Źródło, które ożywia w duchu i prawdzie

Jezus przybył do miasteczka samarytańskiego, zwanego Sychar, w pobliżu pola, które /niegdyś/ dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny. Nadeszła /tam/ kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: Daj Mi pić! Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta dla zakupienia żywności. Na to rzekła do Niego Samarytanka: Jakżeż Ty będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić? Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem. Jezus odpowiedział jej na to: O, gdybyś znała dar Boży i /wiedziała/, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić – prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej. Powiedziała do Niego kobieta: Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie i jego bydło? W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. A On jej odpowiedział: Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj. A kobieta odrzekła Mu na to: Nie mam męża. Rzekł do niej Jezus: Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą. Rzekła do Niego kobieta: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga. Odpowiedział jej Jezus: Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie. Rzekła do Niego kobieta: Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko. Powiedział do niej Jezus: Jestem Nim Ja, który z tobą mówię. Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Jednakże żaden nie powiedział: Czego od niej chcesz? – lub: – Czemu z nią rozmawiasz? Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem? Wyszli z miasta i szli do Niego. Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc: Rabbi, jedz! On im rzekł: Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie. Mówili więc uczniowie jeden do drugiego: Czyż Mu kto przyniósł coś do zjedzenia? Powiedział im Jezus: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie: Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa? Oto powiadam wam: Podnieście oczy i popatrzcie na pola, jak bieleją na żniwo. żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili. Inni się natrudzili, a w ich trud wyście weszli. Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam. Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich pozostał. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło na Jego słowo, a do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata. (J 4,5-42)

Liturgia III niedzieli Wielkiego Postu pokazuje nam, że w gruncie rzeczy na przestrzeni wieków nic się nie zmieniło: tak, jak w czasach Starego Przymierza ludzie potrzebowali wody, powracali do źródła, aby żyć, tak miało to miejsce później, w czasach Jezusa (i dzieje się nadal). Pomimo tej pozornej niezmienności, jesteśmy świadkami sytuacji z udziałem kobiety, powiedzmy, grzesznej, z punktu widzenia Żydów niewierzącej, która przychodzi zaczerpnąć wody – a odnajduje inne źródło, o wiele bardziej cenne, najcenniejsze ze wszystkich.

Czytaj dalej →

Zależy, na czym budujesz

Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, powiedział: Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony. Zapytali Go: Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie? Jezus odpowiedział: Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: Ja jestem oraz: Nadszedł czas. Nie chodźcie za nimi. I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec. Wtedy mówił do nich: Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie. Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie. (Łk 21,5-19)

Tu nie chodzi o to, aby straszyć i powodować trwogę. Ale czy nie jest trochę tak, że – tak patrząc z boku – to okazuje się, że my żyjemy w pewnym sensie w czasach ostatecznych? A już na pewno te czasy są nam bliższe o jakieś 2000 lat w stosunku do czasów Jezusa i Jemu współczesnych.

Czytaj dalej →

Nocny dialog

Jezus powiedział do Nikodema: Kto przychodzi z wysoka, panuje nad wszystkimi, a kto z ziemi pochodzi, należy do ziemi i po ziemsku przemawia. Kto z nieba pochodzi, Ten jest ponad wszystkim. Świadczy On o tym, co widział i słyszał, a świadectwa Jego nikt nie przyjmuje. Kto przyjął Jego świadectwo, wyraźnie potwierdził, że Bóg jest prawdomówny. Ten bowiem, kogo Bóg posłał, mówi słowa Boże: a z niezmierzonej obfitości udziela /mu/ Ducha. Ojciec miłuje Syna i wszystko oddał w Jego ręce. Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne; kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz grozi mu gniew Boży. (J 3,31-36)

Tekst mało znany i generalnie niezbyt rozumiany. A prawda bardzo prosta i w sumie oczywista, jak to w życiu. Kiedy masz problem – nie idziesz do byle kogo. Budujesz dom – wynajmiesz architekta i budowlańca. Padł samochód czy komputer – idziesz do mechanika albo informatyka. Szukasz pożyczki – idziesz do doradcy. Mnożyć można daleko. A kiedy szukasz „eksperta od Boga”?
Nie da się ukryć, dla prostych rybaków i cieśli z Galilei nauka Mesjasza mogła być dość trudna – nawet jeśli wziąć pod uwagę, że znali przynajmniej w zarysie proroctwa Starego Testamentu. A jednak – jest to źródło najlepsze z możliwych, słowa Boga samego. Bóg w Trójcy Jedyny mówi o sobie… własnymi ustami, przez Syna Bożego. Czasami jest trudny, czasami nam nie pasuje, bo Bóg nie bardzo daje się zaszufladkować pomiędzy to, co nam odpowiada i akceptujemy, a to czego nie przyjmujemy, bo tak wygodniej, bo się nie chce, bo się przyzwyczailiśmy. Próbujemy sobie skroić Go na własną miarę – taki mój Bóg. Tylko że wtedy to może być co najwyżej bóg (a właściwie bożek), bo na pewno nie ten jedyny Bóg. Tak samo prawdziwym Bogiem nie będzie ten, którego człowiek sprowadza do danej wybranej roli: zły policjant, mściciel. Tylko ten prawdziwy Bóg przynosi sercu radość, wolność i pokój. 
Myślimy naszymi kategoriami – życie, tu i teraz, materializm, zmysłowość. Bóg jednak nie potrafi się sam ograniczyć i wbić w te ramy, ponieważ one nie mogą Go skutecznie ograniczyć, gdyż to On jeden jest stwórcą nas, którzy na własny użytek sobie te ramy produkujemy i zbijamy, w zależności od sytuacji. Bóg po pierwsze widzi dalej i lepiej (co żeby nam zrozumieć czasami trwa lata), po drugie patrzy z perspektywy miłosierdzia – tej najlepszej, najbardziej dla nas niezrozumiałej, a zarazem po ludzku najkorzystniejszej. Ale żeby tego miłosierdzia dostąpić – potrzeba jednego: gotowości, pragnienia, a zarazem woli, aby rozwalić i zburzyć to wszystko, co mnie od Niego oddziela. 
I znowu w tym tekście pojawia się Nikodem – postać bardzo ciekawa. Dostojnik faryzejski, a jednak szczerze poszukujący, drążący, szukający sposobności, aby z Jezusem… pogadać. Cały 3 rozdział Ewangelii Jana (właściwie to J 3, 1-21) to właśnie zapis tej rozmowy. Głodny prawdy człowiek pyta Boga, a Bóg cierpliwie odpowiada. Odpowiada – bo słucha, jest, nie obraża się, nie odwraca się plecami. Działa, tylko nie zawsze tak, jak my byśmy tego chcieli. 

Wskrzeszenie ku Bogu

Jak przejęliście naukę o Chrystusie Jezusie jako Panu, tak w Nim postępujcie: zapuśćcie w Niego korzenie i na Nim dalej się budujcie, i umacniajcie się w wierze, jak was nauczono, pełni wdzięczności. Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę przez tę filozofię będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie. W Nim bowiem mieszka cała Pełnia: Bóstwo, na sposób ciała, bo zostaliście napełnieni w Nim, który jest Głową wszelkiej Zwierzchności i Władzy. I w Nim też otrzymaliście obrzezanie, nie z ręki ludzkiej, lecz Chrystusowe obrzezanie, polegające na zupełnym wyzuciu się z ciała grzesznego, jako razem z Nim pogrzebani w chrzcie, w którym też razem zostaliście wskrzeszeni przez wiarę w moc Boga, który Go wskrzesił. I was, umarłych na skutek występków i nieobrzezania waszego grzesznego ciała, razem z Nim przywrócił do życia. Darował nam wszystkie występki, skreślił zapis dłużny obciążający nas nakazami. To właśnie, co było naszym przeciwnikiem, usunął z drogi, przygwoździwszy do krzyża. Po rozbrojeniu Zwierzchności i Władz, jawnie wystawił je na widowisko, powiódłszy je dzięki Niemu w triumfie. (Kol 2,6-15)
Dziś, dla odmiany, czytanie – wczorajsze. Nota bene, co dowiedziałem się po fakcie dopiero, gdy wypadało liturgiczne wspomnienie współczesnej nam apostołki ubogich, bł. matki Teresy z Kalkuty. Ciekawa zbieżność, biorąc pod uwagę to, o czym mówi tekst.
O czym są te słowa? O drzewie, którym tak naprawdę jest każdy z nas. Drzewie, które przez sakrament chrztu zostaje wszczepione, zasadzone w Chrystusa i Jego Kościół. O drzewie, które – wbrew temu, co można usłyszeć czy wyczytać w mediach – rozwija się dobrze, harmonijnie i perspektywicznie dopiero wtedy, gdy wrośnie w Boga. Owszem, można żyć bez Niego, pozostając w przekonaniu własnej wielkości, uzdolnień, możliwości i że to wszystko zawdzięcza się samemu sobie – natomiast pozostaje to niczym innym jak tylko złudzeniem. Każdy sam wybiera, jak chce żyć.
Żywioły świata – kapitalne sformułowanie. To wszystko, co mamy wokół, i co samo w sobie złym nie jest, jednakże staje się złe, gdy przesłania całą resztę. Praca, sława, pieniądze, tytuły, światowość, blichtr. Nie ma nic złego w tym, gdy człowiek ma dobrą pracę, jest z powodu czegoś co zasługuje na uznanie sławny i rozpoznawalny, zarabia przez to godziwie dobre pieniądze. Zło zaczyna się wtedy, gdy przestajesz widzieć cokolwiek innego – rodzinę, przyjaciół, tych których kochasz. Wtedy zaczyna się niewola, równia pochyła. 
Cały przysłowiowy dowcip polega na uświadomieniu sobie, kim ja jestem, kim my jako ludzie jesteśmy – słabymi i kruchymi naczyniami, ale napełnionymi tym właśnie bóstwem Jezusa. Napełnionymi nie inaczej, jak właśnie przez chrzest, który jest preludium do życia sakramentalnego, które to preludium poszczególne późniejsze etapy podróży z Bogiem mają uzupełniać – sakrament pokuty i pojednania, Eucharystia, małżeństwo czy święcenia/śluby zakonne. Chrzest, paradoksalnie – co uświadamia nam autor natchniony – jest jednocześnie pogrzebaniem starego człowieka i wskrzeszeniem człowieka nowego, żyjącego już w sposób doskonalszy, bo ku Bogu. Nasz dług, ciągnący się przez grzech pierworodny, został unicestwiony na krzyżu – jak również i ten, który jest źródłem i siłą sprawczą złego, czyli sam Zły.
Nic, tylko korzystać, i zapuścić te korzenie.

Zagadywanie przez Boga

Jezus przybył do miasteczka samarytańskiego, zwanego Sychar, w pobliżu pola, które /niegdyś/ dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny. Nadeszła /tam/ kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: Daj Mi pić! Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta dla zakupienia żywności. Na to rzekła do Niego Samarytanka: Jakżeż Ty będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić? Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem. Jezus odpowiedział jej na to: O, gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić – prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej. Powiedziała do Niego kobieta: Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie i jego bydło? W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. A On jej odpowiedział: Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj. A kobieta odrzekła Mu na to: Nie mam męża. Rzekł do niej Jezus: Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą. Rzekła do Niego kobieta: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga. Odpowiedział jej Jezus: Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie. Rzekła do Niego kobieta: Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko. Powiedział do niej Jezus: Jestem Nim Ja, który z tobą mówię. Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Jednakże żaden nie powiedział: Czego od niej chcesz? – lub: – Czemu z nią rozmawiasz? Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem? Wyszli z miasta i szli do Niego. Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc: Rabbi, jedz! On im rzekł: Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie. Mówili więc uczniowie jeden do drugiego: Czyż Mu kto przyniósł coś do zjedzenia? Powiedział im Jezus: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie: Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa? Oto powiadam wam: Podnieście oczy i popatrzcie na pola, jak bieleją na żniwo. Żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili. Inni się natrudzili, a w ich trud wyście weszli. Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam. Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich pozostał. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło na Jego słowo, a do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata. (J 4,5-42)
Do człowieka przychodzi Zbawiciel – jak w tym niedzielnym ewangelicznym obrazku. I co robi człowiek? Chowa się za konwenansami, stereotypami. Żyd rozmawia, prosi o coś Samarytankę? Nawet gdy mówi jakby wprost – nie wiesz, z kim rozmawiasz, kim jest rozmówca – ona dalej nie rozumie, a raczej rozumuje stricte po ludzku. Woda żywa? Jaka? Studnia – ok. Ale On nie ma czerpaka, wiadra – więc nawet, jakby chciał, nic nie zrobi, nawet nie jest w stanie nabrać dla siebie tej zwykłej wody, ze studni. A w ogóle – co to, ta woda żywa?
Coś jednak odzywa się w sercu kobiety. Pada pytanie, od razu w kontekście tego, którego Samarytanie uznają za swojego ojca, więc Jakuba – czyżby ten dziwny człowiek był większy, potężniejszy od Izraela, człowieka, który walczył z Bogiem i ludźmi, i zwyciężył (Rdz 32, 29). Jezus czyta w człowieku jak w otwartej książce – tak i w owej kobiecie. Zna pragnienia i potrzeby jej serca. Obiecuje wodę żywą, jakiej nikt inny dać nie może. Nic dziwnego, że kobieta od razu wyraża pragnienie, docieka jak ją zdobyć. Tu czeka ją próba – Jezus bada, czy potrafi ona stanąć w prawdzie o sobie samej. Potrafi – przyznaje, iż żyje w konkubinacie, a Jezus uzupełnia jej wypowiedź o szczegóły, których obcy, wędrowiec, nijak nie mógł znać – wie przecież, ilu dokładnie miała mężów, i że żyje w wolnym związku. 

Kobieta jest przekonana, że ma do czynienia z prorokiem. Dlatego pyta o szczegóły wierzeń żydowskich, docieka odnośnie formy i sposobu oddawania czci Bogu. Niby detal – dla nas, dzisiaj żyjących chrześcijan – jednak ówcześnie była to kwestia sporna także pomiędzy Żydami, do który Samarytanom nie było przecież znowu tak daleko, i z których to Żydów Samarytanie w pewnym sensie się wywodzili (wyodrębnili się przecież na skutek małżeństw mieszanych pomiędzy Żydami a tzw. ludem Kuteim, które zaistniały w sytuacji podbicia królestwa Izraela/Samarii przez króla Asyrii Sargona II i dokonanych przez niego przesiedleń Żydów w głąb Asyrii w VII w.p.n.e.). Samarytanka nawiązuje, jakby pyta niezwykłego wędrowca, jak to jest z tym oddawaniem czci Bogu – Samarytanie robią to na świętej górze Gerazim, Żydzi mają świątynię w Jerozolimie? Odpowiedź Jezusa jest zarazem wyjaśnieniem, że Żydzi to nadal Naród Wybrany, jednak ciągle błądzący, skoro skupiony na kulcie świątyni. Bóg jest bowiem wszędzie, i nie tyle znaczenie ma miejsce modlitwy, oddawania mu chwały – co stan człowieka. W duchu i prawdzie – nie w bogato zdobionych ścianach, w pięknych szatach, wzniosłych słowa, a pustym, zatwardziałym czy po prostu unuranym w grzechu sercu.
Moment kulminacyjny – kobieta wspomina na starożytne proroctwa, odnoszące się do Mesjasza. Okazuje się, że od jakiegoś czasu ona sama, grzeszna i na pewno jakoś tam pogubiona (o czym świadczy jej sytuacja, jej pytania), rozmawia z Nim twarzą w twarz. Ewangelista nie mówi o emocjach – można sobie wyobrazić jednak, jak podziałały na nią słowa Pana. Wraca do miasta i rozpowiada o tym niezwykłym spotkaniu. Staje się, de facto, sama apostołem. 
Jaka wielka zmiana! Nieświadomie jeszcze, otrzymawszy dar poznania tożsamości Boga-Człowieka, głosi prawdę o Nim w swoim mieście. Nadzieja, jaką Jezus wlał w jej serce to jedno – a powołanie do świadczenia o Nim, na podstawie tej krótkiej rozmowy przy studni, to co innego. Ta prosta, przypadkowa niby rozmowa, a odmienia wszystko. Daje nową nadzieję – bo jak inaczej można odejść z rozmowy z Bogiem, który jest niewyczerpanym źródłem wody żywej?
Wędrujemy przez życie różnymi drogami, przystając w różnych momentach przy różnych studniach. Właściwie, taką studnią okazuje się być każde spotkanie z drugim człowiekiem. W nim tak samo jest Bóg. Raz bardziej wprost, dobitnie, między oczy – a kiedy indziej bardziej dyskretnie, na zasadzie nawet wyrzutu sumienia, Bóg „zagaduje” do mnie, tak jak zagadał Samarytankę. Grunt to zauważyć to, nie minąć Go obojętnie. Czasami może zacząć bardzo prowokacyjnie – dziwną, niezrozumiałą albo wręcz nie na miejscu prośbą. Potem – podrążyć, uderzyć w jakieś czułe miejsce, dotknąć do żywego bo zapytać o coś, co ciąży, leży na sercu od dawna, wymaga uporządkowania. Inaczej się nie da. Źródło tryska dla każdego – ale nie każdy sam jest w stanie do niego dotrzeć. Żeby być w stanie – trzeba stanąć w prawdzie, nawet najtrudniejszej, o sobie samym. Wielki Post to dobry moment.

To, czego ja chcę – a to, co daje Bóg. Konfrontacja i punkt odniesienia

Gdy Jan usłyszał w więzieniu o czynach Chrystusa, posłał swoich uczniów z zapytaniem: Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? Jezus im odpowiedział: Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi. Gdy oni odchodzili, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. (Mt 11,2-11)

Bardzo ciekawa sytuacja, nie sądzisz? Pokazuje, że Jan Chrzciciel jest człowiekiem, jak każdy inny, i ma wątpliwości. Widział i chciał bardzo dostrzec to, co Bóg mówił do ludzi – w tym do niego – przez tego niesamowitego człowieka, za którym coraz więcej ludzi szło, który uzdrawiał, czynił cuda, i tak pięknie, choć wymagająco, nauczał o Bogu zupełnie inaczej niż inni, akcentując miłość i miłosierdzie jako przymioty Stwórcy, ale też to, co powinno cechować ludzi w relacjach między nimi samymi.  
Jan co do jednego był pewny – i słusznie. Jego misja nie służyła samej sobie. Sam o sobie mówił głos wołającego na pustyni. Nie on był istotny – ale to, jak wszystkich miał przygotować na przyjście Tego, który miał nadejść po nim samym. Teraz, gdy grunt umykał mu spod nóg, gdy trafił do więzienia i słusznie spodziewał się tego, co miało niebawem nastąpić (jego śmierć), wiedział, że jest odpowiedzialny za tych, którzy za nim poszli. Odkrył jakby karty – zapytał tego, którego dotyczyły jego wątpliwości: czy ty jesteś Tym, którego wyczekujemy? Być może obawiał się nieco, co zrobią idący za nim ludzie, gdyby jego zabrakło – w końcu był w pewnym momencie sam bardziej znany i rozpoznawalny niż Jezus, a do tego, gdy wszyscy dowiedzieli się, że jego – Jana – zamknięto w więzieniu, to zakładając, że Jezus jest Mesjaszem, jak wyjaśnić brak Jego reakcji na uwięzienie przecież Jego proroka (nie mówiąc, że krewnego)? Musiał się dowiedzieć, aby jednoznacznie wskazać drogę tym, którzy szli za nim. 
No właśnie. Czemu Jezus nic nie zrobił? W końcu, po ludzku rzecz biorąc, tak właśnie powinien postąpić – conajmniej upomnieć się o niesprawiedliwie uwięzionego, a w opinii osób bardziej radykalnych – doprowadzić może i do powstania? Bardzo by to pasowało do idei Mesjasza – wyzwoliciela dosłownie narodu żydowskiego, który rozpocząłby i doprowadził skutecznie do końca walkę o niepodległość Izraela. Nie, Jan w żadnym wypadku nie był Zbawicielowi obojętny – stąd słowa Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Ale już w następnych słowach wskazuje – największy z ludzi jest karzełkiem w porównaniu z najmniejszym zbawionym. Rolą Jana w Bożych planach było, niestety, dać się zabić – jako świadectwo tego, co może czekać na tych, którzy pójdą za Mesjaszem. Niewdzięczna rola – ale przyjął ją z godnością i wiarą, wiedząc, Komu zaufał. Władza ziemska mogła go tylko skrócić o głowę, odebrać ziemskie życie – on miał obiecane o wiele więcej. 
Bo Jezus dąży w pewnym sensie do konfrontacji – tego, co my sobie o Nim wyobrażamy, z tym jaki On jest naprawdę. Stajemy przed Bogiem, modlimy się, prosimy i dziękujemy – ale to wszystko w ramach jakiegoś swojego wyobrażenia osoby Boga. Co Jezus odpowiedział uczniom Jana? Piłatowi w Wielki Piątek na pytanie czy Ty jesteś Mesjaszem? odpowie tak, Ja nim jestem. Dzisiaj jednak nie mówi o sobie – tak, to ja. Wskazuje na swoje czyny, na przejawy łaski Bożej przez Niego działającej – pozostawiając posłańcom, samemu Janowi i każdemu innemu samodzielne wyciągnięcie wniosku. Czy zwykły człowiek tyle może uczynić? To pięknie pokazuje – droga wiary, czy to będąc na jej początku, czy krocząc nią wiele lat, zawsze może zaprowadzić do wątpliwości, kryzysu, depresji. Tak się zdarza, takie bywają okoliczności – Jan zresztą miał pretekst, jego przyszłość nie rysowała się zbyt kolorowo. Ale nie załamał się – zwrócił się do źródła, bezpośrednio, zapytał Boga nawet o Niego samego. W trudnej, dramatycznej wręcz okoliczności dalej szukał, pytał, zastanawiał się. I uzyskał odpowiedź, która nadała sens temu wszystkiemu, co go dotknęło, i co miało go niebawem spotkać. 
Mamy prawo do własnych wyobrażeń, wizji, odbioru spraw i sytuacji. One w pewnym sensie są częściami składowymi naszej indywidualności, tego kim jesteśmy, wyjątkowości tak bardzo w nas ukochanej przez Boga. Ten tekst dzisiaj znowu pokazuje – Bóg nie traktuje nas jak bezmyślnej masy, nie zwracając uwagi na nasze potrzeby. Pyta przez swojego Syna wprost – Coście wyszli oglądać na pustyni? Coście wyszli zobaczyć? Słowa o trzcinie nawiązują do proroctwa Izajasza, że obiecany Mesjasz, gdy nadejdzie, nie złamie trzciny nadłamanej (Iz 42, 3). Trzcina, jak sobie rosła przed Jego przyjściem, tak samo będzie rosła i kołysała się na wietrze, gdy On przyjdzie. Ludzie w miękkich szatach? Symbol dobrobytu, przepychu, nawet zbytku – ale Mesjasz nie musi być i nie będzie władcą w ludzkim rozumieniu, żyjącym w pałacu, opływającym w bogactwo i ubierającym się w takie miękkie szaty. Nie takie jest Jego królestwo i królowanie. 
Te słowa, które Jezus wypowiedział, stanowią jakby kontynuację Jego odpowiedzi na pytanie, podane przez uczniów Jana (którzy już wówczas odeszli, jak podał ewangelista), przez samego Jana – czy On jest Mesjaszem? Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Proste jak drut. Jan (co sam Jan wiedział) miał wskazać ludziom Zbawiciela, i z pomocą i pod natchnieniem Ducha Świętego wskazał nad Jordanem Jezusa. Owszem, zwątpił chwilowo, w tych okolicznościach – ale swojego wskazania nigdy nie odwołał. A teraz – Ten, na którego wskazał, sam potwierdza trafność słów Jana. Spójność, konsekwencja. 
Możemy – porządni, spełniający uczynki miłosierdzia, modlący się, wspierający potrzebujących, uczciwi – znaleźć się także sami w momencie podobnym do tego, w jakim wtedy był Jan. I nie ma znaczenia, czy – jak dla Jana – będzie to koniec. Ważne jest to, czy nasza wiara wytrzyma taką noc duszy. Bóg nie ogranicza albo nie odbiera nam prawa do wątpliwości – ale pragnie, abyśmy przez takie próby przeszli zwycięsko. Aby błogosławieństwo obiecane tym, którzy nie zwątpili, mogło się stać także naszym udziałem. Trzeba w takich momentach zwrócić się do źródła, szukać odpowiedzi nie u szarlatanów i naciągaczy – ale Jednego, który zna odpowiedź na każde pytanie. Zawsze wracać do Boga, do modlitwy, do Kościoła. 
Teraz, w Adwencie, oczekujemy narodzenia Pana, przyjścia Zbawiciela. Warto czasami zadać samemu sobie pytanie i spróbować odpowiedzieć na to pytanie, które stawia sam Bóg. Czego szukasz? Czego potrzebujesz? Czego ci brakuje? I udzieliwszy odpowiedzi – zestawić to z tym, co proponuje Bóg, co On wskazuje jako to, co ważne, istotne, wartościowe, potrzebne. Aż wreszcie – nie wahać się odrzucić tego, co z Bożą hierarchią wartości stoi w sprzeczności. Dopiero wtedy można mówić o zwycięstwie, prawdziwej gaudete – radości – jaką przedstawia nam dzisiaj Kościół.
W tym kontekście warto zadać sobie samemu pytanie – czego szukasz w Kościele? Czym Kościół jest dla ciebie, czym powinien być? I co robisz, aby Kościół choć trochę zaczął przypominać ten twój, wymarzony? Jako mała pomoc – można poczytać, o jakim Kościele marzą pewne osoby publiczne. Te myśli napawają optymizmem. 
W tym kontekście – ciekawy motyw z dzisiejszego, rekolekcyjnego kazania. Przychodzi człowiek do osoby mocno uduchowionej, i zwierza się z problemu – trudności ze skupieniem podczas modlitwie; stara się modlić – a myśli uciekają do studiów, pracy, sympatii… Usłyszał odpowiedź od owego duchownego: Ja, jak stoję, to stoję; jak idę, to idę; jak biegnę – to biegnę. Ty – jak stoisz, to już idziesz; jak idziesz, to już biegniesz. Wniosek? Za bardzo się spieszymy – będąc tu, myślami wybiegamy już tam, do przodu – w efekcie to tu jest niedbałe, rozproszone. Czy chodzi o modlitwę, czy chodzi o cokolwiek innego – problem ze skupieniem zawsze jest problemem. A na wszystko trzeba umieć znaleźć i wygospodarować czas i przestrzeń. Owszem, podzielność uwagi to podobno zaleta – ale pewnych czynności efektywnie połączyć się nie da. 
>>>
Wczoraj zmarł najwybitniejszy polski specjalista z zakresu prawa kanonicznego – x infułat prof. Remigiusz Sobański. 80 lat to piękny wiek, a jego życie było z pewnością spełnione, pozostawił po sobie wielki dorobek myśli prawniczej. A jeszcze niedawno publikował co tydzień felietony w GN…
Jedynie o 5 lat przeżył go p. Edward – żaden profesor, infułat, prosty świecki człowiek, który od zawsze (do momentu pojawienia się nowego ordynariusza, dla którego był za stary…) był zakrystianinem w mojej rodzinnej parafii, który odszedł także w kończącym się tygodniu. Nigdy się nie skarżył, dla każdego miał dobre słowo, zawsze onieśmielony gdy mu się bezinteresownie pomogło. Od zawsze posługujący w parafii za darmo – a przez wiele lat był jedynym kościelnym. Naprawdę Boży człowiek. Chciałbym, żeby kiedyś ktoś o mnie pomyślał choć trochę tak dobrze, jak dobrze ja mogę pomyśleć dzisiaj o nim.

>>>

Adwentowo – o tym, gdzie teraz się znajdujesz, gdzie tak naprawdę oczekujesz na Pana – w wieczerniku, czy może w knajpie? Rozważają x Artur Stopka i Afro