Ciułanie

Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem”. Lecz On mu odpowiedział: „Człowieku, któż Mnie ustanowił nad wami sędzią albo rozjemcą?” Powiedział też do nich: „Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś ma wszystkiego w nadmiarze, to życie jego nie zależy od jego mienia”. I opowiedział im przypowieść: „Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał w sobie: „Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów”. I rzekł: „Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe moje zboże i dobra. I powiem sobie: Masz wielkie dobra, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj!” Lecz Bóg rzekł do niego: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, co przygotowałeś?” Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty u Boga”. (Łk 12, 13-21)

Problematyka, powiedziałbym, dla mnie dość życiowa – do Jezusa zwraca się człowiek z problemem stricte prawnym, dotyczącym kwestii z zakresu prawa spadkowego, dziedziczenia po ojcu. Można powiedzieć – po co, czemu do Niego? Przecież Jezus żadnym sędzią, zgodnie z prawem Narodu Wybranego, nie był. Pomimo tego, On go nie odtrąca i udziela odpowiedzi, stara się czegoś nauczyć, wytłumaczyć.

Czytaj dalej →

Kreatywne rozdawanie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Pewien bogaty człowiek miał rządcę, którego oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek. Przywołał go do siebie i rzekł mu: Cóż to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twego zarządu, bo już nie będziesz mógł być rządcą. Na to rządca rzekł sam do siebie: Co ja pocznę, skoro mój pan pozbawia mię zarządu? Kopać nie mogę, żebrać się wstydzę. Wiem, co uczynię, żeby mię ludzie przyjęli do swoich domów, gdy będę usunięty z zarządu. Przywołał więc do siebie każdego z dłużników swego pana i zapytał pierwszego: Ile jesteś winien mojemu panu? Ten odpowiedział: Sto beczek oliwy. On mu rzekł: Weź swoje zobowiązanie, siadaj prędko i napisz: pięćdziesiąt. Następnie pytał drugiego: A ty ile jesteś winien? Ten odrzekł: Sto korcy pszenicy. Mówi mu: Weź swoje zobowiązanie i napisz: osiemdziesiąt. Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił. Bo synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi podobnymi sobie niż synowie światłości. Ja też wam powiadam: Pozyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy /wszystko/ się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków. Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie niegodziwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy? Jeśli w zarządzie cudzym dobrem nie okazaliście się wierni, kto wam da wasze? żaden sługa nie może dwom panom służyć. Gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego miłował; albo z tamtym będzie trzymał, a tym wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie. (Łk 16,1-13)

Są ludzie, którzy w tym tekście widzą pochwałę nieuczciwego działania jako takiego, zachętę do kombinowania. Nie mają racji – natomiast Jezus z całą pewnością zachęca do wykorzystywania okazji, aby okazać miłosierdzie drugiemu. Problem, którego Jezus dotyka, jest dzisiaj (jak chyba zawsze?) bardzo aktualny – chodzi o pieniądze, bogactwo, wykorzystywanie środków finansowych, jakie mamy do dyspozycji. Mamy z tym duży problem – także dlatego, że bardzo chętnie upraszczamy: bogactwo = zło.

Czytaj dalej →

Boski przelicznik

Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem. Lecz On mu odpowiedział: Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami? Powiedział też do nich: Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa [we wszystko], życie jego nie jest zależne od jego mienia. I opowiedział im przypowieść: Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem. (Łk 12,13-21)

To jeszcze taka restrospekcja, bo z poniedziałkowego wspomnienia ks. Popiełuszki.

Kto nie jest materialistą – ręka do góry! Hmm, pusto jakoś. Nie widzę. I specjalnie mnie to nie dziwi. Niby ambicji w stylu wielki dom, pole golfowe, garaż z kilkoma furami sam nie mam – ale przydało by się to i owo, fajnie było by mieć tego czy tamtego więcej, kilka tysi pensji więcej dla spokoju. Dlatego, że mi czegoś brakuje? No nie. Nie starcza na jedzenie? Nie, starcza. Nie mam w co się ubrać? Mam, wręcz powinienem przejrzeć garderobę i z jej sporą częścią się rozstać. Mieć żeby mieć, żeby czuć że się ma. Tak? No więc – o co chodzi?
Bo jesteśmy chyba niestety w większości z natury chciwi. Dokładnie dwie niedziele wstecz była perykopa o bogatym młodzieńcu (Mk 10,17-30), pełnym dobrych intencji i równocześnie mocno majętnym, co okazało się przeszkodą w jego wypadku nie do przeskoczenia. Chciał dobrze, dopóki mógłby się asekurować swoją kasą, majątkiem, pozycją. Jak mu Jezus powiedział, że ma to porozdawać ubogim i wtedy wrócić – to mu mina zrzedła, i już nie wrócił. A ten miał dobre i szczere intencje – których wielu z nas nie ma, których mnie samemu nie raz i nie dwa razy brakuje. Jak by to było ze mną? Pewnie przestraszyłbym się w ogóle zapytać i zaszył się w swoim bogactwie: mam, to niech mi oni wszyscy… 
Bo Pan Jezus mówi bardzo wyraźnie: strzeżcie się wszelkiej chciwości, i to mocno chcę podkreślić. Każdy z nas, kto ma jakikolwiek dystans w stosunku do siebie, zdaje sobie z pewnej chciwości gdzieś tam na pewno sprawę i nie wypiera się jej. O to Panu też chodziło! Nie o jakąś chciwość w stopniu wybujałym, wielkim – ale każda. Zresztą, czy ktoś się sam przed sobą przyzna do tego, że jest mega chciwy? Nie, bo to wstyd. A żeby uznać, że tylko troszkę – uff, od razu lepiej, nie tak strasznie brzmi. Dlatego nie ma być tej chciwości w nas w ogóle. 
Bo tak naprawdę nasza chciwość jest o tyle właśnie paradoksalna – że całkowicie nieuzasadniona. Chcemy mieć, żeby mieć. Tak, jak napisałem – kto nie ma czego do garnka włożyć, czego na nogi ubrać, czym się okryć? Jak taki czegoś potrzebuje, to to żadna chciwość, a faktyczna potrzeba i nie ma się czego wstydzić. Nie sądzę, żeby tacy czytali te słowa – tym bardziej, że paradoksalnie ci najbardziej potrzebujący zazwyczaj najbardziej się krygują, aby poprosić o pomoc. Chcemy mieć coraz więcej, dla zasady, dla samego „mienia”, posiadania. Żeby mieć świadomość, że się ma, żeby się tym napawać, liczyć, przestawiać, układać. Czyli tracić czas. 
Rzadko kiedy w Ewangelii jest mowa o jakiś, powiedzmy, epitetach – a tu Jezus wprost nazywa ludzi o takiej mentalności… po prostu głupkami. Nie przebiera w słowach, i to nawet dobrze. Chciwość jest czymś strasznym i stąd takie kategoryczne słowa i nazwanie pewnej postawy bardzo dobitnie. Mogę być najmądrzejszy, najpiękniejszy, najbogatszy, kupić sobie co dusza zapragnie (i jeszcze trochę) – i co mi po tym w momencie, kiedy moje życie się skończy? Ktoś odpowie – zostawisz to spadkobiercom, dzieciom, wnukom. Świetnie, ale pytanie można powielać – każdy w końcu odchodzi. Odpowiedź brzmi – nic. Inwestowanie w to, żeby coś po prostu mieć i się cieszyć, że się to po pierwsze ma, a po drugie więcej niż ten drugi (sąsiad, rodzina, kolega z pracy) to kompletna bzdura i strata czasu – bo przepuszcza się przez palce życie, które u każdego jest policzone. 
Można mieć naprawdę niewiele – a dokładniej: tyle, ile potrzeba mnie, żonie, mężowi, rodzinie, a nawet i mniej – i być szczęśliwym, doceniając to co się ma, kogo się ma przy sobie i kochając tych ludzi. Można też opływać we wszystko, tak że się nie da w życiu tego wydać nawet, i popadać w paranoję z powodu jakiś obaw o ten status, stan portfela, inwestycje itp.; czyli być nieszczęśliwym, nie umieć nawiązać żadnej relacji albo ze strachu wszystkie relacje niszczyć swoim postępowaniem.
Bóg i mnie, i tobie daje niewyobrażalne bogactwo – każdego z nas ze wszystkimi talentami, siebie, ukochanej osoby, dzieci, rodziców, rodzeństwa, rodziny, przyjaciół, tych z którymi pracujemy, uczymy się, spędzamy czas. To są skarby i to jest pole do gromadzenia tego, co ma jakąkolwiek wartość przed Bogiem; tego, z czego On i tak każdego z nas na końcu rozliczy. Miłości. Najcenniejszej i nieprzeliczalnej na żadną ludzką walutę.
[znam mniej więcej zasady pisowni – w związku z pytaniem w drugim akapicie na końcu, celowo trzy następne zaczynają się od „bo…” :)]

Obsmarkani, zaniedbani, dziadowscy?

Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem. Lecz On mu odpowiedział: Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami? Powiedział też do nich: Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia. I opowiedział im przypowieść: Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem. (Łk 12,13-21)

 Takie skrzywienie zawodowe – Bóg jako sędzia spadkowy 🙂 W sumie jakoś tego nie widzę… 
Ktoś mógłby to pierwsze Jezusowe zdanie wyrywać z kontekstu – „Noo, przecież sam powiedział, że nie On ma nas sądzić, więc co Mu do tego, co i jak robię?”. Ano powiedział – ale w jakim kontekście? W kontekście pytania o sprawy stricte materialne, doczesne – w kontekście rodzinnej wojenki majątkowej, niestety. I tylko co do tego należy te słowa odnosić – sami się dogadajcie.
Obrazek zaś całej historii bardzo jest prosty i wymowny – mam tyle, że aż nie wiem, co z tym zrobić, i samo to że nie wiem staje się kłopotem, który mnie prześladuje, kombinuję, zabezpieczam, ubezpieczam… i w tym wszystkim zapominam, że nic mi to nie da, kiedy przyjdzie na mnie kres wędrówki po tej stronie życia. Wydaje mi się, że nie można tego człowieka podejrzewać z góry o złą wolę – może nie był tego świadomy, że sprawy materialne pochłonęły go tak, że nie widział nic dalej. Dzisiaj ksiądz na kazaniu zapytał, czy ktoś nie lubi mieć, nie lubi dóbr materialnych, dodając, że chętnie by taką osobę poznał – niestety, pomimo rozglądania się po kościele, nikt chętny się nie znalazł. Lubimy mieć. 
Uważam, że ten stereotyp jest mocno niesprawiedliwy – ale jest. Mianowicie, przyjmuje się – i my włącznie – że katolik to taki dosłownie obsmarkany, byle jak ubrany, zaniedbany i biedny ma być. „Bo taki jest ideał ewangeliczny”. Słucham? To chyba o jakiejś innej Ewangelii jest mowa. A równocześnie – nikt, włącznie z nami, katolikami, nie widzi nic złego w tym, kiedy pastorzy ewangeliccy czy duchowny muzułmańscy mają wręcz na swoje usługi całe prywatne media (stacje tv, radia, tytuły prasowe), albo co bardziej znane osoby prywatne, którym powiodło się w życiu i osiągnęły przeliczalny na pieniądze sukces, są w sposób oczywisty osobami bardziej niż bogatymi, niekiedy multimilionerami – wtedy jest ok, bo oni . O co tu chodzi? Nie wiem, chyba o taki durny dość skrót myślowy: katolik = dziad. 
A tymczasem Jezus w żadnym miejscu nie wskazuje, że mamy być byle jacy, zaniedbani, obsmarkani, niechlujni. Zgadza się, wskazuje na cnotę ubóstwa w duchu, w sposób jednoznaczny sygnalizuje, że nie można na biednych i ubogich się odwracać i ignorować ich – ale czy oznacza to konieczność obowiązkowego minimalizmu? Wydaje mi się, że nie. Mamy po to głowę, 2 ręce i pomysłowość, że możemy i mamy prawo czerpać korzyści z owoców swojej pracy, tego, co zarobimy, co jest wynikiem naszego wysiłku. Jeśli komuś się udało, gdy osiąga sukces w danej branży, gdy jest innowacyjny, konkurencyjny i robi to uczciwie, bez wyzysku, posuwania się do oszustw czy nieuczciwości – co w tym złego? Nic. Co więcej, może równocześnie bardziej, na różne sposoby, wspierać tych, którzy mają mniej – jałmużną, ale też poszerzając rynek pracy i tworząc miejsca pracy rozumianej jako możliwości godnego zarobienia na życie swoje i rodziny (a nie wyzysku); można zaangażować się w działalność charytatywną, można próbować we własnym zakresie i choćby w bezpośrednim sąsiedztwie znaleźć i wspierać w konkretny sposób konkretne osoby czy rodziny. A to, że człowiek może pozwolić sobie na postawienie domu zamiast ciasnego mieszkania, sensowny samochód zamiast starego złomu (skarbonka bez dna przysłowiowa), i wyjechać z rodziną na zasłużony urlop? To nie jest złe – o ile jest to wszystko z umiarem, nie dla pychy, nie na pokaz (dzisiaj częsty problem – u panów: gadżeciarstwo, to co najnowsze, najlepsze, choćbym miał dosłownie takie samo; panie – chyba głównie ciuszki, kosmetyki, błyskotki, dodatki?). Bóg nigdy nie zakazuje nam korzystania z tego, co z Jego błogosławieństwem zdobywamy pracą swoich rąk – co więcej, jestem przekonany, że cieszy się, kiedy dobrze to wykorzystujemy. 
W tym wszystkim trzeba po prostu zachować umiar i nie pogubić się, aby zamiast „być” nie interesować się tylko „mieć”. Jezus nazywa to po imieniu – chodzi o uniknięcie chciwości. Chodzi o umiejętne korzystanie z tego, co Bóg nam w danym momencie życia (i wcale nie koniecznie do jego końca) daje – czego genialnym przykładem jest Hiob (tak, ten, co go Bóg doświadczał i zgadzał się na próby ze strony Złego, któremu zabierał wszystko i rodzinę, a ten i tak nie złorzeczył – Pan dał, Pan zabrał, niech imię Pańskie będzie błogosławione – to jest postawa!). 
I tę chciwość trzeba rozumieć szeroko – mianowicie nie tylko jako dobra materialne, bo na nich chęć posiadania przecież nie musi się kończyć – szczególnie, gdy ktoś ma już naprawdę wiele. Władza, siła, możliwość wpływania na konkretne sprawy czy osoby, ingerowanie w politykę, prawo. Chcę tego i stanę na głowie, aby to dostać. Tu jest zło i tu jest zguba – bo nie ma możliwości, aby mieć wszystko także w takim (niematerialnym) tego słowa rozumieniu. Można mieć bardzo wiele, można mieć dużo więcej niż mi potrzeba – ale liczy się to, co z tym robię, do czego to wykorzystuję. Kiedy tu brakuje równowagi, środek staje się sam w sobie celem, a Zły tryumfuje. O. Grzegorz Kramer SI na swoim blogu podał świetny przykład – dodatkowo wykręcania się przed Bogiem jeśli chodzi o sakrament – „a, nie weźmiemy teraz ślubu, bo trzeba się dorobić, uzbierać na wesele, na ślub, to przecież fortuna potrzebna!”. Akurat – jak ktoś chce, to nie trzeba wesela na cztery fajery robić, a na kościół i skromny nawet obiad uda się zebrać. Pytanie, o co naprawdę chodzi… 
A więc – jak żyć? Normalnie – mam nadzieję -jak dotąd. Nikt nie każe nam chodzić w łachmanach, jeść byle czego (to nawet niezdrowe). Mamy być uczciwi i możemy korzystać normalnie z owoców tego, co powstało z naszej pracy – jednocześnie starając się, na miarę swoich możliwości, widzieć potrzeby tych wszystkich naokoło, którzy mają mniej i są w trudniejszej sytuacji. Nikt nam nie zakazuje odpoczywać (szczególnie w niedziele, kiedy powinno się mieć czas właśnie tylko dla Boga i najbliższych), zjeść dobrze – chodzi o to, aby z tego „odpoczywaj, jedz, pij i używaj” nie uczynić sensu i celu samego w sobie. Wtedy wszystko jest na głowie. Nie wstydź się, korzystaj mądrze z tego, co masz – i staraj się widzieć dalej niż czubek własnego nosa. Wtedy będzie dobrze. 

Klapki na oczach nie są usprawiedliwieniem

Jezus powiedział do faryzeuszów: Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu. Lecz Abraham odrzekł: Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać. Tamten rzekł: Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki. Lecz Abraham odparł: Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą. (Łk 16,19-31)
To obrazek bardzo wymowny. Dwoje ludzi – więc teoretycznie tacy sami. Owszem, w tamtych czasach – a niekiedy, niestety, także i dzisiaj, uważało się, że ludzie dzielili się na lepszych, tych dobrze urodzonych, majętnych, z ważnych rodów; i gorszych – pospólstwo, biedotę, wywodzących się z nizin społecznych ludzi zazwyczaj niewykształconych, prostych, ledwo wiążących koniec z końcem. No właśnie – dwaj tacy sami ludzie. A jednocześnie – przepaść między nimi. 
Nie, nie chodzi tu o jakieś odgórne, permanentne potępienie bogactwa jako takiego. Samo to, że ktoś własną ciężką pracą, pomysłowością, wytrwałością i uporem doszedł do wysokiej pozycji, zgromadził dobra i jakiś majątek, nie może być z założenia złe. Złe jest to, gdy taki człowiek przestaje cokolwiek widzieć poza tym majątkiem, skupiając się tylko na sobie samym i pomnażaniu tego, co już ma – czy to zaniedbując rodzinę, najbliższych, czy zapominając o obowiązku wspierania tych, którzy są w gorszej sytuacji, mają mniej, a niekiedy wcale. Jak Łazarz. 
Nie każdy bogacz – jak ten, nie wspomniany z imienia – musi trafić do otchłani (wracając do świetnych tekstów i teorii o. Wacława Hryniewicza OMI [zerknij w tagi] – warto pamiętać, że ta otchłań nie musi oznaczać permanentnego potępienia, a jedynie pewien stan, bliżej nieokreślony i nieopisany w czasie, po którym dusza ludzka dostępuje zbawienia, powszechnego). Trafił tam, bo skutecznie miał klapki na oczach w życiu – opadły dopiero tam, na dole. Najpierw próbuje prosić o ulgę dla siebie – okazuje się, że jest ona niemożliwa. O dobre warunki, lepsze miejsce dla siebie, miał okazję zabiegać i walczyć w życiu. Gdy tu nie udaje mu się nic wskórać, przypomina sobie o żyjących dalej dzieciach – prosi o przestrogę dla nich, aby nie skończyły jak on. 
Tu jest właśnie problem. Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie błądzimy po omacku. Nie jest tak, że jesteśmy pozbawieni tu, w życiu, punktu odniesienie, drogowskazów i wskazówek – jak żyć, czym się kierować, co wolno, czego należy unikać (nie bo tak, tylko znając uzasadnienie, wiedząc czym jest grzech, zło). Mamy to wszystko pod nosem, pewnie większość w domu. Gdzie? Na szarym końcu zakurzonej półki z tymi najrzadziej używanymi książkami. Taka ładnie wydana, twarda, spora. Biblia się nazywa. Tam jest wszystko. Tylko trzeba ją znać, żeby o tym wiedzieć – a żeby znać, czasami zaglądać, czytać, prosić Boga o słowo na dany dzień, dany moment i sytuację. Ktoś może popukać się w czoło i wyśmiać – ale wystarczająco dużo jest świadectw ludzi, którym nawet takie na chybił-trafił otwieranie Pisma Świętego pomogło, podpowiedziało właściwy wybór. 
Zresztą, na Biblii trop się nie kończy. Biblia to wstęp, takie jakby vademecum. Po nim mamy przeszło 2000 lat świata, pełne ludzi, którzy tą naprawdę dobrą i jedyną niezawodną drogą przeszli. Niektórych Kościół formalnie proklamował świętymi (żyjącymi u Boga), wielu innych – także dzisiaj, znamy ich i podziwiamy – żyje cichą codzienną świętością, przekuwając słowa Pana w swoje własne czyny. Nie trzeba do tego być biedakiem i chorym, jak Łazarz. Można być człowiekiem o stabilnej pozycji, dobrej pracy, jakimś tam dorobku finansowym. Ważna jest optyka – w kierunku czego jestem zwrócony, co jest dla mnie najważniejsze, i czym się w tym życiu kieruję. Jeśli wartościami, o jakich nauczał Jezus – to jestem na dobrej drodze, aby dołączyć do Łazarza. Jeśli kasą, zyskiem i niczym więcej – to nawet sytuacja materialna i położenie takie, jakie miał Łazarz, nic mi nie pomogą. 
Na tym przysłowiowy dowcip polega. Mamy podane na tacy wszystko, co jest potrzebne. To, co dzieje się dalej – wczoraj, dzisiaj, jutro, przez całe moje życie – to kwestia zastosowania tego do siebie. Albo to zrobię, albo odrzucę. Jak odrzucę – to pretensje mogę mieć tylko do siebie, w Piśmie Świętym wyraźnie jest napisane, że los takich ludzi nieciekawym jest. Miał rację Abraham, nieco sarkastycznie może, ale z pewnością trafnie, puentując: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą. Jeśli ktoś nie wierzy w to wszystko, o czym mówi Kościół, Biblia, Jezus – to niby uwierzyć, jak mu się objawi jakiś święty? Gdzie tam – stwierdzi, że to jakiś omam, przemęczenie, że trzeba zrobić sobie przerwę, żeby później jeszcze efektywniej gromadzić to, co naprawdę nieistotne i zbędne. 
Jesteśmy kowalami swojego losu, i żadne wykrętne tłumaczenie tego nie zmieni. Wiara jest nam dana od Pana jako dar i łaska – które możemy odrzucić. Na nikogo nie można wtedy zwalić winy, jeśli taką decyzję się podejmie. 

Czym jest to ucho igielne, interesowność ludzka i obietnica

Jezus powiedział do swoich uczniów: Zaprawdę, powiadam wam: Bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz wam powiadam: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego. Gdy uczniowie to usłyszeli, przerazili się bardzo i pytali: Któż więc może się zbawić? Jezus spojrzał na nich i rzekł: U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe. Wtedy Piotr rzekł do Niego: Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy? Jezus zaś rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy. Wielu zaś pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi. (Mt 19,23-30)
To wczorajszy tekst. Gdyby zadać – pytanie: o co w tym chodzi, pewnie większość by powiedziała – nie wiem. I w sumie – mieli by rację: jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A właśnie, może nie tyle o same pieniądze, jednakże o majętność tutaj się rozchodzi. 
Patrząc ilu pisuje tu i ówdzie domorosłych interpretatorów Pisma Świętego i Prawdy Objawionej (heh, w sumie – sam do nich należę, bo wykształcenia  w tym kierunku żadnego nie posiadam…) – na pewno przedstawiciel tychże wysnuł by prosty wniosek: chodzi o to, że bogaty nie może być zbawiony; albo jakoś tak. Przecież Jezus sam tak powiedział, o, na samym początku, drugie zdanie. 
A ja na to – umiejętność czytania ze zrozumieniem w narodzie (i nie tylko) chyba zanika. Bo przede wszystkim – nie ma tu ani słowa o tym, że człowiek bogaty nie może osiągnąć zbawienia. Może – ale w pewnym sensie ma trudniej… właśnie z uwagi na bogactwo, bo bogactwo kusi i odwraca uwagę od tego, co ważne, na rzecz tego, co ładne, kosztowne, szpanowne, drogie. Innymi słowy – jak człowiek się zapomni, zagalopuje – robi z bogacza o najlepiej uporządkowanej hierarchii wartości po prostu zapatrzonego tylko w stan swojego konta materialistę. 
Mowa jest o tym – może być  trudniej. Może. Zależy to od samego człowieka. Jeśli postąpi, jak wyżej opisałem – to z przykrością za jakiś czas uświadomi sobie, że poza nie wiem jak pękatym portfelem – nie ma nic. Że odwrócili się od niego ludzie – którzy kiedyś byli ważni, a potem stali się po prostu kolejnymi potencjalnymi osobami przydatnymi wtedy i dotąd, gdy zachwycają się kolejnymi gadżetami, samochodami czy willami. 
Dziwi mnie jednak pisownia – bo to ucho igielne to nie metafora, a nazwa własna, więc powinno być Ucho Igielne. Co to? Przede wszystkim może być to naleciałość, zmiana naniesiona przez późniejszego kopistę. Chodzi bowiem o wyjątkowo ciasną i niską jedną z bram prowadzących do Jerozolimy – jednak nieistniejącą w czasach Jezusa. Gdy do miasta od strony tej bramy ciągnęły karawany kupieckie – wielbłąd (powszechny ówcześnie środek transportu osób i bagaży) musiał być rozładowany do zera, a niekiedy nawet sam musiał uklęknąć, aby przejść przez owe Ucho Igielne. 
O to chodziło Jezusowi. Zanim człowiek dostąpi zbawienia –  jest Sąd. Idziemy w jego kierunku przez całe życie – jak te wielbłądy, objuczeni różnymi dziwnymi rzeczami, które zbieramy w ciągu tego życia. Niektórzy – bezdomni, bezrobotni, biedni – niewiele niby mają. Inni – potężne środki, korporacje, wille, jachty. I co? I każdy, gdy staje przed tym uchem igielnym, pozostaje sam – jak go, dosłownie, Pan Bóg stworzył. Tego, co w ramach ziemskiego zbieractwa uciułaliśmy, nie zabierzemy ze sobą. 
Śmieszne to nieco – jak władcy starożytnego Egiptu kazali się chować w monumentalnych grobowcach, piramidach, z całymi naręczami dóbr (które pewnie w kilka lat po ich pochówku były rozkradane) – tak i dzisiaj wydaje się nam, że cokolwiek z tego, co materialne, przyda nam się na wieczność. Niestety, nie przyda się. Za to pozbawienie tych dóbr człowieka, który w życiu nic innego nie robił, jak zbierał, gromadził – może być dla niego samego bolesne. Bo może pokazać, że w tym zbieractwie zapamiętał się na tyle, że zapomniał o miłości, współczuciu, dobroci, miłosierdziu. Że rozwaliła się przez to rodzina, małżonek odszedł, dzieci nie chciały go znać, rodzice umarli w zapomnieniu w domach starości bo nie miał czasu sam się nimi zająć… Że właściwie to w tym życiu – poza kasą – był sam jak palec, a ludzie mieli z nim styczność tylko o tyle, gdy wiedzieli w tym szansę dla uszczknięcia dla siebie z jego kasy albo na to, że on ich wypromuje i pomoże zdobyć równie dobrą pozycję, no i kasę. Kasa, kasa, kasa… Jak bardzo może przesłonić oczy. Nie życzę tego nikomu. Bo wtedy może być już za późno. 
Pisałem o tym już nie raz i pewnie nie dwa razy. Nie ma nic złego w tym, że ktoś – uczciwie pracując – zdobywa różne dobra. Pracujesz, jesteś dobry, wykazujesz się, pniesz w jakieś hierarchii, awansujesz – świetnie. Chodzi o to, aby nie uczynić z takiego zbieractwa celu nadrzędnego w życiu. Praca, pozycja, środki do godnego i nawet do wygodnego życia dla siebie i najbliższych – jak najbardziej tak. Ale przy jednoczesnym pamiętaniu o tym, że rodzina nie oczekuje tylko kasy – ale czasu, poświęcenia, uwagi, zwykłej miłości której nie da się przeliczyć na nic. Przy zwykłej ludzkiej wrażliwości na potrzeby innych – tylu ma za mało jak na swoje potrzeby, prosi o pomoc – zauważasz ich w ogóle? Pewnie, nie jest sztuką rzucić i 1000 zł biedakowi, jak się miesięcznie wydaje 25000 zł. Ale to ma być jałmużna – dar serca, polegający na odmówieniu sobie, a nie pogardliwym rzuceniu z tego, co zbywa. 
Wniosek? Korzystaj z życia, zbieraj owoce swoich talentów – masz do tego prawo. Ale pamiętaj o właściwej ostrości, perspektywie. Na kasie świat się nie kończy. Lepiej dla ciebie, gdy zrozumiesz to teraz, niż  miałbyś to sobie uświadomić w dniu Sądu.
Reakcja uczniów – cóż, ludzka. Kolejna poprzeczka. Znowu nowy wymóg – jak opisałem, bardzo łatwo źle rozumiany. Dzisiejszy tekst, ta sytuacja, ma miejsce bezpośrednio po rozmowie Jezusa z bogatym młodzieńcem (Mt 19, 16-22). Czy mu czegoś brakowało? Tak, tylko wyzbycia się majętności, cała reszta była w porządku. Jak wiemy – tylko jeden wymóg, ale zbyt duży. Odszedł, jak podaje autor, zasmucony. 
Piotr, jak to Piotr, prosto z mostu zapytał – Panie, a co my właściwie będziemy z tego mieli? Po ludzku pytanie zrozumiałe. Krezusami w większości – poza celnikiem Mateuszem (notabene, autor tej Ewangelii) nie byli, ale każdy miał jakiś swój sposób na życie, zajęcie, które porzucili, idąc za Jezusem, i tak wędrowali pewnie od ok. 2 lat za Nim. I pewnie raz na jakiś czas wracało – co mi to da? Niektórzy wyjaśnienie Jezusa  – odrodzenie, tron chwały – pewnie rozumieli jako zapowiedź przewrotu, obalenia dyktatury rzymskiej w Jerozolimie, liczyli więc na jakieś intratne posady. Inni może jeszcze nie rozumieli, że to wszystko, co jest ich – naszym – udziałem na ziemi to tylko niedoskonały przedsmak tego, co czeka na nas w wieczności. Tam będzie nagroda. Nie będzie mercedesów, posiadłości, sztabek złota tutaj – ale dostajesz za darmo, za nic, możliwość istnienia bez końca w miejscu, gdzie nie będzie nic z tych ziemskich problemów, zgryzot, bólu i cierpienia. O ile uwierzysz nie tylko deklarując, ale przestrzegając tego, czego Jezus nauczał. To nie jest owijanie w bawełnę – jasna, czytelna obietnica.
Nie w tym rzecz, aby każdy człowiek, który to zrozumiał, rzucał wszystko, czym się dotąd zajmował, rodzinę – i wyjeżdżał na misje, wstępował do zakonu czy przyjmował święcenia. Świeccy są także potrzebni – bez nich ludzka rasa by wyginęła 🙂 Każdy ma swoje powołanie, musi sam odczytać głos Boga w swoim sercu, do czego jest stworzony. Ale każdy z nas, kimkolwiek by nie był, czymkolwiek by się nie zajmował, jest wezwany do pójścia za Nim. Na swój sposób – w tym, kim jest, i czym się zajmuje.
Jan Turnau świetnie zwrócił uwagę – Jezus wymienił jasno, opuszczenie kogo dla Jego Imienia dopuszcza. I nie wymienił współmałżonka 🙂