Dwie myśli o rodzinie

W ostatnią niedzielę w Kościele wspominaliśmy, nieprzypadkowo tuż po Narodzeniu Pańskim, całą Świętą Rodzinę z Nazaretu – Jezusa, Maryję i Józefa.

Czytaj dalej →

Współczesny Herod

Liturgia zarówno 28 grudnia (święto Świętych Młodzianków Męczenników), jak i wczorajsza 30 grudnia (w tym roku święto Świętej Rodziny Jezusa, Maryi i Józefa) jakby kieruje nasz wzrok na samym końcu roku na tematykę rodziny i ochrony życia. I paradoksalnie, wydaje mi się, że sprawa jest banalnie prosta. Albo potrafisz zaufać Bogu, albo nie. Zresztą, w liturgii obydwu tych dni czytane były w kościołach dokładnie te same teksty.

Czytaj dalej →

Milczący wzór faceta

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów . A stało się to wszystko, aby się wypełniło słowo Pańskie powiedziane przez Proroka: Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna, któremu nadadzą imię Emmanuel, to znaczy: Bóg z nami. Zbudziwszy się ze snu, Józef uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański: wziął swoją Małżonkę do siebie. (Mt 1,18-24)

Dzisiejszy – ostatni niedzielny w Adwencie obrazek ewangeliczny – ma swojego cichego (dosłownie) bohatera. Niepozornego Józefa, co do którego Pismo Święte nie przytacza ani jednego słowa wypowiedzi. A jednak, osoby, której postawa mogła by i powinna być wzorem dla każdego faceta, męża, ojca. 

Czytaj dalej →

Moja święta rodzina i o liście słów kilka

Wczoraj właściwie w kontekście Niedzieli Świętej Rodziny chciałem napisać w sumie tylko tyle, że każda – moja, twoja – rodzina jest święta taka, jaka jest. Jezus, kiedy przyszedł na świat, uświęcił i przeniknął świętością ludzkość jako taką – i odtąd każdy jest święty i wezwany do świętości. To nie ma znaczenia, że czasami puszczają nerwy, że się kłócimy, że są ciche dni, że dziecko czasami coś zbroi – to znaczy ma, bo tego być nie powinno; ale i tak rodzina jest święta właśnie dlatego, że jest rodziną. Dlatego, że jest dana nam przez Boga – mnie, tobie, żonie, mężowi, dzieciom – właśnie po to, abyśmy w niej wzrastali, wszyscy razem, ku świętości.Oczywiście, są też ludzie wybierający inny stan – bezżeństwo, kapłaństwo, życie zakonne – i to po prostu inne drabinki, inne ścieżki do tego samego celu (nie lepsze, nie gorsze; inne).
To dobrze, gdy i kiedy widzę, że jest wiele do przepracowania – we mnie, w moich relacjach, w moich reakcjach – bo to znaczy, że troszczę się o tę rodzinę .Tak być powinno. Nikt z nas nie jest doskonały i właśnie dlatego to jest ważne, aby nie osiadać na laurach (a to się zdarza: po ślubie, to już nie trzeba się starać…). Potem kiedyś pojawia się dziecko, jest więcej obowiązków, już nie można tylko myśleć o przyjemnościach i czasie spędzonym we dwoje. Proza życia – ale życia takiego właśnie, jakie sam przeżył Jezus. On je uświęcił właśnie dla nas. 
 
To dobry czas, by się pomodlić:
  • za współmałżonka, narzeczoną/narzeczonego
  • za dzieci
  • o dar rodzicielstwa.
>>>
I właściwie tu by się wpis skończył, ale… trafiłem wczoraj na FB na wpis Szymona Hołowni odnośnie listu Episkopatu na wczorajszą niedzielę. Po raz pierwszy chyba podjąłem z Szymonem – z którego poglądami się zgadzam i którego bardzo szanuję za to, i jak robi – polemikę, bo jego dość obszerna wypowiedź wydaje mi się dość krzywdząca.
Sam list w całości jest tutaj.
Żeby było jasne. Nie jestem fanem tej dziwnej formy komunikacji władz Kościoła w Polsce z wiernymi, jakimi są listy pasterskie. Uważam, że są generalnie rzecz biorąc zbędne, a już na pewno jako (ku uldze co bardziej leniwych duszpasterzy) przydługawy zwykle substytut homilii. Jeśli już są – ok, niech będzie informacja w ogłoszeniach, a w gablocie gdzieś tam całość albo podane, gdzie można znaleźć w necie. Wystarczyło by.
Poza tym, tak, niewątpliwie pisane bywają pewnym dość specyficznym sposobem wyrażania się, lekko archaicznym. Ale tu trzeba oddać sprawiedliwość – mam wrażenie, że ta kwestia ewoluuje, powoli oczywiście, ale w dobrym kierunku.
Innymi słowy, dla zwykłego szarego katolika, który pewnie niezbyt chętnie, a w ogóle to dość rzadko zaszczyca Pana Boga swoją obecnością i narzuca mu się bytnością w kościele, list pasterski i samo hasło, że takowy zostanie odczytany, stanowi w podświadomości najczęściej lampkę pt. „o, teraz można w pełni zasłużenie przespać całość/oddać się rozmyślaniu o rzeczach ciekawszych”. I tak też czynią, co widać po wyrazie twarzy zgromadzonych. W pewnym sensie, jak wskazałem, trudno się dziwić, jako że listy te bywały poświęcane sprawom zupełnie niezwiązanym z liturgią (nie miałbym nic przeciwko takim, które op prostu wyjaśniały by jakieś kwestie związane z tym, co mówi Słowo Boże), nie mówiąc już o tym, że swego czasu mantrowane było w każdym z nich – bez względu na okoliczność powstania – np. o gender, odmienianym przez wszystkie przypadki, co mogło prowadzić  do wniosku, iż jest to chyba jedyny problem Kościoła w Polsce (a nie jest).
Pomijam też kwestię, pomysł żeby na łącznie 3 dni świąt (w sensie 25-27 grudnia – w tym roku po I i II dniu doszła niedziela) fundować ludziom 2 listy, przedwczoraj KULowy a dzisiaj ten powyżej, to spora przesada. Ludzie idą (o ile już pójdą – jak napisałem, dla wielu to pewnie, poza Wielkanocą, jedyna okazja, żeby zajrzeć do kościoła) posłuchać w kościele o Bogu, a nie najmądrzejszych nawet listów. I kiedy przyjdą, a usłyszą taki właśnie list, przyjdą znowu? Nie zakładałbym się.
Ale moim zdaniem ten list jest sensowny i konkretny. W przeciwieństwie do bardzo wielu innych, jakie wysłuchiwałem czy też czasami przeczytałem (najczęściej „odpadając” po drodze z powodu poziomu absurdów w nich wskazanych lub oderwania od rzeczywistości). Dla mnie, idea jego powstania jest dość prosta – jest w pewnym sensie podsumowaniem jesiennego Synodu Biskupów poświęconego rodzinie w świecie współczesnym. Świetnie, że jest jeden, a nie wyprodukowano jeden na szybcika po synodzie, a drugi o czymś tam na Niedzielę Świętej Rodziny.
Zarzut Szymona Hołowni to głównie kwestia tego, że w jego ocenie mało tchnie nadzieją: „potrzebują pewnie najbardziej siły i nadziei, by wytrywać i by zobaczyć w kolorze coś, co może zdążyło już zszarzeć, dziś usłyszeli z ambony parę zdań o tym, że „trzeba nam radosnych i świętych małżeństw” oraz litanię przestróg przed genderem, aborcją i uporczywym trwaniem w grzesznych związkach (to do rozwodników)”. To znaczy, czego brakuje?
List jest zwięzły – i dobrze, dzięki temu da się go wysłuchać w kościele (a w końcu w celu takiego właśnie przekazania powstał). Wychodzi od pragnienia szczęścia w rodzinie i stawia diagnozę, że ludzie uciekają od odpowiedzialności, stąd wolne związki i ciągłe życie na próbę (upraszczam i skracam celowo – taki jest sens) – a więc trafnie, co wie każdy, i widzi raczej też w swoim otoczeniu (u mnie na szczęście nie u wszystkich). Znowu słuszna uwaga, że rodzina nie przetrwa, jeśli jej członkowie nie chcą mieć i znajdować czas dla bycia razem – problem bardzo ważny i ćwiczony chyba przez każdego w praktyce: jak się nie postarasz, to się rozwali, czy to związek, czy rodzina. Siłą rozpędu to nie działa. Biskupi wspominają o ciężarach życia w rodzinie – sam o nich napisałem wyżej – i znowu trafnie, podkreślając, że „małżeństwo nie jest rzeczywistością smutku i niesienia ciężarów ponad siły, nie jest problemem, ale jest szansą dla każdego z członków rodziny na pełny rozwój”. To jest ten brak nadziei? Ciekawy fragment o tym, żeby spróbować stworzyć wspólnoty właśnie dla osób żyjących w rodzinach, w których mogłyby się one rozwijać i wzrastać duchowo.
Bardzo piękne słowa o modlitwie: „Naszą modlitwą powinniśmy ogarnąć te kobiety, które z różnych względów zdecydowały się na zabicie swojego nienarodzonego dziecka. Prośmy także o miłosierdzie dla mężczyzn, którzy nie potrafili wziąć odpowiedzialności za nowe życie i zachęcali do aborcji dziecka lub ją finansowali. Jesteśmy zaproszeni przez papieża Franciszka, aby – nie wpadając w pokusę łatwego osądzania i potępiania – nieść wszystkim posługę miłosierdzia”. Nie osądzanie, ale modlitwa za tych ludzi w ich dramatach. Potem przypomnienie konkluzji sedna sporu synodalnego – a więc tego, że Komunia nie może być udzielana rozwodnikom i osobom żyjącym w nowych związkach, jeżeli nie otrzymały stwierdzenia nieważności małżeństwa i nie zawarły sakramentalnego związku małżeńskiego. Że tak powiem, nic nowego – i uderzanie w to było by dość dziwne; a równocześnie wskazanie tego jasno jest potrzebne – co istotne, ze wskazaniem, że wcale nie zawsze chodzi o to, aby taki nowy związek się rozpadł i Kościołowi zależy tylko na tym (bo wcale nie, wtedy, kiedy są dzieci), z przytoczeniem okoliczności, w których dopuszczenie do Komunii jest możliwe (wstrzemięźliwość seksualna). Z bardzo ważnym zaakcentowaniem: „Zachęcamy ich do uczestniczenia we Mszy Świętej, rozważania Słowa Bożego, wytrwania na modlitwie, włączania się w dzieła miłosierdzia i w pracę na rzecz wspólnot parafialnych. Nikogo nie potępiamy, a jako ludzie wierzący chcemy prowadzić do spotkania z przebaczającym Chrystusem”. Bez potępiania, ale pewne rzeczy nazwać trzeba po imieniu.
Co ciekawe, i co przewinęło się też w komentarzach pod tym wpisem, niektórzy rozwiedzeni sami wprost wskazali, że nie chodzi im o dopuszczenie bez żadnych warunków do Komunii Świętej, bo zdają sobie oni sprawę ze swojej sytuacji. To bardzo dojrzałe i wymowne.
Oczywiście, pojawiły się komentarze w stylu, że to wykluczające, poniżające itp. Ale w którym miejscu? Tam nie ma ani słowa o ocenie człowieka, a jedynie pewne przytoczone sytuacje i to, jak Kościół się do nich odnosi: co można, a czego nie. Pewnie osoby takie oczekiwały by listu o treści w skrócie: „a niech tam sobie każdy przystępuje do Komunii Świętej, kto chce” – cóż, pobożne (a raczej nie) życzenie. Tu nie chodzi o poklepywanie po ramieniu i głaskanie tylko po głowie. Zasygnalizowane zostały problemy – i to jest słuszne, bo trudno kazuistycznie opisywać każdy przypadek, i dlatego skupiono się na kwestiach najważniejszych; w mojej ocenie, całkiem spójnie (i słówko „gender” pojawia się tylko raz!).  Nie ma nic o wykluczaniu – a wręcz odwrotnie, wskazane jest, że takie osoby nie powinny czuć się wykluczone i jak najbardziej jest dla nich miejsce w Kościele.
To jest list w mojej ocenie do rodzin – i jako taki spełnia on swoją rolę; do mnie – jako męża, ojca – trafił. Ale jeśli patrzeć na niego jako zachętę dla tych, którzy by mieli zakładać rodzinę – hmm, w tym zakresie chyba nie stanowi zbyt dobrej reklamy, co w dużej mierze wynika ze wskazywanego sposobu wypowiadania się przez biskupów i formy listów, dość specyficznej i mało zrozumiałej dla laika w tych sprawach nomenklaturze. Czemu nie poproszono o jego napisanie jakiegoś doświadczonego duszpasterza małżeństw i rodzin? To pytanie do biskupów.
Przy okazji, pojawił się dość ciekawy komentarz o tym, że biskupi znowu kierują list nie do tych, co trzeba: czyta się go w kościele z założenia dla ludzi, którzy chociaż starają się żyć zgodnie z pewnymi normami i przykazaniami (skoro przychodzą do kościoła), a nie do tych, których w tym kościele nie ma, i dla których mógłby być on ciekawy. Choć, z drugiej strony, jak napisałem wyżej, na święta do kościołów trafia dużo więcej ludzi niż poza świętami – może to celowo miało tak być?  Tylko wtedy forma mogła by być bardziej zachęcająca. Takie moje gdybanie.
Natomiast co do wniosków Szymona – pełna zgoda. Mniej listów pasterskich, autorstwa bliżej nie wiadomo czyjego, pod którymi podpisują się biskupi, a więcej ich własnych (każdego z nich) słów kierowanych do ludzi. Tak po prostu, z ambony; nie o polityce, gender i innych zagrożeniach – ale o tym, że Bóg jest Ojcem Miłosierdzia. Choćby w tym roku jubileuszowym.

Uświęcaj się w rodzinie

Zmiany, zmiany… Sufragan opolski bp Jan Kopiec został nowym biskupem gliwickim, zaś ordynariusz zamojsko-lubaczowski bp Wacław Depo został podniesiony do godności arcybiskupa i skierowany jako metropolita do Częstochowy. 

Rok zbliża się ku końcowi, trudno więc nie pokusić się o małą refleksję. Ja np. dzisiaj przed pracą nie zamierzałem iść na Mszę, ale poszedłem – bo wczoraj uzmysłowiłem sobie, że na wczorajszej w ogóle nie modliłem się, dziękując za ten kończący się 2011, ani nie prosiłem za zaczynający się pojutrze 2012. W ogóle, ten tydzień udany – poza wolną środą byłem na Mszy w każdy dzień tygodnia. 

To był bardzo dobry rok. Wiele się wydarzyło. Najpierw w marcu nasza rodzinka się powiększyła o Dominisia. Pomieszkiwaliśmy u teściów – jak się okazało, mieliśmy już na poprzednie mieszkanie nie wrócić. Podjęliśmy decyzję, Bóg pomógł, wiele rzeczy bardzo pozytywnie dla nas się zbiegło, i właściwie w ciągu 2 tygodni staliśmy się właścicielami mieszkania. Potem był remont, który wystukał nas z kasy, ale pozwolił przygotować porządnie nasze własne mieszkanie. I od lipca jesteśmy już tak naprawdę na swoim, we trójkę z malutkim. Dobrze nam się tam mieszka. Tuż po tym zdecydowałem ponownie próbować na aplikację – i znowu sukces, choć wysiłek naprawdę duży. Udało się, zaczyna się ona formalnie za kilka dni. Wyzwań, także po prostu finansowych, sporo przed nami – ubezpieczenie, aplikacja, szczepienia. Ale jest nam dobrze, jest miłość, jesteśmy dla siebie i ze sobą. I mam nieodparte wrażenie, że w to – w nas, w siebie nawzajem – inwestując, dobrze inwestujemy. 
Dzisiaj, co się rzadko zdarza (zwykle jest to niedziela po Narodzeniu Pańskim) Kościół w liturgii czci Świętą Rodzinę. Pięknie się to wszystko zbiega. Bo rodzina to podstawa. Czemu jest na świecie tyle dramatów, zła, przemocy? W dużej mierze dlatego, że ktoś gdzieś kiedyś został skrzywdzony w swojej rodzinie, wychowywał się bez którego z rodziców. To na pewno uproszczenie jakieś, ale niestety, tak jest. Rodzina to podstawa. Kto to neguje, nie tylko podcina swoje własne korzenie, ale skazuje na złe wzorce własne dzieci. Ja sam widzę, jak często zastanawiam się, co robię, co mówię, bo tuż obok siedzi czy leży to maleństwo, które – nic nie rozumiejąc – wpatruje się we mnie swoimi wielkimi oczkami, bacznie obserwuje, zapamiętuje. I kiedyś będzie taki, jak ja go nauczyłem, jaki ja mu wzór dałem. On sam, i jego dzieci, wnuki… Wielka odpowiedzialność, ale i wielka radość – móc takiego człowieka kształtować. A największa – gdy po latach móc powiedzieć, że się to zrobiło dobrze. Że nauczyłeś to maleństwo, jak być dobrym, porządnym człowiekiem, który potrafi rozumnie kochać i patrzeć dalej niż na czubek swojego nosa i czuć się odpowiedzialnym nie tylko za swoje, przepraszam, cztery litery.
Dzisiaj ludzie krzyczą o zrównaniu konkubinatu z małżeństwem, o możliwości legalizacji małżeństw homoseksualnych, o wychowywaniu dzieci przez homoseksualne pary. Co to znaczy? Że idziemy na łatwiznę coraz bardziej. Że mamy konsumpcyjne podejście nawet do miłości, do związku. Skoro boisz się ślubu, przysięgi, zobowiązania nie tylko przed urzędnikiem (a nawet – tylko w urzędzie) – to znaczy, że zostawiasz sobie furtkę, nie jesteś pewien, chcesz mieć gotową drogę do ewakuacji. Nie spodoba się – to się rozstaniemy. Nie ta/ten – to inna/inny. Po co się ograniczać. Wygodne, co? Tylko przy takim podejściu trudno oczekiwać wzorców i woli wychowywania dzieci, które przecież w związkach nieformalnych i niesakramentalnych się pojawiają. Nic dziwnego, że w 2009 rozlatywało się co 3 małżeństwo (i to tylko formalnie, mam na myśli rozwodników; wyliczone wobec stosunku małżeństw zawartych do rozwodów). Nic dziwnego, że ludzie sami żyją wg co najmniej dziwnych i dyskusyjnych wartości, żeby nie powiedzieć że bez nich. Nic dziwnego dalej, że w takim stanie nie potrafią nic wartościowego nauczyć ani przekazać swoim dzieciom. 
Wystarczy. Te mało optymistyczne prawdy widać na każdym kroku. A ja, u schyłku jednego i u progu drugiego roku, chcę Wam wszystkim i każdemu czytającego te słowa życzyć, aby nigdy nie wahał się inwestować najpierw w rodzinę, w relacje, w to co buduje; i po trzykroć się zastanowił nad czymkolwiek, co do czego ma wątpliwości, że może rodzinie zaszkodzić. Kochajmy się, szanujmy i budujmy rodziny pełne, szczęśliwe, zdolne przekazać dalej nie tylko umiejętność rozmnażania się, ale też pewne wartości i punkty odniesienia, ważne dla nas, i mające być ważnymi dla naszych dzieci. Niech ten kolejny 2012 rok będzie piękny, owocny, dobrze wykorzystany. Aby był to dobry czas otwierania się na Boże propozycje i wykorzystywania możliwości, które On nam da przez następne 366 (tak, rok przestępny) dni. 
Święta Rodzina to dobry przykład do naśladowania, dobry punkt wyjścia na nowy rok.