Powstań! Świeć!

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon . Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny. (Mt 2, 1-12)

Nie mogłem się powstrzymać z tym obrazkiem made by Dayenu. Jeśli ktoś nie zna – to tekst z Autobiografii Perfectu sprzed lat już całkiem wielu, kapitalnie pasujący dla zobrazowania paradoksu sytuacji, w której tych trzech się znalazło.

Czytaj dalej →

Guadalupe – „ta, która depcze głowę węża”

Półmetek grudnia – można by, upraszczając, stwierdzić: oo, półmetek Adwentu; ciekawe, jak to wyszło, czy w ogóle i ile udało mi się ze sobą zrobić. Ale to zostawiam każdemu w zacisze jego własnego serca i relacji z Bogiem.
Dzisiejszego wpisu nie planowałem, aż uświadomiłem sobie, jakiż to „obchód” mamy dzisiaj – mianowicie wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Guadalupe. Takie meksykańskie Lourdes, Fatima, czy też (jak kto woli) Medjugorje.
Dlaczego to wspomnienie jest dla mnie ważne? Powodów znajdzie się co najmniej kilka.
Po pierwsze, bo to jedyny znany mi wizerunek, na którym Matka Boża jest w ciąży – widać to na obrazie, gdzie przepasana jest czarną wstęgą (to właśnie w tej kulturze oznaczało stan błogosławiony). W tamtym kontekście kulturowym miało to o tyle znaczenie, że Meksykanie nauczyli się szacunku do życia poczętego i powoli odstępowali od praktyki składania ofiar z ludzi, składanych dotąd pogańskim bożkom – raz złożona ofiara Jezusa Chrystusa uczyniła po prostu niepotrzebnymi rytualne, czy jakiekolwiek inne, zabijanie.
Po drugie, chodzi o objawienie, które miało miejsce w 1531 r. w Meksyku – a więc w miejscu i czasach, gdzie chrześcijaństwo – delikatnie mówiąc – było świeże, niezakorzenione i stanowiło zjawisko nowe i mało przyjęte. Wystarczy powiedzieć, że pierwsze nawrócenia Azteków datuje się na rok 1524, więc 7 lat wcześniej. Przekładając na polskie realia – jakby mówić o roku ok. 975 w przypadku państwa Piastów. Na porządku dziennym mieszkańcy tego kraju wierzyli w boga słońca oraz pierzastego węża (wybacz, nie mogę się powstrzymać przed skojarzeniem z latającym potworem spaghetti…) – o Chrystusie i Ewangelii mało kto słyszał, tym bardziej nie znali Matki Bożej. Maryja objawia się na końcu ówczesnego świata. Pogaństwo i związane z tym krwawe rytuały kwitły w najlepsze. 
W takim miejscu i takich czasach Maryja zwraca się do Juana Diego (beatyfikowany w 1990 r. i kanonizowany w 2002 r. przez św. Jana Pawła II) w jego własnym języku i mówi, aby nazwać „święta Maryja z Guadalupe” – tu wkrada się przejęzyczenie, bowiem najpewniej chodziło o sformułowanie „Coatlallope”, które w Náhuatl znaczy „ta, która depcze głowę węża”. Przypadek? Maryja odnosi się do biblijnego proroctwa z Pięcioksiągu (Rdz. 3, 15), a do tego w kontekście powszechnego oddawania czci bóstwu przedstawionemu właśnie w postaci pierzastego węża.
Po trzecie, Juan Diego – ten, który zobaczył Maryję – to prawdopodobnie jeden z ochrzczonych w pierwszej fali w 1524 r. spośród Azteków. Bóg go doświadczył: 5 lat później stracił żonę, nie miał dzieci. Mimo to, w każdą sobotę i niedzielę przemierzał pieszo kilkanaście mil ze swojej wioski do kościoła w Tenochtitlan, by uczestniczyć we Mszy Świętej i katechizacji. Podczas jednej z takich wypraw, w sobotni poranek 90 grudnia 1531 r., na wzgórzu Tepeyac objawiła mu się Matka Boża. Pan Bóg przez swoją Matkę znowu nie wybrał osoby po ludzku znaczącej, ważnej – ale jednego z tych prostych, najbiedniejszych ludzi (był rolnikiem i wytwórcą mat).
W ogóle, historia Juana Diego jest tak niesamowita, że właściwie to bez znaczenia pozostaje, kiedy by się się wydarzyła – w XVI w. czy dzisiaj. „Drogi synku, kocham cię. Jestem Maryja, zawsze Dziewica, Matka Prawdziwego Boga, który daje i zachowuje życie. On jest Stwórcą wszechrzeczy, jest wszechobecny. Jest Panem nieba i ziemi. Chcę mieć świątynię w miejscu, w którym okażę współczucie twemu ludowi i wszystkim ludziom, którzy szczerze proszą mnie o pomoc w swojej pracy i w swoich smutkach. Tutaj zobaczę ich łzy. Ale uspokoję ich i pocieszę. Idź teraz i powiedz biskupowi o wszystkim, co tu widziałeś i słyszałeś”. Delikatnie to określając, biskup oczywiście nie uwierzył w ani jedno słowo – więc Juan poprosił Maryję o znak dla dostojnika. Przy następnej wizji, właśnie 12 grudnia, Madonna poleciła Juanowi nazbierać całe ich naręcze i schować je do tilmy (był to rodzaj indiańskiego płaszcza, opuszczony z przodu jak peleryna, a z tyłu podwiązany na kształt worka). Juan szybko spełnił to polecenie, a Maryja sama starannie poukładała zebrane kwiaty. Juan Diego rozwiązał tilmę dopiero przed biskupem – który oniemiał, widząc w grudniu piękne kastylijskie róże. To nie było wszystko – bowiem na tkaninie biskup i zebrani zobaczyli… ten właśnie wizerunek, który widać na zdjęciu powyżej, czczony do dzisiaj jako obraz Matki Bożej z Guadalupe. Jedynie na marginesie można podać, że była to sobota – a więc dzień tradycyjnie poświęcony Maryi właśnie.
Sam w sobie obraz stanowi wielką tajemnicę. Nie ma na nim znanych barwników, żadnych pigmentów pochodzenia organicznego, mineralnego lub roślinnego, ani też śladów pędzla. Farba to związek chemiczny jej składników, który wiąże się z tkaniną – a w tym wypadku naukowcy takowych nie znaleźli. Badania z użyciem lasera potwierdziły, że użyte kolory są jakby na 3 cm unoszone w powietrzu. Na materiale nie widać objawów upływu czasu, kolory nie wypłowiały, nie ma na nim śladów po (przypadkowym) oblaniu żrącym kwasem – mimo, że obraz jest utkany z włókien kaktusa (agawy), które są bardzo nietrwałe i powinny ulec zniszczeniu na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Wytrzymały już blisko 500. Z czymś się kojarzy? Podpowiem – całun turyński, chusta z Manopello. To, co przesiąknięte Bogiem, nie poddaje się ludzkim prawom. Poza tym, w wizerunku z Meksyku oczy Matki Bożej posiadają nadzwyczajną głębię – w źrenicy Madonny dostrzeżono niezwykle precyzyjny obraz dwunastu postaci. Dopatrzono się tam zjawiska refleksu, które występuje tylko u żywych ludzi i którego nie można odtworzyć przy pomocy najdoskonalszej nawet techniki malarskiej. Obraz zmienia swe kolory powoli równocześnie z kątem patrzenia (irydescencja). Pomijając już fakt, że przez pierwsze 100 lat obraz nie posiadał żadnej osłony, a więc wystawiony był na działanie dymu świec, kadzideł, a źródła historyczne mówią wprost o tym, jak w ciągu jednego tylko dnia tysiące ludzi rękami oraz przedmiotami dotykały tkaniny. Ona jednak pozostała nietknięt.a
Efekt? 8.000.000 nawróceń w Meksyku w czasie 6 lat. Robi wrażenie, prawda?
Ode mnie z parafii w przyszłym miesiącu wyrusza pielgrzymka do Guadalupe. Już im zazdroszczę 🙂

Objawienie – wielka historia pięknych boskich zwierzeń

Dzisiaj obchodzimy – od kilku lat dzień ustawowo wolny od pracy – uroczystość Objawienia Pańskiego, czy dzień, którego nazwa statystycznemu polskiemu katolikowi pewnie nie mówi nic, w przeciwieństwie do potocznej: Trzech Króli. Tyle, że oni to tak naprawdę nie wiadomo, czy byli królami, magami, czarownikami, a także nie jest pewne, czy właściwie było ich trzech (tym bardziej co do ich imion – żadne KMB, jak to wielu na drzwiach dzielnie wypisuje). Istotne jest to, że ich wiara i poszukiwanie prawdy kazały im przejść pewnie bardzo duży kawał ówcześnie znanego świata – po to, aby oddać pokłon narodzonej Maleńkiej Miłości. 
Niedawno sięgnąłem po bardzo fajną w całości, acz trudną na początku, książeczkę dość niewielką pt „Tischner czyta Katechizm” czyli rozmowy śp. x Józefa Tischnera z (o!) Jackiem Żakowskim na temat Katechizmu Kościoła Katolickiego, obecnego (a u schyłku lat 90. XX wieku, kiedy książka powstawała, nowo ogłoszonego przez św. Jana Pawła II). I w tejże książeczce wpadła mi w oko taka ciekawa myśl, odnośnie objawienia właśnie:
Do prawdy dochodzi się wspólnie. W dialogu – tylko w dialogu. Więc byśmy się nie pomylili, musimy słuchać tych, którzy mają inne zdanie, jednocześnie czytając objawienie. Nie ma dla człowieka żadnej innej drogi, niż patrzyć w przeszłość, znać przeszłość, czytać objawienie, mieć nadzieję jutra i prowadzić dialog z tym światem, który nas otacza, słuchając nie tylko zwolenników, ale przede wszystkim naszych przeciwników. 

– Na czym polega dziejowość? Jaki jest klucz do logiki historii?
– Umieć wybrać przyszłość ze względu na nadzieję przyszłości. Masz przeszłość – ogromne wspomnienie kilku tysięcy lat – i masz nadzieję. Jak powinieneś sobie z tym poradzić? Nie marnować tego, co było w przeszłości, nie przekreślać wcześniejszych osiągnięć, dla przyszłości. To jest cała tajemnica tradycji i obecności Kościoła w tym katechiźmie. 

Przychodzi taki moment, w którym musi paść słowo: „No, powiedz” – czyli objaw. Mnie się wydaje, że zamiast „objawienie” możemy użyć słowa „zwierzenie”. Bóg się zwierza. Te wszystkie księgi, oba Testamenty, to wielka historia pięknych boskich zwierzeń. Bóg nam się zwierza. (Tischner czyta Katechizm, wyd. Znak, s. 65-66 i 80)

Pierwszy cytat to piękne podkreślenie tego, o czym i dzisiaj mówi papież Franciszek – że Kościół się nie może zapatrzeć sam w siebie i istnieć dla samego istnienia, będąc w sprzeciwie z założenia wobec wszystkiego, co poza kościołem (kruchtą). Objawienie zobowiązuje do poszukiwania dialogu i porozumienia (zaznaczam: nie bezmyślnego przytakiwania i dostosowywania się za wszelką cenę) z ludźmi, którzy myślą inaczej. Drugi cytat – Kościół się zmienia, aby w dzisiejszych czasach także w sposób zrozumiały dla ludzika XXI wieku pokazać, że Bóg jest i kocha oraz pragnie szczęścia człowieka, stąd pewne rzeczy ulegają zmianie (co nie każdemu jest w smak), ale równocześnie Kościół pozostaje wierny Tradycji w tym, co najistotniejsze. 
I wreszcie trzeci cytat – piękna myśl, że Bóg w całym Piśmie Świętym… to się właściwie człowiekowi zwierza, w sumie jak Przyjaciel. Opowiada, kim On sam jest, mówi o sobie i o nas, po to abyśmy z Nim zmierzali drogą ku szczęściu, nie tylko jako odległemu zbawieniu, ale byciu spełnionym i szczęśliwym już tutaj i dzisiaj. Bóg zwierza się, żeby pokazać, z jak wielu pokręconych ludzkich dróg uczynił piękne obrazy. 
A do poczytania rzeczonej książeczki (dostępna nadal u wydawcy) zachęcam – niewielka, początek dla mnie nieco nużący, ale warto było go przetrwać w kontekście dalszych zapisów rozmów. 

Spotkanie przy studni życia

Jezus przybył do miasteczka samarytańskiego, zwanego Sychar, w pobliżu pola, które /niegdyś/ dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny. Nadeszła /tam/ kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: Daj Mi pić! Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta dla zakupienia żywności. Na to rzekła do Niego Samarytanka: Jakżeż Ty będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić? Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem. Jezus odpowiedział jej na to: O, gdybyś znała dar Boży i /wiedziała/, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić – prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej. Powiedziała do Niego kobieta: Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie i jego bydło? W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. A On jej odpowiedział: Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj. A kobieta odrzekła Mu na to: Nie mam męża. Rzekł do niej Jezus: Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą. Rzekła do Niego kobieta: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga. Odpowiedział jej Jezus: Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie. Rzekła do Niego kobieta: Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko. Powiedział do niej Jezus: Jestem Nim Ja, który z tobą mówię. Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Jednakże żaden nie powiedział: Czego od niej chcesz? – lub: – Czemu z nią rozmawiasz? Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem? Wyszli z miasta i szli do Niego. Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc: Rabbi, jedz! On im rzekł: Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie. Mówili więc uczniowie jeden do drugiego: Czyż Mu kto przyniósł coś do zjedzenia? Powiedział im Jezus: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie: Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa? Oto powiadam wam: Podnieście oczy i popatrzcie na pola, jak bieleją na żniwo. żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili. Inni się natrudzili, a w ich trud wyście weszli. Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam. Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich pozostał. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło na Jego słowo, a do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata. (J 4,5-42)

Niesamowite w tym dialogu jest to, że rozmówcy – przynajmniej z początku – poruszają się jakby na dwóch zupełnie różnych od siebie płaszczyznach. Jezus, jako Bóg, przychodzi do człowieka i prosi o wodę – chce się posilić, napoić. Zwyczajnie, zero podtekstu. Kobieta, pewnie grzecznie, acz stanowczo odpowiada – w myśl kontekstu (a raczej animozji) historycznego. Wtedy Jezus odwołuje się do Boga, do Jego daru poznania – o, gdybyś wiedziała…
Tu w sercu ludzkim rodzi się tęsknota – dokładnie u tej kobiety. Zdziwienie, może nieco (niepotrzebnie) lęk, zainteresowanie na pewno też. Kim On jest? Więc pyta – najprostsze rozwiązania są najlepsze. W odpowiedzi słyszy słowa może nie do końca zrozumiałe: „Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu”. Jezus nie mówi już o studni – ale odpowiedzi na tę jej (i nas wszystkich) wewnętrzną tęsknotę i pragnienie zbawienia, życia wiecznego. Woda ze studni pozwala żyć dalej w kruchej perspektywie ziemskiej egzystencji – Jezus to niewyczerpany zdrój wody życia, które dzięki Niemu nigdy się nie skończy; już nie tylko tutaj, ale dalej, także tam, po śmierci. 
Nie, Jezus nie jest tylko prorokiem – to zdecydowane uproszczenie, choć po ludzku rozumując, trudno było, aby Samarytanka założyła, że rozmawia z Mesjaszem. No więc prorok? I znowu odwołuje się do różnic pomiędzy Samarytanami a Żydami, tym razem w kwestii tego, gdzie i jak należy Bogu oddawać cześć. Tu dopiero Jezus mówi coś więcej – nie tędy droga, nie chodzi ani o tę górę, ani Jerozolimę, ani żadne inne konkretne miejsce. Bóg nie jest związany czymś tak prozaicznym i ludzkim jak miejsce, które przecież w jakiś sposób, jakie by nie było, z Niego bierze początek. Dlatego te dalsze słowa: „Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie”. W tym, co Jezus mówi, piękno my dzisiaj możemy odczuć namacalnie. Nikt nie każe dzisiaj wierzącemu chrześcijaninowi raz do roku pielgrzymować do Jerozolimy na Paschę, jak to mieli w zwyczaju Żydzi. W takiej Polsce dom Boży mamy na prawie każdym rogu – optymizmem napawa, na ile ja to widzę, że jakby coraz więcej osób to doceniało, biorąc udział nie tylko w Eucharystii i nabożeństwach, ale po prostu wpadając z krótką i niezapowiedzianą wizytą, aby Bogu podziękować, poprosić, czy nawet pozłorzeczyć czy ponarzekać – ale z potrzeby serca. 
Nie wierzę w przypadki i na pewno takiego nie było w tej historii. Ze słów Samarytanki i kierunku tej rozmowy wynika, że była to osoba niewątpliwie bardzo poszukująca szczęścia i spokoju serca, choć pewnie nie wiedziała, co stanowi odpowiedź na jej pragnienia i potrzeby. Odpowiedź przyszła w miejscu i czasie, których się nie spodziewała – przy zwykłej czynności nabierania wody ze studni, w spiekocie zwykłego dnia. Tak, na pewno w jakiś sposób determinowały ją życiowe wybory – to, w ilu związkach była, pewnie nieformalny związek w jakim tkwiła w chwili rozmowy. Dla Boga to nie miało znaczenia. On nas nie skreśla i nie dyskredytuje dlatego, że coś zepsuliśmy, że daliśmy ciała, zgrzeszyliśmy, Jest sakrament pokuty i pojednania. On ciągle jest obok, przychodzi, szturcha i proponuje – może spróbujesz na Mój sposób? 
Decyzja jest zawsze tylko nasza – Bóg się nigdy nie narzuci. Możemy zanegować nawet Jego samego, wmawiać sobie halucynacje, leczyć się albo po prostu kpić. Do czego to prowadzi? Nie wiem – i nikomu nie życzę, aby na własnej skórze u schyłku życia (który, pamiętajmy, nie wiemy, kiedy nastąpi) miał nieprzyjemność się o tym przekonać. Nie warto. Za to warto zaufać i dać Bogu szansę, aby samemu wykorzystać szansę przez Niego ofiarowaną. Spotkanie przy studni – w sklepie, parku, autobusie, na ulicy, gdziekolwiek – to dopiero początek, czasami aż za bardzo zwykły i powszedni. Ale On taki właśnie jest – w szaleństwie miłości do człowieka posunięty do tego, że wchodzi w moje sprawy i tu, obok, przychodzi i zaprasza, a nie tylko czeka gdzieś tam w kościele. 
Jeśli jesteś chrześcijaninem, ochrzczonym i przynajmniej z nazwy wierzącym – zastanów się. Co Ty powiesz Jezusowi, kiedy spotkasz go przy studni swojego życia, którejkolwiek na swojej drodze? Nikt nie jest supermanem i nie o to chodzi, ale czy jesteś uczciwy wobec siebie i wobec Niego? Czy oszukujesz może – siebie, Jego, albo obydwu? A jeśli z Jezusem nie miałeś dotąd nic wspólnego – nic straconego. Spotkanie przy studni może przewrócić wszystko do góry nogami i pomóc odnaleźć sens, którego tak bardzo pragniesz. Nie bój się. W Nim właśnie jest odpowiedź.

Jako obrazek do tej historii – piękny kawałek, w oryginale Michael W. Smith (Draw me close to you), w polskiej wersji zaadaptowany przez TGD, w oryginale właśnie w wykonaniu Beaty Bednarz – tutaj wersja koncertowa, Beata z chórem. „W cieniu Twoich rąk”. Piękne słowa o tym, że w Bożych rękach zmieści się każdy – nawet, kiedy jemu się to w głowie nie mieści. I piękne świadectwo na początku Beaty, płynące prosto z serca – nie mówiąc już o niesamowitym po prostu głosie solistki 🙂

Pasterski cud przemiany

Kilka noworocznych życzeń ode mnie. 
Żeby ten 2013 nie był gorszy, a najlepiej – lepszy. Żeby szczęście odbijało się w naszych oczach jak najczęściej, a wszelkie zło i problemy stanowiły szybko zapominane epizody. Pomysłów, wiary w siebie i nie tylko w siebie, pozytywnego nastawienia do tego, co przed nami. Umiejętności budowania, tworzenia, a nie niszczenia. I bycia po prostu szczęśliwym, będąc zwyczajnie sobą. 
>>>

Pasterze pośpiesznie udali się do Betlejem i znaleźli Maryję, Józefa i
Niemowlę, leżące w żłobie. Gdy Je ujrzeli, opowiedzieli o tym, co im
zostało objawione o tym Dziecięciu. A wszyscy, którzy to słyszeli,
dziwili się temu, co im pasterze opowiadali. Lecz Maryja zachowywała
wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu. A pasterze wrócili,
wielbiąc i wysławiając Boga za wszystko, co słyszeli i widzieli, jak im
to było powiedziane. Gdy nadszedł dzień ósmy i należało obrzezać
Dziecię, nadano Mu imię Jezus, którym Je nazwał anioł, zanim się poczęło
w łonie Matki. (Łk 2,16-21)

To tylko kawałek (noworoczny) Łukaszowego opisu Narodzenia Pana. Jednak ukazuje to, co najważniejsze – wytrwali ludzie odnajdują Boga, choć w zupełnie niespodziewanych i dziwacznych jak na Króla okolicznościach. Kiedy usłyszeli anielskie zwiastowanie narodzenia Mesjasza – mogli je olać, po prostu zignorować i dalej robić swoje, doglądając stada. Ale ich serca już wtedy pałały, wiedząc, że zupełnie przypadkiem oni, prości pasterze, stają przed czymś, co jest większe i o wiele bardziej niesamowite niż cokolwiek, co było czy będzie ich udziałem kiedykolwiek, że stają się świadkami wydarzenia „od patriarchów wyczekiwanego”, jak śpiewamy w jednej z kolęd.

Bóg przychodzi do człowieka jako człowiek, i tak naprawdę jedyne, co człowiek musi zrobić, aby ten dar docenić, wykorzystać i na niego odpowiedzieć – to zrobić krok w kierunku Boga, zbliżyć się do Niego, odpowiedzieć na zaproszenie do betlejemskiej stajenki, i nie zatrzymać się w zachwycie, ale wejść dalej, i oddać hołd Królowi królów. To może być dziwne – jak było dziwnym dla tych, którzy słuchali tego, co pasterze im opowiadali o objawieniu, którego doznali, i które zaprowadziło ich do Jezusa – tak samo, jak przez pół ówczesnego świata prowadziło trzech mędrców.

Tak naprawdę w życiu tych prostych ludzi nie zmieniło się nic – nadal byli tym, kim byli, z faktu, że byli jednymi z pierwszych, którzy widzieli Pana nie wypłynęła na nich żadna nobilitacja, bogactwo czy wywyższenie, dalej paśli swoje stada. A jednak – w sercu zmieniło się wiele, bo odtąd zamieszkał tam Bóg-Człowiek, zostali napełnieni łaską Boga jako świadkowie Tego, który przyszedł wybawić wszystkich. Maleńka Miłość położona w żłobie dokonała pierwszego cudu, tego, którego dokonywać będzie najczęściej – cudu przemiany ludzkich serc. 

Rzut oka na zbawienie i furtka

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie. (Mt 17,1-9)
Czy sednem tego wszystkiego, co w powyższym tekście wskazuje nam Kościół – jest kolejny cud Jezusa, może nieco inny, bo nie spektakularne wskrzeszenie czy uzdrowienie? Chyba nie, choć wydarzenie to dla jego świadków na pewno było niezrozumiałe i trudne do odczytania (inni ewangeliści dodają uwagę na ten temat wprost – Mateusz nie). 
Można to przyrównać do mistycznej wizji. Tyle, że mistycy miewali wizje Jezusa jako już Zmartwychwstałego Boga, który wstąpił do Nieba – tutaj mistyczna wizja jakby w sposób niesamowity splotła się z rzeczywistością i realną, ludzką naturą Jezusa. Bóg-Człowiek, który uchyla nieba ludziom, aby Go lepiej poznali, zrozumieli. To takie jakby namacalne potwierdzenie – idziesz w dobrym kierunku, to właściwa droga. 
Najważniejsze jest coś innego – potwierdzenie, że rzeczywistość nie kończy się na tym, co po ludzku jesteśmy w stanie zobaczyć, zaobserwować, namacalnie doświadczyć tutaj. Jest coś dalej. I nie jakaś pochłaniająca wszystko i wszystkich odchodzących z życia czarna dziura – ale inna rzeczywistość, zgodna z Bożą obietnicą. Rzeczywistość trwania w obecności Boga, gdzie nie ma już słabości, grzechu, smutku i łez. 
To jest właśnie istota doświadczeń tych niewielu na przestrzeni wieków, jakim dana była łaska mistycznych wizji. Czemu właśnie im? Może dlatego, że ich wiara była doskonalsza. Może dlatego, że nie tyle byli w jakiś sposób lepsi od innych żyjących w swoich czasach – ale na łaskę Bożą chętniej i lepiej odpowiadali, starali się z nią na miarę swoich możliwości współpracować. Nagroda – niesamowite, choćby tylko dla nich samych (przecież bardzo często takie wizje spotykają się z brakiem wiary i nieufnością – także Kościół, bo przecież wielu fałszywych proroków i mistyków się pojawiało i pojawia) – możliwość dotknięcia, zasmakowania tego, co jest celem naszej egzystencji tutaj. Bonus od Boga, rzut oka na zbawienie.
Czym kierował się Jezus, że właśnie tym uczniom okazał taką łaskę? Piotr miał stanąć później, po – nazwijmy to – różnych perturbacjach – na czele Kościoła. Jakub – poprowadził dalej drogą wiary po odejściu Jezusa zaczątek wspólnoty, jakim była pierwsza chrześcijańska gmina – w Jerozolimie. No i Jan – jedyny z Dwunastu, który dotrwał do końca, z kobietami za Jezusem doszedł aż pod krzyż. Coś ich wyróżniało. Wspólny mianownik? Ich późniejsza rola pewnie wymagała umocnienia, jakim musiało być uświadomienie sobie – nawet z tej perspektywy czasu – jak wielkiej łaski dostąpili. Ta świadomość, pamiątka tego, co i kogo widzieli, miała im pomóc w wytrwaniu. I wytrwali. 
Czym ten tekst jest dla nas, żyjących w dziwacznym świecie XXI wieku? Zapewnieniem. Nie, nie pewnością – upewnić to się upewnimy, tak czy siak, po śmierci. To zapewnienie o tym, że słowa Jezusa, Dobra Nowina, nie są wyssane z palca – te obietnice mają pokrycie. Że po prostu zrobić to, co tak niepopularne, wyśmiewane, wytykane palcami i nazywane oszołomstwem – warto Bogu zaufać, dać Mu się poprowadzić. I może poza tym – odnośnie wizji i objawień, do których sam jestem dość sceptycznie nastawiony – aby nie przekreślać ich od razu, gdy to, co niezrozumiałe, co przerasta, bo od Boga może to pochodzić. Choć nie musi.
>>>
Piękny tekst, jakby obrazek do kilku spraw: moja dusza, Bóg, i furtki, którymi wpuszczam tam – mniej lub bardziej świadomie – Złego – cytuję za blogiem x Andrzeja Przybylskiego:
A potem zaczęła nam rysować na białej serwetce koło z literką J w środku. To miał być obraz naszej duszy. Na białym polu zaczęła dalej malować czarne plamy – znak naszych grzechów. Potem pojawiły się linie oznaczające pęknięcia. To miało oznaczać schematy w które weszliśmy i które czynią nasze serce zamknięte na nowe propozycje Boga. Wreszcie na obwodzie koła zaczęła rysować furtki, takie dziury niszczące granice okręgu. “Każde nasze zetknięcie się z czymś złym, z jakąś praktyką, która pochodzi od Złego otwiera taką furtkę w duszy dla diabła, który rani nas i zniewala. Wtedy już nie wystarcza spowiedź z aktualnych grzechów, trzeba się wtedy przyjrzeć życiu i zobaczyć przez co z naszej przeszłości diabeł mógł wejść w nasze serce. Trzeba odkryć wszystkie te furtki i pokazać je Jezusowi, najlepiej w sakramencie spowiedzi, z wielką prośbą, żeby Jezus, je szczelnie pozamykał”. Jeśli nie pozwolisz Jezusowi pozamykać tych furtek, mimo twoich najlepszych chęci wciąż coś w twoim życiu będzie nie tak. Będziesz się modlił, a jakby łaska Boża sama z ciebie uciekała. Będziesz chciał dobrze, a coś będzie ciągle szarpać twą duszę ku złu. To wszystko sprawiają te niezamknięte furtki duszy.
Do przemyślenia. Może warto się zastanowić – ile takich furtek jest. I nie skończyć na tym – pokazać je Jezusowi, powiedzieć wyraźnie: wiem, że to złe, chcę abyś Ty zadziałał, pozamykaj to. Ks. Twardowski mówił, że gdy Bóg drzwi zamyka, to uchyla okno. Pozwól Bogu pozamykać to wszystko, czym marnuje się łaska i twoje szanse na wieczność – niech On sam wskaże, uchyli to, co naprawdę potrzebne.