Nadzieja pełna nieśmiertelności

To jest bardzo widoczne w naszym kraju – że chociaż zarówno 01 listopada, jak 02 listopada właściwie obchodzimy zupełnie inne święta/wspomnienia, to mentalnie chyba jesteśmy przyzwyczajeni, że wrzucamy to jakby do jednego worka, na dodatek pod mocno naciąganym tytułem „święto zmarłych” (dziwiąc się potem, że przyjmuje się coraz szerzej zabawy pod nazwą Halloween – czyli… właśnie święto zmarłych).

Czytaj dalej →

Panie, wiem, że jesteś życiem, przecież umieram

Przyznam się bez bicia – te 2 wyjątkowe i bardzo szczególne dni w roku, a więc 01 i 02 listopada, tym razem z AD 2016 po prostu przeleciały mi koło nosa. Dosłownie. Tak, byłem na cmentarzu, myślałem o tych, którzy odeszli – ale tak naprawdę absorbowała mnie pewna inna sprawa, zawodowa powiedzmy, która gdzieś tam ciągle w tle była. A więc – dowód mojej słabości i rozproszenia chociażby. Ten wpis w pewnym sensie traktuję jako motywację do tego, aby wykrzesać z siebie pewne przemyślenia – zmusić się do ich uzewnętrznienia – i te sprawy lepiej sobie uświadomić. Szczególnie w kontekście masakrycznie infantylnego utożsamiania przez wielu – rzekomo wierzących i praktykujących – obydwu tych dni jako „święta zmarłych”…

Czytaj dalej →

Moi błogosławieni

Dzisiaj zamiast tekstu – moja ulubiona interpretacja:

Ja te słowa przyrównuję sobie do 10 przykazań Bożych. Takie same, choć może nie zrównane „rangą”. Drogowskazy, wskazówki, dobre rady. Ubóstwo, umiejętny smutek, cichość, pragnienie i umiłowanie sprawiedliwości, miłosierdzie, czyste serce, wprowadzanie pokoju, cierpienie prześladowania – klucze do zdobycia Królestwa. I jak się tak tych słów słucha – aż dziw człowieka bierze. Przecież dzisiaj lansuje się i promuje postawy zupełnie inne, które skupiają się tylko na jednym, i czymś zupełnie innym: na mnie, na sobie. Boga wyrzucamy w kąt, zagłuszamy, wyłączamy. Takie tam, staroświeckie… 
A jednocześnie – uroczystość Wszystkich Świętych, nie da się ukryć, świętujemy i to mocno (nie mówię o Halloween). Korki na ulicach (a w nich ludzie bynajmniej nie życzący sobie błogosławieństwa…), tłumy płynące na cmentarze, wieńce, kwiaty, znicze. Nie odmawiam szczerości temu, że większość z tych ludzi autentycznie chce w ten sposób oddać hołd i wspomnieć, uhonorować swoich zmarłych, choć mam wrażenie że wiele osób robi to dla przysłowiowego uspokojenia wyrzutów sumienia, że jakoś przez cały pozostały rok, pomiędzy jednym listopadem a drugim, nie znajdują czasu żeby zatroszczyć się o odwiedzenie grobu (mam na myśli te w tym samym mieście, nie np. na drugim końcu Polski). Dla mnie od czasu odejścia Mamy to jest trudne, kiedy idę na cmentarz – staram się tam być co miesiąc. Stanąć nad grobem osoby, która była przy mnie od maleńkości… a dzisiaj mogę tylko (aż?) się za nią modlić i prosić o wstawiennictwo u Boga Ojca, mając nadzieję, że nie jest jej wstyd za bardzo za to, jaki jestem. 
Te błogosławieństwa mają się w nas zrealizować właśnie najpełniej wtedy, kiedy dojdziemy do kresu – tam, gdzie w dotarł kilka dni temu m.in. premier Tadeusz Mazowiecki. Mają nas inspirować i pobudzić do pragnienia nieba już dzisiaj, już tutaj. Żyć tak, aby na niebo być gotowym, a jednocześnie swój czas tutaj wykorzystywać jak najlepiej, najbardziej kreatywnie, robiąc użytek z Bożych darów. 
Kościół w liturgii rozróżnia uroczystość Wszystkich Świętych od wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych, także kolorem (biały a fioletowy). Niemniej jednak ja wierzę, że większość z tych, z którymi miałem do czynienia, a którzy o miłosierdziu Boga Ojca przekonali się już na własnej skórze w dniu śmierci, będąc wiernymi zmarłymi, należą także do grona wszystkich świętych, balujących w niebie (skoro ma to być kraina szczęśliwości, tak – inna, to chyba nie do końca będzie to tylko pobożne wznoszenie hymnów na cześć Boga, jak taki jeden wielki chór gospel). I liczę, że ku tej świętości zmierzają, często po cichu, nie zauważani, ludzie z pozoru zwykli: matka przez całe życie pielęgnująca niepełnosprawne dziecko, samotny człowiek z zamiłowaniem pracujący jako wolontariusz z chorymi dziećmi i starający się utrzymać z pracy ochroniarza (mimo 2 fakultetów i dużych perspektyw), małżonek który pomimo problemów nie idzie na łatwiznę i nie zostawia drugiego także czasami pomimo zdrady czy nieuczciwości, rodzic który czasami nieprzytomny ze zmęczenia nie spławia dziecka pieniędzmi na kino, ale rozmawia z nim, pomaga odrobić lekcje, bawi się, uczy, rozwiązuje problemy, jest z nim, misjonarz który siedzi gdzieś na końcu świata żeby być z ludźmi którzy tak naprawdę nigdy do końca nie zrozumieją Dobrej Nowiny ale chce im towarzyszyć, siostra klauzurowa która wyrzekła się świata tylko po to, aby cały świat ogarnąć swoją modlitwą. 
Można wymieniać długo. Świętość to postaci takie jak Jan Paweł II, Jerzy Popiełuszko, Pier Giorgio Frasati, zapaleńcy tacy jak Inigo de Loyola czy Franciszek z Asyżu, matka Teresa i jej siostry miłosierdzia, brat Roger – ale także s,. Małgorzata Chmielewska, Anna Dymna, brat Morris i  mali bracia, John Henry Newmann, G. K. Chesterton i tylu, tylu innych. Ostatnio wyniesionych na ołtarze 522 męczenników z praktycznie współczesnej nam wojny domowej w Hiszpanii. Recepta na świętość? Nie ma jednej jedynej. Są słowa Pisma Świętego i jest cała masa – nie tylko w hagiografiach – przykładów, jak ludzie odkrywali na przestrzeni tych 2000 lat swoje równanie, swój kod i sposób na osiąganie świętości. My z perspektywy czasu możemy powiedzieć – wiemy (co do tych wyniesionych na ołtarze) lub możemy zakładać i przyjąć (co do tak wielu innych), że im się udało. 
Nie wiemym, ile czasu nam zostało. Ile osóbh pożegnamy i będziemy wspominać w pierwszych dniach przyszłorocznego listopada. Starajmy się iść drogą błogosławieństw. Uczynić je swoją drogą.