Poszukiwanie i znajdowanie na wieczność

Zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła. Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. Albo jeśli jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata z domu i nie szuka staranne, aż ją znajdzie. A znalazłszy ją, sprasza przyjaciółki i sąsiadki i mówi: Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam. Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca. Powiedział też: Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: Ojcze, daj mi część majątku, która na mnie przypada. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Zabiorę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mię choćby jednym z najemników. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca. A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie, już nie jestem godzien nazywać się twoim synem. Lecz ojciec rzekł do swoich sług: Przynieście szybko najlepszą szatę i ubierzcie go; dajcie mu też pierścień na rękę i sandały na nogi. Przyprowadźcie utuczone cielę i zabijcie: będziemy ucztować i bawić się, ponieważ ten mój syn był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się. I zaczęli się bawić. Tymczasem starszy jego syn przebywał na polu. Gdy wracał i był blisko domu, usłyszał muzykę i tańce. Przywołał jednego ze sług i pytał go, co to ma znaczyć. Ten mu rzekł: Twój brat powrócił, a ojciec twój kazał zabić utuczone cielę, ponieważ odzyskał go zdrowego. Na to rozgniewał się i nie chciał wejść; wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedzał ojcu: Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę. Lecz on mu odpowiedział: Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy. A trzeba się weselić i cieszyć z tego, że ten brat twój był umarły, a znów ożył, zaginął a odnalazł się. (Łk 15,1-32)

Zagubiona owca, wdowa i zagubiona drachma i zagubiony syn – w każdym obrazku przewija się to gubienie. Choć pewnie, jak to szczególnie w tym Roku Miłosierdzia podkreślić należy: też i (a może przede wszystkim?) miłosierny ojciec. Gubimy się, mylimy, łazimy po tym życiu po ciemku – i właściwie niezmienne jest jedno: że Bóg nas szuka, wyczekuje i w tym naszym poplątaniu, błądzeniu ciągle z taką samą miłością wychodzi naprzeciw.

Czytaj dalej →

Hipokryzja, płaszcze, objadanie

Jezus nauczając mówił do zgromadzonych: Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok. Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie. (Mk 12,38-44)

Tu najpierw trzeba jedno powiedzieć wyraźnie – nie chodzi Jezusowi bynajmniej o potępienie wszystkich ludzi, którzy zasługiwali na podziw, których honorowano pierwszymi miejscami przy stole, pozdrawiano na ulicy, bo tak generalizować po prostu nie można. Jezus, posługując się przykładem (a więc wady te pewnie w tej właśnie grupie społecznej były szczególnie widoczne) uczonych w piśmie i ma na myśli tych, którzy działają specjalnie, w celu bycia zauważonym, uznanym, skomplementowanym, wychwalanym, ważnym, celebrytą etc. 
Po drugie, tu nawet nie o sam grzech pychy jako taki się rozchodzi – ale jego zestawienie z równoczesnym umoralnianiem, pozycją jako przywódców duchowych, nauczycieli, którą owi ludzie wykorzystywali dla zwykłych, partykularnych swoich własnych interesów: nabijania kasy i tyle. Pojęcie „objadania” chyba najprościej sprowadzić do nadużywania gościny, a z kolei odniesienie do grupy wdów to nic innego, jak tylko nawiązanie do tych najsłabszych (poza sierotami – kobiet pozbawionych mężów, którzy by stanęli w ich obronie), a więc jeszcze raz podkreślenie ich trudnej pozycji – co czyni wyżej opisany wyzysk tym bardziej nikczemnym i karygodnym. 
Znawcy prawa – wykorzystujący to prawo (jak to powiedzieli mądrze Rzymianie, mające być sztuką dobra i sprawiedliwości – ius est ars boni et aequi – chyba najsensowniejsza znana mi łacińska paremia prawnicza) dla uciskania najsłabszych, wykorzystujący swoją pozycję. Pozoranctwo w zakresie odprawiania długich modlitw – a więc udawanie pobożności, także na pokaz; tu mi się bardzo nasuwa przypowieść o modlitwie faryzeusza i celnika („Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: „Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam”. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika” – Łk 18, 10-13). Modlitwa? Chyba raczej rysowanie sobie przed Bogiem pokrętnej i do imentu podkolorowanej, nijak mającej się do rzeczywistości, laurki. 
Czyli – krecia robota wobec Boga. Totalna hipokryzja w sferze wiary, połączona z wyzyskiwaniem społecznym najbardziej nieporadnych i najbiedniejszych. Ich nadzieja w tym, że wyrok „dostaną” – czyli czas przyszły, a więc jeszcze to nie nastąpiło, jeszcze mogą się opamiętać. Dramatycznie prosta i jasna ocena – ale i z nadzieją: jeszcze się mogą opamiętać. 
I teraz – do kogo to Jezus mówił? Tak, do „zgromadzonych”. Ja bym te słowa odnosił przede wszystkim do Apostołów, a także w sposób oczywisty do duchownych, także dzisiaj. Bardzo jasne i czytelne wymagania – do których nie raz i nie dwa razy nawiązywał papież Franciszek. Mówi o tym od początku pontyfikatu, od wiosny 2013 r. I teraz – po prostu ręce opadają – nie wiem, jak nazwać, jak opisać to, co dzieje się obecnie, po pewnie ok. 2,5 latach – kiedy taki kard. Tarcisio Bertone, do niedawna „szyszka watykańska”, numer 1 po Benedykcie XVI jako jego sekretarz stanu (co jest ciekawe – papież Ratzinger to człowiek niewątpliwie skromny, prosty, a to on wypromował Bertonego jako swojego ucznia), który niejako żali się, jak podkreśla prasa, „zmęczonym głosem”: „Moje mieszkanie to niecałe 300 metrów kwadratowych i mieszka tu również wspólnota trzech sióstr, pomagających mi w pracy”. 
No coś strasznego.. 300 / 4 = jakieś 75 m kwadratowych na głowę (siostry pewnie mają i tak mniej miejsca). Ja zazdroszczę – pomijając fakt, że to na kredyt (spłacać go będę jeszcze… 26 lat), dysponuję z trzyosobową rodziną horrendalnym M2 o powierzchni metrów kwadratowych niespełna 50. Nie na głowę – na 3 osoby. I żyjemy. A ta wypowiedź – jak i wiele innych hierarchów Kościoła katolickiego – pokazuje w tym zakresie całkowite oderwanie od rzeczywistości i brak zrozumienia tego, jak żyją ludzie. Ja nie narzekam, choć miło by było mieć te 25 m więcej, bo wtedy mielibyśmy sypialnię. Da się żyć – a są tacy, którzy mają dużo mniej.

W tekście jest mowa o „powłóczystych szatach”. Brzmi znajomo? Niektórzy tego nie rozumieją – i stąd tu i ówdzie pojawiają się przebierańcy tego pokroju co kard. George Pell. Pomijając to, czy kard. Bergoglio powiedział, czy tylko mu przypisano słynne „karnawał się skończył” tuż po wyborze przez konklawe – czy Kościół to cyrk albo parada klaunów? Czy ten przepych jest czymkolwiek uzasadniony, czemukolwiek służy poza pompowaniu własnej dumy i pychy? Nie sądzę. Czarna sutanna z obszyciem, jak już ktoś musi to pas. Po co te wszystkie fiolety i purpury, płaszcze, kapy? A papieżowi się wypomina, że czemu nosi czarne spodnie i te same buty. Bo są dobre, nie zużyły się i nie ma sensu wydawać kasy na nowe! Bo jak ma się oszczędzać w skali zarządzania Kościołem – skoro nie potrafi się oszczędzać w zakresie prostych zakupów dotyczących garderoby?

A z tym wszystkim – Jezus zestawia ubogą wdowę. Tu nie chodzi o to, ile ona dała, a ile dawał ktoś inny – być może o wiele więcej. Tu chodzi o to, ile dała w stosunku do tego, co miała sama, dla siebie, na przeżycie. Skoro nie miała prawie nic i to wszystko dała – więc wyraźnie dała więcej niż inni. 
Ile razy siadam sobie w kościele, na chwilę, na medytację krótką, i widzę siłą rzeczy tą skarbonkę. Czasami po człowieku – strój, chód, sposób zachowania – widać niejako stan posiadania, i widać, że są tacy, którzy przy takich skarbonach przychodzą leczyć kaca moralnego, uspokoić wyrzuty sumienia. Wrzuca taki 50 zł, czasami 100 zł albo więcej – i odchodzi jakby zadowolony, uspokojony, pełen poczucia jakby dobrze spełnionego obowiązku. Odfajkowane. Nikt mi nie powie, że zły katolik – przecież na tacę daję, a tu, o, stówę im wrzuciłem! Inna sprawa – łatwo policzyć: jeśli by każdy człowiek w kościele nawet średnio wypełnionym dał tę złotówkę albo dwie, ile by się uzbierało… A tu – jak jest, każdy widzi. Najczęściej dają ci, którzy mają mniej, albo w ogóle bardzo mało. Tak, jak ta wdowa. 
Pewnie, czasami jest ciężko, przeliczasz w myśli stan konta, jak tu dociągnąć do kolejnej wypłaty. Znam to bardzo dobrze – rzeczywistość prawie każdego miesiąca. I wiesz, co? Panu Bogu nie powinno się odmawiać. Każdy może coś dać, coś wrzucić. Tu nie chodzi o to, aby zawsze szeleścić głośno – żeby wszyscy w ławce zauważyli – papierową dyszką czy dwiema. Ale postarać się o konsekwencję. Powiem tylko – kiedy ja starałem się być w tym systematyczny, to mam wrażenie, że nigdy mi (nam) nie zabrakło, i te sprawy finansowe jakby płynniej się układały. Nie, nie wygrał nikt w Totka, nie spadła nam z nieba góra pieniędzy. Ale Pan Bóg pamiętał i dbał o nas. Nigdy nie brakowało. 
Swoją drogą – Bóg nie jest materialistą. Nie każdy ma pieniądze. Można zaangażować się na rzecz Kościoła – swojej parafii – czasem, wiedzą, pracą, poświęceniem, wsparciem. Form jest wiele i zaręczam, że w każdej parafii znajdzie się sposób na zagospodarowanie dobrych chęci. Twój wdowi grosz może mieć różną formę – ale wygospodaruj go. 

Nie ustawaj

Jezus odpowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. I Pan dodał: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? (Łk 18,1-8)

Jasny i wprost podany jest kontekst wypowiedzenia tych słów. Modlić się i nie ustawać. Nie odwrotnie – dokładnie w takiej właśnie kolejności. W sumie trafnie powiedziane – uprzeć się i trwać można w wielu sprawach, jednakże tylko utrzymanie tej wyjątkowej więzi z Bogiem, jaką jest modlitwa, umożliwia utrzymanie w polu widzenia wartości i celu każdego człowieka wiary – zbawienia. Upór może być dobrze ukierunkowany dopiero wtedy, kiedy jego siła czerpie z Boga.
Obraze z ewangeliczną wdową – jeden z dwóch, tym razem nie taka, która zgubiła drachmę i jej poszukuje, ale inna, równie uparta (nie ustawała?) i starała się o pomoc w swojej sprawie przed sędzią. Nic dziwnego – szczególnie w tamtych czasach, gdy sędzia nie kojarzył się jak dzisiaj z mniej lub bardziej trafnie mianowaną osobą w czarnej todze, a był człowiekiem dostępnym dla każdego, powołanym do doraźnego (a nie w ramach ciągnących się latami procesach) rozstrzygania sporów. Z kolei wdowa – osoba w niewątpliwie pożałowania godnej sytuacji; kobieta tracąc męża traciła całe oparcie, była zdana na łaskę i niełaskę innych. Właściwa osoba, do której mogła się zwrócić właśnie taka wdowa, szukając pomocy – pewnie sprawa dotyczyła jakiejś waśni, może długi, lichwa, tego nie wiemy. 
Ten sędzia nie był dobrym człowiekiem. Był na pewno świadomy swojej władzy – skoro wprost mówi, że Boga się nie boi (gdzie tam Bóg, tutaj ja rozstrzygam!). Był raczej pyszałkiem – skoro otwarcie wskazał, że z ludźmi się nie liczył. Nic dziwnego, że nie chciał jej pomóc – bo i co po ludzku pewnie mógłby z tego mieć? Nic. Wzięła go „na przetrzymanie”, uporem, wytrwałością. Chciał mieć święty spokój, problem z głowy, nie musieć narażać się na jej kolejne wizyty i prośby. W działaniu sędziego nie było współczucia, chęci ulżenia drugiemu człowiekowi w trudnej sytuacji, miłosierdzia – a zwykła kalkulacja i wygodnictwo. Pan Bóg wcale takiego człowieka nie stawia jako wzór – poddaje tylko do przemyślenia: skoro on, człowiek leniwy i zły, dokonał czegoś dobrego, choć bynajmniej z zasługujących na uznanie pobudek – to o ileż bardziej dobry i kochający (a nie załatwiający swoje sprawy, chcący mieć spokój) Bóg będzie dla tych, którzy w Niego wierzą i proszą Go ufnie! Mały i słaby człowiek w swoim egoiźmie czyni coś dobrego – więc o ile więcej celowo, z rozmysłem i miłosierdziem dokona Ten, który jest źródłem wszelkiego dobra! 
I jeszcze jedno. Wielu uważa, że sędzia z tej historyjki to właśnie Bóg – taki i owaki. Nic bardziej mylnego. Człowiek może sobie Boga tak narysować, odmalować – będąc w absolutnym błędzie. Skrajamy sobie Boga na własną miarę, nieświadomie przenosząc na takiego boga (celowo z małej litery) wszystko, co w nas negatywne i czego nienawidzimy u ludzi władzy: pycha, arogacja, wygodnictwo, lenistwo, pogarda dla wszystkich naokoło. Albo ludzie twierdzą, że tak właśnie działa Bóg – a właściwie nie działa, kiedy nie reaguje jak złota rybka: mówisz, masz. Jest zły, bo nie spełnił mojej zachcianki! Jak On mógł! 
Bóg w tym niedzielnym tekście wzywa nas do przyjęcia postawy takiej właśnie wdowy. Tak, upartej, wytrwałej, nie ustającej – ale równocześnie pełnej ufnej wiary i nadziei, że Ten, do którego się zwraca – Bóg w Trójcy Świętej jedyny – wysłucha ui zaradzi jej troskom nie z wygodnictwa i żeby mieć ją z głowy, ale z miłości, która się nie kończy, ani wobec tego człowieka ani żadnego innego. Czy Bóg nie weźmie w obronę swoich wybranych? Weźmie – tylko ci wybrani, czyli każdy z nas, musi sobie to wybranie uświadomić, zaakceptować je i odpowiedzieć na nie. Bóg po prostu wzywa tutaj do wytrwałości – ale nie tylko w modlitwie, ale także w trwaniu przy wyborze Jego jako Tego, który prowadzi. 

Błogosławione upór i konsekwencja – być jak wdowa, a Boga nie uważać tylko za sędziego

Jezus odpowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. I Pan dodał: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? (Łk 18,1-8)
Czy Bóg jest taki, jak opisany tutaj w obrazku powyżej sędzia? Mam nadzieję i wierzę głęboko – że nie. Bo w takim układzie – nie miało by sensu wiele innych sytuacji również w ewangeliach ujętych, choćby obrazek o miłosiernym samarytaninie, o synu marnotrawnym i przede wszystkim jego ojcu, i wiele innych na pewno też. To może być obraz, który odpowiada wizerunkowi Boga starotestamentalnego – który postrzegany był jako srogi, karcący, wręcz oczekujący krwawych ofiar. Ale wiemy przecież, że Nowy Testament prostuje to mylne wrażenie i wskazuje prawdziwy obraz Boga – kochającego, troszczącego się o człowieka nawet gdy ten człowiek sam tej troski nie chce, zawsze gotowego przyjść z pomocą, wskazać drogę. 
Nie, Bóg taki jak ten sędzia na pewno nie jest. To znaczy – w oczach niektórych z pewnością jest. Dlaczego? Bo to wygodne. Idealna odpowiedź – Boże, ja Ciebie tyle prosiłem o coś, a Ty nic, więc jesteś jak ten sędzia. I wszystko jasne. Tak? Czy to, że ktoś o coś prosi – oznacza po pierwsze, że powinno mu się dać to, o co prosi, a po drugie – że brak odpowiedzi, niespełnienie tej prośby to automatycznie brak dobrej woli, obojętność? Spójrz na swoje życie – czy zawsze, gdy np. twoje dziecko o coś poprosi, dasz mu to, czego pragnie? Nie. Bo czasami – wiedzą, doświadczeniem, miłością, troską – wiesz, że nie jest mu to potrzebne, albo wręcz, że jest to dla niego szkodliwe i złe. Nawet, gdy latorośl wpada wówczas w rozpacz, wierzga, kopie, płacze – wiesz, że masz rację, i twoim największym sukcesem będzie, gdy za jakiś czas owa latorośl to zrozumie – czy to mówiąc ci to wprost, czy to gdy zobaczysz, jak za x lat latorośl wychowywać będzie swoje dzieci. 
Poza tym – wypada być konsekwentnym, prawda? Z jednej strony omijam kościoły szerokim łukiem, na Msze nie chodzę, do spowiedzi nie przystępuję, sakramenty – kiedyś kazali przyjąć, to przyjąłem, ale nic poza tym; modlić się nie modlę – bo to staroświeckie, itp. Czyli Boga mam w głębokim poważaniu. A z drugiej strony – jak trwoga, to do Boga? O. Grzegorz Kramer SI na swoim blogu pięknie to nazwał – Bóg zawsze wybiera człowieka, ale człowiek musi najpierw na to wybranie się zgodzić, przyjąć je. Dopiero wtedy Bóg może zacząć działać – gdy człowiek Mu na to pozwoli. Bóg nie zadziała wbrew człowiekowi – nie raz już o tym pisałem, kocha nas tak bardzo, że dał nam wolną wolę, wolę pozwalającą także Jego samego zanegować i olać. Żadnych ograniczeń – ja sam decyduję. 
Zawsze, jak czytam sobie niedzielną liturgię słowa, to próbuję znaleźć w niej wspólny mianownik – coś, co spaja te teksty, jest wspólnym odniesieniem. I tym razem wyszło mi, że tym czymś jest wytrwałość. 
Wytrwałość, dzięki której Naród Wybrany odniósł zwycięstwo nad Amalekitami (Wj 17,8-13) – bo Mojżesz trzymał w błagalnym geście ręce w górze – dopóki mógł, sam, a gdy nie mógł, to z pomocą Aarona i Chura. Na marginesie tego, co każdy widzi – że modlitwa w ogóle jest dzisiaj wyśmiewana – to niewiele osób wierzy w modlitwę wstawienniczą. Przepraszam – wierzymy, choć gdy spojrzeć na zestawienie np. tygodniowych intencji mszalnych w pierwszym z brzegu kościele, to lwia ich część dotyczy… zmarłych. Modlitwa wstawiennicza, czy zabobonny strach, żeby nas nie nawiedzali? Nie wiem. Jest pewna pozytywna tendencja – coraz częściej zamawianie mszy z okazji rocznic ślubu, urodzin czy imienin dzieci, więc jest nadzieja, że modlitwa wstawiennicza znowu zostanie jakby na nowo odkryta jako piękna forma szturmowania Boga nie tylko w swoich intencjach, ale tych, którzy są naokoło. Październik to miesiąc, w którym Kościół szturmuje uwagę Boga szczególnie modlitwą różańcową – może warto spróbować sięgnąć po różaniec?
Wytrwałość, o której w II czytaniu (2 Tm 3,14-4,2) mówił Paweł – nawet zaczyna je od słowa trwaj – w odniesieniu do tego, w co wierzę, co przyjąłem, i co musi mieć odzwierciedlenie, być punktem odniesienia dla mojej postawy, podejmowanych w życiu decyzji, wyrażanych poglądów. Inaczej jestem po prostu fałszywy. Skoro wierzysz w to, co w Biblii – to stosuj się do tego. Inaczej nie ma to sensu. Jak? Głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, w razie potrzeby wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz
I wreszcie – wytrwałość ewangelicznej wdowy. Tak, była niemiłosiernie wytrwała – z punktu widzenia tego sędziego, pewnie bardziej natrętna, żeby nie nazwać  tego dosadniej. Ale była. I ta wytrwałość doprowadziła ją do celu. To, że pobudki sędziego do wsparcia wdowy były, powiedzmy, mało chlubne i o podjęciu działania nie zdecydowało w żadnej mierze położenie wdowy – to kwestie drugorzędne. Wdowa osiągnęła cel. Wdowa w tamtych czasach była pod każdym względem pozbawiona opieki, troski, zabezpieczenia materialnego – bezbronna. To wszystko zapewniał kobiecie mąż – gdy jego zabrakło, jej sytuacja nie była godna pozazdroszczenia. Dlatego wdowa szukała pomocy w obronie przed wrogami. 

Nam się może wydawać, że mamy wszystko, jesteśmy na szczycie świata – kariera, kasa, dostatek, blichtr, towarzystwo – ale tak naprawdę w pewnych sprawach byliśmy, jesteśmy i przed Bogiem będziemy bezbronni. Nic tego nie zmieni. Nie można tego zmienić – i Bóg nie oczekuje nic więcej ponad to, aby tej bezbronności nie ukrywać, nie zasłaniać się nadmuchanym pancerzem swojego ego, swoich – mniej lub bardziej ulotnych – bogactw i ziemskich sukcesów. Kiedyś to wszystko się skończy – i pozostaniemy tacy, jacy naprawdę jesteśmy. Bezbronni. Szukanie u Boga pomocy w tej bezbronności nie jest niczym złym – jest naturalnym zachowaniem. Choć tak wielu się tego wypiera, broni się przed tym i od tego ucieka. 

Na końcu Ewangelii padają dwa ciekawe pytania. Pierwsze – a Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych? Wybranych – czyli tych, których wybrał. Wybranych – czyli tych, którzy Jego wybór przyjęli, otworzyli nań swoje serce. Dopiero wtedy wybranie jest dokonane – jak pisałem ciut wyżej, Bóg nie zadziała wbrew woli człowieka. Bóg weźmie w obronę – o ile ty tego będziesz chciał, zapragniesz tego. Drugie – czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? Modlitwa jest bez sensu, gdy człowiek nie wierzy – w Boga, w sens tej modlitwy. I to nie tylko tu i teraz – ale przy końcu czasów, w Dniu Sądu, gdy przyjdzie Syn Człowieczy. Co do tego pytania ostatniego – ciekawą rzec sugeruje Jan Turnau: mianowicie, że to ostatnie pytanie… dotyczy kolejnej części 18 rozdziału Ewangelii Łukasza, czyli tekstu o postawie na modlitwie faryzeusza i celnika. Może?

>>>

Na kanwie zapędów co poniektórych odnośnie powoływania Jezusa na formalnego Króla Polski – dowcip polityczno-prawny: Chrystus nie może być królem Polski, bo został kiedyś skazany prawomocnym wyrokiem sądowym.

>>>

Piękny tekst na temat Bractwa Więziennego – wolontariuszy, którzy pracują na rzecz osadzonych i ich rodzin. Szacuje się, że docierają do co trzeciego przebywającego w więzieniu! Piękna inicjatywa – warto poczytać o tym, jak ludzie pomagają innym, którzy przez społeczeństwo bardzo często są już skreśleni – czy to z powodu tego, czego się dopuścili, czy np. z uwagi na to, że skazani na dożywocie i tak, teoretycznie, do społeczeństwa tego nie wrócą już. 

>>>

Nie krzywdź, a nie będziesz krzywdzony – ciekawa inicjatywa społeczna, z założenia mająca na celu zapobieganie krzywdzeniu osób starszych. I co na to ludzie, którzy Jezusa z Jego naukami odstawiają do lamusa, bo to takie nieżyciowe? A kto – dużo wcześniej – mówił o konieczności miłości bezwarunkowej, uczciwości, uczył o tym, że odmierzą nam taką miarą, jak my mierzymy?

>>>

Genialny wręcz artykuł o śp. x Józefie Tischnerze, z lipcowego numeru Więzi. O tym, co było sednem myśli Tischnera, dlaczego był – jaki był, co w ten sposób chciał pokazać, dlaczego w tym wszystkim wytrwał, nie interesowały go rektorskie togi czy biskupie fiolety. Warto przeczytać.
Tak – jak dotąd, w zestawieniu z miesięcznikiem W drodze, Więź wypada jednak lepiej. Muszę porównać jeszcze ze Znakiem
Prasówek nie było dawno – cóż, nie kupuję ostatnio GN już drugi tydzień, bo nie mam czasu go czytać…  
>>>
Wiara.pl donosi (tutaj i tutaj), iż na dniach – być może już w środę? – Benedykt XVI kreuje nowych kardynałów Kościoła. Spodziewam się nominacji dla abp. Kazimierza Nycza i mam równocześnie nadzieję, że nie będziemy świadkami nominacji abp. prymasa. Czekam z niecierpliwością 🙂 

>>>

W sobotę była 32. rocznica wyboru na Stolicę Piotrową kard. Karola Wojtyły, naszego Jana Pawła II. I co? I nic. W większych ogólnopolskich serwisach znalazłem tylko 1 wzmiankę, na Onecie bodajże, odnośnie oczywiście nie papieża jako takiego, jego dzieła – tylko rozdmuchany artykulik odnośnie przyczyn spowalniających beatyfikację sługi Bożego, z bardzo akcentowanym wytłuszczaniem tego, co to niby papież z Polski źle robił, przymykał oko itp… 
Przykro się to czyta. Być może błędem Jana Pawła II było zaufanie wobec ludzi. Ale to chyba dobrze o nim świadczy. Wierzył tym, których wybrał do współpracy – a prawda jest taka, że nie raz i nie dwa razy oni to wykorzystywali, czego efekty były opłakane (vide – polska afera z abp. Paetzem, którą skrupulatnie i na szczęście bezskutecznie próbował zamieść pod dywan ówczesny nuncjusz, a obecny prymas).
>>>

Tak w kontekście I czytania – Mojżesza z uniesionymi rękami – może właśnie dlatego tak uwielbiam tę figurę Jezusa, górującą nad Rio de Janeiro?

TO NIE INTERES

I nauczając dalej mówił: Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok. Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie. (Mk 12,38-44)

Jeśli ktoś powie – Kościół innych napomina, a sam ma dużo za uszami, księża czytają na mszach tylko to, co dla nich wygodne – to powyższy tekst jest zaprzeczeniem. Tak, pada nazwa faryzeuszy – a czy tak trudno zastosować analogię do współczesnych kapłanów? Bo to dla nich przestroga. 
Powołanie samo w sobie nie jest jakimś ubóstwieniem. Człowiek przez to, że Duch Boży spoczywa na nim w momencie włożenia rąk przez biskupa, przez co staje się szafarzem sakramentów, nie staje się przysłowiową świętą krową, której wszyscy winni się kłaniać, zachwycać nad wszystkim co powie (bez względu na jaki temat) i najlepiej spełniać wszelkie, przede wszystkim materialne, zachcianki zanim jeszcze o nich pomyśli. A niestety, obserwując co poniektórych duchownych – mam tu na myśli o. Tadeusza Rydzyka CSsR (któremu cześć za upór, z jakim stworzył Radio Maryja w tego radia założeniach – które są jak najbardziej pozytywne i godne pochwały, bo problemy z tym radiem związane dotyczą kwestii dalszych, drugorzędnych) czy x Henryka Jankowskiego (którego zasług z okresu komunizmu w kwestii wspierania członków Solidarności nie zamierzam kwestionować) – można odnieść wrażenie, że oni na swoim kapłaństwie zrobili dobry interes. 
Ktoś może poczuć się zgorszony tym porównaniem? Cóż, taki jestem, że piszę wprost. Katolickie ogólnopolskie radio to duży sukces Kościoła i dzieło potrzebne – ale czy potrzebne i w ogóle dopuszczalne były sytuacje, gdy na jego falach dochodziło do wypowiedzi wprost antysemickich, nawołujących do jakiś rewolucji, gdy żonę prezydenta kraju (bez względu na upodobania polityczne) nazywano czarownicą, albo gdy autorytetem Kościoła podpierano kampanię wyborczą na rzecz konkretnej opcji politycznej? I może to duże uproszczenie – ale śmiem twierdzić, że problemy z RM zakończyłyby się, gdyby na jego czele stanął ktoś inny. A prałat Jankowski – cóż, w trudnych czasach wiele robił dla stoczniowców, Solidarności, pomagał, dużo organizował – i chwała za to. Ale paradowanie w strojach kościelnych, do których nie ma żadnego prawa (mantolet – po SW II prałaci papiescy nie mają do nich prawa; biała sutanna – dopuszczalna tylko w konkretnych sytuacjach, związanych z klimatem miejsca – a nie widzimisię księdza), obwieszanie się medalami, zakładanie dziwnych fundacji, które tak dokładnie nie wiadomo co robią (poza produkcją wina imieniem założyciela fundacji), i kilka pomniejszych skandali? 
I na tym cierpi Kościół. Ludzie to widzą – a często sami nie mogą sobie pozwolić na wiele, żyją w długach, na kredytach ledwo co spłacanych, albo po prostu z ciężkiej pracy cieszą się jako takim poziomem życia.  I z serca, z prawdziwej wiary łożą na Kościół – czy to po prostu na tacę, czy to na kolędę księdzu w kopertę dadzą czasem i sporą sumę (gdy pomnożyć to razy ilość odwiedzin danego dnia), czy wreszcie wspierają różne okolicznościowe zbiórki datków pod patronatem Kościoła. Zgadza się – sam jestem zwolennikiem tego, aby każdy kapłan miał środki na własne cztery kółka – bo mobilny może szybciej dotrzeć do chorego albo umierającego, chociażby. Ale po co komu maybachy czy najnowsze modele mercedesów? Obstawa? Trudno w takiej sytuacji oprzeć się wrażeniu – skąd on to ma? Czy nie jest tak, że o jednym się trąbi, aby wspierać to czy inne zbożne dzieło, po czym pieniądze te nie do końca idą na to, o czym była mowa? 
Na szczęście – są jeszcze między nami takie wdowy, jak ta z ewangelicznego obrazka. Ludzie, którym wystarczy wiary, aby być ponad to. Może i widzą – a, ten ksiądz coś często (i zwykle akurat po kolejnej większej zbiórce na jakiś cel) zmienia samochody, telefony to conajmniej 2 wypasione ma, gadżeciarz… Ale potrafią widzieć ponad nim – takim duchownym – Kościół z jego potrzebami, który chcą wesprzeć. I te wdowy nie zawsze muszą być ubogie. Oczywiście – ich postawa jest tym bardziej heroiczna, gdy sytuacja materialna szczególne trudno, a mimo to w swoim niedostatku chcą się dzielić i ofiarować coś więcej niż modlitewne wsparcie Kościołowi. Ale bardzo często są to ludzie zwykli, po prostu odpowiedzialni. Wierzę, uważam się za katolika, Kościół jest moją matką i mam obowiązek wspierać Go także finansowo. I robię to. 
Jestem antyklerykałem? W pewnym, zdrowym bardzo, sensie – tak, na pewno. I uważam, że każdy powinien być. Bo wystarczająco mamy przykładów duchownych żyjących jak pączki w maśle – za pieniądze ludzi, którzy niekiedy naprawdę sobie i swoim bliskim czegoś odmawiają, żeby wesprzeć dzieło Boże… które okazuje się, de facto, być kolejną fanaberią księdza, pod pretekstem jakieś zbiórki. Sami księża powinni być na tyle antyklerykałami, aby potrafić nazwać wprost sytuacje złe i patologie przede wszystkim w ich własnych środowiskach – czego, jak widać, często brakuje. 
I tu nie chodzi o pieniądze, nie tylko. Tu chodzi o ludzką wiarę, które w przypadku ludzi tacy księża swoją postawą narażają na zachwianie i upadek. Tu chodzi o zaufanie ludzi do Kościoła, w którym cały czas – mimo ciągle, niestety, rosnącej ilości skandali z udziałem duchownych na różnym tle – ci ludzie widzą, Bogu dzięki, Jego wspólnotę, wspólnotę ludzi Jemu wiernych, którzy z Nim chcą iść przez życie. To wszystko zostaniem im podsumowane. Ciekawe, jaką wtedy będą mieli minę, i czy nagle nie przypomną sobie z przerażeniem słów, które całe życie mówili z ambony, a co do których czegoś im zabrakło, aby wcielić we własne życie. 
Dziękuję Bogu dzisiaj za tych, którzy tak potrafią postąpić – budować materialnie i wspierać Kościół pomimo tego, co niejednokrotnie widzą, ale chcą patrzeć dalej, i widzieć szerszy kontekst. Nie zatrzymać się na słabym człowieku – nawet w koloratce, czy różowej sutannie – i dojrzeć Kościół żyjący, z jego potrzebami, ciągle nowymi i rozwijającymi się dziełami, ludźmi czekającymi na Dobrą Nowinę. Za ludzi, którzy w imię wiary potrafią sobie czegoś odmówić – aby Bóg mógł dzięki tym środkom działać przez Kościół na rzecz kogoś, kto tych – czasami nawet niewielkich kwot, tego wdowiego grosza – bardziej potrzebuje. A takich ludzi jest wiele. Pamiętaj o tym, zanim obruszysz się, że Kościół znowu chce pieniędzy.   
>>>
Śliczny tekst – czy dla nowożeńców, czy dla małżonków na rocznicę – x Rafał Sorkowicz TChr.
>>>
Prześwietny tekst o. Grzegorza Kramera SI jeszcze o Bożym Ciele (u mnie – poprzedni wpis). 
O czym? O tym, że chrześcijanin z natury musi być skandalistą, szaleńcem jakby, skoro wierzy w to, że wszechmocny Bóg staje się człowiekiem, umiera za niewdzięcznych ludzi, i zostaje między nimi pod postaciami chleba i wina, które stają się w liturgii Jego Ciałem i Krwią. Mocno polecam. 
>>>
Cztery dni wolnego… Człowiek się odzwyczaja. Wczoraj poszaleliśmy po lumpeksach, zrobiliśmy kilka fajnych zakupów za śmieszne pieniądze, zakupy normalne sobotnie do domu, potem na basenie się wyżyłem się nad sobą, a po południu pojechaliśmy do rodziców, żeby wieczorem zlądować u znajomych na ognisku. 
A dzisiaj – odpoczywamy obecnie po kilkugodzinnym byczeniu się na słonecznej plaży, po której starczyło mi jeszcze sił na umycie podłogi w mieszkaniu i napastowanie jej. Przyjemny czas 🙂