Uchylić furtkę miłosierdzia

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś Tomaszu, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)

Godzina Miłosierdzia w Niedzielę Miłosierdzia w Roku Miłosierdzia. Miłosierdzie do potęgi trzeciej. Jeśli (a taki jest zamysł papieża) cały ten rok to wyjątkowy czas jeśli chodzi o zgłębianie i ćwiczenie w praktykach miłosierdzia – to dzisiaj przypada chyba jakby jego centrum. W takim dniu Kościół stawia przed nami i pokazuje… grupkę przerażonych ludzi, którzy uciekają i barykadują się ze strachu. 

Czytaj dalej →

Święci na moją miarę

Listopad to jest taki fajny miesiąc, kiedy można powspominać świętych ludzi – łatwiej jest, bo na początku wszyscy ruszają na groby, wspominają swoich bliskich, i (czasami nieświadomie – dla niektórych to „święto zmarłych” i nic więcej) jakby mimochodem dochodzi się jakby naokoło do tego, że to chyba o nich – tych, co odeszli, jako nasze wzory, przez nas kochanych – chodzi Kościołowi z tymi świętymi. 
Nie jestem fanem nowenn, litanii, relikwii jako takich (mam w domu dwie, może kiedyś o tym napiszę) ani dewocji przejawiającej się np. w bieganiu od ołtarzyka do ołtarzyka, całowaniu posążków Maryi czy tworzeniu kapliczek w domu. 
Ale także ja mam tych, za wstawiennictwem których proszę Boga w różnych sprawach. Chciałem kilka słów poświęcić świętym mnie szczególnie bliskim. Kolejność bardziej niż przypadkowa.
1. św. Tomasz apostoł


Nie tylko dlatego, że to mój imiennik. Bo postać fascynująca. Według mnie żaden „niedowiarek” – no chyba, że każdy z nas się za takiego uznaje, co wcale takie głupie nie jest. Człowiek, który chciał poznać, sprawdzić – dociekliwy, konkretny. A równocześnie, umiejący ukorzyć się przed Tym, który jest Wszystkim, i wyznać: „Pan mój i Bóg mój”. 
2. św. Tomasz z Villanueva OSA, biskup


Nigdy bym się o człowieku nie dowiedział, gdyby nie fakt, że dociekałem, co to za Tomasz, skąd te imieniny w kalendarzu w dniu, kiedy je obchodzę – 22 września. Kastylijski XV-wieczny kaznodzieja, augustianin (stąd może moje zainteresowanie tym zgromadzeniem?), znany z życia w pobożności i prostocie, które to cnoty doprowadziły go do arcybiskupstwa hiszpańskiej Walencji. Trafił na biskupstwo tyle bogate, co zaniedbane (ponoć przez 100 lat biskup nie rezydował na miejscu). Wizytował, zwołał synod, działał podobnie co – niewiele po nim – mediolański Karol Boromeusz. Chodził i żył nadal jak zakonnik, w połatanym habicie, pieniądze na wyposażenie katedry oddał na ubogi szpital; dbał o sieroty, szczególnie o posagi dla młodych dziewcząt. Twórca jednego z pierwszych (1550 r.) seminariów duchownych. Beatyfikowany w 1618 r., kanonizowany równe pół wieku później. Patron zgromadzenia Sióstr Augustynianek św. Tomasza dla posługi ubogim. Co ciekawe, patron augustiańskiej szkoły w Krakowie. 
3. św. Bonawentura, biskup i doktor Kościoła
Patron od bierzmowania – zainteresowało mnie samo imię. Na chrzcie Jan, Bonawentura to imię zakonne, oznaczające mniej więcej westchnienie: „o, szczęśliwy losie/szczęśliwa przyszłości”, jakie miał pod jego adresem jako niemowlęcia wypowiedzieć św. Franciszek z Asyżu. Filozof i teolog, autor dzieła o Trójcy Świętej – uznawany za jednego z najwybitniejszych teologów okresu średniowiecza (stąd tytuł doktora Kościoła od 1588 r.). W 31 lat po śmierci założyciela, w 1257 r., został jego następcą i generałem zakonu, mając niespełna 39 lat. Przygotował konstytucje zakonne jako wykładnię reguły św. Franciszka. W 1273 r. kreowany kardynałem i biskupem podrzymskiego Albano – o czym wiadomość miała zastać go… przy myciu naczyń w kuchni. Przygotowywał sobór lyoński. Kanonizowany w 1482 r.
4. św. Jan Paweł II, papież

(W tym momencie rozległo się: „ale jaaak to, dopiero czwarty??” :D) Karol Wojtyła – na drugie mam Karol – człowiek, który był „od zawsze” papieżem w mojej świadomości, i tak w sumie do 02 kwietnia 2005 r. Jakby pewnik – zawsze był, zawsze wszyscy się nim zachwycali, choć dopiero z biegiem czasu uświadomiłem sobie, ile w tym było prawie bałwochwalstwa, a jak mało zrozumienia dla tego, o czym on mówił, co mówił, braku refleksji nad jego dziedzictwem, zamiast czego urządzono mu jeszcze za życia wyścig w stawianiu pomników czy nazywaniu jego imieniem ulic, placów, szkół itp. Wielki człowiek, wielki święty. Paradoksalnie czasami fantastycznie prosty w swoich słowach – a niekiedy (dłuższe teksty) nieporównywalnie trudniejszy np. od Benedykta XVI. Konkretny. Kościół zawdzięcza mu bardzo wiele, bo zbliżył właśnie Kościół i jego głowę w osobie papieża do ludzi – co dzielnie kontynuuje dzisiaj Franciszek. Tytan pracy i modlitwy. Jedyny święty kanonizowany, z którym było mi dane się było spotkać, uściskać jego rękę – relikwię w postaci różańca ma do dzisiaj. 
5. św. Jan XXIII, papież


Papież uśmiechu – fakt, trudno się nie uśmiechnąć, spojrzawszy na niego. Nigdy za karierą nie gonił, a jednak od 1925 r. nuncjusz w Turcji, potem we Francji, od 1953 r. kardynał i patriarcha Wenecji. Wybrany przez konklawe po trudnym okresie długiego pontyfikatu Piusa XII – dosłownie przewietrzył Kościół. Na pewno – i są na to historyczne dowody – traktowany jako papież przejściowy (fakt, zmarł po 5 latach), ale chciałbym widzieć miny kurialistów watykańskich, kiedy ogłosił zwołanie Soboru Watykańskiego II, który rozpoczął, ale kończył już jego następca Paweł VI. Zawsze uśmiechnięty, miłośnik fajki, z dystansem do siebie i do protokołu (o ile wiem, ostatni koronowany papież, zanim tiara trafiła do lamusa). Autor encykliki Pacem in terris o pokoju między narodami. Przygotował podwaliny pod nowy Kodeks prawa kanonicznego, ostatecznie wprowadzony dopiero w 1983 r. już przez Jana Pawła II. Bez Jana XXIII nie było by soboru, na którym zaistniał i został zauważony młody sufragan krakowski Karol Wojtyła – to dzięki soborowi świat mógł zobaczyć Polaka, który dzięki temu później zaszedł tak daleko. Ja odkryłem go po raz pierwszy, kiedy jakieś 15 lat temu sięgałem po jego „Dziennik duszy”. Ciekawostka – żyje nadal i ma przeszło 100 lat jego osobisty sekretarz, od niedawna kardynał, Loris Capovilla. 
6. bł. Karol de Foucauld, kapłan
Człowiek dość majętny, ustawiony w życiu, a równocześnie mocno nieuporządkowany i nie narzucający się w młodości Bogu, XIX-wieczny arystokrata. W Paryżu niby to studiował, a używał życia. Wstąpił do szkoły oficerskiej, trafił do Algieru – i jako podporucznik… wyleciał za brak dyscypliny i niemoralne prowadzenie się. Uczestnik walk w Algierze w 1881 r., odznaczony. Odszedł z wojska, pragnąc podróżować po Maroku. Zakochał się, a jednak powrócił do Magrebu i podjął decyzję o życiu w celibacie. Po powrocie do Paryża zaczyna szukać Boga, zawierza życie Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i postanawia oddać się życiu mniszemu z dala od świata, wstępując do trapistów, mieszkając w klasztorach w Syrii i Algierii. Przy żeńskim klasztorze w Nazarecie był prostym bratem od prac gospodarczych. W 1901 r. przyjął święcenia kapłańskie, osiadając niedaleko granicy algiersko-marokańskiej. Poświęcił się pracy na rzecz ewangelizacji plemienia Tuaregów. Chciał stworzyć zgromadzenie Małych Braci Jezusa – powstało już po jego śmierci w 1916 r. (zabity przypadkowo w walkach międzyplemienny), działa także w Polsce, istnieją również Małe Siostry Jezusa; polecam niesamowite książki br. Morrisa z tego zgromadzenia (wydawnictwo Esprit). Prostota, prostota i jeszcze raz prostota – cisze życie pomiędzy koczowniczym plemieniem pustynnym. Beatyfikowany przez Benedykta XVI w 2005 r.
7. św. Charbel Makhlouf, kapłan



Po polsku nazywany niekiedy Sarbeliuszem. Takie moje małe odkrycie ostatniego czasu. XIX-wieczny Libańczyk, należący do Kościoła maronickiego, obejmującego obecne Liban i Syrię, czyli jedyny wschodni Kościół pozostający w pełnej jedności z Kościołem rzymskim. Co zdziałał w życiu? W sumie to… nic. Mieszkał w klasztorze, z którego przeniósł się do pustelni, żeby pościć, umartwiać się. Dostał udaru w czasie Mszy Świętej i zmarł. I wtedy się zaczęło! Grób – dziura w ziemi, bez żadnej trumny – świecił przez 45 dni od pogrzebu, co było widać w całej okolicy. Przy ekshumacji okazało się, że ciało zachowało temperaturę i właściwości (giętkość, miękkość) ciała żywego człowieka (wbrew temu, co piszą w wielu miejscach, ciało poddało się prawom natury po beatyfikacji – obecnie pozostały tylko kości). Co więcej, wydzielało ciecz, określaną jako pot i krew – nawet po tym, gdy ciało osuszono i usunięto z niego wnętrzności. Jest to swego rodzaju rekordzista – w klasztorze w Annaya co roku odnotowuje się wiele cudów za jego wstawiennictwem lub na skutek działania tzw. oleju Charbela, który wydzielało ciało. Beatyfikowany w 1965 r., kanonizowany w 1977 r.

8. bł. Jerzy Popiełuszko, kapłan


Współczesny nam wręcz dosłownie, choć zabili go jakieś pół roku przed moim urodzeniem. Prosty, niczym się nie wyróżniający ksiądz, który jako jeden z niewielu za ciemnej komuny odważył się mówić wyraźnie o sprawiedliwości społecznej, domagać się jej, nazywać zło złem i oczekiwać poszanowania dla człowieka z jego wolnością i przekonaniami. Tak bardzo ludzki ze wszystkim – w książkach o nim urzeka mnie to, że był normalny, bał się, widział że w pewnym sensie zostaje pozostawiony sam sobie – i wytrwał, gotowy na wszystko. Bo wiedział, Komu zawierzył, co jest ważne, i że o pewnych sprawach nie można nie mówić. Niepozorny człowiek, ale tytan wiary i ducha. Porównuję go – w kontekście Franciszka – do salwadorskiego bł. abp Oscara Romero, zabitego zresztą rok od ks. Jerzego wcześniej, który podobnie do Popiełuszki walczył o te same sprawy na drugim końcu świata. 
9. św. Pio z Pietrelciny, kapłan


Chyba jeden z najpopularniejszych świętych na świecie. Rozmawiał z Jezusem ponoć już gdy miał 5 lat. Prosty zakonnik kapucyński, który przeżył wiele także ze strony władz kościelnych w związku z tym, że od 1918 r. nosił stygmaty – znaki męki Jezusa Chrystusa – co przyciągało uwagę mediów. Mistyk, cudotwórca w każdym tego słowa znaczeniu. Odprawiał z wielkim nabożeństwem Msze Święte. Bilokował – mógł znajdować się naraz w więcej niż jednym miejscu, co potwierdzono wielokrotnie. Swój charyzmat – poza cudami związanymi z uzdrowieniami fizycznymi za jego pośrednictwem – realizował w zaciszu konfesjonału, do którego zjeżdżali ludzie z całego świata. Widział duszę ludzką jak na dłoni – w kapitalny sposób potrafił pogonić fałszywego penitenta, nie przebierając w słowach (czego nie należy mylić z wrzaskami i obrażaniem ludzi w konfesjonale, co dzisiaj nie raz można spotkać). Beatyfikowany w 1999 r., kanonizowany 3 lata później. 
>>>
Ciekawe zestawienie, prawda? Apostoł, 3 biskupów (w tym 2 papieży), 3 zakonników pustelników (i to nawet jeden w sumie nie rzymski katolik!) i niepozorny polski ksiądz diecezjalny. A jednak. Mam nadzieję, że choć troszkę przybliżyłem ich postaci. 
Gdyby kogoś w ogóle interesowały życiorysy świętych – polecam baardzo duży zasób w serwisie brewiarz.pl (i sam serwis do modlitwy brewiarzowej, też!). A jeśli chodzi o książki – cóż, jest tego więcej niż dużo, wystarczy poszukać w Googlach. 

Moje odbicie w Jego ranach

Jako że jak zwykle jestem „do tyłu”, tym razem teksty ewangeliczne z 2 niedziel – II i III wielkanocnej.

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31) 

Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: Pokój wam! Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi. Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: Macie tu coś do jedzenia? Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich. Potem rzekł do nich: To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach. Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma, i rzekł do nich: Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie, w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego. (Łk 24,35-48)

Niedziela Miłosierdzia Bożego to niedziela… Bożego niedowiarka, jak to mówią – pieszczotliwie (?) określając tak mojego imiennika. Ja się z tym sformułowaniem nie zgadzam – no chyba że przyjmiemy, że niedowiarkiem jest każdy nas. Takim właśnie Bożym niedowiarkiem. Serio. Bóg przychodzi do człowieka ze znakami męki (żeby pokazać, że to On a nie jakiś tam inny czy przebieraniec), i przynosić w tych zranionych rękach naznaczonych męką jedyny pokój, jaki na tym (i innym też) świecie ma sens: Boży pokój. Ludzkie serce reaguje spontanicznie – wielka radość, zrozumiała. Serca się radują – ale Jezus równocześnie przypomina, po co przychodzi, czego kontynuację i przedłużenie tamci z Wieczernika i ich następcy mają zapewnić. Głosić Ewangelię, posłani na dosłownie każde krańce i wszystkie ostatnie wioski świata (dzisiaj, paradoksalnie, misjonarze z jeszcze niedawno „końca świata” przybywają do niby takiej wiernej chrześcijańskiej Europy na misje, np. do Francji).
Czy Tomasz zrobił coś niestosownego? Nie. Sam Jezus zachęcał (drugi obrazek, z III niedzieli zmartwychwstania): chodźcie, zobaczcie rany, dotknijcie, próbuje po ludzku przekonać ludzi, że sam także jest człowiekiem, a nie zjawą, duchem. Wtedy też zaczyna od przekazania pokoju (tak dzisiaj potrzebnego światu – i którego, paradoksalnie, brakuje także pomiędzy podzielonymi częściami Kościoła…). Po co daje ten pokój? Tu można ładnie nawiązać do Bożego miłosierdzia -z tej wcześniejszej, II niedzieli zmartwychwstania i święta Miłosierdzia Bożego – Mesjasz przyszedł nie dla samego przyjścia, ale dla głoszenia odpuszczenia grzechów! Nie ma czego się bać. Bóg jest specjalistą od tego, co wykracza poza ludzkie zrozumienie, co się w głowie nie mieści, w tym także przebaczania tego, z czym ja sam nie potrafię sobie poradzić i nie umiem wybaczyć sobie – bo trudno byłoby, żeby nasze małe „ja” ogarnęło Wszechmocnego. Śmierć nie może Boga ograniczyć – przyjął i zgodził się na nią jako człowiek, który umarł, ale stanowiła ona granicy i końca Jego boskiej natury, która zwyciężyła i powróciła zwycięska. 
Fantastycznie mówił o Tomaszu w ramach Regina Coeli tego dnia papież Franciszek (przekład za Radiem Maryja): „Tomasz jest kimś, kto nie zadowala się i poszukuje, chce zobaczyć na własne oczy, doświadczyć osobiście. Po początkowych oporach i niepokojach, w końcu i on dochodzi do wiary, pomimo trudności, dochodzi do wiary. Jezus go cierpliwie oczekuje i podarowuje się [w tłumaczeniu GN, które bardziej mi pasuje – ofiarowuje się] temu przybyłemu ostatniemu z jego trudnościami i niepewnościami. Chrystusa nazywa „błogosławionymi”  tych, którzy, nie widzieli a uwierzyli (por. w. 29) – pierwszą z nich jest Maryja, Jego Matka – chociaż wychodzi także naprzeciw potrzebom niedowierzającego ucznia: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce …” (w. 27). Poprzez zbawczy kontakt z ranami zmartwychwstałego Pana, Tomasz objawia swoje własne rany, własne zranienia, i upokorzenia, własne rozdarcia. W znaku gwoździ znajduje swój osobisty dowód na to, że jest kochany, oczekiwany, rozumiany. Stoi przed Mesjaszem pełnym łagodności, miłosierdzia, czułości. To był ten sam Pan, którego szukał w ukrytej głębi swojego istnienia, bo zawsze wiedział, że ​​taki jest. A ilu z nas próbuje w głębi swego serca spotkać Jezusa, takiego jakim jest: słodkiego, miłosiernego, czułego. Bo my w istocoe wiemy, żed On taki  jest. Odnajdując osobisty kontakt z miłością i cierpliwością miłosiernego Chrystusa, Tomasz rozumie głęboki sens Zmartwychwstania, zostaje przemieniony wewnętrznie, deklaruje swoją pełną i całkowitą wiarę w Niego, wołając: „Pan mój i Bóg mój”„. 
Do tych słów Franciszka naprawdę nic nie trzeba dodawać i są mądrzejsze oraz piękniejsze – mimo ich syntetyczności – od naprawdę chyba większości (o ile nie wszystkich) homilii, jakie słyszałem w związku z tym tekstem. Zawierzenie Bogu to nic innego, jak odwaga do stanięcia w prawdzie przed Nim, z całym swoim brudem, ze wszystkimi wątpliwościami, upadkami i wzlotami, pytaniami i zarzutami. Bóg przychodzi i zaprasza nie po to, aby Go ustanawiać uchwałami królem Polski, ale aby człowiek – uświadamiając sobie Jego miłość, Jego umiłowanie mnie samego – odnalazł dla siebie miejsce w przestrzeni zmartwychwstania, w zranionych ramionach Boga, który przychodzi do każdego z nas. Przychodzi nie po to, aby grozić palcem i złorzeczyć czy wyrzucać upadki – ale, jak ten miłosierny ojciec, przytulić do swojego serca.

Jeśli na tym polega bycie niedowiarkiem, szukanie i wołanie Boga – to takim niedowiarkiem chętnie będę.

Błogosławione niedowiarstwo

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)

Znowu Jezus zaczyna od tych jakże ważnych słów – o pokoju. Nie ludzkim pokoju, nie świętym spokoju, ale od Niego – od Boga pochodzącym – pokoju, na którym budować powinien człowiek. Pokoju, który w tym geście miał znaczenie symboliczne, bo oznaczał władzę odpuszczania grzechów, jaka została złożona w ręce apostołów i ich zastępców oraz prezbiterów. 
Nie było w tym momencie w ich gronie dwojga osób – Judasza, już wtedy nieżyjącego, no i Tomasza, którego historia ochrzciła później Niewiernym albo Niedowiarkiem. Nie chodzi o to, że to mój imiennik, jakiś sentyment czy coś. Po prostu ja się nie zgadzam z takim jego jednostronnym postrzeganiem i ocenianiem. 
Tomasz to protoplasta ludzi poszukujących, twórczo wątpiących, których serca nurtuje poszukiwanie Prawdy i Miłości, czyli tego, czego uosobienie stanowi Bóg. Szczerze poszukujących i w tym celu drążących, pytających. Wielu jest ludzi, którzy w ten sposób żyją i działają – także wierzących – i w związku z tą formą, z takim sposobem wyrażania się, są w swój wyjątkowy sposób pociągający, inspirujący i umiejący zainteresować. Nie można bać się pytać – o ile pytanie jest szczere, a i pytający działa z uczciwych pobudek, ze szczerego serca. Do tego przecież ciągle zachęca nas Bóg – abyśmy potrafili twórczo odkrywać Jego zamysł na swojej drodze, i łącząc te odkrycia ze swoimi pragnieniami być po prostu szczęśliwymi i zrealizowanymi w życiu. 
Jezus nigdy Tomasza nie potępił. Znowu przyszedł – jakby dla niego – i znowu rozpoczął od słów pokoju, który przyniósł w darze zebranym. Pokój wam! Nie potrzebował też słów Tomasza – przynajmniej żadne nie są przytoczone – bo przecież wiedział, co nurtuje jego serce. Rozumiał te wątpliwości apostoła i wręcz postanowił na nie odpowiedzieć – pozwalając spojrzeć Tomaszowi i uwierzyć w to, co do czego miał wątpliwości. Czy Tomasz bez tego wydarzenia by uwierzył? Gdybanie. W tej sytuacji złożył piękne wyznanie – Pan mój i Bóg mój. Teraz już wiedział, widział, uwierzył. 
Bóg wzywa nas codziennie do tego, abyśmy się wyrywali z więzów własnego niedowiarstwa i niepewności, aby codziennie na nowo przylgnąć do Niego, uradować się pusty grobem i uświadomić sobie raz po raz – On zmartwychwstał i żyje. To niedowiarstwo jest i u wielu po prostu trwa, raz mniej raz bardziej, bo nie każdy potrafi pozbyć się wątpliwości. Ale to jest nasze zadanie – przeskakiwać je, rozgryzać, dopytywać, szukać, modlić, prosić o światło Ducha Świętego i do tego wszystkiego (czasami to najtrudniejsze) umieć wsłuchać się w Bożą odpowiedź. 

Niewierny czy poszukujący?

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali
uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus,
stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał
im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus
znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was
posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha
Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym
zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany
Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc
uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich:
Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w
miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po
ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz /domu/ i Tomasz z
nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł:
Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz
moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź
niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg
mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś Tomaszu, bo Mnie ujrzałeś;
błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków,
których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś
zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i
abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)

Na początku krótka dygresja do, ciekawej (i opisywanej zarówno przez Tygodnik Powszechny, jak i Gościa Niedzielnego) teorii Paula Badde, dziennikarza znanego z badań nad całunem turyńskim i chustą z Manopello. Czego bali się uczniowie? Czego się obawiali? Skoro wszystko miało być stracone – Jezus umęczony, zabity, ukrzyżowany – to po co siedzieli jak trusie w Jerozolimie? Był czas Paschy, mogli spokojnie w tłumie pielgrzymów zniknąć z miasta, wydostać się z niego i udać dokądkolwiek, raczej nie niepokojeni. Żydom chodziło o Jezusa, o pozbycie się „wichrzyciela”, „uzurpatora” i „bluźniercy” – nie o nich. A więc? Teoria bardzo ciekawa – posiadali już wtedy wielki skarb. Skąd? Opisuje to Jan w innym miejscu, ciut wcześniej (J 20, 3-10), kiedy Jan z Piotrem biegli do pustego grobu – co zauważyły kobiety. Musieli tam odnaleźć coś, co stanowiło dowód zmartwychwstania Pana, skoro Jan „ujrzał i uwierzył”. Wizerunki Pana umęczonego (całun), a także chustę Zwycięzcy zmartwychwstałego (chusta z Manopello). To je zabrali z grobu – choć przecież według prawa żydowskiego stali się przez to nieczyści – i to ich strzegli w opisywanej sytuacji, właśnie z ich powodu – wielkiego znaczenia, po prostu dowodu – obawiali się Żydów. Ale to temat na osobny tekst.
Jezus nie daje za wygraną. Pozostawia znaki, kolejny raz przychodzi, aby człowieka umocnić. Przynosi największy i najpiękniejszy dar, jaki tylko On może ofiarować – Boży pokój. Żaden święty spokój, żaden luz, brak stresu – Boży pokój, którym pragnie tchnąć na każdego z nas. Stąd ta radość zebranych – teraz, poza dowodami w postaci całunu i chusty, które kazały im pozostać w Jerozolimie i czekać, co będzie dalej (czy wtedy już wierzyli wszyscy, że On prawdziwie zmartwychwstał?), widzieli Jego samego. Tego samego, tak bardzo nieziemsko pięknego, a równocześnie ludzkiego – z poranionymi dłońmi, nogami i bokiem. Co więcej, Jezus dokładnie podtrzymuje to, co mówił za życia – otrzymują obiecanego Ducha Pocieszyciela, i ponownie zostają posłani na niekończący się połów ludzkich serc. 
I tu jakby zaczyna się drugi wątek opowieści – mój radosny imiennik, historycznie ochrzczony niewiernym. Nie było go, nie widział, opowiadali – i co? Żądał dowodu, chciał ujrzeć Pana na własne oczy, takiego jak oni mieli widzieć, poranionego a żyjącego. Czy należy jego postać potępiać? Moim zdaniem – nie. Czy ja nie postąpił bym tak samo? Wydaje mi się, że tak. Pokazali chustę i całun, opowiadają wiarygodnie, zbieżnie, wielce podekscytowani, czyli zachowują się zupełnie inaczej niż uczniowie kogoś, kto miałby pozostawać umarły, zabity, umęczony. Tomasz jednak nigdy nie zanegował, że do zmartwychwstania nie doszło. Pragnął z serca, pałał ku temu, aby samemu, na własne oczy ujrzeć Zbawiciela. Tęsknota? Poszukiwanie odpowiedzi? Poszukiwanie sensu i zrozumienia czasu, jaki spędził, wędrując z Jezusem przed męką? 
Ja go po prostu rozumiem, też bym tego chciał. Tym bardziej, że Jezus nie neguje, nie potępia, nie beszta Tomasza za to zachowanie – zachęca jednak do wiary bez dowodów, i tych, których na nią stać, nazywa błogosławionymi (przepełnionymi Bogiem). To wielka nadzieja i obietnica właśnie dla nas. Pozwala się obejrzeć, pokazuje, wręcz podsuwa pod nos Didymosowi swoje rany. Wzywa do wiary w Niego – czy można takie wezwanie zlekceważyć, gdy płynie z ust człowieka, który umarł, pochowany został w grobie, a teraz nadal żyje, choć naznaczony znakami tej męki? Zwycięzca śmierci, piekła i szatana. Czy można olać zaproszenie od Boga, Zbawiciela, dla którego nie ma granic? No właśnie można – mamy wolną wolę, ze wszystkimi jej konsekwencjami. Ale czy warto? 
Zawsze będzie Tomasz – który wątpi, ale nie odchodzi. Taki Tomasz siedzi sobie w każdym z nas, czasami daje o sobie znać słabiej, kiedy indziej mocniej. Mamy prawo do wątpliwości, pytania, czasami nawet kłócenia się z Panem. To jest o wiele bardziej twórcze, niż bezmyślne czasami mechaniczne czynności, zdrowaśki, różańce, przespane msze i nabożeństwa. Bóg kocha człowieka i pragnie z Nim dialogu, chce być odpowiedzią na pytania i wątpliwości. Takie natchnione wątpliwości, wypływające z dobrej woli, umożliwiają nawiązanie głębszej relacji z Bogiem – który sam jeden jest odpowiedzią na wszystko. Ważne jest co innego – wątpić, ale nie odchodzić. Szukać, drążyć – ale trwać przy Zmartwychwstałym. Dotrwać i dorosnąć do własnego, dojrzałego i świadomego wyznania: Pan mój i Bóg mój. 
Nie bez powodu dzisiaj Niedziela Miłosierdzia Bożego – wielki ukłon pod adresem bł. Jana Pawła II, który już jako metropolita krakowski odkurzył kult Miłosierdzia, przypomniał światu niepozorną i posądzaną o chorobę psychiczną Faustynę Kowalską z jej Dzienniczkiem, którą później beatyfikował i kanonizował. Może sanktuarium w krakowskich Łagiewnikach do najpiękniejszych nie należy – ale jest niesamowite z tym ogromnym prezbiterium, wokół którego stoi – co? Konfesjonały. Miejsca z jednej strony dla tych, którzy widzą w sobie coś, co odsuwa ich od Boga, i chcą coś z tym zrobić. Dla tych z drugiej strony, którzy – posłani jak tamci z Ewangelii – mają odpuszczać grzechy Bożą mocą, jednać skruszonych z Nieopisanym. 
Sakramentu pokuty i pojednania często nie rozumiemy. Tego, czego pragnie dla nas Bóg – także. To dobry czas, aby zajrzeć do Dzienniczka s. Faustyny – choćby jakiś urywek przeczytać. Dla mających problemy ze spowiedzią – wydaje mi się, sensowne są książki o. Piotra Jordana Śliwińskiego OFMCap. (np. Spowiedź w kratkę). Jest czas radości zmartwychwstania – najlepszy możliwy, jeśli człowiek jeszcze nie pojednał się z Panem, aby do tej radości włączyć się w pełni, z czystym sercem. 

Krzykacz żąda – Bóg się zgadza

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20,19-31)

Mój imiennik w roli głównej. Cóż, nie ma się co dziwić – sam do niedowiarków pewnie należę w jakimś sensie. Niby wierzący, ale… Coś w człowieku jest, że próbuje wszystko sobie przełożyć „z Bożego na nasze”, wytłumaczyć po swojemu, zaszufladkować. Szkoda, że najczęściej sporo się przy tym miesza, a w efekcie zmienia się sens. 

Tym razem narrator natchniony nie mówi nic o obawach uczniów – poza tym, że bali się tych, którzy cały czas szukali po ulicach i zaułkach Jerozolimy ludzi, którzy „wykradli ciało Jezusa”, jak to zapobiegliwie arcykapłani raczyli porozpowiadać po mieście. Co więcej – uczniowie radują się, i to widząc rany Zbawiciela! To samo, co kilka dni wcześniej ich odstraszało, tak że tylko Jan doszedł pod krzyż, teraz motywuje i utwierdza, że to żaden duch, a po prostu ich Pan. Stąd ta radość, radość prawdziwa. Bo jak można czegokolwiek się bać, gdy stoi przed tobą Ten, którego nawet śmierć nie była w stanie powstrzymać? 
Jezus na pewno nie rzuca słów na wiatr, ani też nie powtarza się bez celu. To podwójne „Pokój wam” ma bardzo konkretny sens i brzmienie. Pokój wam – bo to wy tak drżeliście, was ogarniał strach, wy pouciekaliście, za wami musiałem iść nawet do Emaus i wyjaśniać wszystko jeszcze raz, to mnie szukaliście między tkaninami w pustym grobie. Pokój wam – bo tylko ten prawdziwy, od Boga pochodzący pokój, który wam przynoszę, może pomóc objąć sercem i umysłem ogrom wydarzeń, jakich byliście świadkami, jakie doprowadziły do tego, że jestem z wami. Tylko z tym pokojem chrześcijanin może w twórczy sposób wykorzystać Bożą łaskę – „niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie, mój Boże”. Pokój z jednej strony dany, ale i zadany jako podstawa, obok wiary, nadziei i miłości. Tylko taki pokój może przedrzeć się przez zamknięte drzwi ludzkich serc, nawet tych które kiedyś było stać na ryzyko zawierzenia, a później gdzieś, coś się poplątało, i dzisiaj trwają w świecie bez celu i sensu, a Ten, który może im je nadać, jest tuż obok. Tylko taki pokój może zamknięte ludzkie serca otworzyć… na inne zamknięte serca, uzdolnić je, aby ich głos otwierał serca innych ludzi.  
Dla mnie to te słowa są pierwszym posłaniem uczniów, takim dojrzałym, rozesłaniem ich samodzielnie, już bez Jego fizycznej obecności – wydarzeniem, które jakby się dopełniło w momencie Wniebowstąpienia. Wtedy rozesłał ich jakby ostatecznie – ale Jezus wysłał ich już tutaj, mówi to wprost. Nie sam swoją mocą, ale w imię Boga Ojca – jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam – aby szli i kontynuowali to dzieło, które On rozpoczął. 
Euforia – widzieliśmy Pana! I wtedy na scenę wchodzi czarny charakter – Tomuś. Jezus? Taak? A skąd ja mogę wiedzieć? Czemu zaufać? Przecież widziałem – zabili Go, a Józef pochował. Czemu mam uwierzyć? I za tym – szereg warunków pt. „uwierzę, o ile…”, co narrator dość dokładnie opisuje z anatomicznego punktu widzenia jako wkładanie ręki do boku czy dotykanie ran po gwoździach. I znowu, Bóg robi coś, czego kompletnie nie rozumiem, czego robić na pewno nie musiał. Dostosowuje się. Krzykacz żąda – Bóg się zgadza. Jezus przychodzi ponownie, wręcz sam zaprasza Niedowiarka, podtyka mu pod nos ręce i nogi, pokazuje bok. Jest w tym działaniu Boża logika – bo człowiek klęka i wyznaje wiarę w Boga dzięki temu, co zobaczył. Pan mój i Bóg mój. 
My mamy, w tym sensie, nieco trudniej. Jego fizycznie nie ma między nami (choć Joanna Bątkiewicz-Brożek z GN w pewnym sensie – i słusznie – kwestionuje, warto przeczytać, zdarza się że Jezus sam robi wyjątki i rzuca się, dosłownie, człowiekowi w oczy). Nie ma to jednak znaczenia. Objawienie jest kompletne. Pan Bóg nic nowego nam już nie powie, co najwyżej będzie się przypominał. Cały ten depozyt mamy złożony w swoje ręce. Po co? Żeby sięgnąć po błogosławieństwo dla tych, którzy – choć nie widzieli – to uwierzyli.

Przychodzisz, Panie, mimo drzwi zamkniętych,
Jezu Zmartwychwstały ze śladami męki.
Ty jesteś z nami, poślij do nas Ducha,
Panie nasz i Boże uzdrów nasze życie.

Niedowiarstwo czy zapobiegliwość?

W związku z beatyfikacją – niedzielnie, z lekkim poślizgiem.
Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20, 19-31)
Bardzo lubię ten fragment – i to nie tylko dlatego, że jakby postacią pierwszoplanową jest tutaj mój imiennik. To tekst tak bardzo mój, nasz, ludzki. To słowa, które opisują sytuację jak bardzo często nam – a na pewno mnie samemu – bliską. Brak wiary, nieufność. No właśnie. Niedowiarstwo czy zapobiegliwość, dokładność? 
Bo tak, po prawdzie – kto z uczniów był takim wiarkiem, jeśli chcieć ich dzielić na wiarków i niedowiarków? Chyba tylko młody Jan – ten, który jako jedyny nie uciekł, doszedł do krzyża, wytrwał, ujrzał i uwierzył widząc tylko (nie potrzebował nic więcej) pusty grób (J 20, 9). Nie mówiąc o tym, że – gdyby chcieć być precyzyjnym – grecki tekst ewangelii posługuje się sformułowaniem apistos – co bardziej pasowało by przetłumaczyć jako niewierzący (sucho, obiektywnie, opisowo) a nie niedowiarek (emocjonalnie, subiektywnie). 
Najpierw tło. Grupka ludzi, pewnie 11 plus kobiety, którzy jeszcze tydzień wcześniej deklarowali i pewnie wewnętrznie byli gotowi do walki z Jezusem, za Jezusa, za Jego naukę i słowa. Tych deklaracji na wiele nie starczyło – jak już napisałem, pomijając jaskrawy przykład zdrady Judasza i spektakularne potrójne zaparcie się Piotra, pozostali po prostu pouciekali, i tylko najmłodszy, Jan, był z Jezusem (wyjąwszy uwięzienie) przez całą drogę krzyżową, aż do męki i śmierci na Golgocie. Nie potrafili się w ogóle pozbierać po Wielkim Piątku. Bali się, stąd pozamykali się w wieczerniku, ostatnim miejscu, gdzie byli razem z Nim. Co dalej? Tego nikt nie wiedział. Jak często tak samo ja postępuję – zwinąć się w kłębek, schować przed światem, byle dalej, ukryć wszystkie słabości, strach, ból, żal, zawiedzione nadzieje. 
Bóg jest odpowiedzią na to wszystko. Nie wyważa, rozwala drzwi, nie wparowuje na czele zastępów anielskich gotowych rozwalić i rozgonić na cztery strony świata przeciwników i zabójców Jezusa. Po prostu – stanął pomiędzy nimi, pojawił się cicho, niepostrzeżenie, nie ingerując jakoś w – napiętą, posępną i gęstą dość – atmosferę, jaka panowała w wieczerniku. Z czym przychodzi? Z odpowiedziami? W pewnym sensie – tak, w końcu taką odpowiedzią jest sam. Przynosi pokój – to, czego tamtym najbardziej chyba w owej chwili brakowało. Żeby się pozbierać, zebrać myśli, zastanowić się na chłodno, porzucić lęk i zwątpienie – i patrzeć oczami serca, widzieć to, czego On dokonał, że to naprawdę On, żyjący, zwycięski. Pokój – największy, poza zbawieniem, owoc krzyża i zmartwychwstania. Dopiero na nim można budować.
Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. To przede wszystkim do tych, którzy negują czy to istotę spowiedzi jako takiej, czy też jej pochodzenie i uprawnienie następców apostołów do bycia jej szafarzami. To nie człowiek odpuszcza grzechy, to nie człowiek uwalnia od tego brudu i syfu – człowiek jest tylko prostym i bardzo często dalece bardziej od penitenta niedoskonałym narzędziem, jakim Bóg się posługuje, aby odnowić tego, który klęka i żałuje za grzechy. Tak, ksiądz może moralizować, może nie wiedzieć, co powiedzieć w konfesjonale – a czasami może powiedzieć jedno zdanie, które starczy więcej niż wiele innych. To przestrzeń, w której liczą się dwie sprawy – otwarte serce, skrucha i chęć zmiany penitenta, i wiara w działanie Boga bogatego w miłosierdzie. Spowiednik – raz lepszy, raz gorszy, ale jest tylko szafarzem. Warto o tym pamiętać, aby nie uprzedzać się do spowiedzi jako takiej bo ksiądz mi powiedział…
Bóg daje Ducha. Od człowieka zależy, co z tym fantem zrobi. Tamci z wieczernika otworzyli się na tego Ducha z radością. Nie dość, że okazało się, że Jezus żyje – to nie pozostawia ich samym sobie, ale zsyła Pocieszyciela, czego dopełni w dniu Pięćdziesiątnicy. Duch Boży jest w nas, w środku. Szukamy Go często naokoło, w innych, wokół siebie – a jest tuż, tuż, pod nosem. Bez względu na to, co myślę o sobie, jak bardzo wszystko wydaje mi się pesymistyczne – jestem dzieckiem Bożym. Stworzonym na obraz Boga Ojca, odkupionym przez Syna Bożego, a teraz jeszcze napełnionym Duchem Świętym. 
No i ten Tomasz. Czy to, czego żądał, było oznaką braku wiary? A może on widział, co widział, chciał uwierzyć pozostałym – ale musiał być pewny? W końcu te rany do jedyny namacalny dowód, że Jezus jest Jezusem, że to Jego przybili kilka dni wcześniej do krzyża, że to Jemu włożyli na głowę koronę cierniową, że to Jego bok został przebity na krzyżu. Może po prostu był dokładny, skrupulatny? To wszystko mogło się – jemu, ale też innym – nie mieścić jakby w głowie. Najpierw taka wielka męka, aby później jednak wielkie zwycięstwo? Krzyż prowadzi do pustego grobu, męka do zmartwychwstania. Co więcej – pusty grób tłumaczy mękę, wyjaśnia, dlaczego zaistniała, miała miejsce – Bóg-Człowiek, umęczony, zabity, poddaje się w swoim człowieczeństwie działaniu śmierci, aby raz na zawsze ją unieszkodliwić. Raz umiera, aby wszyscy inni – choć umrzeć muszą – żyli w Bogu. 
My jesteśmy w nieco gorszej sytuacji niż Tomasz. Do nas Bóg pewnie nie przyjdzie w ludzkiej postaci, nie stanie obok, nie pozdrowi, i nie podsunie pod nos swoich ran, abyśmy się przekonali. Dlatego to do nas skierowane są te słowa – błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Jemu współcześni mieli łatwiej, nie dość że znali Jezusa zmysłami, to jeszcze objawiał się im po śmierci i zmartwychwstaniu. Nam pozostawił błogosławieństwo, obietnicę dla tych, którzy uwierzą i nie zwątpią. Jesteśmy tak bardzo materialni – ale nie czeka nas koniec, naszej duszy, choć ciało ulegnie zniszczeniu. Powstaniemy jednak z martwych – nie siłą ciała, ale mocą ducha. 
Jak pięknie to Jezusowe Pokój wam! wpisuje się w słowa, jakie – już błogosławiony – Jan Paweł II uczynił kluczem do swojego pontyfikatu, na których zbudował swoją homilię inauguracyjną, a de facto cały pontyfikat. Nie lękajcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi!