Ludzie na drodze życia #05 – tłum

Kilka dni temu pojawił się gdzieś tam w mojej głowie taki pomysł, żeby w tym Wielkim Tygodniu napisać może trochę inaczej. Nie tyle trzymając się liturgii słowa poszczególnych dni – na pewno wymownej – ale spróbować pokazać bardziej ludzi, których historie przewijają się jako jakby tło wydarzeń szczególnie pasyjnych. A więc wokół drogi krzyżowej Pana Jezusa – drogi życia, drogi do życia (stąd tytuł cyklu). Oczywiście, będzie to w jakimś sensie „gdybanie”, ale spróbuję. Dzisiaj piąty tekst – o tłumie na drodze krzyżowej.

Czytaj dalej Ludzie na drodze życia #05 – tłum

Król jakich mało

Piłat powiedział do Jezusa: Czy Ty jesteś Królem żydowskim? Jezus odpowiedział: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie? Piłat odparł: Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił? Odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Piłat zatem powiedział do Niego: A więc jesteś królem? Odpowiedział Jezus: Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu. (J 18,33b-37)

Ciekawość ludzka jest niesamowita. Piłata – może i niezbyt szlachetnie urodzonego, ale wżenionego w potężną rodzinę, człowieka władzy – także zainteresował ten dziwny Żyd. Nic osobistego – nie miał nic przeciwko Jezusowi. Nawet mówi się, że Mu współczuł, że chciał Mu pomóc, i tylko pod wpływem rozwrzeszczałego tłumu uległ. No tak, uwielbiamy usprawiedliwiać, bo on „tylko”… A może aż? Skoro nic nie zrobił – to dlaczego Piłat Go wydaje Żydom, wiedząc, jaki los Jezusa czeka? Ile jestem w stanie zrobić dla swojego przysłowiowego „świętego spokoju”? 
Jednak trzeba Piłatowi przyznać – dobrze, że był ciekawy. Tutaj nie liczą się środki, a cel – człowiek spotyka Boga, mały słabeusz odkrywa, że jest Ktoś większy, potężniejszy, odwieczny, będący sam w sobie niezgłębioną Tajemnicą, a równocześnie bardzo prostą i prawie że uniwersalną odpowiedzią na to, co tłamszę i z czym się szarpię w swoim wnętrzu. Nie ma nic piękniejszego nad sytuację, gdy pępek świata uświadamia sobie, że jest praktycznie nikim, a Ten który jest wszystkim, po prostu Go kocha i nic za to nie chce. 
Taki spektakl jak z Piłatem to się w tłumie z pewnością fajnie i komfortowo ogląda. Błoga anonimowość, można pokrzyczeć, powymachiwać rękami, a może i jakimś kamieniem rzucić – co tam, raz się żyje. Niczym nie ryzykujesz, jesteś silny ciemną i bezmyślną masą (czy tylko mnie w tym momencie kojarzy się to z niedawnymi i już – niestety – prawie tradycyjnymi rozróbami na okoliczność rocznicy odzyskania niepodległości?). Gorzej, jak taki Jezus spojrzy właśnie tobie w oczy. W tym cały wielkim tłumie, cholera, jakoś właśnie mnie wypatrzył. Jak On to zrobił? Po co? Bo widzi, co jest we mnie, z czym sobie nie radzę, co mnie przerasta, co zawstydza, przed czym się chowam sam przed sobą, co mnie w jakiś sposób więzi – i po prostu Go to nie obchodzi. Nie potępia, nie krzyczy, nie wymachuje rękami – po prostu jest i widzi mnie, a w tym wszystkim nie mogę pozbyć się uczucia, że to spojrzenie pełne jest po prostu bezinteresownej miłości.
Tak, On jest Królem. I nie był by nim ani o jotę mniej, gdyby tych słów wprost sam nie wypowiedział. Zrobił to właśnie dla takiej bandy niedowiarków – mnie, ciebie, nas. Żeby człowiek nie miał żadnych wątpliwości. Tylko że to Jego Królowanie z naszym rozumieniem władzy niewiele ma wspólnego – co widać po tym, że chyba żaden władca nie umywa nóg obywatelom, nie przejmuje się zbytnio jednostkami, nie troszczy się o każdego z osobna (no chyba że przed wyborami). Tu nie ma kadencji, kampanii – On jest, był i będzie. I pragnie jak niczego innego na świecie tego, abyś zaprosił Go, uczynił swoim Królem. Nie o korony, berła i błyskotki chodzi, ani też – jak to niektórzy postulują – formalne zmienianie ustroju RP. Chodzi o otwarte oczy serca, którymi pozwolisz, aby inni w tobie widzieli Boga, i żeby On sam mógł przez ciebie docierać do innych. 

Króluj nad nami, władaj nad sercami
Niech wszędzie płonie znicz wiary,
Niech zew miłości, wiary, ufności
Świat wiedzie pod Twe sztandary.

Daj się Bogu odnaleźć – nawet na czubku sykomory

Tak jakoś wcześniej w tygodniu pisałem o tych dniach refleksji nad świętymi i zmarłymi… I przegapiłem jedną z moich ulubionych postaci ewangelicznych – konusa Zacheusza :)czyli głównego bohatera zeszłej niedzieli.

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. (Łk 19,1-10)

Ta cała sytuacja jest bardzo charakterystyczna z powodu, który na pierwszy rzut oka może umykać uwadze. Tło tego wydarzenia. Nie ma o tym mowy wprost – ale można się domyśleć. Jezus już wówczas był powszechnie znany, i – najpewniej – przez zwykłych ludzi, nawet tych zamożnych, nieuprzedzonych i nie bojących się o popularność czy zdemaskowanie swojej obłudy (tj. faryzeuszy), szanowany czy nawet uwielbiany. Wszyscy przecież słyszeli, ile dobrego czynił, i też te Jego słowa przecież same cisnęły się do serca – mówił jakby dokładnie do każdego z osobna, choć gromadziły się, aby Go słuchać, całe masy i tłumy.

Na spotkanie Jezusa w Jerychu wyszli ci najlepsi – pobożni, o dobrej reputacji, szanowani, szlachetni, uczciwi, zacni. To tak, jak każdy z nas idzie na spotkanie z Bogiem – dosłownie, na mszę czy nabożeństwo, albo po prostu się do Niego zwraca. W tym, co najlepsze, najładniejsze, dobre, pozytywne, godne podziwu czy uznania. I tak jak wtedy, w Jerychu, zabrakło miejsca dla słabego, znienawidzonego pewnie celnika (w powszechnym mniemaniu – złodzieja, kolaboranta) Zacheusza – musiał wejść aż na drzewo, żeby Jezusa zobaczyć – tak każdy z nas, przed Bogiem stając, prezentuje to, co in plus, skrzętnie chowając to, jest wyrazem tej drugiej strony: słabości, grzeszności, małości, kruchości, niekonsekwencji, lekkości osądów i pobłażliwości dla samego siebie.

Czy Zacheusza ludzie celowo nie chcieli dopuścić do Jezusa? Nie sądzę. Tak samo, jak my – modląc się do Boga – może nie tak celowo prezentujemy dobrą stronę mocy czyli samego siebie, a nie tę drugą, bardziej grzeszną. Tacy już jesteśmy – gdy nam zależy, potrafimy przedstawić się z takiej strony, aby wypaść dobrze w oczach patrzącego. Mniej lub bardziej świadomie, oddala się to wszystko, co przysłania jakby tę dobroć. Ale – czy ma to znaczenie? Tak, grzeszę – jak każdy z nas – ale staram się być dobry, pomagam, nie kradnę, obgaduję tylko jak ktoś mnie sprowokuje, w pracy/szkole staram się świń nikomu nie podkładać… A że czasami się nie uda… Każdemu zawsze wszystko się udaje? Nie.

Czy Zacheusz był świadomy tego, że jego dotychczasowe życie było niewłaściwe, złe? Chyba nie. Dopiero to wyjście na spotkanie Jezusa odmieniło jego optykę. Musiał aż wleźć na drzewo, żeby to zrozumieć. Wyróżnieniem niesamowitym – i pewnie decydującym – było to, że Jezus sam zwrócił na niego, Zacheusza, uwagę. Nikt Mu go nie przedstawiał, sam zatrzymał się pod tą nieszczęsną sykomorą, i odezwał się do Zacheusza. Ten gest, a potem dalsze słowa i to, że Jezus poszedł i gościł właśnie u niego, uświadomiły Zacheuszowi coś, czego pewnie nigdy by się nie spodziewał. Że nie jest stracony. Że nie jest skazany na bycie we własnym narodzie taką czarną owcą, wytykaną palcami. Że Bóg także takiemu, jak on, chce dać szansę, uświadomić że ciągle może się zmienić i naprawić to, co dotąd było złe i niewłaściwe.

Być może komuś z wielkich tamtego miasta, dostojników czy co wybitniejszych mieszkańców zrobiło się nieswojo, że Jezus poszedł do Zacheusza akurat, tak go wyróżniając. To nie miało jednak znaczenia. Jezus poszedł do tego, zainteresował się tym, który Go najbardziej potrzebował. Nawet gdy ta osoba – Zacheusz – do momentu stanięcia twarzą w twarz z Jezusem w ogóle sobie z tej potrzeby nie zdawała sprawy. Potrzebował zrozumienia, miłości, nadziei, a przede wszystkim zauważenia. Ten gest – wejście na drzewo – dobitnie oddaje determinację Zacheusza, gdy on był jej nieświadomy.

Nie każdemu i nie zawsze udaje się zwrócić Boga na siebie – o ile tak można powiedzieć (przecież Bóg zawsze troszczy się o każdego) samymi tylko uczynkami. Prozaicznie – bo nam te uczynki dość często nie wychodzą po prostu. Ale zawsze Bóg widzi nasze pragnienia, tak często odstające zupełnie od tego, co finalnie robimy, jakie decyzje podejmujemy. Ładując się tam, na drzewo, mały Zacheusz… pomniejszył, uniżył siebie jeszcze bardziej. To było zachowanie po prostu dziecinne – dorosły łażący po drzewie? Kto to widział.

Nie ma znaczenia to, co w życiu robisz – może się okazać po chwili zastanowienia, że właściwie to albo już jesteś jak taki celnik, albo jesteś na najlepszej drodze. To nieważne. Jeśli jest w tobie pragnienie zmiany, wola bycia lepszym – to jest twój moment. Jezus przechodzi obok – jest okazja. Trzeba zrezygnować ze splendoru, prestiżu, konwenansów i tego, co krępuje – i uniżyć się, ile trzeba. Na pewno gdzieś – może nie dosłownie, ale metaforycznie – jest pod ręką sykomora. Tak jak Zacheusz musiał wleźć na jej czubek prawie – tak ty musisz dokonać czegoś równie niezrozumiałego i wymagającego. Żeby pokazać Bogu, jaki jesteś naprawdę – zwykły, prosty człowiek, z problemami i kompleksami, obciążony grzechami i słabościami. Po co? Pisze o tym genialnie o. Augustyn Pelanowski OSPPE:

Obecność Jezusa u każdego ze spotkanych powodowała, że stawało się widoczne to, co było w tych ludziach najprawdziwsze. Niekiedy nieprawość pewnych osób wcale nie jest ich naturą, lecz brzemieniem narzuconym przez krzywdy. Gdy spotykają się z Mesjaszem, wyzwala się w nich to, co najprawdziwsze, co jest ich zagłuszoną istotą. Budzi się w nich drzemiąca od dawna prawda, godna kanonizacji. Nigdy więcej niczego już o Zacheuszu nie napisano. Raz w życiu spotkał Jezusa i ten jeden raz wystarczył, by jego czyn określił całe jego życie i ukierunkował go na wieczność.

Można powiedzieć – tak jak wtedy Jezus wszedł do Jerycha być może tylko i przede wszystkim dla Zacheusza, tak jest i dzisiaj. Przychodzi do każdego, który musi poczuć się tak blisko Niego, aby wydobyć z siebie wolę do postąpienia jak Zacheusz. Wolę zostania przez Boga odnalezionym. Nawet w tak, z pozoru idiotycznej, sytuacji jak Zacheusz na czubku drzewa. Nie tylko w tym miejscu Jezus podkreślał – szukam tego, co zginęło – jak mówił choćby w przypowieściach o zagubionej owcy czy wdowie i drachmie.

Tak często, coraz bardziej anonimowy w biegnącym we wszystkie strony tłumie, człowiek jest nieszczęśliwy. Zacheusz był przecież człowiekiem sukcesu, choć nienawidzonym. Czy ten sukces nadał jego życiu sens? Najwyraźniej – nie, skoro szukał. Znalazł odpowiedź w Jezusie. Żeby sens znaleźć – trzeba go szukać, i wydostać się z tego tłumu. Zaistnieć indywidualnie – jako ja. Pokazać Bogu, że Go szukam i pragnę się z Nim spotkać, żeby przez życie iść dalej z sensem, który temu życiu tylko On może nadać. W przypadku Zacheusza – musiał wdrapać się aż na sykomorę – w twoim może być inaczej, może wystarczy kilka kroków. Nie zastanawiaj się, ile kroków ty robisz, a ile Bóg. Czasami wystarczy jeden. Ale tylko twój – Bóg go za ciebie nie zrobi.

>>>

O Komisji Majątkowej jest ostatnio bardzo dużo. Ja trafiłem na ten artykuł dzisiaj. Żal mi tej osoby. Dobrze, że w tej całej sytuacji nie odwraca się plecami i nie obwinia za wszystko Boga.