Król w tych najmniejszych

Mt-25-31-46

Jesus powiedział do swoich uczniów: Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych [ludzi] od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie. Wówczas zapytają sprawiedliwi: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie? A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie. Wówczas zapytają i ci: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie? Wtedy odpowie im: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego. (Mt 25,31-46)

Jezus, który w ubiegłej niedzieli staje przed nami jako Król Wszechświata, cały czas jest także Pasterzem, który stara się nas prowadzić właściwą drogą, ostatecznie i tak kończącą się rozrachunkiem, o którym jest mowa powyżej: Sądem Ostatecznym, od którego zależy, co będzie dalej. Na ile te słowa „Panie, kiedy widzieliśmy Cię…” są autentycznym zdziwieniem, a na ile niejako formą strategii, która ma usprawiedliwić klapki na oczach, które tyle razy spowodowały, że przechodziłem obok człowieka w potrzebie?

Czytaj dalej →

Króluj nad nami, władaj sercami

15056418_1262975570442293_4064347394121249567_n

Dla Kościoła jako Kościoła – wspólnoty, całości – dzisiejszy dzień pewnie zostanie zapamiętany jako zamknięcie Roku Jubileuszowego Miłosierdzia (papież zamyka Drzwi Jubileuszowe etc.). A w naszej Ojczyźnie? Gdzieś tam w tle ten temat jest, ale na pierwszy plan wychodzi słowo-klucz: intronizacja. Można tu usłyszeć m.in., że Jezus został ustanowiony Królem Polski, intronizowany. Co, generalnie rzecz biorąc, jest kompletną bzdurą – nie miało (i mam nadzieję mieć nie będzie) miejsca. Co tak naprawdę się wydarzyło wczoraj? Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana – tylko to, żadna intronizacja. A może jeszcze bardziej – jak to możliwe, że do tego doszło, skoro jeszcze kilka lat wstecz był temu wprost przeciwny Episkopat Polski?

Czytaj dalej →

Królestwo we mnie

Cristo_Redentor_Rio_de_Janeiro_2

Piłat powiedział do Jezusa: Czy Ty jesteś Królem żydowskim? Jezus odpowiedział: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie? Piłat odparł: Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił? Odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Piłat zatem powiedział do Niego: A więc jesteś królem? / Odpowiedział Jezus: / Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu. (J 18,33b-37)

O tym Bożym Królestwie pisałem dosłownie z tydzień temu. Właściwie już tylko w Modlitwie Pańskiej, a więc „aż” w każdej Mszy Świętej, zostało takie – pewnie dla wielu nieświadome w ogóle – wspomnienie, kiedy wypowiadamy słowa przyjdź Królestwo Twoje. O co się modlimy? O Jego królowanie w naszych sercach już dzisiaj, tutaj, teraz, żeby ta Boża rzeczywistość nie była żadną utopią czy bajką, ale stawała się tym, w czym żyjemy, poruszamy się i jesteśmy. Ale też właśnie – i może przede wszystkim – o to, aby On przyszedł ponownie do nas, po nas. Wyrażamy naszą tęsknotę do momentu przejścia, kiedy to, co jest, się zakończy, a Bóg uczyni wszystko nowym, odmieni, otoczy chwałą. 
Znamienny jest początek tekstu – Jezus pyta Piłata o intencje, o powód Jego pytania. On, który nigdy nikim się nie brzydził, nikogo (nawet stygmatyzowanych chorych czy trędowatych) nie unikał – zadaje proste pytanie: do czego ty, człowieku, zmierzasz, i co chcesz usłyszeć. On, Ten, który zna myśli serca. I oczywiście miał rację – Piłat z jednej strony, najpierw, szukał pretekstu do skazania Jezusa i potwierdzenia stawianych przez Żydów zarzutów bluźnierstwa i podawania się za Mesjasza – jak widać, Jezus nie próbował się jakoś uwolnić z opresji, potwierdził swoje pochodzenie i posłannictwo od Boga. Z drugiej jednak, paradoksalnie, jak wiadomo z dalszej części tekstu, w późniejszej części dramatu Wielkiego Piątku Piłat będzie starał się Jezusa obronić, uchronić od kary; z przyzwoitości trzeba przyznać, mało skutecznie – co skończy się słowami „krew na was i na dzieci wasze” i symbolicznym, acz świadczącym wyłącznie o tchórzostwie, symbolicznym geście umycia rąk przez namiestnika. (Pewna, dość ciekawa, powieść zasugeruje później, że Piłat pod wpływem tych wydarzeń i swojej żony podąży śladami Zmartwychwstałego i stanie się jednym z pierwszych męczenników Kościoła – kto wie?) 
Trzeba to powiedzieć jasno i wyraźnie: Jezus Chrystus przyszedł, aby dokonać przewrotu kopernikańskiego i uświadomić każdemu człowiekowi jego godność jako dziecka Bożego, umiłowanie i praktycznie nieskończone miłosierdzie, jakie ma dla człowieka Bóg. To jest dar, który człowiek – przyjmując – równocześnie czyni Boga w Trójcy Świętej jedynego swoim Panem i Królem. W sercu, w myślach, w uczynkach też bo tu nie może być sprzeczności – ale jest to dar ukryty, jest to relacja, więź, a więc coś przede wszystkim nienamacalnego. My mamy być tym Królestwem – z jednej strony nie z tego świata, bo odnoszącym się do zupełnie innych wartości, z drugiej strony już kiełkującym tu i dzisiaj, w tobie i we mnie. 

Tutaj chciałbym wyjaśnić dwie kwestie. 
Po pierwsze, Jezus nie jest królem w złotej klatce, jak jakaś złota rybka. Jemu nie zależy na tym, aby zostać zamkniętym w najpiękniejszym kościele i żeby wszyscy naokoło się zachwycali (pytanie, czy Nim czy kościołem?). Chyba trafnie niektórzy mówią o tym, że Kościół – księża, wierzący – najchętniej ograniczają Pana Boga do tego cotygodniowego minimum godzinnej Mszy Świętej, no od biedy w święta, ale aby broń Boże nie wyściubiał nosa z kościoła i nie kazał czegokolwiek robić publicznie. Stąd tak bardzo dużo oporu, zdegustowania i po prostu niezrozumienia dla apelu papieża Franciszka, aby wychodzić na ulice, aby robić raban, aby mówić o Bogu zawsze i wszędzie – a nie tylko odsiedzieć w swoje w ławce, przespać sumiennie kazanie, odbębnić różaniec (sam odmawiam często). Bóg chce zakrólować w sercu każdego człowieka i prosi, abyśmy pomogli Mu tego człowieka spotkać. 

Po drugie, pomysły w stylu intronizacji Jezusa Chrystusa na formalnego Króla Polski (Rozalia Celakówna itp.) to po prostu bzdura i dowód na kompletnie niezrozumienie tego, gdzie i w jakiej materii Jezus pragnie królować. Tak jak tamci Mu współcześni, którzy chcieli szykować wojsko i zbrojne powstanie przeciwko cesarstwu rzymskiemu – „bo nam się wydawało…”. Źle się wydawało i źle się wydaje ich naśladowcom dzisiaj. Jego królowanie ma się objawiać w naszych deklaracjach, słowa, ale przede wszystkim codziennych czynach, najprostszych nawet wyborach życiowych. 
W tym, jakie wartości (nie jaką partię) popierasz i na kogo głosujesz – też, pewnie. W tym, czego uczysz swoje dzieci, jaki dajesz im przykład, czy jesteś pobożny na pokaz, czy modlisz się z rodziną, czy twoja wiara to pustosłowie i właściwie niezrozumiałe, bezmyślnie powtarzane ceremonie i gesty, czy odpowiedź na zaproszenie Boga „przyjdźcie na ucztę!”, bo tego potrzebujesz i pragniesz. Na to jest zawsze czas – Dobry Łotr załapał się w ostatniej chwili życia, wisząc i dogorywając na krzyżu. Świetnie to określił o. Maciej Biskup OP, mówiąc o „intronizowaniu Chrystusa w swoim osobistym życiu, zaczynając od słyszalnej dla świata deklaracji w izdebce serca”. Nie na pokaz. Nie pod sztandarami i złoconymi chorągwiami, w pierwszej ławce w kościele, żeby wszyscy sąsiedzi i znajomi widzieli. Dla Boga, szczerze, autentycznie. Jeśli przyjdzie okazja – daj świadectwo; jeśli nie – uwielbiaj Go i uczyń królem swojego życia i w ukryciu. 
O jednym trzeba pamiętać. Jeśli zapraszasz Boga do swojego życia i proponujesz Mu: „zakróluj w moim sercu”, to bądź konsekwentny. Niech to będzie i spontaniczna, ale świadoma decyzja. Nie, niczego nie stracisz. Ale potraktuj Go poważnie – tak, jak On zawsze traktuje ciebie. 
Uroczystość Chrystusa Króla to jakby taka klamra wieńcząca i zamykająca kolejny rok liturgiczny AD 2015 – za tydzień rozpocznie się Adwent czyli AD 2016. Ja to odczytuję jako zachętę – postaraj się znowu, nie tylko na czas adwentowy, i zaproś Boga do swojego życia, oddaj Mu je, może zdobądź się na jakąś deklarację czy postanowienie bynajmniej nie tylko adwentowe (nie, nie chodzi o górnolotne deklaracje – coś na twoją miarę: modlitwa codziennie w jakiejś intencji, może jakieś umartwienie małe, albo dziesiątek różańca – da się, uwierz mi). Bóg przychodzi, aby zakrólować w tobie jako twój osobisty Pan i Zbawiciel – a nie tylko dziadek z brodą/świecące oko w trójkącie, ten „jakiś bóg albo sprawca wszystkiego”, bliżej nieokreślony absolut. 

Jego Królestwem na ziemi masz być właśnie ty. 
Niestety, przykra dygresja. 

Wczoraj, Msza Święta wieczorna. Pani Danusia, o której pisałem, odstawiła show na cały kościół, z moim niewielkim udziałem. Przed Mszą próbowała wymusić na księdzu w zakrystii czytanie jednego z czytań mszalnych – ksiądz dał odpór. Co zrobiła? Jak się okazało, gdy już wyszliśmy do ołtarza… zabrała sobie do ławki lekcjonarz. Ksiądz wyraźnie powiedział – ona nie czyta, ja mam to zrobić. Ruszyłem do I czytania w trakcie kolekty, żeby ją uprzedzić przy ambonie i kobieta się zastanowiła. I co? Nic. Wyszła z ławki i podeszła – zdążyłem tylko wyłączyć mikrofon, jak się zaczęła przy ambonie przepychać, żeby ludzie nie słyszeli. Zaczęła się wpychać, i co miałem zrobić? Odszedłem i usiadałem. 

Wstyd straszny. Ja się nie przejmuję sobą – ale że coś takiego ma miejsce w kościele, przy ołtarzu, w trakcie Mszy Świętej? Niektórzy przyjęli to z rozbawieniem, ale pewnie są tacy, którzy się zgorszyli, i mieli prawo. Ta osoba jest chora i to jest oczywiste – ale takie sytuacje nie mogą mieć miejsca… Człowiek przychodzi się pomodlić, a wychodzi na to, że się tylko denerwuje. 

Pomódlcie się za nią, bo to się robi naprawdę niebezpieczne. Żeby się kobieta opamiętała. 

Król jakich mało

Piłat powiedział do Jezusa: Czy Ty jesteś Królem żydowskim? Jezus odpowiedział: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie? Piłat odparł: Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Coś uczynił? Odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Piłat zatem powiedział do Niego: A więc jesteś królem? Odpowiedział Jezus: Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu. (J 18,33b-37)

Ciekawość ludzka jest niesamowita. Piłata – może i niezbyt szlachetnie urodzonego, ale wżenionego w potężną rodzinę, człowieka władzy – także zainteresował ten dziwny Żyd. Nic osobistego – nie miał nic przeciwko Jezusowi. Nawet mówi się, że Mu współczuł, że chciał Mu pomóc, i tylko pod wpływem rozwrzeszczałego tłumu uległ. No tak, uwielbiamy usprawiedliwiać, bo on „tylko”… A może aż? Skoro nic nie zrobił – to dlaczego Piłat Go wydaje Żydom, wiedząc, jaki los Jezusa czeka? Ile jestem w stanie zrobić dla swojego przysłowiowego „świętego spokoju”? 
Jednak trzeba Piłatowi przyznać – dobrze, że był ciekawy. Tutaj nie liczą się środki, a cel – człowiek spotyka Boga, mały słabeusz odkrywa, że jest Ktoś większy, potężniejszy, odwieczny, będący sam w sobie niezgłębioną Tajemnicą, a równocześnie bardzo prostą i prawie że uniwersalną odpowiedzią na to, co tłamszę i z czym się szarpię w swoim wnętrzu. Nie ma nic piękniejszego nad sytuację, gdy pępek świata uświadamia sobie, że jest praktycznie nikim, a Ten który jest wszystkim, po prostu Go kocha i nic za to nie chce. 
Taki spektakl jak z Piłatem to się w tłumie z pewnością fajnie i komfortowo ogląda. Błoga anonimowość, można pokrzyczeć, powymachiwać rękami, a może i jakimś kamieniem rzucić – co tam, raz się żyje. Niczym nie ryzykujesz, jesteś silny ciemną i bezmyślną masą (czy tylko mnie w tym momencie kojarzy się to z niedawnymi i już – niestety – prawie tradycyjnymi rozróbami na okoliczność rocznicy odzyskania niepodległości?). Gorzej, jak taki Jezus spojrzy właśnie tobie w oczy. W tym cały wielkim tłumie, cholera, jakoś właśnie mnie wypatrzył. Jak On to zrobił? Po co? Bo widzi, co jest we mnie, z czym sobie nie radzę, co mnie przerasta, co zawstydza, przed czym się chowam sam przed sobą, co mnie w jakiś sposób więzi – i po prostu Go to nie obchodzi. Nie potępia, nie krzyczy, nie wymachuje rękami – po prostu jest i widzi mnie, a w tym wszystkim nie mogę pozbyć się uczucia, że to spojrzenie pełne jest po prostu bezinteresownej miłości.
Tak, On jest Królem. I nie był by nim ani o jotę mniej, gdyby tych słów wprost sam nie wypowiedział. Zrobił to właśnie dla takiej bandy niedowiarków – mnie, ciebie, nas. Żeby człowiek nie miał żadnych wątpliwości. Tylko że to Jego Królowanie z naszym rozumieniem władzy niewiele ma wspólnego – co widać po tym, że chyba żaden władca nie umywa nóg obywatelom, nie przejmuje się zbytnio jednostkami, nie troszczy się o każdego z osobna (no chyba że przed wyborami). Tu nie ma kadencji, kampanii – On jest, był i będzie. I pragnie jak niczego innego na świecie tego, abyś zaprosił Go, uczynił swoim Królem. Nie o korony, berła i błyskotki chodzi, ani też – jak to niektórzy postulują – formalne zmienianie ustroju RP. Chodzi o otwarte oczy serca, którymi pozwolisz, aby inni w tobie widzieli Boga, i żeby On sam mógł przez ciebie docierać do innych. 

Króluj nad nami, władaj nad sercami
Niech wszędzie płonie znicz wiary,
Niech zew miłości, wiary, ufności
Świat wiedzie pod Twe sztandary.

Wyrok na samego siebie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie. Wówczas zapytają sprawiedliwi: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie? A Król im odpowie: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie. Wówczas zapytają i ci: Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie? Wtedy odpowie im: Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili. I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego. (Mt 25,31-46)

Choć to ewangelia przeznaczona przez Kościół jako swego rodzaju epilog, bo zamykająca kolejny rok liturgiczny 2011, to jednak bardzo ładnie pasuje jako kontynuacja tekstu zeszłotygodniowego. Tutaj Bóg też postępuje bardzo… może nie radykalnie, ale konkretnie. I to jest ważne, bo wielu by chciało postrzegać Go jako spokojnego, łagodnego, dobrotliwego i miłosiernego – zero problemów, wymagać, oczekiwań, Bóg cię kocha, alleluja i do przodu. Pasterz z dzisiejszej ewangelii to jednak człowiek czynu, zdecydowany, wiedzący co ma uczynić i co musi zrobić. Wręcz gwałtowny, jak tydzień temu w ocenie leniwego sługi, tak i tutaj, gdy przychodzi robić porządek i sądzić ludzi. A jednak – kochający, bo uświadamia nas o tym, że taki moment nastąpi, przygotowuje nas do niego i ostrzega. Ktoś mógłby powiedzieć, że ten tekst jest brutalny – i miałby rację. Lepsza najładniejsza bajka, czy trudniejsza prawda? 
Jaki bardzo często błąd robimy? Wydzielamy Bogu miejsce w życiu. To jest, Panie Boże, miejsce dla Ciebie: niedzielna msza, spowiedź czasami, kolęda, chrzty, komunie, pogrzeby, śluby, kraść (przynajmniej tak wprost) nie będę, zabijać też nie. Ale cała reszta – podkopywanie ludzi w pracy, wyścig szczurów, nie zawsze uczciwa pogoń za kasą, brak wierności, rozwiązłość, cudzołożenie, zdrady (oj, tam, od razu takie wielkie słowo…), sposób wychowania dziecka, to jak i na kogo głosuję – sorry, to już moja sprawa i moje życie. Czyli stawiamy Boga w sytuacji – bierz to, co łaskawie jestem skłonny Ci oddać, albo spadaj. I choć być może we własnych oczach jest to powód do dumy czy nawet uważania się za dobrego katolika – to bzdura. Bóg jest jeden, cały i spójny, ogarniający cały świat, wszystko, przenikający każdą rzeczywistość i sferę życia każdego człowieka. 
O tym Bóg dzisiaj właśnie mówi. O tych przeróżnych okazjach, które najczęściej przelatują nam przed nosem, bo jesteśmy zbyt pewni siebie albo zbyt zajęci czymkolwiek innym, żeby się zastanowić i je dostrzec. To są okazje do wykazania się jako człowiek, jako chrześcijanin, katolik, jako wierzący. Nie gadanie, przerzucanie się krytyką nad postawą duchownych, mędrkowanie nad opodatkowaniem Kościoła i tyle innych. Bóg przychodzi w głodnych, spragnionych, przybyszach, nagich, chorych i potrzebujących wsparcia. Tak, tu naokoło! Nie podejdzie – Sie ma! To ja, Jezus, może dasz piątaka? Nie ma lekko. Okazji jest bardzo wiele. Po prostu trzeba chcieć je zauważyć. I według tego właśnie na końcu odbędzie się sąd. Nikt nie spyta o metryczki chrztu, nie spojrzy w kartotekę kolędową czy nie zliczy w słupkach kwot rzuconych na tacę (nie twierdzę, że to nie ma znaczenia i jest nie ważne – nie jest najważniejsze). 
Bóg cię podsumuje tym, ile miałeś wyobraźni miłosierdzia dla innych. Bezinteresownie. W gruncie rzeczy – ty sam się podsumujesz. To twoje wybory i twoje decyzje zdecydują. I choć możesz lamentować – a skąd ja mogłem wiedzieć… – mogłeś. Ile razy ten tekst ewangelii już słyszałeś? I dalej nic? To jest właśnie jeden z twoich wyborów. Znowu zły. Jeśli umiesz być dla innych, jeśli umiesz dawać z siebie – bądź spokojny. Jeśli nie – stań na głowie, aby się zmienić, bo czeka cię wieczność bez najmniejszych złudzeń i perspektyw, bez nadziei. Cały sąd to tyle, że w twarzy Boga zobaczysz wszystko, co zrobiłeś – i zrozumiesz, że On uszanował twoje wybory, a wyrok podpisałeś na siebie sam. 
To nie my Jemu robimy łaskę – ale On nam. Owszem, możemy po prostu go olać i ignorować kolejne zaproszenia. Nasza sprawa. Wiadomo, dokąd to zaprowadzi. Ten sąd i tak nastąpi. Od tego, co i jak robiliśmy, zależy, czy mamy się czego bać, czy nie. Tu nie o zbytnią pewność siebie chodzi – bo to pycha, też grzech; ale o to, czy w życiu zrobiłeś cokolwiek, żeby załapać się pomiędzy owce i nie zasilić szeregu kozłów. Jest jeszcze czas, aby rozejrzeć się i postarać zauważyć kogoś jeszcze, poza sobą i swoim czubkiem nosa. Jest jeszcze czas, aby swoje życie wypełnić byciem dla innych, a nie tylko samym sobą, napychaniem kieszeni i gromadzeniem tytułów. Jest czas, aby dać Jezusowi zakrólować – właśnie w sobie. 
I, tak zupełnie na marginesie, odnośnie powracających niestety krzykliwych pomysłów na temat zmian ustroju naszego kraju i doprowadzenia do intronizacji Jezusa Chrystusa na Króla Wszechświata. Tak, nie o to Mu chodziło. Tak, z wolą Bożą nie ma to nic wspólnego. Dokładnie tak samo, jak Judasz wtedy nie rozumiał, że Jezus nie przyszedł dokonać przewrotu i obalić dyktaturę rzymską nad Narodem Wybranym, choć tyle za Nim chodził – tak dzisiaj niektórzy, deklarujący się jako katolicy, też tego nie rozumieją. 

Przyjdźcie na ucztę

Jezus w przypowieściach mówił do arcykapłanów i starszych ludu: Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę: woły i tuczne zwierzęta pobite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę! Lecz oni zlekceważyli to i poszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa, a inni pochwycili jego sługi i znieważywszy ich, pozabijali. Na to król uniósł się gniewem. Posłał swe wojska i kazał wytracić owych zabójców, a miasto ich spalić. Wtedy rzekł swoim sługom: Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala zapełniła się biesiadnikami. Wszedł król, żeby się przypatrzyć biesiadnikom, i zauważył tam człowieka, nie ubranego w strój weselny. Rzekł do niego: Przyjacielu, jakże tu wszedłeś nie mając stroju weselnego? Lecz on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: Zwiążcie mu ręce i nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych. (Mt 22,1-14)
Piękny tekst i piękny w swojej wymowie dowód na to, że Bóg daje nam wolną wolę (co wiele osób głośno i mocno kontestuje). Bóg mówi w przypowieściach, ale jak bardzo mówi do nas. Czy dlatego, że jesteśmy współczesnymi faryzeuszami? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sam; mam nadzieję, że nie. Z drugiej strony – jak bardzo to podobne do, zeszłotygodniowo-niedzielnej, opowieści o winnicy?
Różnica polega na tym, że w przypowieści król zaprasza dwukrotnie (a może to tylko przenośnia?), zaś Bóg… Bóg nie stawia żadnych granic, poza tymi ramami czasowymi, w jakich dane jest nam przejść przez życie. Niestety jednak – a może to jest właśnie największy, poza zbawieniem, Boży dar? – jest nasza wolność, z której korzystać tak często nie potrafimy, a która prowadzi do tak głupich posunięć, jak zabójstwo na wysłanych po raz drugi królewskich posłańcach. Przecież wydawać się może, że takie królewskie zaproszenie to powinno być marzenie każdego człowieka, wyróżnienie i nobilitacja. Król nie dał za wygraną, mimo już za pierwszym razem okazanego sługom – a więc i jemu – lekceważenia, posyła po zaproszonych ponownie. 
Dochodzi do dramatu, gdy człowiek w sposób skrajnie negatywny, najgorszy z możliwych, ową ofiarowaną mu wolność wykorzystuje do przemocy, a nawet zabójstwa przeciwko drugiemu. Kara królewska jest wielka, giną zabójcy, ale i całe ich miasto. Co ciekawe – taki los spotyka tylko tych, którzy podnieśli ręce na królewskie sługi. Pozostali, którzy wymawiali się tylko i po prostu olali króla, nie spotkała chyba żadna konsekwencja. Co więcej – nie wykluczone, że mieli kiedyś jeszcze szansę odpowiedzenia na podobne zaproszenie. Mieli szczęście, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. 
Kiedy tak czytam te słowa dalsze – Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie – mam nieodparte wrażenie, że to czytelna aluzja do tego, jak działał na ziemi Jezus. Najpierw Dobrą Nowinę komu proponował? Narodowi Wybranemu. Który, delikatnie rzecz biorąc – tak, jak zaproszeni króla – olał Go. Wtedy poszedł dalej, znajdując słuchaczy i ludzi chętnych do wcielenia w życie Jego ideałów pośród tak wielu innych, często przez Żydów pogardzanych. A jednak, ich serca były o tyle bardziej podatne. Mimo, że to właśnie Żydzi wyczekiwali Mesjasza, który przeszedł wielu z nich dosłownie koło nosa. 
Bóg (jak tamten król) nie patrzy na ludzkie podziały – dobry, zły – i swoje zaproszenie kieruje do każdego. Zaprasza na ucztę, która spełnia się bez końca. Na ołtarzach całego świata, w Eucharystii. Zaprasza na misterium, które daje możliwość przyjmowania – dosłownie, w żadnej przenośni – Jego samego, który chce każdego umocnić w podróży między ziemskimi ucztami, do tej ostatecznej, wiecznej uczty w Jego Królestwie. 
Jedyny problem polega na tym, do której grupy będziemy należeć. O to, że do powołanych – pewnie tak, skoro jesteśmy ochrzczeni, przyjmujemy sakramenty. Tu jednak o coś więcej chodzi – o wybranie, Boże wybranie. Bóg nas wybrał – teraz wszystko zależy, czy i jak na to wybranie odpowiemy. Droga jest prosta. Przychodząc na Ucztę Eucharystyczną, dajemy wyraz naszemu do Niego przywiązaniu. Tą drogą zmierzamy ku tej uczcie ostatecznej.

Jezus jest królem. Tak naprawdę.

Nadrabiając ostatnio zaległości czytelnicze – a raczej wywnętrzając się na tę okoliczność w poprzednim wpisie – nie wspomniałem minionej niedzieli. A nie jest to zwykła niedziela – ponieważ w kalendarzu liturgicznym kończy ona rok liturgiczny. Tak – Kościół kieruje się innymi niż świat wartościami, ale też mierzy czas jakby inaczej. Dzisiaj mamy środę 34. tygodnia okresu zwykłego – 34 na 34, ostatniego. Już w najbliższą niedzielę rozpoczniemy Adwent – nowy rok liturgiczny AD 2011.
W niedzielę czciliśmy Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Tego prawdziwego, Tego który zwyciężył. Nie tego, którego niektórzy wspominają tylko wtedy, gdy kampania wyborcza, gdy trzeba wkupić się w łaski kogoś o konkretnych poglądach, gdy trzeba pozować na dobrego Polaka-katolika. Tak, Tego który był opluwany, biczowany, krzyżowany, umęczony i złożony w grobie – ale też Tego, dla którego droga w ten sposób nie skończyła się. Przecież zmartwychwstał – zwyciężając śmierć i to wszystko/tych wszystkich, którzy taki los mu zgotowali. Parafrazując – Jego było na wierzchu. Tyle, że nie chodziło o jakieś dywagacje, kłótnie czy spory w sprawach banalnych – a o kwestię fundamentalną. O to, co ze mną i z tobą stanie się, gdy skończy się nasz czas na ziemi. 
Może niektórych zdziwię – ale jakoś nigdy nie przemawiał do mnie obrazek Jezusa z koroną. Naprawdę. W tym sensie muszę pod każdym względem zgodzić się z Haliną Bortnowską. Dlaczego? Bo to jest… takie nasze, ludzkie. Przełożenie, przetłumaczenie sobie majestatu Boga z Jego na nasze. Podczas gdy bynajmniej nie o to chodzi i nie o takie królowanie chodzi. Tak, nie chodzi Bogu o to, aby Jezus – czy On sam (w końcu jest Bogiem Ojcem, prawda?) – zostali intronizowani, a zatem w formie ceremonii wyniesieni do godności królewskiej (co postuluje Stowarzyszenie Przyjaciół Służebnicy Bożej Rozalii Celakówny). Nie wiem, o co tak naprawdę samej Celakównie chodziło – mam nadzieję, że nie o to, wokół czego szum, głównie medialny, robią osoby mieniące się jej przyjaciółmi w ramach w/w stowarzyszenia. Nie wierzę, aby Bogu na tym zależało. Tak samo, jak rolą Jezusa jako człowieka nie było dokonanie rewolucji, przewrotu i przywrócenia królestwa Izraela, na którego czele by stanął (np. jako król taki właśnie) – tak samo dzisiaj nie zależy Bogu na tym, żeby formalnie, ustrojowo i z prawnego punktu widzenia tworzyć paradoksy w stylu… republiki (jaką jest nasza RP) z prezydentem… i koronowanym królem Polski w osobie Jezusa. Pomieszanie z poplątaniem, choćby na gruncie prawa. 
Władza Jezusa, Jego królewskość (o ile jest takie pojęcie?) nie pochodzi z naszego świata, nie jest z czyjegokolwiek ludzkiego nadania. To nie jest tak, że możemy Bogu zrobić dobrze i obwołać Go królem, a On powinien się cieszyć. On jest ponad wszystkim tym, co ludzkie, i Jego władza nad światem, ludzkością istnieje niezależnie od tego, czy ktokolwiek ją uznaje i Mu ją przyznaje, czy też nie. Nie można obwołać królem kogoś, kto tym królem jest i tak. Tym bardziej więc nie rozumiem inicjatywy wspomnianej, nakręcanej i nagłaśnianej przez osoby mieniące się wierzącymi katolikami – taka ich postawa świadczy o pomieszaniu pojęć i nie rozumieniu, na czym polega władza Boga, w którą rzekomo wierzą. 
 
Cieszę się bardzo, że w podobnym tonie – poza panią Bortnowską – wypowiadają się także bardzo cenieni przeze mnie o. Grzegorz Kramer SI czy niejednokrotnie cytowany Jan Turnau. Nie jest sztuką, jak to sformułował pierwszy z w/w, postawić figurę, namalować obraz i ogłosić Chrystusa, Królem. Pamiętasz obrazek starotestamentalny, jak Izraelici postawili sobie też figurkę? Tylko że nie z kamienia – a ze złota, i nie Jezusa – a cielca. Jak się skończyło? Pamiętamy. Nie o figurki, nie o koronowanie chodzi. Zupełnie nie o to. 
Prawdziwe królowanie Jezusa jest w środku, w sercu. Tylko ono ma jakiekolwiek znaczenie dla Niego, dla Boga, i tylko ono powinno mieć znaczenie dla mnie. Jeśli Jezus będzie prawdziwym – nie tylko z obrazka i z deklaracji – królem w sercach ludzkich, to nie będzie potrzeby inicjatyw w stylu powracających raz po raz prób formalnego koronowania Go na króla Polski. Jemu nie o formalną władzę chodzi – a o to, aby człowiek, deklarując wiarę w Niego i poddanie się Jego władzy, Jego nauce, faktycznie tak postępował i nimi żył. To jest prawdziwe królowanie Boga i Jezusa – nienamacalne. Pewnie, sprawdzalne choćby na zasadzie tego, co się w kraju dzieje – jakie ludzie decyzje podejmują, jak rządzą ludzie u władzy, co się w mediach promuje, o czym jest głośno, a co jest przemilczane regularnie jako niewygodne i krępujące, czy moralność jest punktem odniesienia czy nie, na co istnieje społeczne przyzwolenie a na co nie, czy naukę Boga i Kościoła odnosi się do całokształtu życia czy tylko do kącika życia ludzkiego pt. msza niedzielna i czasem od święta. 
 
Może i, mierząc tymi kryteriami, okazuje się, że to Jezusowe królowanie nie wygląda dobrze, a prawdę mówiąc – prawie wcale nie wygląda. I co z tego? Czy to znaczy, że trzeba stanąć na głowie, żeby formalnie obwołać Go królem, dopiąć celu, podeprzeć się dumnie pod boki i stwierdzić No, udało się? Nie, bo to samo w sobie nie zmieni nic. Zmienić możemy tylko my sami – to, jak żyjemy, co wybieramy, co sobą prezentujemy, jakie zajmujemy w różnych sprawach stanowiska. Królestwo Boże jest w nas, królowanie Jezusa zaś może tylko w ten sam sposób faktycznie nastąpić – poprzez nasze postępowanie, nasze świadectwo, nasze odwołanie do wiary i do Boga. 
Znamienne jest to, o czym niedzielna liturgia – wg mnie, nie przypadkiem – mówi moim zdaniem. Czy słyszeliśmy tekst o zmartwychwstaniu czy innym równie tryumfalnym momencie z życia Jezusa? Bynajmniej. W tekście z Łk 23,35-43 mowa o… krzyżowaniu, męce i dialogu z Dyzmą vel Dobrym Łotrem, można powiedzieć pierwszym i jedynym człowiekiem nie dość, że kanonizowanym za życia, to jeszcze przez samego Zbawiciela. Jezus to król, który nie przyszedł na świat, aby zrobić show, uleczyć niektórych, powiedzieć kilka wzniosłych słów, po czym w kluczowym momencie uniknąć strasznego losu i zwyciężyć. Tak, namawiali Go do tego – ile razy pod krzyżem padło Zejdź z krzyża… Tylko że On nie chciał, bo wiedział, że musi wytrzymać, bo nie ma zbawić siebie od cierpienia, a nas ludzi od potępienia. 
Jakby powiedzieć niektórym w twarz, że my sami jesteśmy takimi łotrami – to by się na pewno świętym gniewem unieśli i oburzyli – Jak to… Ja? Po czym by zasypali zupełnie bezsensownym monologiem, który miałby na celu im samym bardziej niż słuchaczom udowodnienie, że są naprawdę cnotliwymi i dobrymi katolikami, a takie sformułowanie to nic, tylko okrutne oszczerstwo, za które autor z pewnością smażyć się będzie w czeluściach piekielnych. Aha. Mało to było takich, których Jezus zbijał z pantałyku, kiedy mniej lub bardziej wyraźnie dawał im do zrozumienia, że nie są tak wspaniali, jak im samym się wydawało? A takiemu Zacheuszowi czy celnikowi, a także właśnie Dyzmie dał szansę – ostatniemu wręcz wprost, wobec jego postawy w tej konkretnej sytuacji, obiecał niebo. Płynie z tego piękna nauka – nawet człowiek u kresu tej swojej ziemskiej drogi, jaka by ona nie była, ma szansę, aby zwrócić się do Boga, który nigdy nikogo nie odtrącił. Tak jak Dyzma. Na Boga to my sami się zamykamy i my sami siebie dyskredytujemy. To jest nasz, a nie Jego problem, nasza słabość. 
 
W kontekście tego wszystkiego – z pewną dozą nieśmiałego zdziwienia obserwowałem pompatyczną uroczystość odsłonięcia rekordzisty świata pod względem wielkości w Świebodzinie. Tak – postumentu Jezusa, choć w mediach więcej było o tym, że on będzie NAJwiększy, większy niż posąg w Rio de Janeiro. Tylko nie wielkość posągu, jego rozmiar, decydują o potędze Jezusa. Bardzo chcę wierzyć, że pomysłodawcom i twórcom tego posągu przyświecały zbożne cele i kierowała nimi wiara. Tylko wtedy może być on Bogu miły. Że stanie się punktem odniesienia dla ludzi, którzy tam żyją, którzy będą w drodze na niego spoglądać, którzy może dzięki niemu zastanowią się nad pewnymi sprawami. Tylko wtedy będzie miał sens. 
Jezus już w nas króluje, od momentu narodzenia i chrztu. Jest w nas i pragnie nas prowadzić. Dał nadzieję, która zawieźć nie może – On zwyciężył, cała reszta nie ma znaczenia, nic nam nie grozi. O ile uwierzymy Mu i postaramy się na Jego łaskę odpowiedzieć, swoje życie uczynić polem dla Jego królowania. Jeśli to spartaczymy – to sami z siebie, na własne życzenie, i tylko do siebie możemy mieć o to pretensje. Krzyż stał się z narzędzia zbrodni symbolem śmierci i zmartwychwstania, niezawodnej nadziei. Nadziei i dowodu na to, że Jezus jest jedynym i prawdziwym królem. Tak naprawdę – nie po ludzku.
Odpowiedział Jezus: – Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi walczyliby, abym nie był wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. (J 18, 36)