Uświęcaj się w rodzinie

Zmiany, zmiany… Sufragan opolski bp Jan Kopiec został nowym biskupem gliwickim, zaś ordynariusz zamojsko-lubaczowski bp Wacław Depo został podniesiony do godności arcybiskupa i skierowany jako metropolita do Częstochowy. 

Rok zbliża się ku końcowi, trudno więc nie pokusić się o małą refleksję. Ja np. dzisiaj przed pracą nie zamierzałem iść na Mszę, ale poszedłem – bo wczoraj uzmysłowiłem sobie, że na wczorajszej w ogóle nie modliłem się, dziękując za ten kończący się 2011, ani nie prosiłem za zaczynający się pojutrze 2012. W ogóle, ten tydzień udany – poza wolną środą byłem na Mszy w każdy dzień tygodnia. 

To był bardzo dobry rok. Wiele się wydarzyło. Najpierw w marcu nasza rodzinka się powiększyła o Dominisia. Pomieszkiwaliśmy u teściów – jak się okazało, mieliśmy już na poprzednie mieszkanie nie wrócić. Podjęliśmy decyzję, Bóg pomógł, wiele rzeczy bardzo pozytywnie dla nas się zbiegło, i właściwie w ciągu 2 tygodni staliśmy się właścicielami mieszkania. Potem był remont, który wystukał nas z kasy, ale pozwolił przygotować porządnie nasze własne mieszkanie. I od lipca jesteśmy już tak naprawdę na swoim, we trójkę z malutkim. Dobrze nam się tam mieszka. Tuż po tym zdecydowałem ponownie próbować na aplikację – i znowu sukces, choć wysiłek naprawdę duży. Udało się, zaczyna się ona formalnie za kilka dni. Wyzwań, także po prostu finansowych, sporo przed nami – ubezpieczenie, aplikacja, szczepienia. Ale jest nam dobrze, jest miłość, jesteśmy dla siebie i ze sobą. I mam nieodparte wrażenie, że w to – w nas, w siebie nawzajem – inwestując, dobrze inwestujemy. 
Dzisiaj, co się rzadko zdarza (zwykle jest to niedziela po Narodzeniu Pańskim) Kościół w liturgii czci Świętą Rodzinę. Pięknie się to wszystko zbiega. Bo rodzina to podstawa. Czemu jest na świecie tyle dramatów, zła, przemocy? W dużej mierze dlatego, że ktoś gdzieś kiedyś został skrzywdzony w swojej rodzinie, wychowywał się bez którego z rodziców. To na pewno uproszczenie jakieś, ale niestety, tak jest. Rodzina to podstawa. Kto to neguje, nie tylko podcina swoje własne korzenie, ale skazuje na złe wzorce własne dzieci. Ja sam widzę, jak często zastanawiam się, co robię, co mówię, bo tuż obok siedzi czy leży to maleństwo, które – nic nie rozumiejąc – wpatruje się we mnie swoimi wielkimi oczkami, bacznie obserwuje, zapamiętuje. I kiedyś będzie taki, jak ja go nauczyłem, jaki ja mu wzór dałem. On sam, i jego dzieci, wnuki… Wielka odpowiedzialność, ale i wielka radość – móc takiego człowieka kształtować. A największa – gdy po latach móc powiedzieć, że się to zrobiło dobrze. Że nauczyłeś to maleństwo, jak być dobrym, porządnym człowiekiem, który potrafi rozumnie kochać i patrzeć dalej niż na czubek swojego nosa i czuć się odpowiedzialnym nie tylko za swoje, przepraszam, cztery litery.
Dzisiaj ludzie krzyczą o zrównaniu konkubinatu z małżeństwem, o możliwości legalizacji małżeństw homoseksualnych, o wychowywaniu dzieci przez homoseksualne pary. Co to znaczy? Że idziemy na łatwiznę coraz bardziej. Że mamy konsumpcyjne podejście nawet do miłości, do związku. Skoro boisz się ślubu, przysięgi, zobowiązania nie tylko przed urzędnikiem (a nawet – tylko w urzędzie) – to znaczy, że zostawiasz sobie furtkę, nie jesteś pewien, chcesz mieć gotową drogę do ewakuacji. Nie spodoba się – to się rozstaniemy. Nie ta/ten – to inna/inny. Po co się ograniczać. Wygodne, co? Tylko przy takim podejściu trudno oczekiwać wzorców i woli wychowywania dzieci, które przecież w związkach nieformalnych i niesakramentalnych się pojawiają. Nic dziwnego, że w 2009 rozlatywało się co 3 małżeństwo (i to tylko formalnie, mam na myśli rozwodników; wyliczone wobec stosunku małżeństw zawartych do rozwodów). Nic dziwnego, że ludzie sami żyją wg co najmniej dziwnych i dyskusyjnych wartości, żeby nie powiedzieć że bez nich. Nic dziwnego dalej, że w takim stanie nie potrafią nic wartościowego nauczyć ani przekazać swoim dzieciom. 
Wystarczy. Te mało optymistyczne prawdy widać na każdym kroku. A ja, u schyłku jednego i u progu drugiego roku, chcę Wam wszystkim i każdemu czytającego te słowa życzyć, aby nigdy nie wahał się inwestować najpierw w rodzinę, w relacje, w to co buduje; i po trzykroć się zastanowił nad czymkolwiek, co do czego ma wątpliwości, że może rodzinie zaszkodzić. Kochajmy się, szanujmy i budujmy rodziny pełne, szczęśliwe, zdolne przekazać dalej nie tylko umiejętność rozmnażania się, ale też pewne wartości i punkty odniesienia, ważne dla nas, i mające być ważnymi dla naszych dzieci. Niech ten kolejny 2012 rok będzie piękny, owocny, dobrze wykorzystany. Aby był to dobry czas otwierania się na Boże propozycje i wykorzystywania możliwości, które On nam da przez następne 366 (tak, rok przestępny) dni. 
Święta Rodzina to dobry przykład do naśladowania, dobry punkt wyjścia na nowy rok.

Wzór rodzicielskiej odpowiedzialności czy mityczny sponsor na zdjęciu?

Nadrabiam zaległości z choroby – tutaj o tekście z minionej Niedzieli Świętej Rodziny: 

Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: Z Egiptu wezwałem Syna mego. A gdy Herod umarł, oto Józefowi w Egipcie ukazał się anioł Pański we śnie, i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i idź do ziemi Izraela, bo już umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia . On więc wstał, wziął Dziecię i Jego Matkę i wrócił do ziemi Izraela. Lecz gdy posłyszał, że w Judei panuje Archelaos w miejsce ojca swego, Heroda, bał się tam iść. Otrzymawszy zaś we śnie nakaz, udał się w strony Galilei. Przybył do miasta, zwanego Nazaret, i tam osiadł. Tak miało się spełnić słowo Proroków: Nazwany będzie Nazarejczykiem. (Mt 2,13-15.19-23)

Drugi raz (poprzednio – celowo na pewno – w ostatnią, 4. niedzielę Adwentu) na pierwszym planie widzimy – kogo? Prawie jak niemowę, dyskretnego – Józefa. Człowieka czynu, a nie słowa. Człowieka, który w świadomości swojej prostoty (cóż w tym złego?) rozumiał, że nic nie da uciekanie przed Bogiem i samotne szamotanie się z własnym życiem i jego problemami. Wiedział, że Bogu trzeba zaufać, i zaufać nie tylko chciał, ale i potrafił. Tu nie chodziło o wygodnictwo nawet czy kwestię rachunku – opłaca się czy nie – ale o ich życie: jego własne, żony i świeżo narodzonego Dziecka. 
Na pewno dziwnie musiał się czuć, gdy po wszystkich niesamowitych wydarzeniach tamtego dnia, zapadli w sen… i znowu ten Bóg. Na pewno nie mógł się uspokoić – nie dość, że Maryja urodziła ślicznego zdrowego chłopca, co samo w sobie stanowiło powód do wielkiej radości, to jeszcze nie wiadomo skąd zbiegli się ci pasterze, szukający narodzonego Mesjasza, a do tego przybyli za nimi jacyś trzej mędrcy i składali im przeróżne dary, rzeczy o materialnej wartości dla nich aż niewyobrażalnej. 
To był znak. To nie był przypadek. Bóg pokazał – nie jesteście tu i teraz przypadkowo, z powodu czyjegoś kaprysu czy zbiegu okoliczności. Nie ma nic takiego. Tak właśnie miało się stać – wszystko się wypełniło, zgodnie z proroctwami. Betlejem? Zgadza się. Znak na niebie? Jest. Dokładnie tak, jak miało być. Wszystko się zgadza. Co ciekawe – ten fragment bardzo fajnie obrazuje, jak krok po kroku wypełniały się słowa proroctw, które z punktu widzenia sytuacji Jezusa w momencie Jego narodzenia nie pasowały do tego, co o Mesjaszu wcześniej napisano. A jednak – uciekając z rodziną, wędrował dokładnie tak, że można było o Nim powiedzieć dokładnie to, co wieki wcześniej zapowiedzieli prorocy. Każdy krok, kolejne miejsce – było etapem w Jego stawaniu się tym, kim miał być, dorastaniem do publicznej działalności. 
Ale dla Józefa ta noc to nie koniec jego, ojca i głowy rodziny, roli. Otrzymał potwierdzenie, że Bóg nad nimi czuwa i ich prowadzi – i już czeka kolejne zadanie. Kolejne niebezpieczeństwa czyha na nich, więc to on musi zrobić wszystko, aby go uniknąć. Czeka ich tułaczka do Egiptu, a potem lata życia tam, w obcym miejscu, aby uniknąć powrotu w rodzinne strony. Nawet gdy dojdzie do nich informacja o śmierci Heroda – i tak nie będą mogli tam wrócić, i trafią do Nazaretu. Bóg-Człowiek już wtedy, jako niepozorne dziecko czy chłopiec, nieświadomy swojego pochodzenia i roli, był tak niewygodny, stanowił potencjalne zagrożenie, że cała rodzina musiała tułać się po świecie. 
Józef się nie sprzeciwiał. Wiedział, nie będąc ojcem Jezusa, że to on musi się opiekować zarówno Nim, jak i Maryją, i przed światem stawać się ojcem Jezusa. Wiedział, że od tego, co zrobi – albo gdy tego nie zrobi – zależy, co się z nimi stanie. Może nie rozumiał, i na pewno nie dożył, tego jak będzie wyglądała misja i działalność Jezusa. Ale rozumiał – musi za wszelką cenę strzec tego dziecka. On na pierwszym miejscu, nie ja. Wychowanie dziecka, praca, troska o dom i rodzinę – a nie praca i pozostawanie poza domem pod jej pretekstem całymi dniami, brak czasu dla małżonka i dzieci, spychanie wychowania na innych. 
Tak właśnie dzisiaj wielu postępuje – tak mężczyzn, jak i kobiet – ojcowie i matki. Trudno się dziwić, że takie, formalnie żyjące w rodzinach, dostatnich nawet domach, ale de facto pozostawione samemu sobie dzieci szukają wzorów w tv, internecie – i co widzą, to małpują, tym się sugerują. Skutki – widać prawie codziennie, opłakane. Brak wzorców, punktów odniesienia – to przestrzeń dla szukania ich przez dzieci, które najczęściej znajdują i zachwycają się tym, co najłatwiejsze, szpanerskie, modne i z pozoru fajne. Nikt nie myśli o tym, że w dłuższej perspektywie jest to złe, destrukcyjne, ogłupiające i bezproduktywne. Tak – dzieci mają prawo w pewnym wieku nie wiedzieć, co należy wybierać, bo są dziećmi, i od tego mają rodziców, aby sami ich wychowywali i wzięli za to odpowiedzialność. Co więcej – jeśli nie nauczy się ich, sami nie zrozumieją kryteriów i wartości, to bez nich nigdy nie będą potrafili właściwie wybierać i decydować – bo jak? Chyba tylko zgadując. 
Jest taka krótka i bardzo wymowna reklama. Do niektórych chyba nie dociera, jaką krzywdę robią swoim dzieciom rzekomym poświęcaniem wszystkiego dla ich dobrobytu i wychowania – a w praktyce po prostu nie mając dla nich ani trochę czasu. To niczego nie usprawiedliwia. Józef i Maryja nie mieli apartamentu z widokiem na morze czy dwupoziomowego mieszkania, samochodu, dobrze płatnych posad – ale czy przez to Jezus miał się źle, brakowało Mu czegoś? Bynajmniej. I na pewno był z nimi, w ich sytuacji i tułaczce, o wiele bardziej szczęśliwy, niż sporo dzieci, które z pozoru obsypywane wszystkim, co im się zamarzy, są po prostu niekochane, samotne i pozbawione dzieciństwa w którym rodzic jest kimś poza prawie mitycznym (bo tak rzadko widywanym) sponsorem, uśmiechającym się ze zdjęcia w ramce. 
Od ciebie – kieruję to do każdego rodzica i tego, kto ma się nim (jak ja) niebawem stać – zależy, kim będziesz dla dziecka. Czy wolisz być takim Józefem, który przede wszystkim jest obok, pokazuje, tłumaczy, kocha nie tylko z deklaracji, ale z czynów – czy skończyć jak facet z reklamy, zaatakowany w garażu czy gdziekolwiek indziej przez jakiegoś potworka z kreskówki, nad którą z powodu twojego braku czasu ślęczy twoja pociecha. Nie tylko Bóg, ale przede wszystkim samo dziecko nie rozliczy cię w przyszłości z tego, jakie miało zabawki, jak wielki pokój itp. – ale z tego, jaki ty dla niego byłeś, czy w ogóle przy nim byłeś. 
Jako uzupełnienie – jakby w świątecznym także klimacie, głównie dla panów, choć nie tylko – krótki tekst x Artura Stopki na temat właśnie odpowiedzialności rodzicielskiej. Jeśli macie takie myśli, to do bycia mamusiami/tatusiami nie dorośliście. 
Chyba dojrzewam do bycia tatą. Widzę to coraz mocniej… i chyba to czuć w tym, o czym i jak piszę. I bardzo mnie to cieszy 🙂