Uzdrawianie i otwieranie

Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się! Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. Jezus przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I pełni zdumienia mówili: Dobrze uczynił wszystko. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę. (Mk 7,31-37)

Ciągle wędrował. Bo jak miał wysiedzieć w miejscu? Widział, ile może uczynić, wiedział ilu ludzi czekało na Jego obecność, dotknięcie, słowo, uzdrowienie. Tak było i tym razem. Tym razem – głuchoniemy. Co ciekawe, tutaj wyraźnie opis sugeruje, że kaleka posiadał wsparcie większej ilości osób – skoro „przyprowadzili go”, liczba mnoga. A może szukali sensacji, chcieli zobaczyć coś spektakularnego? Życie wskazuje to drugie, wiara w ludzi każe wierzyć w to pierwsze. 
Nie zrobił tego publicznie. Odszedł z kaleką na bok. Fizyczny gest – dotknięcie narządów, które nie były sprawne i powodowały cierpienie, niepełnosprawność tamtego. Rozumiał jego cierpienie – jak trudne musiało być porozumiewanie się, kiedy człowiek i nie słyszał, i nie mówił. Pozostawał język migowy, niewielu znało pismo. Prosty gest – westchnięcie Syna do Ojca, skierowanie oczu ku Miejscu, gdzie Ojciec się znajduje. Żadne wyszukane gesty, magiczne tańce, nic widowiskowego. 
Effatha. Otwórz się. Bez zaklęć, gestów, wydziwiania. Mówi jak Ten, który ma władzę. Prosi o łaskę Boga Ojca, z którym przecież jest współistotny. Moc jest w Nim i tą mocą działa. Chore ciało jest Mu posłuszne, dzieje się to, co Bóg Człowiek rozkazuje. Dokonuje się uzdrowienie. Nic też dziwnego, że człowiek się cieszy i rozpowiada o tym, czego doświadczył. Bo Jezus dobrze uczynił, uczynił dobro. 
Tamten kaleka doświadczył cudu, bo go pragnął. A my? Jak wielu nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że – takiego czy innego – cudu potrzebuje. Jak wielu zamiast cudu poszukuje jakiegoś tandetnego substytutu, zamiennika, zagłuszacza prawdziwych pragnień i potrzeb. Jesteśmy nieszczęśliwi? Bo się zamykamy w swoich skorupkach, w swoich maskach, i szukamy nie tam gdzie trzeba. Co poradzić? Otwórz się. Bez tego nawet On nie zadziała. wbrew tobie. 
>>>
Mija rok od odejścia abp. Józefa Życińskiego. 
Poza wdzięczną modlitwą w jego intencji, krótkie słowa wspomnienia z dni po jego śmierci:
Był człowiekiem wiary ewangelicznej i odwagi rzadko spotykanej; był człowiekiem najwyższej klasy intelektualnej i prawości niepospolitej. Był pokorny wobec wartości chrześcijańskich i niepokorny wobec możnych tego świata.(…) Był mądrym kapłanem i wspaniałym obywatelem Rzeczypospolitej rogatych dusz. Nadto był człowiekiem miłosierdzia i dialogu z inaczej myślącymi. Takim (…) będziemy Go zawsze pamiętali.

Niewidzialne światło

Skończyłem właśnie czytać, pierwszą od dłuższego czasu, religijną książkę – wywiad-rzekę Jarosława Gowina i Doroty Zańko z śp. abp. Józefem Życińskim pt. „Niewidzialne światło” (co ciekawe, wg informacji wydawcy, książka niedostępna). Dziwi, ponieważ na okładce jest data wydania 2011, jednakże z treści wynika jednoznacznie, że rozmowy prowadzone były dużo wcześniej, za pontyfikatu jeszcze (dzisiaj już błogosławionego) Jana Pawła II. Można się doliczyć – pewnie 2003 rok. Książka momentami dłużąca się – cóż, w końcu rozmówcy to filozofowie – ale w której znalazłem kilka, fakt – długich – ale naprawdę ciekawych myśli, którymi niniejszym się podzielę.
W Kościele zawsze były różnice. Jedni w Bogu widzieli Boga grozy, a w religii mysterium tremendum, drudzy szukali Boga miłości, a religia była dla nich mysterium fascinosum. Dopóki są to podejścia komplementarne, takich różnice nie trzeba się obawiać. Natomiast kiedy jakaś grupa zaczyna twierdzić, że jedynymi prawdziwymi katolikami są tropiciele liberałów i masonów, oraz uważa, że ma monopol na katolicyzm i nie musi zważać na głos biskupów, to sytuacja staje się wysoce niepokojąca. (…) W epoce PRL ten świat był względnie uporządkowany, ci, którzy bronili uczciwości i przeciwstawiali się indoktrynacji, przemawiali mniej więcej takim samym językiem. Ale w sytuacji pluralizmu niektórzy gubią swoją tożsamość chrześcijańską i nadrabiają to krzykiem. Zaczynają się domagać, by Kościół „mówił jednym głosem”. Mówienie jednym głosem szczególnie lubią kaprale i przedszkolanki; efektem tego może być albo militaryzacja społeczeństwa, albo jego zdziecinnienie. Natomiast w Kościele zawsze była wielość. To ona stanowiła bogactwo, dzięki któremu mógł się rozwijać: byłą duchowość dominikańska, karmelitańska czy franciszkańska, były odmienne tradycje uniwersyteckie, byli św. Tomasz i św. Bonawentura oraz ich odmienne drogi filozoficzne. Ci, którzy bezmyślnie chcą niszczyć to bogactwo Kościoła, sugerując przyjęcie jedynego słusznego modelu chrześcijaństwa, ulegają raczej ideologicznym wpływom PRLu, tak różnym od Ewangelii.
Czy w kategoriach pragmatycznych Chrystus Pan miał wielkie osiągnięcia? Swoich współczesnych nie nawrócił. Podzielili się na zwalczające Go partie. W Wielki Piątek nie było ich na Golgocie, zgromadzili się tam ci, którzy chcieli sobie pokpić albo pogapić się. 
Na początku fascynował mnie Chrystus z Taboru – Chrystus wielkich uniesień, których świadectwa odnajdywałem w tekstach mistyków, Chrystus z Kazania na górze. Natomiast gdybym mia teraz wybrać jakąś scenę, w której postawa Chrystusa przemawia do mnie najmocniej, to była by to scena Ogrójca. Bo kiedy Go pojmano i poprowadzono, wszystko zaczęło się toczyć niezależnie od Niego, bieg wydarzeń został Mu narzucony. Wystarczyło zachować osiągalne minimum spokoju i poddać się logice oprawców. Natomiast Ogrójec z tym straszliwym napięciem, krwawym potem, oczekiwaniem na to, co ma nadejść, był miejsce Jego najważniejszej decyzji: „Niech się spełni wola Twoja, ale jeśli to możliwe, oddal ode mnie ten kielich”. Ten Chrystus z Ogrójca jest mi po latach najbliższy…
Najważniejsze zdanie, do którego powracam zawsze w trudnych doświadczeniach życiowych, pochodzi z Ewangelii Łukasz (4, 30). To zdanie zamykające opis zdarzenia w nazaretańskiej synagodze, gdzie Chrystus powiedział słuchającym Go ludziom, że to On jest zapowiedzianym Mesjaszem, na którym spełniają się słowa Izajasza, a oni wywlekli Go za miasto i chcieli strącić w przepaść. Łukasz komentuje to lakonicznie: „On jednak przeszedłszy pośród nich, oddalił się”. Trzeba umieć „przechodzić pośród” i oddalać się z miejsc, w których rządzi logika agresji. Jeśli możliwa jest konstruktywna rozmowa, należy zostać i podjąć ją. W przeciwnym razie lepiej odejść.

Nie sztuka jest mieć rację, trzeba jeszcze umieć ją mieć. Wokół Chrystusa wielokrotnie rozgrywały się wydarzenia, w których, po ludzku rzecz biorąc, powinien był dowodzić swojej racji. Nie robił tego. 

Pisać na piasku, wiedząc, że słowa zaraz zatrze wiatr, to też naśladowanie Chrystusa. My chcielibyśmy każde nasze słowo wykuć w spiżu i utrwalić dla przyszłych pokoleń. 
Długą tradycję ma u nas model „katolika Zagłoby”, w którego wierze głębokie było jedynie przekonanie, iż „wśród wszystkich nacji naszą sobie szczególnie Pan Bóg umiłował”. Według znanej opinii Lechonia, w modelu tym brak ducha modlitwy szedł w parze z niechlujstwem duchowym, a wiara religijna ponadczasowego Zagłoby „ograniczała się do tego, że ‚lubił zjeść święcone’, węszył (…) wszędzie niewiarę, masonerię, żydostwo, miał wciąż na ustach Boga i Kościół”. Zagłoba w wersji Sienkiewiczowskiej miał przynajmniej poczucie humoru. Iluż my natomiast mamy współczesnych Zagłobów, którzy rezerwują dla siebie funkcje jedynych obrońców wiary i demonstrują agresję wobec reszty świata. 
Jakkolwiek potoczyłyby się losy XXI wieku, jakiekolwiek zaszłyby zmiany cywilizacyjne, nie wolno nam gorszyć się światem ani potępiać go. Uczestnicząc w Chrystusowym dziele zbawczym, mamy przynosić ze sobą powiew innej rzeczywistości, która w tym często nieludzkim świecie będzie jak żywe róże na tle betonowego miasta. Bez Boga róże nie zakwitają. Po to, byśmy mogli prowadzić długie rozmowy, szukać ideałów rozwoju osobowości, pytać, w imię czego należy być uczciwym i jaki jest najgłębszy sens cierpienia, potrzeba nam odniesienia do tego fundamentu, jakim jest Bóg, do tego najbardziej konkretnego przykładu, jaki ukazuje Jezus Chrystus w swoim cierpieniu i zmartwychwstaniu, jawiąc się w mrokach naszego życia jak niewidzialne światło – ukryte, ale obecne i dające nadzieję na ujrzenie rzeczy w ich właściwych wymiarach. 
Kiedy myślę o Hipponie czasów św. Augustyna, o jego oddziaływaniu na północną Afrykę, którą potem zalał islam, stawiam sobie pytanie: w którym momencie katolicy zaniedbali współpracę z łaską Ducha Świętego, tak, że pewne terytoria znalazły się poza wpływem chrześcijaństwa? Takie fakty przypominają nam o naszej odpowiedzialności. Nie można składać wszystkiego na oddziaływanie Ducha Świętego. Nie można akceptować eklezjologii kwietystycznej, która zapomina, że człowiek jest twórczym współpracownikiem Pana Boga w dziele zbawienia. Ale z drugiej strony, jeszcze bardziej przeraża mnie eklezjologia samozwańczych obrońców Kościoła, którzy utwierdzają się nawzajem w przeświadczeniu, że tylko oni są prawdziwymi katolikami, że reszta świata ich nie rozumie, że trzeba wreszcie zrobić porządek w Kościele, usuwając z niego ukrytych wrogów… W ten sposób zawsze pojawiały się sekty. Dzisiaj mentalność ta pobrzmiewa między innymi w Radiu Maryja. 

Na pewno nie wolno zła tolerować, tłumacząc się chęcią uniknięcia zgorszenia czy jakimkolwiek innym szlachetnym celem. Cel nie uświęca środków. Pierwotne chrześcijaństwo potrafiło zdobyć się na poinformowanie potomnych o szokującym fakcie zdrady Judasza. Na kartach ewangelii nie przemilczano zaparcia się Szymona Piotra. Z drugiej strony, nie prowadzono wtedy szczegółowych analiz, w jakich ratach wypłacano Judaszowi srebrniki ani jakie były ukryte motywy słabości u św. Piotra. Mamy tu więc jasne świadectwo prawdy, odwagę w podejmowaniu odpowiedzialności za Kościół, ale również świadomość, że nie da się do końca zwerbalizować tajemnicy zła w jego łonie.

Jeśli już dochodzi do takich [skandale pedofilskie w Kościele] sytuacji w Kościele, reakcja może być tylko jedna. Chrystus wyraził ją słowami” „Prawda was wyzwoli” (J 8, 32). Prawda, która ostatecznie uosobiona jest w Chrystusie, musi być w takich przypadkach wartością podstawową. Jeśli nie reaguje się na zło, jest to formą współuczestniczenia w nim. Natomiast pytanie, jak świadectwo prawdzie łączyć zarówno z roztropnością, jak i z miłością bliźniego, jest przykładem kwadratury koła, której w życiu nie rozwiąże się na poziomie ogólnym. W każdym indywidualnym przypadku trzeba w sposób niepowtarzalny konstruować triadę: prawda – roztropność – miłość.
To tylko kilka, wybranych przeze mnie fragmentów. Wielka wiara autora, podparta także ogromną wiedzą i doświadczeniem wybrzmiewa w bardzo wielu miejscach tej książki. Do której przeczytania zachęcam. 

Walił prawdę prosto w oczy – wspomnień o abp. Życińskim cd.

Wiem, Gazeta Wyborcza to nie najlepsze źródło wiadomości obiektywnych dotyczących problemów wiary, Kościoła – choć z drugiej strony, często przesadnie demonizowana, bo niektórym autorom trudno zarzucić coś poza tym, że do danego zagadnienia po prostu podchodzą rzetelnie, stawiając czasem niewygodne pytania i dotykając kwestii trudnych. Ale gdy wpadła mi w ręce GW weekendowa, znalazłem w niej sporo naprawdę sensownych tekstów – o abp. Życińskim z jednej strony, ale także przybliżono teksty jego.
Dlatego je tutaj podlinkuję (tytuły pochodzą od autorów): 

Dlaczego biskupom nie był w smak? Po pierwsze, bo ma swoje zdanie. Po drugie, zbyt często różni się ono od episkopalnego mainstreamu. Abp Życiński był jednym z tych hierarchów, którzy od razu poparli kard. Dziwisza, gdy ten wygłosił ostre przemówienie o Radiu Maryja, domagając się ustąpienia o. Rydzyka.Zaważyć mogły też nie najlepsze układy z przewodniczącym Episkopatu, który kilka lat temu miał do Życińskiego całkiem poważne pretensje o to, że Rotary Club (wedle typologii abp. Michalika organizacja masońska) pomógł mu wyremontować katedrę.

Mądry i odważny kapłan rogatych dusz – wspomnienie Adama Michnika

Był człowiekiem wiary ewangelicznej i odwagi rzadko spotykanej; był człowiekiem najwyższej klasy intelektualnej i prawości niepospolitej. Był pokorny wobec wartości chrześcijańskich i niepokorny wobec wszystkich możnych tego świata. Dla nas, ludzi „Gazety Wyborczej”, było wielkim zaszczytem, że zechciał przyjąć z naszych rąk – wszak niejednokrotnie Jego polemistów – wyróżnienie Człowieka Roku 2007. Był mądrym kapłanem i wspaniałym obywatelem Rzeczpospolitej rogatych dusz. Nadto był człowiekiem miłosierdzia i dialogu z inaczej myślącymi.
Nie miał w sobie nic z letniości Nic tu nie zacytuję – za to polecam porównanie sobie tego, o czym i jak opisują zmarłego przewodniczący KEP czy Prymas, a jak abp Gocłowski czy x Boniecki MIC. To, o czym, jak i na co zwracając uwagę, mówią – dokładnie tłumaczy, dlaczego i jak w KEP był zmarły, niestety, postrzegany.
Proboszcz z Woodstock – piękny tekst o tym, że nie kierował się stereotypami i szedł wszędzie tam, gdzie jako biskup i człowiek wierzący był zapraszany, nie zważając na konwenanse. Tak, był w tym bardzo podobny do Jana Pawła II, który w kuluarach watykańskich przez lata całe budził zgorszenie z powodu swojej otwartości.
W Kostrzynie nad Odrą stanął przed tysiącami młodych ludzi, którzy przyjechali na Przystanek Woodstock. Duża część kleru i Radia Maryja wmawiała swoim słuchaczom, że Woodstock to współczesna Sodoma i Gomora, Jerzy Owsiak to chciwy manipulator, a uczestnicy festiwalu to bezbożne hordy odurzone narkotykami i otumanione alkoholem.
– Dlaczego tak sądzą? Przecież to nieprawda – pytał arcybiskupa młody chłopak.
– Przyznam, że ja sobie stawiam to samo pytanie – odpowiedział metropolita, wywołując burzę oklasków. Huragan braw zerwał się, gdy arcybiskup stwierdził, że styl chrześcijański reprezentuje Anna Dymna, a nie o. Tadeusz Rydzyk, bo aktorka odwiodła od eutanazji sparaliżowanego Janusza Świtaja, a redemptorysta z Torunia sarkastycznie doradzał eutanazję Marii Kaczyńskiej, żonie prezydenta RP.

Olśnienie jego mądrością

Wydawał mi się jednym z ludzi odpowiedzialnych za Kościół, których się po prostu opatrznościowo ma. Uważam tę stratę za olbrzymią i ciężko mi się pozbierać. Widzę nagle wielką pustkę w miejscu, w którym powinien być człowiek o takiej głębokiej duchowości i takiej mądrości, jaką on miał i takiej odwadze stawiania wszystkich problemów, nazywania ich po imieniu i próbowania odpowiedzi na nie, która jest mądra, spokojna, nieawanturnicza, niesłychanie daleka od polityki, a równocześnie bardzo odważna i mądra. (Józefa Hennelowa)

Walił prawdę prosto w oczy

Polska, nauka i Kościół tracą wielkiego człowieka. Józef Życiński nie mieścił się we współczesnych realiach. Mówiono o nim „liberał”. Tak, był nim, jeśli pod tym słowem rozumieć człowieka otwartego na wszystkich, odważnie wypowiadającego się w kontrowersyjnych kwestiach i zawsze kierującego się swym wielkim, prawdziwym, kapłańskim sercem. Jego śmierć to palec boży, którego nie rozumiemy. Czasem ci, którzy są najbardziej potrzebni odchodzą, żeby swą śmiercią dać znak, tym, którzy wcześniej nie dostrzegali ich znaczenia i wielkości. (bp Tadeusz Pieronek)

To był po prostu dobry człowiek

Strata to dla Kościoła w Polsce niewyobrażalna. Nie tylko dla Kościoła katolickiego – dla wszystkich chrześcijan, dla wszystkich Polaków. Przypominam, że jako bodaj jedyny biskup katolicki w Polsce napisał list pasterski wspólny z arcybiskupem prawosławnym swego Lublina. Wśród biskupów mego Kościoła wyróżniał się błyskotliwa inteligencją, wszechstronną erudycją, otwartością myślowa niebywale szeroką, odwagą cywilna bliską heroizmu.

Garść cytatów – myśli zmarłego

Rozmowa, którą przerwała śmierć – bardzo osobisty tekst dziennikarki Aleksandry Klich, która prowadziła ze zmarłym długie rozmowy, domyślnie pewnie pod kątem książki, wywiadu-rzeki. Tekst długi, ale i bardzo mądry, jakby taki bardzo skrótowy przekrój przez poglądy zmarłego, wynikające z jego wypowiedzi. 
Dziwne to, może. Kilka dni już od jego odejścia minęło. Ani to nie był mój biskup diecezjalny, ani nigdy się z nim nie zetknąłem. A jednak – jego śmierć mnie dotknęła. Czemu? Bo był dobrym człowiekiem. Bo wyróżniał się spośród, niestety moim zdaniem, dość bezkształtnej masy polskiego duchowieństwa (niższego i episkopatu), która albo poglądów w ogóle nie ma na wiele ważnych spraw, albo je ma ale wstydzi się je zaprezentować, powtarzając co najwyżej jakieś mniej lub bardziej niezrozumiałe slogany. Jego poglądy wielu kuły w oczy, były nie w smak – bo nie wahał się mówić tego, co myśli. Zero konwenansów, sporo samokrytycyzmu i wielka otwartość na współczesne problemy. Naprawdę, jeden z niewielu takich. Gdy ten czy inny duchowny, albo i świecki, palnął coś idiotycznego o wierze, Bogu czy Kościele – można było liczyć, że on zawsze się wypowie, wyjaśni i sprostuje, nie pozostawi wątpliwości, co i jak. Czyli zrobi to, co każdy duchowny powinien – a czego notorycznie nie robią, po prostu chowając głowę w piasek, unikając tematów i sytuacji trudnych, nawet wprost wywoływani do tablicy
Wczoraj w liturgii (Mk 8,1-10) usłyszeć można było o cudownym rozmnożeniu chlebów i rybek. Abp. Życińskiego nie ma już między nami, ale pozostaje dziedzictwo nie tylko jego wybitnej myśli, jego publikacje książkowe, ale przede wszystkim to wszystko, czego próbował nauczyć, wyjaśnić, to co prezentował swoją postawą, co miało być przykładem. Jest do czego sięgać. Oby znaleźli się tacy, którzy to wykorzystają.

In Spiritu et Veritate – śp. abp Józef Życiński

Nie planowałem nic pisać dzisiaj. Włączyłem tv, jak zwykle, kiedy ćwiczę wieczorem – dla przyciągnięcia uwagi, żeby nie skupiać się na monotonnych dość ćwiczeniach. I usłyszałem, że kilka godzin wstecz zmarł w Rzymie na wylew krwi do mózgu  abp Józef Życiński. 
Nie będę się silił tutaj na szczegółowe życiorysy – takie można znaleźć na Wikipedii czy stronie diecezji lubelskiej. Święcenia kapłańskie 1972, już 18 lat później, w młodym wieku 42 lat, sakra biskupia i od razu posłany jako ordynator, nie sufragan, do diecezji tarnowskiej. Nie zagrzał tam miejsca na długo – w 1997 rozpoczął posługę metropolity lubelskiego, pełnioną do śmierci. Przeżył go jego poprzednik na tej stolicy biskupiej, abp Bolesław Pylak, dzisiaj prawie 90-letni, a od 1997 emeryt. Nie tylko duszpasterze, ale i wybitny naukowiec, nie tylko na skalę naszego, polskiego podwórka, ani także nie tylko w zakresie nauk związanych z Kościołem (autor ponad 50 książek i ponad 300 artykułów poświęconych problematyce filozoficznej, teologicznej, kulturowej, naukom przyrodniczym). Doktorat w 1976 na ATK w Warszawie, 4 lata później habilitacja, w następnym roku już profesor nadzwyczajny, a od 1988 profesor zwyczajny.
Ktoś może powiedzieć – no tak, ale czym się wyróżniał? Tak, bo wyróżniał się, w naszym katolickim w większości kraju, gdzie biskupów jest bardzo wielu. I to wyróżniał się zdecydowanie pozytywnie, co już, niestety, tak oczywiste nie jest w kontekście tychże biskupów. Przede wszystkim – posiadał doświadczenie duszpasterskie, a także gruntowne wykształcenie i wiedzę z bardzo wielu dziedzin (także w zakresie znajomości języków – znany był z tego, że za granicą, gdy brał udział w konferencjach, prosił tylko, aby dziennikarze, zadając pytania, dodawali, w jakim języku chcieliby uzyskać odpowiedź). Czyli – potrafił się wysłowić, mówił sensownie i na temat, nie gubiąc się w wyświechtanych frazesach czy znanych każdemu ogólnikach, które w byle jakiej kombinacji stworzą mniej lub bardziej rozbudowaną wypowiedź ,pasującą do wszystkich sytuacji. 
Był człowiekiem, który rozumiał, iż Kościół w świecie, gdzie informacje rozchodzą się od jednego jego końca do drugiego w ciągu paru chwil, musi umieć współpracować z mediami i być gotowym do odpowiadania na pytania mediów, wypowiedzi dla mediów – choćby dlatego, że człowiek wierzący żyje i musi rozumieć ten świat, a Kościół przede wszystkim w sytuacjach trudnych, dotyczących Jego samego i wiary, musi mówić głośno i wyraźnie. Dla mnie – jeden z niewielu, poza może abp. Gocłowskim, bp. Pieronkiem i kard. Nyczem postać, na którą nie tylko dziennikarze, bo i my, wierzący, mogli liczyć, że gdy zajdzie potrzeba, zajmą stanowisko i wypowiedzą się jako przedstawiciele Kościoła, zmierzą się z danym problemem. Zatem postawa zupełnie przeciwna w stosunku do większości biskupów polskich, niestety, którzy swoją medialną działalność ograniczają do kąśliwych zazwyczaj, uderzających personalnie, buńczucznych i mało merytorycznych wypowiedzi w mediach pokroju Radia Maryja czy TV Trwam lub Naszego Dziennika (jak to przykład dali w kontekście rozdmuchanej afery wokół listu o. Ludwika Wiśniewskiego OP, nagłośnionej nie tak dawno) – za to uciekających w popłochu, gdy pojawia się sytuacja trudna i media szukają duchownego, który wypowie się, wyjaśni ją w sposób konkretny, a nie tylko pokrzyczy i powymachuje, pogrozi palcem. Sam publikował m.in. w Tygodniku Powszechnym i Gazecie Wyborczej; współpracował także z Radiem eR, regionalno-katolicką rozgłośnią archidiecezji lubelskiej; dawniej współpracował z miesięcznikami „Znak” i „Więź”, a także z „Rzeczpospolitą”, „Niedzielą” oraz Pierwszym Programem Polskiego Radia. Zatem w tym zakresie chlubny wyjątek – i pomimo przeszło 20 lat posługi biskupiej, jak mało zyskał naśladowców między kolegami z Episkopatu… 

Niektórzy, wydaje mi się że przez zazdrość, także duchowni, zarzucali mu angażowanie się w debatę, potyczki i rozgrywki polityczne. Ja jednak uważam, że rozumiał po prostu, iż biskup jako stojący na czele diecezji musi jasno i wyraźnie zabierać głos w debacie publicznej, szczególnie w sytuacji, gdy na palcach jednej ręki policzyć można było biskupów, do których przedstawiciele mediów mogli się zwrócić o komentarz i uzyskać jakąkolwiek sensowną i na poziomie wypowiedź.  
Potrafił, gdy sytuacja tego wymagała, użyć ostrych słów (dopiski w nawiasach – moje):
Gdyby kryteria lustracyjne LPR zostały uwzględnione w Ewangelii, nie byłoby różnicy między zdradą Judasza a zaparciem się Piotra czy nawet drzemką Apostołów w Ogrójcu. (odnośnie sposobu dokonania lustracji)

Kremówki tak, encykliki nie. (odnośnie wybiórczego zachwycania się osobą Jana Pawła II) 

U osób, u których doświadczenie tragedii nie idzie w parze bądź z zaangażowaniem modlitewnym, bądź ze świadectwem kultury solidarności, natychmiast rodzi się potrzeba znalezienia kozła ofiarnego. Teoria spisku jest najprostszym wyjaśnieniem dla niektórych środowisk.(…) Takie reakcje, niezależnie od tego, czy występują w Ameryce, czy u nas, są wyrazem głębokich kompleksów.  (odnośnie nastrojów po tragedii w Smoleńsku) 
Zadaniem kapłana nie jest zatapianie żadnych partii tylko głoszenie Jezusa Chrystusa i ukazywanie ideałów Królestwa Niebieskiego. (odnośnie apelu na antenie Radia Maryja do zatapiania jednej z partii politycznych)
Człowiek o wybitnej inteligencji i bardziej niż szerokich zainteresowaniach. O czym wielu nie wiedziało – prywatnie bardzo zaangażowany w działalność charytatywną, szczególnie pomoc samotnym matkom, które wspierał w znajdywaniu domu, pracy. Oddany swojej pracy, gotowy do posługi i pomocy innym – jak go wspomina u siebie Halina Bortnowska. Teraz mowa jest o tym wprost – od wielu lat sam chorujący mocno, choć nie ujawniono, na co. Dudi podlinkował, ja ukradnę, dwa ciekawe linki, i kilka innych, znalezionych przeze mnie:

Wspominał go na antenie TVN24 jeden z jego doktorantów, x Robert Nęcek, dzisiaj rzecznik kurii krakowskiej, który podkreślił, jak bardzo zmarły akcentował trzy kwestie i założenia, jakie powinno spełniać chrześcijaństwo: 
  1. konieczność współgrania i konsekwencji pomiędzy słowami a czynami – aby nie kończyło się na słowach i deklaracjach, a szły za nimi wyraźne i czytelne uczynki
  2. wymóg kompetencji, zaangażowania i gorliwości, aby chrześcijaństwo nie było powierzchowne i byle jakie
  3. potrzebę angażowania się w działania nie na rzecz zaspokajania potrzeb jednostki, swoich własnych, ale potrzeb dla dobra ogółu

Wiele by tu można było napisać, bo w tych jego 62 latach życia dokonał bardzo wiele, a i życiorys barwny. Nie w tym rzecz, ale w tym, z czym zawsze mamy taki sam problem. W zmierzeniu się z dziedzictwem, jakie zmarły – dzisiaj abp Józef Życiński – nam pozostawia, jako człowiek, jako chrześcijanin, jako kapłan i biskup – tak bardzo normalny i zwyczajny, choć powołany do ważnej roli i obarczony dużą odpowiedzialnością. Jeśli uda się zrealizować dobrze choćby te 3 punkty wymienione wyżej – to będzie wielki sukces.  O ile dzisiaj i w tych dniach pewnie z szacunku dla jego osoby (choć może niekoniecznie?) nie usłyszymy krytyki  pod adresem zmarłego – to pewnie nie zabraknie jej, przede wszystkim w tym mało konstruktywnym wydaniu, później. A może zostanie wreszcie doceniony, jak jego nieco starszy kolega po fachu (ksiądz i też filozof) Józef Tischner? Oby.

Spoczywaj w pokoju.

Na marginesie – oznacza to, iż w bieżącym roku czekają Kościół polski co najmniej 3 nominacje biskupie w zakresie obsadzenia metropolii, bowiem w ten sposób do Częstochowy i Katowic (dotychczasowi metropolici przechodzą na emerytury) doszedł wakat w Lublinie.