Króluj nad nami, władaj sercami

Dla Kościoła jako Kościoła – wspólnoty, całości – dzisiejszy dzień pewnie zostanie zapamiętany jako zamknięcie Roku Jubileuszowego Miłosierdzia (papież zamyka Drzwi Jubileuszowe etc.). A w naszej Ojczyźnie? Gdzieś tam w tle ten temat jest, ale na pierwszy plan wychodzi słowo-klucz: intronizacja. Można tu usłyszeć m.in., że Jezus został ustanowiony Królem Polski, intronizowany. Co, generalnie rzecz biorąc, jest kompletną bzdurą – nie miało (i mam nadzieję mieć nie będzie) miejsca. Co tak naprawdę się wydarzyło wczoraj? Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana – tylko to, żadna intronizacja. A może jeszcze bardziej – jak to możliwe, że do tego doszło, skoro jeszcze kilka lat wstecz był temu wprost przeciwny Episkopat Polski?

Czytaj dalej →

Król jakich mało

Piłat powiedział do Jezusa: Czy Ty jesteś Królem żydowskim? Jezus odpowiedział: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie? Piłat odparł: Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił? Odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Piłat zatem powiedział do Niego: A więc jesteś królem? Odpowiedział Jezus: Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu. (J 18,33b-37)

Ciekawość ludzka jest niesamowita. Piłata – może i niezbyt szlachetnie urodzonego, ale wżenionego w potężną rodzinę, człowieka władzy – także zainteresował ten dziwny Żyd. Nic osobistego – nie miał nic przeciwko Jezusowi. Nawet mówi się, że Mu współczuł, że chciał Mu pomóc, i tylko pod wpływem rozwrzeszczałego tłumu uległ. No tak, uwielbiamy usprawiedliwiać, bo on „tylko”… A może aż? Skoro nic nie zrobił – to dlaczego Piłat Go wydaje Żydom, wiedząc, jaki los Jezusa czeka? Ile jestem w stanie zrobić dla swojego przysłowiowego „świętego spokoju”? 
Jednak trzeba Piłatowi przyznać – dobrze, że był ciekawy. Tutaj nie liczą się środki, a cel – człowiek spotyka Boga, mały słabeusz odkrywa, że jest Ktoś większy, potężniejszy, odwieczny, będący sam w sobie niezgłębioną Tajemnicą, a równocześnie bardzo prostą i prawie że uniwersalną odpowiedzią na to, co tłamszę i z czym się szarpię w swoim wnętrzu. Nie ma nic piękniejszego nad sytuację, gdy pępek świata uświadamia sobie, że jest praktycznie nikim, a Ten który jest wszystkim, po prostu Go kocha i nic za to nie chce. 
Taki spektakl jak z Piłatem to się w tłumie z pewnością fajnie i komfortowo ogląda. Błoga anonimowość, można pokrzyczeć, powymachiwać rękami, a może i jakimś kamieniem rzucić – co tam, raz się żyje. Niczym nie ryzykujesz, jesteś silny ciemną i bezmyślną masą (czy tylko mnie w tym momencie kojarzy się to z niedawnymi i już – niestety – prawie tradycyjnymi rozróbami na okoliczność rocznicy odzyskania niepodległości?). Gorzej, jak taki Jezus spojrzy właśnie tobie w oczy. W tym cały wielkim tłumie, cholera, jakoś właśnie mnie wypatrzył. Jak On to zrobił? Po co? Bo widzi, co jest we mnie, z czym sobie nie radzę, co mnie przerasta, co zawstydza, przed czym się chowam sam przed sobą, co mnie w jakiś sposób więzi – i po prostu Go to nie obchodzi. Nie potępia, nie krzyczy, nie wymachuje rękami – po prostu jest i widzi mnie, a w tym wszystkim nie mogę pozbyć się uczucia, że to spojrzenie pełne jest po prostu bezinteresownej miłości.
Tak, On jest Królem. I nie był by nim ani o jotę mniej, gdyby tych słów wprost sam nie wypowiedział. Zrobił to właśnie dla takiej bandy niedowiarków – mnie, ciebie, nas. Żeby człowiek nie miał żadnych wątpliwości. Tylko że to Jego Królowanie z naszym rozumieniem władzy niewiele ma wspólnego – co widać po tym, że chyba żaden władca nie umywa nóg obywatelom, nie przejmuje się zbytnio jednostkami, nie troszczy się o każdego z osobna (no chyba że przed wyborami). Tu nie ma kadencji, kampanii – On jest, był i będzie. I pragnie jak niczego innego na świecie tego, abyś zaprosił Go, uczynił swoim Królem. Nie o korony, berła i błyskotki chodzi, ani też – jak to niektórzy postulują – formalne zmienianie ustroju RP. Chodzi o otwarte oczy serca, którymi pozwolisz, aby inni w tobie widzieli Boga, i żeby On sam mógł przez ciebie docierać do innych. 

Króluj nad nami, władaj nad sercami
Niech wszędzie płonie znicz wiary,
Niech zew miłości, wiary, ufności
Świat wiedzie pod Twe sztandary.

Jezus jest królem. Tak naprawdę.

Nadrabiając ostatnio zaległości czytelnicze – a raczej wywnętrzając się na tę okoliczność w poprzednim wpisie – nie wspomniałem minionej niedzieli. A nie jest to zwykła niedziela – ponieważ w kalendarzu liturgicznym kończy ona rok liturgiczny. Tak – Kościół kieruje się innymi niż świat wartościami, ale też mierzy czas jakby inaczej. Dzisiaj mamy środę 34. tygodnia okresu zwykłego – 34 na 34, ostatniego. Już w najbliższą niedzielę rozpoczniemy Adwent – nowy rok liturgiczny AD 2011.
W niedzielę czciliśmy Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Tego prawdziwego, Tego który zwyciężył. Nie tego, którego niektórzy wspominają tylko wtedy, gdy kampania wyborcza, gdy trzeba wkupić się w łaski kogoś o konkretnych poglądach, gdy trzeba pozować na dobrego Polaka-katolika. Tak, Tego który był opluwany, biczowany, krzyżowany, umęczony i złożony w grobie – ale też Tego, dla którego droga w ten sposób nie skończyła się. Przecież zmartwychwstał – zwyciężając śmierć i to wszystko/tych wszystkich, którzy taki los mu zgotowali. Parafrazując – Jego było na wierzchu. Tyle, że nie chodziło o jakieś dywagacje, kłótnie czy spory w sprawach banalnych – a o kwestię fundamentalną. O to, co ze mną i z tobą stanie się, gdy skończy się nasz czas na ziemi. 
Może niektórych zdziwię – ale jakoś nigdy nie przemawiał do mnie obrazek Jezusa z koroną. Naprawdę. W tym sensie muszę pod każdym względem zgodzić się z Haliną Bortnowską. Dlaczego? Bo to jest… takie nasze, ludzkie. Przełożenie, przetłumaczenie sobie majestatu Boga z Jego na nasze. Podczas gdy bynajmniej nie o to chodzi i nie o takie królowanie chodzi. Tak, nie chodzi Bogu o to, aby Jezus – czy On sam (w końcu jest Bogiem Ojcem, prawda?) – zostali intronizowani, a zatem w formie ceremonii wyniesieni do godności królewskiej (co postuluje Stowarzyszenie Przyjaciół Służebnicy Bożej Rozalii Celakówny). Nie wiem, o co tak naprawdę samej Celakównie chodziło – mam nadzieję, że nie o to, wokół czego szum, głównie medialny, robią osoby mieniące się jej przyjaciółmi w ramach w/w stowarzyszenia. Nie wierzę, aby Bogu na tym zależało. Tak samo, jak rolą Jezusa jako człowieka nie było dokonanie rewolucji, przewrotu i przywrócenia królestwa Izraela, na którego czele by stanął (np. jako król taki właśnie) – tak samo dzisiaj nie zależy Bogu na tym, żeby formalnie, ustrojowo i z prawnego punktu widzenia tworzyć paradoksy w stylu… republiki (jaką jest nasza RP) z prezydentem… i koronowanym królem Polski w osobie Jezusa. Pomieszanie z poplątaniem, choćby na gruncie prawa. 
Władza Jezusa, Jego królewskość (o ile jest takie pojęcie?) nie pochodzi z naszego świata, nie jest z czyjegokolwiek ludzkiego nadania. To nie jest tak, że możemy Bogu zrobić dobrze i obwołać Go królem, a On powinien się cieszyć. On jest ponad wszystkim tym, co ludzkie, i Jego władza nad światem, ludzkością istnieje niezależnie od tego, czy ktokolwiek ją uznaje i Mu ją przyznaje, czy też nie. Nie można obwołać królem kogoś, kto tym królem jest i tak. Tym bardziej więc nie rozumiem inicjatywy wspomnianej, nakręcanej i nagłaśnianej przez osoby mieniące się wierzącymi katolikami – taka ich postawa świadczy o pomieszaniu pojęć i nie rozumieniu, na czym polega władza Boga, w którą rzekomo wierzą. 
 
Cieszę się bardzo, że w podobnym tonie – poza panią Bortnowską – wypowiadają się także bardzo cenieni przeze mnie o. Grzegorz Kramer SI czy niejednokrotnie cytowany Jan Turnau. Nie jest sztuką, jak to sformułował pierwszy z w/w, postawić figurę, namalować obraz i ogłosić Chrystusa, Królem. Pamiętasz obrazek starotestamentalny, jak Izraelici postawili sobie też figurkę? Tylko że nie z kamienia – a ze złota, i nie Jezusa – a cielca. Jak się skończyło? Pamiętamy. Nie o figurki, nie o koronowanie chodzi. Zupełnie nie o to. 
Prawdziwe królowanie Jezusa jest w środku, w sercu. Tylko ono ma jakiekolwiek znaczenie dla Niego, dla Boga, i tylko ono powinno mieć znaczenie dla mnie. Jeśli Jezus będzie prawdziwym – nie tylko z obrazka i z deklaracji – królem w sercach ludzkich, to nie będzie potrzeby inicjatyw w stylu powracających raz po raz prób formalnego koronowania Go na króla Polski. Jemu nie o formalną władzę chodzi – a o to, aby człowiek, deklarując wiarę w Niego i poddanie się Jego władzy, Jego nauce, faktycznie tak postępował i nimi żył. To jest prawdziwe królowanie Boga i Jezusa – nienamacalne. Pewnie, sprawdzalne choćby na zasadzie tego, co się w kraju dzieje – jakie ludzie decyzje podejmują, jak rządzą ludzie u władzy, co się w mediach promuje, o czym jest głośno, a co jest przemilczane regularnie jako niewygodne i krępujące, czy moralność jest punktem odniesienia czy nie, na co istnieje społeczne przyzwolenie a na co nie, czy naukę Boga i Kościoła odnosi się do całokształtu życia czy tylko do kącika życia ludzkiego pt. msza niedzielna i czasem od święta. 
 
Może i, mierząc tymi kryteriami, okazuje się, że to Jezusowe królowanie nie wygląda dobrze, a prawdę mówiąc – prawie wcale nie wygląda. I co z tego? Czy to znaczy, że trzeba stanąć na głowie, żeby formalnie obwołać Go królem, dopiąć celu, podeprzeć się dumnie pod boki i stwierdzić No, udało się? Nie, bo to samo w sobie nie zmieni nic. Zmienić możemy tylko my sami – to, jak żyjemy, co wybieramy, co sobą prezentujemy, jakie zajmujemy w różnych sprawach stanowiska. Królestwo Boże jest w nas, królowanie Jezusa zaś może tylko w ten sam sposób faktycznie nastąpić – poprzez nasze postępowanie, nasze świadectwo, nasze odwołanie do wiary i do Boga. 
Znamienne jest to, o czym niedzielna liturgia – wg mnie, nie przypadkiem – mówi moim zdaniem. Czy słyszeliśmy tekst o zmartwychwstaniu czy innym równie tryumfalnym momencie z życia Jezusa? Bynajmniej. W tekście z Łk 23,35-43 mowa o… krzyżowaniu, męce i dialogu z Dyzmą vel Dobrym Łotrem, można powiedzieć pierwszym i jedynym człowiekiem nie dość, że kanonizowanym za życia, to jeszcze przez samego Zbawiciela. Jezus to król, który nie przyszedł na świat, aby zrobić show, uleczyć niektórych, powiedzieć kilka wzniosłych słów, po czym w kluczowym momencie uniknąć strasznego losu i zwyciężyć. Tak, namawiali Go do tego – ile razy pod krzyżem padło Zejdź z krzyża… Tylko że On nie chciał, bo wiedział, że musi wytrzymać, bo nie ma zbawić siebie od cierpienia, a nas ludzi od potępienia. 
Jakby powiedzieć niektórym w twarz, że my sami jesteśmy takimi łotrami – to by się na pewno świętym gniewem unieśli i oburzyli – Jak to… Ja? Po czym by zasypali zupełnie bezsensownym monologiem, który miałby na celu im samym bardziej niż słuchaczom udowodnienie, że są naprawdę cnotliwymi i dobrymi katolikami, a takie sformułowanie to nic, tylko okrutne oszczerstwo, za które autor z pewnością smażyć się będzie w czeluściach piekielnych. Aha. Mało to było takich, których Jezus zbijał z pantałyku, kiedy mniej lub bardziej wyraźnie dawał im do zrozumienia, że nie są tak wspaniali, jak im samym się wydawało? A takiemu Zacheuszowi czy celnikowi, a także właśnie Dyzmie dał szansę – ostatniemu wręcz wprost, wobec jego postawy w tej konkretnej sytuacji, obiecał niebo. Płynie z tego piękna nauka – nawet człowiek u kresu tej swojej ziemskiej drogi, jaka by ona nie była, ma szansę, aby zwrócić się do Boga, który nigdy nikogo nie odtrącił. Tak jak Dyzma. Na Boga to my sami się zamykamy i my sami siebie dyskredytujemy. To jest nasz, a nie Jego problem, nasza słabość. 
 
W kontekście tego wszystkiego – z pewną dozą nieśmiałego zdziwienia obserwowałem pompatyczną uroczystość odsłonięcia rekordzisty świata pod względem wielkości w Świebodzinie. Tak – postumentu Jezusa, choć w mediach więcej było o tym, że on będzie NAJwiększy, większy niż posąg w Rio de Janeiro. Tylko nie wielkość posągu, jego rozmiar, decydują o potędze Jezusa. Bardzo chcę wierzyć, że pomysłodawcom i twórcom tego posągu przyświecały zbożne cele i kierowała nimi wiara. Tylko wtedy może być on Bogu miły. Że stanie się punktem odniesienia dla ludzi, którzy tam żyją, którzy będą w drodze na niego spoglądać, którzy może dzięki niemu zastanowią się nad pewnymi sprawami. Tylko wtedy będzie miał sens. 
Jezus już w nas króluje, od momentu narodzenia i chrztu. Jest w nas i pragnie nas prowadzić. Dał nadzieję, która zawieźć nie może – On zwyciężył, cała reszta nie ma znaczenia, nic nam nie grozi. O ile uwierzymy Mu i postaramy się na Jego łaskę odpowiedzieć, swoje życie uczynić polem dla Jego królowania. Jeśli to spartaczymy – to sami z siebie, na własne życzenie, i tylko do siebie możemy mieć o to pretensje. Krzyż stał się z narzędzia zbrodni symbolem śmierci i zmartwychwstania, niezawodnej nadziei. Nadziei i dowodu na to, że Jezus jest jedynym i prawdziwym królem. Tak naprawdę – nie po ludzku.
Odpowiedział Jezus: – Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi walczyliby, abym nie był wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. (J 18, 36)