Współczesny Herod

Liturgia zarówno 28 grudnia (święto Świętych Młodzianków Męczenników), jak i wczorajsza 30 grudnia (w tym roku święto Świętej Rodziny Jezusa, Maryi i Józefa) jakby kieruje nasz wzrok na samym końcu roku na tematykę rodziny i ochrony życia. I paradoksalnie, wydaje mi się, że sprawa jest banalnie prosta. Albo potrafisz zaufać Bogu, albo nie. Zresztą, w liturgii obydwu tych dni czytane były w kościołach dokładnie te same teksty.

Czytaj dalej →

Dramat Heroda i wiara Józefa

Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: Z Egiptu wezwałem Syna mego. Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma. (Mt 2,13-18)

Zasygnalizowałem już myśl tego tekstu w jednym z poprzednich – dramat Heroda polegał na tym, że poszukiwał Jezusa z niewłaściwych pobudek. Nie da się ukryć, szukał Mesjasza – ale nie po to, aby oddać Mu pokłon i uwielbić Go, ale aby położyć swoje łapy na Tym, którego uważał za konkurenta, i Go po prostu wyeliminować. Zabić. To pokazuje, że do stajenki betlejemskiej można iść także nieuporządkowanym, ze złem w sercu i w wielkim zagubieniu. 
No właśnie – można. I korci mnie, żeby napisać, że samo to, że taki ktoś po ludzku pogubiony idzie do Betlejem nie jest złe, bo zawsze może poddać się łasce Boga, kiedy już tam dotrze. Ma taką możliwość. Ma wybór. Punkt wyjścia to wyruszenie w drogę, po drodze może się wydarzyć wiele, ale i samo spojrzenie Zbawicielowi w oczy może dosłownie uzdrowić człowieka i oczyścić ze wszystkiego, co w nim jest słabe i złe. 
 
Tylko że trzeba tego chcieć, wyrazić takie pragnienie. A Herod chciał – owszem – ale pozbyć się problemu, bo w jego kategoriach takim właśnie była Maleńka Miłość. Stąd szaleństwo zabijania dzieci – które Kościół wspominał wczoraj jako Młodzianków Męczenników – w określonym wieku (teoretycznie nie udokumentowane i nie wynikające ze źródeł na taką skalę, jak to opisuje ewangelista – a raczej tego typu wydarzenie trafiło by do kronik; może było nieco na mniejszą skalę? i tak pozostawało szaleństwem i przekroczeniem jednego z przykazań); co więcej, które miało dotknąć także rodzinę władcy, jako że zabił także kilkoro swoich dzieci i jedną z żon (przy czym – co trzeba wyjaśnić – historycy wprost wskazują, że cierpiał on na chorobę umysłową). Ci maleńcy nie zdążyli wyznać wiary w Jezusa, ale oddali swoje życie z Jego powodu.
 
Duch Święty przechytrzył tyrana. Mędrców wysłał do domu inną drogą (Mt 2, 12 – znowu, jak przy Józefie i jego wątpliwościach co do ciąży Maryi, Bóg przynosi odpowiedź we śnie), a Józefowi po prostu kazał uciekać do Egiptu. Przypadek? Bynajmniej. Wypełnienie proroctwa z księgi Ozeasza (Oz 11, 1). Pojęcie „Słowo stało się ciałem” nabiera całkiem nowego znaczenia, kiedy człowiek się wsłuchuje w nie – jest twórcze, napędza do dobrego działania, owocuje właściwym kierunkiem i konkretnymi decyzjami w życiu. Tak, jak u Józefa, który pewnie rozważał wiele wariantów tego, co począć. We mnie ono staje się ciałem wtedy, kiedy zaufam Bogu i pozwolę Mu się poprowadzić. Nawet, a może przede wszystkim wtedy, kiedy po ludzku wydaje się to absurdalne.
Ciekawostka – wyczytałem w bardzo fajnej książce Maryja. Biografia Matki Bożej Pawła Nowakowskiego (taka maryjna lektura adwentowa, choć nie najprostsza, to z wieloma ciekawostkami i bardzo precyzyjnie oparta na źródła, również apokryficznych) – właśnie z tej sytuacji niektórzy tłumaczą to, że Jezus był położony w żłobie. Nie ot tak, ale ze względu na poszukiwania siepaczy Heroda. Maryja miała Go po prostu… schować pomiędzy sianem w żłobie i dzięki temu uratować przed zabiciem.

Słowo, które postawiło świat na głowie

Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Ono było na początku u Boga. Wszystko przez Nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła. Pojawił się człowiek posłany przez Boga Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o Światłości. Była Światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy. Jan daje o Nim świadectwo i głośno woła w słowach: Ten był, o którym powiedziałem: Ten, który po mnie idzie, przewyższył mnie godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali – łaskę po łasce. Podczas gdy Prawo zostało nadane przez Mojżesza, łaska i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa. Boga nikt nigdy nie widział, Ten Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył. (J 1,1-18)

To może zabrzmieć dziwnie – ale dla mnie liturgia Narodzenia Pańskiego to nie opisy stajenki, samych okoliczności przyjścia Jezusa jako dziecka, czy też pokłonu pasterzy, ale właśnie ten tekst, wstęp do ewangelii Jana, który tak naprawdę w żaden sposób nie opisuje samego wydarzenia, ale mówi bardziej ogólnikowo, ale tajemniczo. Co ciekawe, tekst ten w ramach samej uroczystości Narodzenia odczytywany jest pewnie najczęściej, bo przypisany do tzw. mszy w dzień (czyli każdej poza pasterką czy mszą odprawianą o świcie).
Skąd ta fascynacja? Z tego, że oto odwieczne marzenia wszystkich ludzi – nie tylko Żydów – zbiegają się i realizują w osobie Jezusa Chrystusa. Bóg przychodzi, aby jednoczyć niebo z ziemią. Przychodzi jako Ten, który zna i rozumie (bo w końcu też stał się człowiekiem) wszystkie ludzkie tęsknoty i pragnienia. Kiedyś, gdzieś tam w Starym Testamencie, można było odnieść wrażenie, że Bóg jest daleko, z boku, jakby ukryty. W tajemnicy Wcielenia przychodzi tak blisko i tak po ludzku, że bardziej się nie da. Oczywiście, mógł tego dokonać na pewnie milion innych sposobów – ale wybrał właśnie ten i Jego ludzka natura to nie chwilowy kaprys, ale fakt, odtąd już na zawsze.
Paradoks tej całej sytuacji polega na tym, że Bóg w Jezusie w całości oddał się w ręce kruchych ludzi, powierzając Swojego Syna Maryi i Józefowi. Zwykłym grzesznikom (no, poza Maryją), żadnym celebrytom czy bogato ustosunkowanym personom. Cieśli i kilkunastoletniej dziewczynie, którzy „na dzień dobry” musieli uciekać przez kawał ówczesnego świata przed szalonym Herodem i jego strachem o własny stołek. Dali radę – i tak właściwie, jako młody ojciec, to moja rola przede wszystkim, podobnie do Józefa, sprowadza się do zapewnienia bezpieczeństwa mojej rodzinie. Nic się nie zmieniło.
Maleńka Miłość przychodzi do serc wszystkich ludzi. Wszystkich bez wyjątku. Nie jako spektakularny Król, który robi „wejście smoka”, z fanfarami, fajerwerkami i całą spektakularnością. Za to z rozbrajającą i chwytającą za serce bezpośredniością małego dziecka, w pieluszkach, w słomie w żłobie czy też grocie. Biednie nawet jak na ludzkie kryteria.
Ten cytat z Izajasza jest bardzo ważny. Bóg przychodzi w konkretnym celu – żeby nas zbawić.Nie przez anioła, nie przez posłańca. Sam we własnej Trójjedynej Osobie, która dzięki Maryi zyskała ciało i całą ludzką naturę. Żeby przeżyć wszystko od początku do końca, na własnej skórze. Bóg z miłości do człowieka przekracza samego siebie. I czyni to w sposób, przepraszam za sformułowanie, nawet po ludzku pokręcony: właściwie przedmałżeńska ciąża (teoretycznie zaślubieni, Maryja z Józefem nie mieszkali jeszcze ze sobą), dramat wątpliwości Józefa, jak tę sytuację ugryźć, a potem od razu tyle niebezpieczeństw czyhających na małego Jezusa, pomijając już trudną dla Maryi podróż w zaawansowanej ciąży do Betlejem, zwieńczoną zakwaterowaniem ze zwierzętami, bo „nie było miejsca dla Ciebie”, jak mówi tekst pastorałki.Więc czemu tyle osób twierdzi, że Bóg stoi gdzieś obok, daleko, i ma to wszystko w pewnym poważaniu? On od samego początku miał jako człowiek „pod górkę”.
Nic się od tamtej pory nie zmieniło. Bóg nadal w tę betlejemską noc przychodzi i puka do ludzkich serc. Wszystkich i każdego bez wyjątku – nie dlatego, że musi, ma obowiązek, ale dlatego, że chce przytulić do swojego serca każde, nawet najbardziej pokręcone ludzkie życie. Zwróć uwagę, Herod też miał wtedy wybór: Mędrcy powiedzieli mu o Jezusie, mógł wyruszyć z nimi i oddać Zbawicielowi pokłon (i wcale nie musiało się to wiązać z jakimkolwiek oddawaniem faktycznej władzy, zresztą posiadanej z nadania rzymskiego okupanta). Wolał za to wymordować wszystkich małych chłopców, w tym dzieci we własnej rodzinie. Ze strachu. Maleńki Jezus przychodzi i tylko ja w ciszy swojego serca i własnego sumienia decyduję, co z tym zrobię.Mogę Mu oddać pokłon w stajence, mogę się po prostu ucieszyć, a mogę to kompletnie zlekceważyć. On się nie obrazi i nadal będzie czekał.
Słowo stało się ciałem, et verbum caro factum est. Nie słowo prawa, które już było od czasów Mojżesza, ale słowo łaski i prawdy. Bóg bez końca miłosierny. Ciekawe jest to, co pisze autor natchniony nieco dalej, co jest jakby po prostu stwierdzeniem: „i oglądaliśmy Jego chwałę”. Bo to jest pewnik, bo ona, ta chwała się objawiła. Można to uznać i uwielbić Boga, a można trochę bez sensu i właściwie na próżno negować, kwestionować. Tylko po co?
Kapitalnie fenomen tej sytuacji oddał śp. ks. Jan Twardowski w wierszu „Naucz się dziwić”: „I pomyśl— jakie to dziwne, / że Bóg miał lata dziecinne, / matkę, osiołka, Betlejem”. Bo ta sytuacja, szczególnie w kontekście Bóstwa Jezusa, jest dla nas dziwna, bo Król nie taki powinien być. A jednak On przyszedł tak właśnie i nie inaczej, i nic z tym nie możemy zrobić poza jednym: zadumaniem, dlaczego? co chciał nam pokazać? Może po prostu, że nie cała ta otoczka, splendor, się liczą, to co przeliczalne (wersja dla młodszych: wypasione prezenty), ale zupełnie inne kwestie. Miłość, bliskość, troska, relacje, wspólnota, rodzina. To wszystko, co my także w czasie świąt czasami bezmyślnie spychamy na bok na rzecz lekkomyślnego obżerania się przed telewizorem przy oglądanych milionowy raz przygodach chłopca o imieniu na k, który raz został sam w domu, a innym razem w Nowym Jorku…
Maleńki Jezus przyszedł i ta łaska tu jest, obok, na wyciągnięcie ręki. Dotyka ciebie w Jego pełnym miłości i miłosierdzia spojrzeniu. Przychodzi, aby uczyć dostrzegania tego, co banalne, spotkania w prawdzie, zwykłej wdzięczności za Jego przyjście i codzienne dary (ale też umiejętności ofiarowania i oddania Mu tego, co trudne i bo boli). Co z tym zrobisz? Przychodzący Jezus stworzył most pomiędzy niebem i ziemią. I on już zawsze będzie.

Wędrowny maksymalizm objawienia

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon. Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny. (Mt 2,1-12)

Przerażające jest to, że jakby statystycznego „Polaka-katolika” (cudzysłów zamierzony) zapytać o wczorajszą uroczystość Objawienia Pańskiego – to człowiek najczęściej usłyszy: „Że co? Jehowi jesteście?”. Tia. Jak zapytać o Trzech Króli – „a, pewnie, 6 stycznia, nawet od niedawna wolne jest, nie”. Wszystko jasne.  W tym tekście bardo łatwo skupić się na rzeczach nieistotnych, pobocznych. Nie ma znaczenia gwiazda (choć pewnie jakieś zjawisko z udziałem ciała niebieskiego było widoczne na niebie, naukowcy spierają się jedynie – jakie), nie ma znaczenia Herod (choć swoje symbolizuje), nie mają też specjalnie znaczenia ci… goście, którzy dotarli do Jezusa i złożyli dary. To są elementy składowe, które mają – w formie ewangelicznej opowieści, może midrasza – pomóc nam zrozumieć pewną bardzo ważną prawdę. Jaką? O tym zaraz. 
Herod. Dokładniej to Herod II, zwany Wielkim. Synonim tego, co złe, prostackie, żądne władzy, czci, zniewalające, narzucające się innym wbrew ich woli. Człowiek po prostu mały i nieszczęśliwy, który chciał być sprytny i wykorzystać mędrców, ale zapomniał, że Bóg sięga o wiele dalej. Nigdy samodzielny władca, zawsze namaszczony przez kogoś jedynie namiestnik. O ile opowieść o rzezi niewiniątek może być nieco przesadzona, gdy chodzi o skalę (w pozachrześcijańskich źródłach historycznych nie ma o niej ani słowa – a o takiej zbrodni zapis by raczej pozostał), jednak pasująca do – nie ma co ukrywać – psychopaty, jakim był. Nieszczęśnik ogarnięty manią prześladowczą, który zabił pierworodnego syna, jedną ze swoich żon oraz jej synów, brata i matkę. Nagonka na mającego się narodzić Mesjasza to nic innego jak kolejny przejaw manii. Tragiczna postać – i nauczka dla wszystkich. 
Zagraniczni goście. Tak, to dobre sformułowanie. Nie ma bowiem dowodów na to, że byli oni królami, ani też że było ich akurat trzech (wiadomo, że więcej niż jeden). Bardzo dobrze ich rolę oddaje znana polska kolęda, mówiąca o „mędrcach świata”. Reprezentowali oni bowiem świat, i z pewnością byli obdarzeni prawdziwą mądrością. To nie jest tak (a czasami mam wrażenie, że niektórym się tak właśnie wydaje), że tylko Kościół i chrześcijaństwo wydaje ludzi mądrych, światłych. Boży Duch umiłowania wiedzy i szukania prawdy wieje różnymi drogami, także tam, gdzie Bóg nie jest znany. Bo ten ewangeliczny obrazek dobitnie pokazuje jedno – można przyjąć, że przychodzącego Mesjasza odrzucił zarówno sam Herod, jak i wielcy Jerozolimy, którym nie na rękę był nowy władca (skoro już jakoś się dogadali, ułożyli z dotychczasowym). Paradoks – swoi Go odrzucają, a przychodzą z daleka oddać Mu cześć obcy, ludzie z drugiego końca świata. 
Na czym mądrość owych mędrców polegała? Na tym, że umieli zauważyć prawdziwie wielkiego Boga, choć skrytego w kruchym i maleńkim ciele. Szukali Go na tyle szczerze i autentycznie, że potrafili zrozumieć, On czeka na nich, w tym, co małe i bezbronne – w ciele noworodka zawiniętego w pieluszki i złożonego w żłobie. On jest prawdziwie wielki, On prawdziwie ma władzę i moc. A oni w Nim potrafili je ujrzeć i dlatego klękają.   Warto, w tym kontekście, pamiętać o ludziach niewierzących. O takich mędrcach właśnie. Tylko Bóg tak naprawdę wie, czemu nie otrzymali łaski wiary, czego im brakuje, albo gdzie na swojej drodze życia pomylili skrzyżowania. Postawa takich ludzi nie musi oznaczać bylejakości, łatwizny i powierzchowności. Mogą być osobami mądrymi i wartościowymi, ale nie potrafią uwierzyć. Nam, wierzącym, łaska wiary może wydawać się czymś oczywistym, jakby przydzielanym wg rozdzielnika każdemu. Są jednak ludzie z wieloma pytaniami i wątpliwościami, a zarazem szczerością i prawdziwą wolą poszukiwania. Za takich trzeba się modlić. Ot, choćby o to, żeby inni wierzący – tak, ja czy ty – po prostu im tego Boga, którego szukają, nie zasłaniali, abyśmy potrafili Go przekazać także współczesnym poganom. 
Już kończę. Co świętujemy w ten dzień? Również Narodzenie Pana. A jednak – zupełnie inaczej. W sposób bardziej dojrzały. Czemu? Bo chcemy iść dalej. Tak samo, jak wierzący nie może zatrzymać się przy krzyżu, odrzucając to, co jest dalej: zmartwychwstanie, pusty grób, tak samo wierzący nie może pozostać w ciepłej, przytulnej i rodzinnej stajence betlejemskiej, gdzie przyszła na świat Maleńka Miłość. Bo to jest tylko początek. Człowiek wierzący wstaje i idzie dalej, aby objawiać światu Objawionego jemu. Bóg nie przyszedł po to, aby jak to ujmuje kreskówkowa karykatura władcy (skądinąd, śmieszna i sympatyczna) w osobie Króla Juliana (ten z „Madagaskaru”), żądać od ludzi tylko hołdu i klęczków. Bóg przychodzi w Jezusie Chrystusie i rodzi się jako człowiek, aby wszystkim ludziom objawić swoją miłość, swoje umiłowanie i zakochanie w człowieku, swym największym dziele. Nie przychodzi, aby przyjmować tylko czołobitne laurki – ale aby zamieszkać w ludzkim sercu, każdym, i każdemu człowiekowi pomóc odnaleźć sens, inspirację, cel. Kocha tak mocno i daleko, że staje się jak swój twór – człowiekiem. 
Bóg wyjątkowo mocno w tym dniu zaprasza nas do wspólnej wędrówki. Ani ona łatwa, ani przewidywalna, ani też opłacalna. Mędrcy pewnie też musieli zebrać sporo odwagi i spontaniczności, ruszając za jakąś gwiazdą właściwie nie wiadomo dokąd. Ale wyruszyli. Do tego dzisiaj zaprasza nas Bóg. Abyśmy wstali, odeszli od światełek choinkowych, porzucili kolorowe ozdoby i przytulną stajenkę – i poszli, aby Jego właśnie, na tronie własnego serca, zanieść w świat. Nie możemy do chować przed innymi, skupiać się tylko na indywidualnej relacji. On przyszedł dla każdego z nas, dla wszystkich – i przez moje ręce chce dotrzeć do jak największej liczby osób. Docierać i objawiać każdemu to, czego sam nie odkrył, nie potrafi zrozumieć.