Złaź z drzewa

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. (Łk 19,1-10)

Na początek ciekawostka – wczorajsza niedziela to jeden z tych kilku dni w roku liturgicznym, kiedy w zależności od tego, gdzie pójdziesz do kościoła, usłyszeć możesz różną liturgię słowa. Wczoraj konkretnie dlatego, że 31. niedziela zwykła roku liturgicznego to – poza katedrami i kościołami, w których data konsekracji jest znana – przyjęta umownie tzw. rocznica poświęcenia kościoła własnego (i tam czytano zestaw: 1 Krl 8,22-23.27-30; 1 Kor 3,9b-11; Mt 16,13-19). Powyższa Ewangelia czytana była w ramach liturgii lectio continua czyli kontynuacji okresu zwykłego niedziel w ciągu roku – w tym u mnie. Inne takie przykłady? Liturgia Narodzenia Pańskiego (bodajże 3 warianty liturgii – od wieczornej Mszy wigilijnej, pasterki do Mszy w dzień), czy też Zmartwychwstanie Pańskie (liturgia Wigilii Paschalnej, o świcie, w dzień) albo Zesłania Ducha Świętego. Ot, taki niuans 🙂 lekko przydługawy na wstęp.

Czytaj dalej →

Przyjaciel

Jak zwykle, z poślizgiem – o tekście sprzed urodzin, o których już pisałem… tydzień temu.

Jezus powiedział do swoich uczniów: To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. (J 15,12-17)

Pierwsza uwaga – kurczę, znam to. Skąd? Ze ślubu naszego. Sam ten tekst wybrałem jako Ewangelię naszej mszy ślubnej. Co więcej – o tym już pisałem w kontekście ślubu. Co najmniej, bo wydaje mi się, że nie tylko. Ale to przecież nie jest kontekst, który temat wyczerpuje. Bo miłość przecież nie kończy się i nie oznacza tylko relacji między zakochanymi, małżonkami. 
Bóg traktuje nas bardzo serio – skoro nazywa nas przyjaciółmi. Przyjaciel to nie byle kto – niektórzy mówią, że przyjaciele czasami są równie ważni (ważniejsi?) od małżonka; przyjaźń często zaczęła się wiele czasu przed małżeństwem, niestety, czasami trwa również dłużej od małżeństwa, co jest przykre. To pojęcie oznacza przede wszystkim zaufanie, zawierzenie, pokładanie nadziei, relację bardzo bliską i ważną. To nie jest na wyrost. To nie są słowa, które mają pobudzić do westchnienia i wzruszenia. To nie zostało powiedziane, żeby człowiek poczuł się niegodny, malutki i słaby. 

To drogowskaz – że właśnie sam Bóg pierwszy mnie (i każdemu innemu też) zaufał, żebym i ja nauczył się ufać: a) Jemu, Bogu, b) innemu człowiekowi. Nie dlatego, że „wypada”, w ramach rewanżu, żeby być w porządku. To jest bez sensu, szkoda czasu – a jednocześnie uznaje się Boga za głupka, myśląc, że Jemu jest to do czegokolwiek potrzebne. Nie jest – On się cieszy, gdy człowiek Mu ufa, ale świat się nie zawali, gdy człowiek to (co się bardzo często zdarza) olewa. Wtedy i dlatego tylko, kiedy sobie uświadomię, że dla Boga jestem ważny i chce – On, wielki, nieskończony, nie do ogarnięcia – ofiarować mi swoją przyjaźń. Bóg zwierza się człowiekowi, że chce być jego przyjacielem – co najgłębszy wyraz miało w tym, że w Jezusie umarł na krzyżu po to, aby zmartwychwstać. 

Bóg zaprasza do przyjaźni z Nim. Ważne jest to, aby Boga nie sprowadzić tylko do roli przyjaciela – jednego z wielu. On jest tym przyjacielem, może być tym najlepszym, który nigdy nie odejdzie, zawsze wysłucha i (jeśli Mu się pozwoli i posłucha – odpowie). On jest również przyjacielem – ale ta przyjaźń w pełnym wymiarze to relacja z Bogiem: Ojcem, Stwórcą, Trójjedynym, Zbawicielem i właśnie przyjacielem. Każdym z tych wskazanych, wszystkim na raz. 
„Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje”. To ważne słowa, bo Bóg każdego z nas wybiera w jedyny i wyjątkowy sposób, wręcz jedyny w swoim rodzaju. Każdy z nas – z tą różnicą: jedni to już wiedzą, inni jeszcze nie – przeznaczony jest do czegoś, co raz przychodzi zrozumieć łatwiej, raz i po wielu latach niekiedy myślenia, że to bez sensu i Bóg mnie olał. Każdy ma owocować na swój sposób, a jedną z płaszczyzn owocowania są relacje, w których z kolei jedną z najpiękniejszych jest przyjaźń. Nie tak doskonała, jak ta, którą Bóg daje człowiekowi – ale Bóg zaprasza mnie, żebym znajdował w ludziach przyjaźń i takie relacje budował. Budowanie, sensownie, tak naprawdę, tej przyjaźni to coś, co przekracza własne ludzkie możliwości – ale co może się udać, jeśli ludzie zrobią tam miejsce dla Boga
Jakiś czas temu sporo myślałem. Wiele jest osób, które mają napięty do granic wytrzymałości kalendarz – po pracy/szkole cały czas spotkania, piwo tu, kawa tam, impreza. Z pozoru – wow, ile relacji, pewnie sami przyjaciele, fajnie tak. Przy okazji stwierdziłem, że sam mam bardzo niewielu przyjaciół. Tak? No chyba jednak nie, bo poobserwowałem, co się działo, kiedy takiej osobie waliło się wiele rzeczy na głowę. Okazało się, że rozmowa na temat spraw ważnych dość naturalnie wyszła tej osobie ze mną – a w jej toku, że nie miała z kim porozmawiać. Czyli jednak tych przyjaciół nie było. I tego jest pełno – ludzie biegają, czasami nie nadążając sami, żeby mieć poczucie tego, że nie są sami. Tylko że nawet w tej całej grupie ludzi, z którymi się stykają, relacje są najczęściej na poziomie mielizny, płyciutkie – a jak przychodzi do sytuacji podbramkowej, to zostają sami. 
To jest wyzwanie. Zbudować prawdziwą przyjaźń. To jest coś, co wielu z nas nie wychodzi – z powodu czego cierpimy. Z Bogiem, paradoksalnie, może być łatwiej – i może takie świadome odpowiedzenie na Jego przyjaźń to dobry punkt wyjścia do poukładania i poszukania prawdziwej przyjaźni u ludzi? Co jest w tym piękne i takie spójna? Ano to, że wszystko związane z przyjaźnią może prowadzić kiedyś ponownie do tego tekstu, u góry – o ile przyjaźń przerodzi się w miłość. Ale to już inna historia. 
>>>
W czwartek zakończyła się prawomocnie sprawa, jaką kontynuowaliśmy z bratem po Mamie. 
Kamień spadł mi z serca. W sumie zakładałem optymistycznie, że „nasze u góry” – może nie tyle na podstawie wyroku sądu pierwszej instancji, ale widząc dramatyczną argumentację przeciwnika w apelacji – ale cóż, ten kto zna temat, wie, że dopóki człowiek wyroku nie słyszał, nie ma co być pewnym. 
Najpierw półgodzinne opóźnienie, potem radosna twórczość (żenada, po prostu bzdury – w wykonaniu pełnomocnika fachowego) przeciwnika – i wreszcie. „Oddala apelację”. 
Nie cieszę się z pieniędzy, które w ten sposób uzyskam – całkiem spora sumka łącznie. Cieszę się, że wygraliśmy – ale to jest gorzka radość. Cały ten proces i wszystkie nerwy z nim związane to wina głupoty pracodawcy. Gdyby pomyślał, porozmawiał z Mamą, wyjaśnił sytuację – nie było by problemu, sprawa by nigdy nie zaistniała. Postanowił ją postawić przed faktem dokonanym, po czym w toku procesu naginając w żałosny sposób rzeczywistość na własne potrzeby – wyszło jak wyszło, stracili łącznie 10.000 zł. A to, co powodowało moją wściekłość i zawzięcie – niestety, ale mówię to wprost – to fakt, że popsuli w ten sposób Mamie ostatnie 3 miesiące życia, kiedy musiała się jeszcze tym martwić. 
Nie dożyła ani tego wyroku, ani pierwszego – ale jestem spokojny, że wie, że wygraliśmy, i że się cieszy. To była sprawa honoru. Chyba była by dumna – a ja się cieszę, bo to jednocześnie sukces zawodowy jakiś tam. 
W tym tygodniu Mama mi mocno towarzyszy… Najpierw był Dzień Matki – dzień po urodzinach moich – niestety, w poniedziałek nie miałem jak, więc na grób pojechaliśmy w niedzielę. Domiś zmówił modlitwę, niesamowite jest: zawsze wie, że jedziemy na cmentarz, że do babci Ewy, że zapalić świeczkę. Posiedziałem sobie chwilę sam i pogadałem z Mamą – tak, jak ona to robiła, przychodząc z nami, kiedy gadała ze swoją mamą i babcią. Pierwszy Dzień Matki bez Mamy… Ciężko. Rok temu też nikt nie wiedział, że od Dnia Matki został jej niecały miesiąc życia… Nie doceniamy tego, co mamy – aż tego szlag nie trafi. A potem ten czwartek i rozprawa. Ha! I jest nawiązanie do przyjaźni – niesamowite było, ile osób i jak życzliwie podeszło do mnie, okazało pomoc i wspierało w tej sprawie. Mama miała wielu przyjaciół – takich prawdziwych, co my widzimy teraz, kiedy jej już nie ma. 

Król jakich mało

Piłat powiedział do Jezusa: Czy Ty jesteś Królem żydowskim? Jezus odpowiedział: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie? Piłat odparł: Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił? Odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Piłat zatem powiedział do Niego: A więc jesteś królem? Odpowiedział Jezus: Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu. (J 18,33b-37)

Ciekawość ludzka jest niesamowita. Piłata – może i niezbyt szlachetnie urodzonego, ale wżenionego w potężną rodzinę, człowieka władzy – także zainteresował ten dziwny Żyd. Nic osobistego – nie miał nic przeciwko Jezusowi. Nawet mówi się, że Mu współczuł, że chciał Mu pomóc, i tylko pod wpływem rozwrzeszczałego tłumu uległ. No tak, uwielbiamy usprawiedliwiać, bo on „tylko”… A może aż? Skoro nic nie zrobił – to dlaczego Piłat Go wydaje Żydom, wiedząc, jaki los Jezusa czeka? Ile jestem w stanie zrobić dla swojego przysłowiowego „świętego spokoju”? 
Jednak trzeba Piłatowi przyznać – dobrze, że był ciekawy. Tutaj nie liczą się środki, a cel – człowiek spotyka Boga, mały słabeusz odkrywa, że jest Ktoś większy, potężniejszy, odwieczny, będący sam w sobie niezgłębioną Tajemnicą, a równocześnie bardzo prostą i prawie że uniwersalną odpowiedzią na to, co tłamszę i z czym się szarpię w swoim wnętrzu. Nie ma nic piękniejszego nad sytuację, gdy pępek świata uświadamia sobie, że jest praktycznie nikim, a Ten który jest wszystkim, po prostu Go kocha i nic za to nie chce. 
Taki spektakl jak z Piłatem to się w tłumie z pewnością fajnie i komfortowo ogląda. Błoga anonimowość, można pokrzyczeć, powymachiwać rękami, a może i jakimś kamieniem rzucić – co tam, raz się żyje. Niczym nie ryzykujesz, jesteś silny ciemną i bezmyślną masą (czy tylko mnie w tym momencie kojarzy się to z niedawnymi i już – niestety – prawie tradycyjnymi rozróbami na okoliczność rocznicy odzyskania niepodległości?). Gorzej, jak taki Jezus spojrzy właśnie tobie w oczy. W tym cały wielkim tłumie, cholera, jakoś właśnie mnie wypatrzył. Jak On to zrobił? Po co? Bo widzi, co jest we mnie, z czym sobie nie radzę, co mnie przerasta, co zawstydza, przed czym się chowam sam przed sobą, co mnie w jakiś sposób więzi – i po prostu Go to nie obchodzi. Nie potępia, nie krzyczy, nie wymachuje rękami – po prostu jest i widzi mnie, a w tym wszystkim nie mogę pozbyć się uczucia, że to spojrzenie pełne jest po prostu bezinteresownej miłości.
Tak, On jest Królem. I nie był by nim ani o jotę mniej, gdyby tych słów wprost sam nie wypowiedział. Zrobił to właśnie dla takiej bandy niedowiarków – mnie, ciebie, nas. Żeby człowiek nie miał żadnych wątpliwości. Tylko że to Jego Królowanie z naszym rozumieniem władzy niewiele ma wspólnego – co widać po tym, że chyba żaden władca nie umywa nóg obywatelom, nie przejmuje się zbytnio jednostkami, nie troszczy się o każdego z osobna (no chyba że przed wyborami). Tu nie ma kadencji, kampanii – On jest, był i będzie. I pragnie jak niczego innego na świecie tego, abyś zaprosił Go, uczynił swoim Królem. Nie o korony, berła i błyskotki chodzi, ani też – jak to niektórzy postulują – formalne zmienianie ustroju RP. Chodzi o otwarte oczy serca, którymi pozwolisz, aby inni w tobie widzieli Boga, i żeby On sam mógł przez ciebie docierać do innych. 

Króluj nad nami, władaj nad sercami
Niech wszędzie płonie znicz wiary,
Niech zew miłości, wiary, ufności
Świat wiedzie pod Twe sztandary.

Tyś moim wybranym ludzikiem

Ale teraz tak mówi Pan, Stworzyciel twój, Jakubie, i Twórca twój, o Izraelu: «Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu; tyś moim!(Iz 43, 1)
Króciutkie, znalezione dzisiaj w jutrzni uroczystości Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Wielka obietnica dana nie tylko – z imienia, nazwy – Narodowi Wybranemu, ale przecież każdemu, kto w prawdziwego Boga uwierzył czy uwierzy – wtedy, dzisiaj i później. 
Nie bój się – bo nie masz czego ani kogo się bać. Jedyna forma bojaźni, jaką powinien znać człowiek wierzący, to bojaźń pańska. Nie tyle strach, co życie w świadomości, że Bóg jest, daje nam tak wiele za darmo, ustala pewne (wcale nie niemożliwe do spełnienia) reguły. Bardziej świadomość serca, że On jest, pewnego rodzaju respekt wobec Niego – jednak nie jako żądnego krwi tyrana, ale wszechmogącego Ojca. 
Nie myśl, że jesteś jednym z prawie 7 już miliardów ludzików biegających po tej ziemi (nie licząc tych, których bieg przez życie już się zakończył), anonimowym, pionkiem, figurką. Jesteś jedyny, wyjątkowy, niepowtarzalny. Ze wszystkim swoimi wadami, słabościami, grzechami, pokusami jakim się poddajesz, upadkami jakich doznajesz, kalectwem, uzależnieniami – w tej unikalnej mieszance cech jesteś dla Niego tak samo ważny, jak każdy inny; a zarazem wyjątkowy, ukochany. Nie jako numerek na niekończącej się liście ludzi – ale znany po imieniu, znany ze swoich pragnień, marzeń i możliwości. 
Czy można się czegokolwiek obawiać w życiu, gdy przy mnie jest Bóg, dla którego jestem tak cenny?

Przyjdźcie na ucztę

Jezus w przypowieściach mówił do arcykapłanów i starszych ludu: Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę: woły i tuczne zwierzęta pobite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę! Lecz oni zlekceważyli to i poszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy ich, pozabijali. Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić. Wtedy rzekł swoim sługom: Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala zapełniła się biesiadnikami. Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka, nie ubranego w strój weselny. Rzekł do niego: Przyjacielu, jakże tu wszedłeś nie mając stroju weselnego? Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych. (Mt 22,1-14)
Piękny tekst i piękny w swojej wymowie dowód na to, że Bóg daje nam wolną wolę (co wiele osób głośno i mocno kontestuje). Bóg mówi w przypowieściach, ale jak bardzo mówi do nas. Czy dlatego, że jesteśmy współczesnymi faryzeuszami? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sam; mam nadzieję, że nie. Z drugiej strony – jak bardzo to podobne do, zeszłotygodniowo-niedzielnej, opowieści o winnicy?
Różnica polega na tym, że w przypowieści król zaprasza dwukrotnie (a może to tylko przenośnia?), zaś Bóg… Bóg nie stawia żadnych granic, poza tymi ramami czasowymi, w jakich dane jest nam przejść przez życie. Niestety jednak – a może to jest właśnie największy, poza zbawieniem, Boży dar? – jest nasza wolność, z której korzystać tak często nie potrafimy, a która prowadzi do tak głupich posunięć, jak zabójstwo na wysłanych po raz drugi królewskich posłańcach. Przecież wydawać się może, że takie królewskie zaproszenie to powinno być marzenie każdego człowieka, wyróżnienie i nobilitacja. Król nie dał za wygraną, mimo już za pierwszym razem okazanego sługom – a więc i jemu – lekceważenia, posyła po zaproszonych ponownie. 
Dochodzi do dramatu, gdy człowiek w sposób skrajnie negatywny, najgorszy z możliwych, ową ofiarowaną mu wolność wykorzystuje do przemocy, a nawet zabójstwa przeciwko drugiemu. Kara królewska jest wielka, giną zabójcy, ale i całe ich miasto. Co ciekawe – taki los spotyka tylko tych, którzy podnieśli ręce na królewskie sługi. Pozostali, którzy wymawiali się tylko i po prostu olali króla, nie spotkała chyba żadna konsekwencja. Co więcej – nie wykluczone, że mieli kiedyś jeszcze szansę odpowiedzenia na podobne zaproszenie. Mieli szczęście, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. 
Kiedy tak czytam te słowa dalsze – Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie – mam nieodparte wrażenie, że to czytelna aluzja do tego, jak działał na ziemi Jezus. Najpierw Dobrą Nowinę komu proponował? Narodowi Wybranemu. Który, delikatnie rzecz biorąc – tak, jak zaproszeni króla – olał Go. Wtedy poszedł dalej, znajdując słuchaczy i ludzi chętnych do wcielenia w życie Jego ideałów pośród tak wielu innych, często przez Żydów pogardzanych. A jednak, ich serca były o tyle bardziej podatne. Mimo, że to właśnie Żydzi wyczekiwali Mesjasza, który przeszedł wielu z nich dosłownie koło nosa. 
Bóg (jak tamten król) nie patrzy na ludzkie podziały – dobry, zły – i swoje zaproszenie kieruje do każdego. Zaprasza na ucztę, która spełnia się bez końca. Na ołtarzach całego świata, w Eucharystii. Zaprasza na misterium, które daje możliwość przyjmowania – dosłownie, w żadnej przenośni – Jego samego, który chce każdego umocnić w podróży między ziemskimi ucztami, do tej ostatecznej, wiecznej uczty w Jego Królestwie. 
Jedyny problem polega na tym, do której grupy będziemy należeć. O to, że do powołanych – pewnie tak, skoro jesteśmy ochrzczeni, przyjmujemy sakramenty. Tu jednak o coś więcej chodzi – o wybranie, Boże wybranie. Bóg nas wybrał – teraz wszystko zależy, czy i jak na to wybranie odpowiemy. Droga jest prosta. Przychodząc na Ucztę Eucharystyczną, dajemy wyraz naszemu do Niego przywiązaniu. Tą drogą zmierzamy ku tej uczcie ostatecznej.

Miłość dla radości, radość dla miłości

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. (J 15,9-17)

I znowu – dzisiejsze i jutrzejsze – dospołu tworzące naszą ewangelię ślubną 🙂 

Miłość to podstawa. Bez miłości nic nie jest trwałe, nie ma punktu odniesienia. Nie chodzi o miłość małżeńską nawet tylko – nie każdy przecież powołany jest do realizacji w związku i rodzinie – ale miłość do drugiego człowieka, tę właśnie, jakiej wzór i przykazanie, ustanawiając je największym, pozostawił Jezus. Co w tych słowach przypomina. 
Nie miłość dla miłości. Miłość dla radości. Radości, która musi być, i która musi być prawdziwa, pełna. Tzn. być nie musi – ale czym jest człowiek smutny? Człowiek prawdziwie wierzący jest szczęśliwy, bo dla człowieka, który jest pewny zbawienia, nie ma miejsca na smutek. Czas dany przez Boga jest cenny, każda chwila – wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju, każdy moment – unikatową okazją do czynienia dobra – czyli? Do miłowania właśnie. Do dawania przykładów miłości. 
Ta miłość nie ma być byle jaka, nie może nawet być. To musi być miłość zakorzeniona w Bogu i zeń czerpiąca. Dokładnie taka, jak Jezusowa. On kochał, bo wcześniej ukochał Bóg Ojciec – a nasza miłość ma być jakby przedłużeniem tamtego ukochania, realizowaniem go w codzienności – względem siebie nawzajem. Za to i dla tego oddał Jezus swoje życie. Nie była to żadna tylko wzniosła idea, teoria bez pokrycia – przecież jej głoszeniu poświęcił bez reszty te 3 lata swojej publicznej działalności, raz po raz do tej prawdy potrzeby miłości powracając. Co więcej – dla tej prawdy umarł, wynosząc ją i wywyższając na drzewie krzyża. Miłość została ukrzyżowana, aby mogła królować także po śmierci. 
Bóg wybiera każdego z nas z osobna, indywidualnie – nie w żaden sposób taśmowo czy wg rozdzielnika – i pragnie naszego szczęścia, w miłowaniu właśnie. Każdy z nas inaczej się realizuje, inną drogę brnie przez życie, w czym innym się specjalizuje, ma inne pasje i zainteresowania. Ale we wszystkim tym jesteśmy wybrani i ukochani, aby iść i przynosić dobre, obfite i długotrwałe (o czym się często zapomina) owoce. Owoce miłości właśnie, które poprzedzą nas, które zaniesiemy jak te naręcza kwiatów, zmierzając po śmierci na Sąd.
Szkoda czasu na życie bez miłości.

I to wszystko dzięki chrztowi

Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie? Jezus mu odpowiedział: Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe. Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie. (Mt 3,13-17)
Na początek – pytanie, które pewnie każdy z tych, którzy w niedzielę Chrztu Pańskiego (jakąkolwiek, nie tylko tą sprzed 2 dni) pojawili się w kościele, usłyszeli w jakieś tam formie. Czy pamiętasz datę swojego chrztu? Ja, tak się składa, tak. Większość ludzi nie pamięta, ale sam fakt zapamiętania tego detalu nie oznacza wiary i bycia na dobrej drodze. Jednak warto je sobie zadać. Bo to jest punkt odniesienia, początek człowieka jako członka wspólnoty Kościoła. Jak to powiedział, cytowany poprzednio, kard. Joachim Meisner, człowiek ma początek, ale nie ma końca – więc chrzest jest początkiem naszej wiary. A skoro na swojej drodze mamy wracać do źródła – warto umieć je umiejscowić, nie tylko jakoś abstrakcyjnie.
Dla kogoś, kto na tamtą sytuację patrzył z boku, mogła być ona co najmniej dziwna. Skoro Mesjasz – to bez grzechu. Więc co Mesjasz robi w kolejce grzeszników, czekających na obmycie z grzechów przez Jana Chrzciciela w wodach Jordanu? A to właśnie zobaczyli. Jan, jak zwykle, stał i chrzcił, pewnie czekała spora grupa ludzi – aż podchodzi do niego sam Jezus. Tak, daleki kuzyn, rodzina. Czy wcześniej zdawał sobie z tego sprawę? Pewnie nie. Jedno jest pewne – w tym momencie stało się to dla niego jasne: zapowiadany Zbawiciel, Pan stoi przed nim w ludzkiej postaci. Spełniły się słowa proroctw i pism – Mesjasz przybył!
Tekst ewangeliczny nie podaje wprost jednak, czy Jan jakkolwiek zwerbalizował, wypowiedział wobec ludzi to, co zrozumiał – czy powiedział coś w stylu Oto Mesjasz!, wskazał Go wprost. Nie musiał. Świadectwo o Jezusie dał sam Jego Ojciec, sam Bóg. To właśnie na Niego, na tego Człowieka czekacie. To w Jego głos i Jego nauki się wsłuchujcie. Żaden władca w ludzkim rozumieniu, bez wojska czy zaplecza politycznego koniecznego dla zorganizowania przewrotu (bo wielu, niestety, w ten sposób tylko rozumiało rolę i zadanie Mesjasza – wyzwolenie Izraela jako narodu, w ludzkim rozumieniu) – ale kto czyta ze zrozumieniem, ten widzi, że proroctwa w Nim samym się wypełniają. Inna rzecz – czy świadkami objawienia łaski Bożej w postaci gołębicy i wypowiedzianych słów był tylko sam Jan, czy też ujrzeli to wszyscy tam zgromadzeni – nie wiemy.
Po co Jezus pozwolił się ochrzcić? Po co na ten chrzest nalegał – widzimy to wyraźnie, że Jan nie chciał Go chrzcić, uświadomiwszy sobie, kim On jest. Może dlatego, że chciał wypełnić co do siebie wszystko to, co dotyczyło ludzi? Sam przecież był w pełni człowiekiem, pozostając jednocześnie Bogiem. Bez grzechu, choć ludzki. Może wiedząc o tym, że z tego gestu, z tego wydarzenia w Kościele, jaki pozostawi na świecie, czerpać będzie pierwszy i może przez to właśnie kluczowy sakrament, inicjacja chrześcijańska, czyli właśnie chrzest? Jesteśmy świadkami przełomu – ostatni prorok Starego Testamentu wskazuje na Tego, który jest początkiem Nowego Testamentu; Bóg zaś własnymi słowami jakby potwierdza to wskazanie.
Dla nas to wydarzenie jest jasną wskazówką. Nie ma znaczenia to, co się człowiekowi o Jezusie wydaje, kogo chciałby w Nim widzieć, jak bardzo On sam człowieka do siebie przekonał. Bóg sam potwierdza swoim słowem Jezusowe posłannictwo, poświadcza Jego rodowód. Bóg po prostu przyznaje się do tego, że sam posłał Jezusa, i nie jest On żadnym szarlatanem, fałszywym prorokiem czy uzurpatorem, jakich wielu wtedy i dzisiaj mami ludzi. Jest Zbawicielem, Odkupicielem, odpowiedzią na tęsknoty serca każdego człowieka. 

Co najważniejsze – Bóg przyszedł w swoim Synu na świat nie dla wybranej w jakiś sposób wyróżnionej grupy ludzi, ale dla każdego. Dał o tym świadectwo w pięknych słowach  (I czytanie z niedzieli) sam pierwszy następca Jezusa, czyli papież Piotr:

Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie. Posłał swe słowo synom Izraela, zwiastując im pokój przez Jezusa Chrystusa. On to jest Panem wszystkich. Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Dlatego że Bóg był z Nim, przeszedł On dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła, dlatego że Bóg był z Nim. (Dz 10,34-38)

To nie był żaden spektakl czy show – to, co zdarzyło się nad Jordanem. To było preludium dla całego szeregu po ludzku niewytłumaczalnych zdarzeń – cudów, uzdrowień, wypędzeń złych duchów, a nawet wskrzeszeń. Bóg działał w Jezusie. Bóg był w Nim – On był Bogiem. Cuda miały ułatwić przekonanie do Niego ludzi – ale nie tylko na cudach polegała Jego misja. Pamięć o tym, co cudowne, pozostała – ale najważniejsze jest to, że pozostało Jego Słowo, Pismo Święte, najlepsze drogowskazy dla każdego człowieka każdych czasów. Dzięki niemu Bóg pozostaje z nami – ze wszystkimi ludźmi – nawet dzisiaj, 2000 lat po tym, gdy Jezus odszedł z tego świata, wcześniej zabity, ale zmartwychwstały.

W tych słowach, jakie padły nad Jordanem, Bóg jakby wskazuje misję Jezusa – choć w dużym skrócie. Nie precyzuje planu, założeń czy głównych celów – potwierdza całość tego, co zamierza Jezus; posługuje się – w tym przekładzie – sformułowaniem upodobanie, a więc można je interpretować jako akceptację, zgodę i bezgraniczne poparcie dla samego Jezusa i wszystkiego, co dokona.

Tak samo jest z moim, twoim – chrztem każdego człowieka. To taki przełomowy moment, gdy Bóg w uroczysty sposób zwraca się do każdego z nas, a my pierwszy raz otwieramy przed Nim serce. To pierwszy krok na życiowej drodze odpowiadania na Boże zaproszenia – czasami jakby wykonywany za nas przez rodziców, gdy jesteśmy jeszcze malutcy. Oni chcą, abyśmy wzrastali w Kościele, jako członkowie Mistycznego Ciała Chrystusa, i abyśmy swoje życie splatali z Bogiem i szli przez nie z Jego pomocą. Nie chodzi o żaden automatyzm – kolejny w wielkiej rzeszy anonimowych ludzi – ale o żywą i trwałą relację pomiędzy Nim a mną. O to, że Bóg zwracając się do mnie, uświadamia mi moją własną wyjątkowość, i pokazuje, proponuje, jak tę swoją indywidualność mogę twórczo i owocnie spożytkować, co z nimi mogę zrobić dobrego w ramach czasu danego mi w życiu.

Bóg przychodzi w swojej świętości, aby nas uświęcając sobą, przemienić jednocześnie w żywe świątynie Jego samego. Zasiewa po raz pierwszy ziarno, które umacniane kolejnymi sakramentami ma we mnie i ze mną wzrastać. To nie jest coś, co nastąpi potem jakby samo z siebie, poza mną, niezależnie ode mnie. Co się z tym stanie – zależy tylko i wyłącznie, czy i co ja zrobię, jak postąpię. Pragnie współpracy i tylko w niej mogę wydać dobry owoc, a ten dar otrzymany na chrzcie nie zostanie zmarnowany. Nie o żaden narcyzm chodzi – ale uświadomienie sobie własnej wyjątkowości w oczach Boga. To jest motywacja. Od tego można zacząć, na tym budować.

I to wszystko dzięki chrztowi – temu konkretnemu, mojemu. To jak, pamiętasz jego datę?

>>>

Zarejestrowałem się w konkursie Blog roku, kategoria Ja i moje życie.

Gdyby ktoś miał ochotę – może na tego bloga (nie tyle na mnie) oddać głos – sms o treści A00108 na numer 7122 (1,23 zł brutto). Głosowanie trwa do 20.01.2011 do 12:00.