Pokręcone ścieżki

Początek Ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Jak jest napisane u proroka Izajasza: Oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki. Wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów. Ciągnęła do niego cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordan, wyznając /przy tym/ swe grzechy. Jan nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym. I tak głosił: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u Jego sandałów. Ja chrzciłem was wodą, On zaś chrzcić was będzie Duchem Świętym. (Mk 1,1-8)

Pustynia to bardzo ważny element naszego życia – może właśnie dlatego, że tak bardzo nielubiany. Z jakiego powodu? Bo wygodnie jest być pod wpływem bodźców z różnej strony, dźwięków, obrazów, przekazów. Nie trzeba się bardziej zastanowić nad różnymi rzeczami, rozważać sensu postępowania czy podejmowanych decyzji. Pomijając już to, że te nie pozwala na odczucie samotności, która może się pojawić, gdy zdam sobie sprawę z pustki.

Jan Chrzciciel był dziwakiem nawet jak na własne czasy. Widać to po tym, jak autor natchniony opisuje Jana – ubrany byle jak, żywiący się byle czym. Ograniczał się do minimum i ani trochę ponad to – brzmi trudno, prawda, kiedy tak łatwo przychodzi mi przyzwyczajać się do takich czy innych wygód? Człowiek nie przywiązujący w ogóle wagi do spraw tego świata, bo wpatrujący się i wyczekujący dalej, chcący zobaczyć więcej. Koncentrował się na tym, aby być, a nie aby mieć – takie rzeczy jak ciuchy i ozdoby przecież bardzo łatwo mogą stać się celem samym w sobie. Mimo, że w tamtych czasach takich przepowiadaczy, ludzi ogłaszających się co rusz mesjaszami, było naprawdę wielu (po śmierci Jezusa będzie o tym przed Sanhedrynem mówił Gamaliel – Dz 5, 33-40) – Jan wybijał się, mimo swojej autentycznej prostoty, i przyciągł tłumy.

Pustynia nie ma być łatwa i łatwą w żadnym wypadku nie jest. Skrajne temperatury (upał w dzień, lodowaty chłód w nocy), trudna piaszczysta albo boleśnie kamienista droga, doskwierające pragnienie, tęsknota za cieniem – wymieniać by można długo. To takie miejsce, gdzie idziesz tylko z tym, co najważniejsze, bo nic innego nie dasz rady zabrać ze sobą. Wymusza taki zdrowy minimalizm. Dopiero tam – z dala od hałasu, dźwięków, reklam, zaproszeń do spraw naprawdę błahych – wyostrza się wzrok, słuch. Więcej widzę i słyszę, bo nic nie rozprasza mnie, nie odwraca mojej uwagi. Już nie. 

I to wcale nie jest pustka. To okazja, aby zasłuchać się w Boga, którego – o dziwo, dopiero wtedy?! – słyszę bez problemu. To okazja, aby zacząć widzieć sprawy i te wymiary rzeczywistości, które w codziennym zabieganiu po prostu uciekają, na które nie zwracam w ogóle uwagi. Wtedy mogę znaleźć Go, zauważyć, dostrzec – uświadomić sobie, że to On jest odpowiedzią, On jest tym czego szukam. Pustynia daje mi możliwość zasłuchania się w Pana i dostrojenia mojego serca do fal, które płyną z Jego serca. Kto wie, czy po to, aby do pewnych – a w zasadzie: tych najważniejszych – spraw podejść na serio, zrozumieć ich wagę, nie jest konieczne wyjście na pustynię? Żeby pewnych spraw nie lekceważyć, nie udawać że problemów nie ma albo je czymś pozornie maskować. Pozwolić, aby one do mnie dotarły – nie może, o ile się uda, o ile coś nie przeszkodzi, w codziennej bieganinie, bombardowaniu obrazami i dźwiękami. Ale właśnie na pustyni.

Po co Jan udał się na pustynię? Właśnie po to, o czym powyżej. To się może wydawać absurdalne – miał głosić nawrócenie, wzywać do niego, to trzeba było do miasta dużego iść, a nie do piaachu pustego uciekać… – ale w tym „szaleństwie” była przemyślana metoda. Jan uczy nas, że aby stać się dla kogoś świadectwem, drogowskazem, znakiem, najpierw samemu trzeba znaleźć Tego, który jest źródłem. Dlatego nie zaczął od zakładania szkoły, gromadzenia uczniów – tylko poszedł na pustynię, gdzie sam mógł Boga usłyszeć. Wielki święty – a potrzebował tego tak samo, jak ja. Najpierw sam muszę zrozumieć, na czym polega oczekiwanie na Mesjasza, uwierzyć i stać się świadkiem. Dopiero wtedy przeze mnie może zadziałać Bóg.

My w Polsce jesteśmy, mam wrażenie, mistrzami świata w mnożeniu eventów i różnych pobożnych działań – rekolekcji, konferencji, wykładów itp. Potrafimy obłożyć się pobożnymi dziełkami i czekać, że jakby ich treść (a może samo „bycie” w domu?) wystarczą – tak jak to, że w takim Adwencie uda mi się „zaliczyć” ze 2 serie rekolekcji. A to nie są wyścigi. To Janowe prostowanie ścieżki to zadanie dla mnie i tylko dla mnie, którego nie zastąpią najpobożniejsze rekolekcje czy najbardziej uduchowiona i pełna świadectw książka. Żadne z nich się za mnie nie nawróci. 

Ale tak to właśnie działa. Dopóki nie zatrzymasz się, nie staniesz w miejscu, nie ruszysz ani krok do przodu. Pustynia czeka na ciebie tam, gdzie jesteś – ale musisz podjąć wysiłek i wybrać się na nią. Choć raz, zamiast się – bardziej chyba przed sobą niż przed Bogiem – usprawiedliwiać, wymawiać, znaleźć sto powodów żeby nic nie zrobić i tak sobie trwać, po prostu otwórz serce i zaufaj Mu, że to przejście przez pustynię jest dla ciebie, nie dla Niego. Nie po to, żeby wszystko nagle stało się w moim życiu proste, ładne, czyste i poukładane – ale żebym znajdował w sobie siłę do tego, żeby ciągle na nowo pokręcone ścieżki życia chociaż próbował prostować, aż do skutku.

Dodaj komentarz