, wypada. Ani jedno, ani drugie – dla siebie. Żeby być bliżej Boga. Żeby w tym magicznym czasie zbliżyć się do Niego, i wpaść w ten rytm prawdziwych przygotowań, tych które mają sens – zasłuchać się w Jego głos, w głos Kościoła, który wzywa do nawrócenia, który barwnie opisuje czas, który poprzedził narodzenie Zbawiciela. Do tego nie trzeba kasy, nie trzeba biegania po sklepach. Ale potrzeba dobrej woli – niczyjej innej, tylko właśnie mojej. 
Po co? Żeby te święta były prawdziwe, a nie infantylne i byle jakie. Żeby przygotowanie do nich odbyło się w ciszy i zadumie, żeby do szopki zbliżać się jako osoba przepełniona tą prawdziwą radością, a nie tylko – jak co roku – obżarty prawie do nieprzytomności, z rękami pełnymi prezentów, obwieszony lampkami, z czapką gwiazdorka na głowie. Żeby do tej szopki się spieszyć z potrzeby serca – a nie, żeby jak najszybciej do niej się dopchać, i jak najszybciej wrócić do przerwanego jedzenia i kolejny raz zadumać się nad Kevinem samym w domu w telewizorze. Żeby być po prostu wdzięcznym Maleńkiej Miłości, która nieśmiało uśmiecha się i wyciąga ręce, jakby dosłownie chciała być przyjęta, wzięta nie tylko na ręce, ale i do serca każdego człowieka. O ile ten człowiek zechce podejść, poświęcić czas, przyjść i prawdziwie się Nim uradować. 
Może ktoś się obruszy – ale to napiszę. Jeśli masz iść do kościoła na pasterkę czy w Boże Narodzenie tylko po to, żeby poczuć magię świąt, przejść się w środku nocy w tłumie ludzi, którzy też tam idą (być może nie wiedząc za bardzo, po co i dla kogo) – to daj sobie spokój. To nic nie da. To nic nie zmieni. Zmienić możesz się tylko Ty sam, odmienić może Cię Bóg, ale Ty musisz najpierw za tym zatęsknić, zapragnąć tego. Samo nic się nie zrobi. Nowonarodzony Bóg nic od człowieka nie chce – poza autentyzmem. Jeśli przychodzisz – to dlatego, że chcesz, że czujesz prawdziwą potrzebę. Tak, może okaże się, że przełom w Tobie nastąpi właśnie nad żłóbkiem – nawet gdy nie jesteś przygotowany, gdy zmarnowałeś ten i wiele innych Adwentów… Wtedy dziękuj Bogu za taką łaskę. A jeśli nic się nie wydarzy spektakularnego – nie dziw się. Bóg zaprasza nie od wczoraj i nie od dziś – czego oczekujesz, skoro konsekwentnie olewasz to zaproszenie? Samo nic się nie zrobi. Człowiek musi coś z siebie dać, choćby minimum. 
Jezus, Mesjasz Pan, narodzony w Betlejem, położony w żłobie, jest niewinny i delikatny. Może to dlatego tak łatwo przychodzi się wszystkim zachwycać nad nim? Iluż podobnych te 33 lata później stanie w Jerozolimie i wywrzaskiwać będzie Na krzyż!? Dlaczego? W świątecznym czasie wszyscy zachwycają się Jezuskiem i żłóbkiem – to ja nie będę gorszy. W Jerozolimie podczas Paschy – dokładnie na tej samej zasadzie. Logika , mentalność tłumu. Przychodzimy do żłóbka i się rozczulamy, jaki to Jezusek piękny… Tak, nic złego, gdy tak zachowują się dzieci – zachwycają się Bozią. Ale nie zrozumiem nigdy, co mają w głowach dorośli, którzy sami między sobą dyskutują w tym tonie. Jest to bardzo przykre, jeśli w przypadku człowieka 30-letniego lub starszego relacja z Bogiem zatrzymała się na poziomie ja i Bozia. Dzieciom pewne rzeczy trzeba upraszczać, aby je zrozumiały – ale dorastamy, dojrzewamy, i także nasza więź z Bogiem winna dojrzeć. Stary koń mówiący o Bozi… to po prostu duchowe kalectwo. Jak mówić o przygotowaniu do świąt, jeśli ktoś najwyraźniej w ogóle nie rozumie, co te święta znaczą, co świętuje? 
Tak, to gorzkie słowa – bo prawda nie jest zawsze piękna, gładka i pasująca wszystkim. Ale lepiej jest uświadomić sobie to dzisiaj, niż po świętach. Zostały jeszcze 3 dni do Wigilii. Jeśli nie wyszło z tym, aby Adwent jakoś lepiej przeżyć – to postaraj się wykorzystać choćby te 3 dni. Zrób sobie takie małe triduum przed przyjściem Pana. Posprzątałeś już pewnie biuro, dom, odśnieżyłeś ogród, samochód, wszystko co się dało. Poświęć to minimum na posprzątanie samego siebie. Żeby przychodzący Jezus mógł przyjść także do ciebie – wyczekiwany, wytęskniony, ukochany, a nie tylko jako nic nie znacząca, jedna z wielu ozdób, element klimatu świąt. 
>>>
Wyczytane na FB u koleżanki, ale bardzo optymistyczne. To właśnie są święta. Pisownia oryginalna.

chyba nastrój świąteczny mi się udzielił i w ramach tego pogodziłam się z koleżanką z pracy, nie wiem czy spowodowała to wigilia i nasz kapelan czy po prostu miałam dość, może okazałam troszkę pokory, może jestem mądrzejsza? nie wiem tego… jednego jestem jednak pewna: jest mi lepiej!!! i na tym chyba polegają te święta, o czym większość zapomina i udaje.

>>>

Taki obrazek z niedzieli. Poszliśmy na mszę – też fajno, grał zespół… w składzie naszych fotografów ślubnych, fajne małżeństwo takie. Z dwójką swoich maluchów – starsza córka z atrapą mikrofonu, śpiewała też, a co. W trakcie już mszy dobiegli ich przyjaciele, mąż – basista, i żona (w widocznej ciąży)- śpiewała, z malutkim synkiem, który dziarsko dreptał po kościele. Ale nie o nich chodzi. Pod koniec mszy, po ogłoszeniach, podeszła do prezbiterium mocno stremowana, co było widać, siostra zakonna. Okazało się, że przyszła prosić o pomoc dla zgromadzenia swojego – klarysek. Pomyślałem – przecież to zakon klauzurowy, co ona tu robi?

Okazało się, że ich sytuacja materialna jest na tle zła, że uzyskały dyspensę od biskupa, i siostry kwestują, zbierają po parafiach na najbardziej podstawowe potrzeby – jedzenie, opłaty za ogrzewanie, naprawę dachu. Wiosną i latem żyją z tego, co rodzi ziemia w ich ogródku – zimą nie ma jak. Widać było, że siostrzyczka była zestresowana, gdy stała przed całym kościołem. Nic nie powiedziała sama – miała plik karteczek, z których łamiącym się głosem odczytywała tekst i prosiła o pomoc, składając też życzenia. Musiało to być dla niej bardzo trudne – w końcu ich charyzmat to nie praca z ludźmi – zakrystia, szkoły – a modlitwa przed Najświętszym Sakramentem w murach klasztoru, praca w ogrodzie i wyszywanie strojów liturgicznych.

>>>

Zupełnie przypadkiem – wyświetla się to przy logowaniu na Bloggerze – doliczyłem się, że piszę niniejszym 100 tekst na tym blogu. Niezły wynik, jak na twórczość z niespełna 7 miesięcy. Ale przecież nie o ilość tu chodzi.

To, czego ja chcę – a to, co daje Bóg. Konfrontacja i punkt odniesienia

Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Jezus im odpowiedział: Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. (Mt 11,2-11)

Bardzo ciekawa sytuacja, nie sądzisz? Pokazuje, że Jan Chrzciciel jest człowiekiem, jak każdy inny, i ma wątpliwości. Widział i chciał bardzo dostrzec to, co Bóg mówił do ludzi – w tym do niego – przez tego niesamowitego człowieka, za którym coraz więcej ludzi szło, który uzdrawiał, czynił cuda, i tak pięknie, choć wymagająco, nauczał o Bogu zupełnie inaczej niż inni, akcentując miłość i miłosierdzie jako przymioty Stwórcy, ale też to, co powinno cechować ludzi w relacjach między nimi samymi.  
Jan co do jednego był pewny – i słusznie. Jego misja nie służyła samej sobie. Sam o sobie mówił głos wołającego na pustyni. Nie on był istotny – ale to, jak wszystkich miał przygotować na przyjście Tego, który miał nadejść po nim samym. Teraz, gdy grunt umykał mu spod nóg, gdy trafił do więzienia i słusznie spodziewał się tego, co miało niebawem nastąpić (jego śmierć), wiedział, że jest odpowiedzialny za tych, którzy za nim poszli. Odkrył jakby karty – zapytał tego, którego dotyczyły jego wątpliwości: czy ty jesteś Tym, którego wyczekujemy? Być może obawiał się nieco, co zrobią idący za nim ludzie, gdyby jego zabrakło – w końcu był w pewnym momencie sam bardziej znany i rozpoznawalny niż Jezus, a do tego, gdy wszyscy dowiedzieli się, że jego – Jana – zamknięto w więzieniu, to zakładając, że Jezus jest Mesjaszem, jak wyjaśnić brak Jego reakcji na uwięzienie przecież Jego proroka (nie mówiąc, że krewnego)? Musiał się dowiedzieć, aby jednoznacznie wskazać drogę tym, którzy szli za nim. 
No właśnie. Czemu Jezus nic nie zrobił? W końcu, po ludzku rzecz biorąc, tak właśnie powinien postąpić – conajmniej upomnieć się o niesprawiedliwie uwięzionego, a w opinii osób bardziej radykalnych – doprowadzić może i do powstania? Bardzo by to pasowało do idei Mesjasza – wyzwoliciela dosłownie narodu żydowskiego, który rozpocząłby i doprowadził skutecznie do końca walkę o niepodległość Izraela. Nie, Jan w żadnym wypadku nie był Zbawicielowi obojętny – stąd słowa Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Ale już w następnych słowach wskazuje – największy z ludzi jest karzełkiem w porównaniu z najmniejszym zbawionym. Rolą Jana w Bożych planach było, niestety, dać się zabić – jako świadectwo tego, co może czekać na tych, którzy pójdą za Mesjaszem. Niewdzięczna rola – ale przyjął ją z godnością i wiarą, wiedząc, Komu zaufał. Władza ziemska mogła go tylko skrócić o głowę, odebrać ziemskie życie – on miał obiecane o wiele więcej. 
Bo Jezus dąży w pewnym sensie do konfrontacji – tego, co my sobie o Nim wyobrażamy, z tym jaki On jest naprawdę. Stajemy przed Bogiem, modlimy się, prosimy i dziękujemy – ale to wszystko w ramach jakiegoś swojego wyobrażenia osoby Boga. Co Jezus odpowiedział uczniom Jana? Piłatowi w Wielki Piątek na pytanie czy Ty jesteś Mesjaszem? odpowie tak, Ja nim jestem. Dzisiaj jednak nie mówi o sobie – tak, to ja. Wskazuje na swoje czyny, na przejawy łaski Bożej przez Niego działającej – pozostawiając posłańcom, samemu Janowi i każdemu innemu samodzielne wyciągnięcie wniosku. Czy zwykły człowiek tyle może uczynić? To pięknie pokazuje – droga wiary, czy to będąc na jej początku, czy krocząc nią wiele lat, zawsze może zaprowadzić do wątpliwości, kryzysu, depresji. Tak się zdarza, takie bywają okoliczności – Jan zresztą miał pretekst, jego przyszłość nie rysowała się zbyt kolorowo. Ale nie załamał się – zwrócił się do źródła, bezpośrednio, zapytał Boga nawet o Niego samego. W trudnej, dramatycznej wręcz okoliczności dalej szukał, pytał, zastanawiał się. I uzyskał odpowiedź, która nadała sens temu wszystkiemu, co go dotknęło, i co miało go niebawem spotkać. 
Mamy prawo do własnych wyobrażeń, wizji, odbioru spraw i sytuacji. One w pewnym sensie są częściami składowymi naszej indywidualności, tego kim jesteśmy, wyjątkowości tak bardzo w nas ukochanej przez Boga. Ten tekst dzisiaj znowu pokazuje – Bóg nie traktuje nas jak bezmyślnej masy, nie zwracając uwagi na nasze potrzeby. Pyta przez swojego Syna wprost – Coście wyszli oglądać na pustyni? Coście wyszli zobaczyć? Słowa o trzcinie nawiązują do proroctwa Izajasza, że obiecany Mesjasz, gdy nadejdzie, nie złamie trzciny nadłamanej (Iz 42, 3). Trzcina, jak sobie rosła przed Jego przyjściem, tak samo będzie rosła i kołysała się na wietrze, gdy On przyjdzie. Ludzie w miękkich szatach? Symbol dobrobytu, przepychu, nawet zbytku – ale Mesjasz nie musi być i nie będzie władcą w ludzkim rozumieniu, żyjącym w pałacu, opływającym w bogactwo i ubierającym się w takie miękkie szaty. Nie takie jest Jego królestwo i królowanie. 
Te słowa, które Jezus wypowiedział, stanowią jakby kontynuację Jego odpowiedzi na pytanie, podane przez uczniów Jana (którzy już wówczas odeszli, jak podał ewangelista), przez samego Jana – czy On jest Mesjaszem? Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Proste jak drut. Jan (co sam Jan wiedział) miał wskazać ludziom Zbawiciela, i z pomocą i pod natchnieniem Ducha Świętego wskazał nad Jordanem Jezusa. Owszem, zwątpił chwilowo, w tych okolicznościach – ale swojego wskazania nigdy nie odwołał. A teraz – Ten, na którego wskazał, sam potwierdza trafność słów Jana. Spójność, konsekwencja. 
Możemy – porządni, spełniający uczynki miłosierdzia, modlący się, wspierający potrzebujących, uczciwi – znaleźć się także sami w momencie podobnym do tego, w jakim wtedy był Jan. I nie ma znaczenia, czy – jak dla Jana – będzie to koniec. Ważne jest to, czy nasza wiara wytrzyma taką noc duszy. Bóg nie ogranicza albo nie odbiera nam prawa do wątpliwości – ale pragnie, abyśmy przez takie próby przeszli zwycięsko. Aby błogosławieństwo obiecane tym, którzy nie zwątpili, mogło się stać także naszym udziałem. Trzeba w takich momentach zwrócić się do źródła, szukać odpowiedzi nie u szarlatanów i naciągaczy – ale Jednego, który zna odpowiedź na każde pytanie. Zawsze wracać do Boga, do modlitwy, do Kościoła. 
Teraz, w Adwencie, oczekujemy narodzenia Pana, przyjścia Zbawiciela. Warto czasami zadać samemu sobie pytanie i spróbować odpowiedzieć na to pytanie, które stawia sam Bóg. Czego szukasz? Czego potrzebujesz? Czego ci brakuje? I udzieliwszy odpowiedzi – zestawić to z tym, co proponuje Bóg, co On wskazuje jako to, co ważne, istotne, wartościowe, potrzebne. Aż wreszcie – nie wahać się odrzucić tego, co z Bożą hierarchią wartości stoi w sprzeczności. Dopiero wtedy można mówić o zwycięstwie, prawdziwej gaudete – radości – jaką przedstawia nam dzisiaj Kościół.
W tym kontekście warto zadać sobie samemu pytanie – czego szukasz w Kościele? Czym Kościół jest dla ciebie, czym powinien być? I co robisz, aby Kościół choć trochę zaczął przypominać ten twój, wymarzony? Jako mała pomoc – można poczytać, o jakim Kościele marzą pewne osoby publiczne. Te myśli napawają optymizmem. 
W tym kontekście – ciekawy motyw z dzisiejszego, rekolekcyjnego kazania. Przychodzi człowiek do osoby mocno uduchowionej, i zwierza się z problemu – trudności ze skupieniem podczas modlitwie; stara się modlić – a myśli uciekają do studiów, pracy, sympatii… Usłyszał odpowiedź od owego duchownego: Ja, jak stoję, to stoję; jak idę, to idę; jak biegnę – to biegnę. Ty – jak stoisz, to już idziesz; jak idziesz, to już biegniesz. Wniosek? Za bardzo się spieszymy – będąc tu, myślami wybiegamy już tam, do przodu – w efekcie to tu jest niedbałe, rozproszone. Czy chodzi o modlitwę, czy chodzi o cokolwiek innego – problem ze skupieniem zawsze jest problemem. A na wszystko trzeba umieć znaleźć i wygospodarować czas i przestrzeń. Owszem, podzielność uwagi to podobno zaleta – ale pewnych czynności efektywnie połączyć się nie da. 
>>>
Wczoraj zmarł najwybitniejszy polski specjalista z zakresu prawa kanonicznego – x infułat prof. Remigiusz Sobański. 80 lat to piękny wiek, a jego życie było z pewnością spełnione, pozostawił po sobie wielki dorobek myśli prawniczej. A jeszcze niedawno publikował co tydzień felietony w GN…
Jedynie o 5 lat przeżył go p. Edward – żaden profesor, infułat, prosty świecki człowiek, który od zawsze (do momentu pojawienia się nowego ordynariusza, dla którego był za stary…) był zakrystianinem w mojej rodzinnej parafii, który odszedł także w kończącym się tygodniu. Nigdy się nie skarżył, dla każdego miał dobre słowo, zawsze onieśmielony gdy mu się bezinteresownie pomogło. Od zawsze posługujący w parafii za darmo – a przez wiele lat był jedynym kościelnym. Naprawdę Boży człowiek. Chciałbym, żeby kiedyś ktoś o mnie pomyślał choć trochę tak dobrze, jak dobrze ja mogę pomyśleć dzisiaj o nim.

>>>

Adwentowo – o tym, gdzie teraz się znajdujesz, gdzie tak naprawdę oczekujesz na Pana – w wieczerniku, czy może w knajpie? Rozważają x Artur Stopka i Afro

Wszystko, co robisz, to czas twojego nawiedzenia i kilka myśli o Kościele dzisiaj

Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia. (Łk 19,41-44)

Kontynuacja tego, o czym Jezus mówił w ewangelii, której fragmentowi poświęciłem drugi wpisy wstecz. Jezus mówi co prawda o Jerozolimie, co może być rozumiane jako miasto, ale odnosi się oczywiście nie tyle do budowli i miejsca, co do ludzi, którzy się z nim utożsamiają. Tak, do Narodu Wybranego, który zlekceważył i nie uznał Jego, Syna Bożego, który przyszedł na świat.

W komentarzu na jednym z blogów napisałem, że z tym czasem nawiedzenia to jest tak jak z Zacheuszem (ten, co na drzewo wlazł, żeby Jezusa ujrzeć, i pod wpływem Jego wizyty nawrócił się) czy Bartymeuszem (który został uzdrowiony). Oni ten czas nawiedzenia rozpoznali. Czym on dla nich był? Tym wyjątkowym momentem, w którym Jezus w swojej ludzkiej postaci dosłownie przechodził przez ich życie – miasto, wieś. Namacalnie, fizycznie. Wykorzystali okazję, i odpowiedzieli na zaproszenie Boga, kierowane do każdego człowieka. Nic nadzwyczajnego – tak, do każdego, czy sobie z tego zdaje sprawę, czy nie. I dlatego oczywiście Bóg odpowiedział na ich prośby i tęsknoty odzwierciedlone nie tylko zachowaniem i słowami, ale także myślami serca.

Uciec nam może przez palce nie tylko okazja na spotkanie, a właściwie zaproszenie Boga do swojego życia (spotykamy Go przecież co rusz, obok, w drugim człowieku) – ale także okazja względem drugiego człowieka. Tak, każde złorzeczenie, oszczerstwo, nieuzasadniony wybuch gniewu, nieopanowane emocje, zranienie nie tylko dosłownie, co choćby werbalnie – to właśnie nic innego jak oddawanie pola Złemu. Świadomie czy nie – jesteśmy ludźmi wolnymi, mamy swój rozum i powinniśmy umieć się kontrolować. Wiem coś o tym, mam z wybuchami gniewu sam sporo kłopotów… To żadne usprawiedliwienie.  

Każde nasze działanie na tym świecie to czas nawiedzenia. Od nas zależy czy go rozpoznamy i wykorzystamy – czy też nie zauważymy, albo wręcz celowo zmarnujemy. Warto o tym pamiętać – choćby po to, aby zdążyć się opamiętać w ostatnich momentach życia.

This is your time
This is your dance
Live every moment
Leave nothing to chance
Swim in the sea
Drink of the deep
And fall on the mercy
And hear yourself praying
Won’t you save me

>>>

W tym kontekście na ciekawą rzecz zwraca uwagę Jan Turnau, a mianowicie porównuje Kościół do twierdzy, jaka pojawia się dzisiaj w ewangelii. Porównanie słuszne? Nie wiem. I dalej, sugeruje, iż Kościół powinien przemyśleć swoją dzisiejszą postawę w kontekście (braku) otwartości, postawy defensywnej jaką teraz prezentuje. Cóż, trudno się dziwić – skoro prawie wszędzie, włącznie z rzekomo tak chrześcijańską (chyba tylko z historii…) Europą, wiara w Boga chrześcijańskiego jest w najlepszym razie uważana za przejaw infantylizmu, zacofania, prostactwa i zabobonu, a poza Europą (vide Bliski Wschód) samo przyznanie się do Jezusa skutkuje często szykanami, utratą pracy, zagrożeniem zdrowia i życia wprost. Tak, w sensie doktryny konserwatyzm jest konieczny.

Ale chodzi autorowi, jak mniemam, bardziej o postawę Kościoła na zewnątrz, wobec innych. I tu – zgoda. Piękne przykłady dał nam sługa Boży Jan Paweł II – pielgrzymowanie po całym świecie, spotkanie w Asyżu w 1986, dni modlitw o jedność chrześcijan, dialog z judaizmem. To spore dziedzictwo i czytelny znak, w jakim kierunku Kościół powinien dążyć. Tak – Kościół w dzisiejszym świecie zmniejsza się ilościowo, i można mieć nadzieję, iż przejdzie to w jakość członków, że się tak wyrażę – w ich większą świadomość tego, kim są, w co wierzą, w dojrzałość wiary. Ale Kościół właśnie dzisiaj musi podkreślać, że jest otwarty dla każdego i Jego rolą nie jest tylko strzeżenie depozytu wiary w postawie obronnej, jakby w takiej twierdzy właśnie.  

Kościół musi prowadzić dialog ze światem, starać się sprostać nowym wyzwaniom – a nie przed światem i tym, co nowe, uciekać do zakrystii. Musi być także gotowy, o zachodzi potrzeba, do rozmowy, wewnętrznej dyskusji o Nim samym (w zakresie, oczywiście, tego co nie podważa prawd wiary). Bo, niestety, dzisiaj czasami wygląda to tak, jakby Kościół po okresie otwartości – Sobór Watykański II, pontyfikat Jana Pawła II – przestraszył się… i nie bardzo wiedział, co dalej. Czy to słuszne? Według mnie – nie. Różne sytuacje – w Kościele za granicą, w Polsce – pokazują, jak krańcowo różne są poglądy czy to księży czy biskupów, co doprowadza niekiedy do zupełnie sprzecznych ze sobą działań czy oceny pewnych zachowań.

Tak, do dobrego kierowania Kościołem konieczna jest, poza znajomością teologii, znajomość problemów tak Kościoła, jak i świata i współczesnego człowieka. Tak, do głosu w tym zakresie – tak w parafiach, diecezjach ale i w Watykanie powinni być dopuszczani świeccy – duchowni nie mają w tym zakresie żadnego monopolu (poza tym, że tak się przyjęło), i bardzo często w wielu kwestiach świeccy po prostu pewne problemy rozumieją i znają lepiej, są lepszymi specjalistami w danej dziedzinie. Brakuje tego dzisiaj – księża i biskupi często tego nie rozumieją, i stąd brak wypowiedzi, gdzie pojawić się powinny (albo wypowiedzi niekiedy conajmniej niejednoznaczne, żeby nie powiedzieć, że wprost ze sobą sprzeczne). Rolą Kościoła nie jest bierna defensywa – ale musi starać się świat zrozumieć i odpowiadać na jego potrzeby, potrzeby ludzi, którzy w nim żyją. Mam wrażenie, że niektórzy duchowni naprawdę żyją w oderwaniu od rzeczywistości – bo z tego, co mówią i czym się zajmują, widać że po prostu nie wiedzą, jakie są problemy ludzi.   

Heh, znów pan Jan – do którego myśli chciałem się odnieść – sprowokował dość długi tekst, kolejną dygresję 🙂

>>>

Tak wczoraj usiadłem i poprawiłem linki. W sumie, nie wiem, co mi na początku przyświecało i co miałem na myśli, gdy w linkach blogów nazwy i tytuły zrobiłem małymi literami. Od wczoraj – są dużymi.

>>>

Kolejny przykład świętości, wzięcia na serio powołania do poszanowania przez matkę życia  dziecka nawet za cenę swojego? Piękne naśladownictwo choćby bł. Joanny Beretty Molli. Kolejna święta – czy ją beatyfikują, czy nie. Oczywiście, w żadnym większym serwisie nie było o tym słowa. Bo i po co.

>>>

Wyczytane dzisiaj u x Andrzeja Przybylskiego – niby nie w temacie, ale piękne uzasadnienie nie czczenia (bo to złe słowo) ale modlitwy (nie do) przy relikwiach tych, w których świętość wierzymy:

Kiedy mówiłem z zachwytem jakiemuś znajomemu studentowi, że będzie u nas serce św. Jana Marii Vianney’a – ten stuknął się w głowę i stwierdził ze zdziwieniem: “Czy wy, w tym Kościele, nie przesadzacie!? Dosyć, że człowiek męczył się za życia to jeszcze po śmierci dzielicie go na części i wozicie po świecie?” Trochę się nad tym zastanawiałem, ale w najmniejszym stopniu nie zachwiało to mojej wiary w sens oddawania czci relikwiom świętych. Przecież cała świętość Proboszcza z Ars właśnie na tym polegała, żeby umierać dla Boga nie tylko na jakiś duchowy sposób, ale konkretnie, materialnie i cieleśnie. Tak jak oddał swoje ciało do dyspozycji Panu Bogu za życia, tak pozwolił nim dysponować również po śmierci. Pielgrzymka relikwii ciała świętych ma nam przypomnieć, że nie ma świętości czysto duchowej. Skoro jesteśmy jednością duszy i ciała to nie ma świętości bez daru ze swojego ciała, bez oddania Bogu swojego ciała. Mocno to zrozumiałem patrząc na relikwie św. Jana Marii Vianney’a. Przypomniałem sobie zegar z plebanii w Ars, który pokazywał codzienny rozkład zajęć Proboszcza. Kilkanaście godzin spowiadania, kilka godzin modlitwy, czasem tylko trzy godziny snu. Przecież to świętość, która polegała na umieraniu ciała z miłości do Boga. Mamy czasem tak mocno uduchowioną wizję świętości, że zapominamy, że jej nigdy nie osiągniemy jeśli nasze ciało nie będzie nas wpierać na tej drodze. I oto przez trzy dni byłem blisko tego świętego ciała, i to samego serca oddanego całkowicie Bogu. “Gdybyśmy zrozumieli czym jest kapłaństwo, umarlibyśmy – mówił Jan Maria Vianney – ale nie ze strachu lecz z miłości. Kapłaństwo to miłość serca Jezusowego”. Kochać Jezusowe serce to umieć umierać dla Jezusa, ale nie ze strachu lecz z miłości! 

>>>

Zmierzając ku końcowi tego znowu długiego wpisu (coś pisałem ostatnio, że postaram się krócej? łatwo mówić, jak weny brak…), ostatnia kwestia.

W niedzielę w Polsce wybierać będziemy samorządowców – wójtów/burmistrzów/prezydentów miast, radnych, sejmiki. Poniższy spot kampanii Masz głos, masz wybór jest bardzo trafny. Raz, że prosty. Dwa, że jest obrazkowy dla rosnącej, co widać po drogach, ilości kierowców – trafia do wyobraźni.

Od tego, jak zagłosujemy, nie tylko zależy stan dróg w okolicy. Zależy wiele innych rzeczy. W końcu – nie chodzi o jakiegoś posła gdzieś tam w stolicy, tylko o tych, którzy będą decydowali o bardzo wielu kwestiach bezpośrednio dotykających tylko i wyłącznie mnie, rodziny, sąsiadów, mieszkańców wsi, miasta, województwa. Frekwencja pokazuje – problem jest nie tyle nawet z jakością głosowania, co z ilością. Mało komu się chce wybrać i poświęcić jakieś aż 10 minut na zagłosowanie. Za to do krytykowania – wszyscy, sami specjaliści, politologowie wszystkowiedzący o tym, kto jak i dlaczego nas okrada…

  1. Idź na wybory. Nie jest to wielka sztuka – a jest to prawo, o które wielu walczyło, i którego realizacja powinna i ma być przywilejem, a nie przykrym obowiązkiem. 
  2. Poświęć trochę czasu – gazety, serwisy www – i zastanów się, na kogo zagłosować. Może masz problem tylko z osobą – wiesz, jaką opcję polityczną chcesz poprzeć – a może w ogóle nie masz pomysłu? To usiądź i przygotuj się – kogo reprezentują kandydaci, co w życiu robili (jeśli już zajmowali stanowiska w samorządzie, urzędach czy parlamencie – co wtedy zrobili, co sobą prezentowali, czy zrobili coś poza gadaniem?), co obiecują (choć i tak dzielić to należy na pół). Niech ten głos nie będzie bezsensownym skreśleniem pierwszej z brzegu osoby.
Sam – powiem szczerze. Mam dylemat. Najbliżej mi chyba do wyrażenia obywatelskiego sprzeciwu przez np. oddanie głosu błędnego (np. skreślenie 2 nazwisk). Żeby pokazać, że nie odpowiada mi ani forma tego, co się dzisiaj w polityce na szczeblu czy regionalnym, czy krajowym dzieje. I żeby dać do zrozumienia, że nie widzę nikogo, kogo miałbym w pełni z przekonaniem poprzeć w tym głosowaniu (czyli – jak na kogoś zagłosuję, to na zasadzie, nieuznawanej przeze mnie samego, zasadzie mniejszego zła). Choć i tak pewnie nikt się tym nie przejmie – a już na pewno ci, którzy po wyborach dostaną się na stanowiska.

Dwa wiosła – na jednym daleko nie dopłyniesz

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła. A Pan jej odpowiedział: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona. (Łk 10,38-42)

Niedawno było o tym, a wczoraj w kościele na mszy rano usłyszałem te słowa znowu.

I tak mi się to z benedyktyńskim ora et labora skojarzyło. Jak ktoś nie zna – modlitwa i praca, to znaczy. Mądre i proste słowa Benedykta, świętego z ciemnego i prostego średniowiecza – do dzisiaj bardzo aktualne. Na marginesie – wspólnota zakonna niesamowita, przetrwała właściwie tak, jak została założona; żadnych tarć i podziałów wewnątrz właściwie (jak np. u franciszkanów). Wracają do meritum – jedno bez drugiego specjalnie sensu nie ma. Praca sama w sobie szczęścia nie daje, a modlitwa może być  jedyną treścią życia chyba tylko w przypadku osób w zgromadzeniach klauzurowych – w pozostałych, nawet duchowni, w jakieś tam formie pracują (szkoła, parafia, najprostszy nawet braciszek zakonny jest furtianem, zakrystianinem czy w ogródku albo infirmerii pracuje). 
Kiedyś czytałem taką krótką historyjkę. Dwójka ludzi wybiera się popływać łodzią. W łodzi – 2 wiosła, jedno z napisem modlitwa, drugie z napisem praca. Jeden wziął jedno wiosło, drugi drugie. Za każdym razem, gdy wiosłował tylko jeden – nic się nie działo, a konkretnie łódka się kręciła w miejscu. Dopiero, gdy zaczynali działać razem, gdy modlitwa i praca współdziałały jednocześnie, wtedy łódka zaczynała płynąć w żądanym przez nich kierunku. 
W życiu jest czas tak na modlitwę, jak i na pracę. Nie jest sztuką wpadać w modlitewny szał i spędzać nawet i tydzień na ciągłej modlitwie, po czym olewać Boga przez resztę roku. I odwrotnie – lenić się, nawet pod pretekstem modlitwy, większość czasu, i pracować krótko w jakimś zrywie. Wytrwałość, systematyczność, konsekwencja. Są trudne – na pewno – ale tego wymaga tak Bóg w modlitwie, jak i każdy pracodawca w pracy właśnie. Pod tym względem sfera modlitwy z życiem codziennym są spójne bardzo – co pokazuje, że oczekiwanie takiej a nie innej stabilności, czy to w pracy, czy w modlitwie, jest jak najbardziej słuszne i uzasadnione. 
Marta nie do końca rozeznała – co należy kiedy zrobić. Na przygotowania czas był wcześniej, i w tych przygotowaniach z pewnością Maria jej pomagała. Ale to Maria właśnie wiedziała: teraz Gość przybył, należy poświęcić Jemu czas, być przy Nim, wykorzystywać Jego obecność, a nie zajmować się sprawami, które winny być prawidłowo przygotowane (i najpewniej były) wcześniej. Wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Rozeznanie tego to duża sztuka, a brak tej umiejętności może prowadzić do pewnego nieuporządkowania, którego ofiarą stała się Marta. W jej wypadku – Jezus był obok, od razu ją wyprostował, wskazał właściwą postawę. Dzisiaj nie zawsze człowiek się zastanowi, nie mówiąc o wsłuchaniu się w głos Boga – co teraz należy zrobić. Warto więc o tym pamiętać – działać we właściwej formie, we właściwym czasie. 
>>>
Wczoraj było wspomnienie św. Faustyny Kowalskiej. Aż trudno uwierzyć… To przeszło 10 lat od jej kanonizacji, zresztą byłem wtedy w Łagiewnikach, tego samego dnia, w ramach jednego z punktów pielgrzymki bierzmowanych. Nie raz i nie dwa razy tam wracałem – choć nowa bazylika wielka, jakby przytłacza (i tak dziwnie – bo stoi… na polu właściwie), to jednak urzeka mnie prostotą wnętrza i bardzo dobrze się tam czuję. Na marginesie – ciekawy pomysł na zakrystię: schować ją… za prezbiterium. 
Wyobraźnia miłosierdzia – fajne sformułowanie, często używane jako takie słowo-klucz. Ale bardzo trafione. Wyobraźnię mamy najczęściej tylko do wymyślania tego, co dobre, przydatne – dla siebie. W kontekście drugiej osoby, właśnie przede wszystkim w sytuacji, gdy to miłosierdzie może mieć miejsce? Po co? Nagrabił sobie, zasłużył – to niech cierpi. Od miłosierdzia to Bóg jest, a nie ja. 
Ale do miłosierdzia powołany jest każdy z nas. Wyobraźnię mamy do wielu nieważnych i drugorzędnych spraw, warto z niej w kontekście tego miłosierdzia korzystać. Może się okazać, że brak tego miłosierdzia zaważy kiedyś o tym, co się stanie ze mną samym – czy to poprzez decyzję kogoś, od kogo będę zależny, tu na świecie; czy to w Dniu Sądu. A może Miłosierdzie Boga sięga dalej niż nam się wydaje, dalej niż przyjęte rozumowanie – piekło jako kara…? Któż to wie? Tylko Bóg. 
>>>
Jakiś czas temu czytałem książkę o bł. Pier Giorgio Frassatim. W zeszłym tygodniu Kościół na ołtarze wyniósł nie dość, że świecką, żyjącą nam współcześnie, to jeszcze nastolatkę. Gdyby żyła – miała by dzisiaj 39 lat. Chiara Badano – zwykła włoska dziewczyna o dużej wrażliwości na potrzeby innych, wierze, miłości, zapale do życia i wielu pomysłach, co z tym życiem zrobić. 
Jeden upadek podczas gry w tenisa, przejmujący ból – i diagnoza jak wyrok. Zaawansowany nowotwór kości. Rok później już nie żyła. Nie złorzeczyła, nie czepiała się za wszelką cenę życia. Pogodziła się z tym, co dał jej Bóg, i ten swój krzyż chciała jak najlepiej przeżyć. 
Czegóż więcej chcieć gdy chodzi o dowody dla niedowiarków na to, że świętość jest dla każdego, także dzisiaj? 
>>>
Zachęcam do przeczytania, z ostatniego GN:
  • bardzo optymistycznego tekstu odnośnie przyszłości i możliwości pojednania Kościoła katolickiego z prawosławnym
  • interesującego reportażu na temat wiary Cyganów – m.in. o tym, że Cygan modli się nawet… chcąc coś ukraść
  • jednego z niewielu sensownych tekstów na temat tego, o co chodzi w aferze rozdmuchanej wokół Komisji Majątkowej, na kanwie aresztowania pełnomocnika kilku podmiotów kościelnych ubiegających się o zwrot majątku