Promienie w Bożej tęczy

Dzisiaj – wybór świetnych myśli z książeczki, właściwie wywiadu-rzeki, jaki Artur Sporniak przeprowadził z o. Leonem Knabitem OSB (najsłynniejszym chyba polskim zakonnikiem w ogóle, a na pewno benedyktynem) pt. Tajemnice zakonu.
Książka raczej niewielka, ale… hmm, piękna na swój sposób. Siłą rzeczy pewne w niej poruszane kwestie – skoro mowa o zakonie i jego „zasadach gry” (a raczej może „zasadach gry w zakonie”) – odnoszą się tylko do benedyktynów. Ja jednak odniosłem wrażenie, że bardzo dużo kwestii można i wręcz warto stosować we własnym, żeby nie było: świeckim, życiu.
Poniżej subiektywny wybór najciekawszych myśli:

>>>

Często okazuje się, że dopiero po spróbowaniu zaczynamy się do czegoś przekonywać i czerpać z tego dużo radości i zadowolenia. Zakosztuj Boga, a stanie się w twoim życiu oczywisty! Chodzi o to, by wartości stały się dla mnie zwyczajnością. Tak jak oddech. Wdycham Słowo Boże, czytam dobre książki. Żyję rytmem modlitwy. Pan Bóg staje się codziennością. Co nie znaczy, że wszystkie problemy znikają.

Trzeba odnaleźć się w tej tęczy, którą jest Chrystus, gdyż Chrystus jest jak promień światła, rozszczepiony na miliardy kolorów. Każdy człowiek powinien odnaleźć swoją własną barwę.


Mimo nagości zobaczył w nim człowieka! I tak właśnie należy patrzeć na ciało. Trzeba człowieka przyjmować takim, jakim jest. Ciało jest piękne. To diabeł – małpa – z wszystkiego, co piękne, próbuje zrobić nie wiadomo co.

Mnisi traktują opata jak pana i władcę, a opat traktuje siebie jako sługę. I na tym polega paradoks życia mniszego – gdy tak żyjemy, wtedy wszystko układa się dobrze.

W trudnych sytuacjach człowiek kłóci się z Panem Bogiem. Ale jest też druga strona medalu – siostry to odebrały jako świadectwo pokory i posłuszeństwa. Były bardzo zbudowane. Gdy nakazują ci coś słusznego, to posłuszeństwo nie jest żadnym trudem. Niełatwo jest być posłusznym w rzeczy, która wydaje się nam bezwartościowa.

Początkiem miłości jest bojaźń Boża – przynajmniej się lękaj. To przestroga dla tych, których jeszcze nie stać na miłość. Nie należy tracić wiary w miłosierdzie Boże, ale też jest powiedziane: uważaj, bo twoje postępowanie może doprowadzić cię tam, gdzie na pewno nie chciałbyś trafić.

Najważniejsze wskazówki: wczytuj się w Pismo Święte,m rozmawiaj z Bogiem, wpatruj się w miłującego Ojca. I dopiero na końcu: nie zmuszaj Boga do tego, żeby cię musiał karać.

Gniew jako emocja nie jest zły sam w sobie. Jezus też się gniewał na ludzi, których zbawił. Trująca jest dopiero zaciekłość – taka zatwardziałość w gniewie: poczekaj, ja ci jutro pokażę!

Porównuj się z Panem Bogiem, z którym zawsze przegrasz, bo jesteś od Niego niższy, i zawsze wygrasz, bo wiesz, że jesteś przygarniany i kochany.


Bóg patrzy z miłością. Jestem „pod miłującym okiem Ojca”, który mnie rozumie, powala nawet na grzech, by móc przebaczyć. 


Jezus, jako Syn Boży, nie musiał cierpień, a jednak chciał być z nami do końca. Bóg Stwórca zgodził się na to, by ludzie i aniołowie mieli wolną wolę. Skutek jest taki, że świat jest nieustającym dramatem. Ale nie zostawił na samych sobie. Jezus wszedł w samo centrum i głębię tego ludzkiego dramatu, by go przemienić na chwałę i wieczne szczęście – z miłości. To jest tajemnica wiary, musimy pochylić głowy, bo jej do końca nie zrozumiemy, ale na pewno daje nam ona siły do zmagania się z życiem.

>>>

Książeczka u wydawcy chyba niedostępna, ale tu i ówdzie w internecie widziałem. Ja czytany egzemplarz wynalazłem w bibliotece publicznej 🙂 Może mała praca domowa – dowiedzieć się czegoś o jakiś zakonach, skoro mamy de facto „rok zakonników”? 

O przestawianiu wajchy i nie tylko

Kilka najciekawszych myśli z wywiadu, jaki na łamach numeru 15/2014 TP ze Zbigniewem Nosowskim przeprowadzili Błażej Strzelczyk i Piotr Żyłka:
  • W latach 80. Kościół miał monopol na bycie dobrym. Wówczas pod jego skrzydłami gromadziło się wszystko, co było przeciwko komunie. I nagle nastąpiła radykalna zmiana. To jest to musujące wino – szybka i głęboka zmiana sytuacji społecznej, powodująca, że przyzwyczajenia z PRL do tego „wina” nie pasują. Dla wielu nie było jednak tak oczywiste, że oto przekraczamy pewien próg, za którym jakościowo musi zmienić się społeczna rola Kościoła.
  • Najważniejsze jest pytanie: czy dążymy do tego, by stanowić jakąś grupę nacisku we wnętrzu Kościoła, czy też opisujemy pożądaną tożsamość Kościoła i do niej dążymy.
  • – Skoro Kościół otwarty jest całością, a nie frakcją, to po co używać słowa „otwartość”? Czemu nie mówić po prostu o Kościele Powszechnym? – Żeby uświadomić tym, którzy pojęcie otwartości krytykują, że otwartość jest wartością, że nawoływanie do otwartości nie jest podlizywaniem się światu, tylko obowiązkiem katolika. 
  • Dlaczego ateiści są ateistami? Ostatni sobór mówi, że jest w tym także nasza wina, bo przedstawiliśmy zły obraz Boga. W Polsce jedną z odpowiedzi na to, dlaczego wielu katolików nie podpisuje się pod postulatem otwartości, jest fakt, że to my sami – piewcy otwartości – źle przedstawiamy otwartość. Istnieje forma otwartości, która wyklucza. 
  • Kiedy czujesz się wykluczany przez konserwatystów? Kiedy słyszysz, że de facto jesteś poza wspólnotą. Kiedy ci mówią, że tak naprawdę to zdradziłeś Kościół. Gdy ktoś uważa, że jego opinie są jedyne słuszne. Wiem, że czasem sam ulegam takiemu sposobowi myślenia i dzieje się to na łamach naszych pism, programowo głoszących otwartość. 
  • Błędem wielu publicystów jest zabieranie głosu w sprawach, w których mają wyłącznie poglądy, a nie są kompetentni. 
  • Zdarza się w publicystyce katolickiej wyścig o to, kto ostrzej potępi, ale dla mnie sęk jest nie w tym, żeby ostrzej, tylko trafniej. (…) Ja wolę mądrzej. Wolę nie tylko nazwać problem, ale także zaproponować rozwiązanie. 
  • Aparecida to apel o przestawienie zwrotnicy, o fundamentalną zmianę w patrzeniu na misję Kościoła. Z kierunku jazdy „obsługujemy tych, którzy przychodzą” na kierunek „wychodzimy do tych, których w Kościele nie ma”. Zamiast liczyć tych, którzy przychodzą, musimy zacząć liczyć tych, których nie ma. Przestawianie wajchy nigdy nie jest łatwe, bo trzeba zmieniać wieloletnie przyzwyczajenia, np. kulturowo zakorzeniony model duchownego.

Tak, zdecydowanie, „Krytyczna wierność” Nosowskiego jest bardzo wysoko na liście książek, które muszę kupić i przeczytać – tzn. znaleźć czas i fundusze 🙂 

Niewidzialne światło

Skończyłem właśnie czytać, pierwszą od dłuższego czasu, religijną książkę – wywiad-rzekę Jarosława Gowina i Doroty Zańko z śp. abp. Józefem Życińskim pt. „Niewidzialne światło” (co ciekawe, wg informacji wydawcy, książka niedostępna). Dziwi, ponieważ na okładce jest data wydania 2011, jednakże z treści wynika jednoznacznie, że rozmowy prowadzone były dużo wcześniej, za pontyfikatu jeszcze (dzisiaj już błogosławionego) Jana Pawła II. Można się doliczyć – pewnie 2003 rok. Książka momentami dłużąca się – cóż, w końcu rozmówcy to filozofowie – ale w której znalazłem kilka, fakt – długich – ale naprawdę ciekawych myśli, którymi niniejszym się podzielę.
W Kościele zawsze były różnice. Jedni w Bogu widzieli Boga grozy, a w religii mysterium tremendum, drudzy szukali Boga miłości, a religia była dla nich mysterium fascinosum. Dopóki są to podejścia komplementarne, takich różnice nie trzeba się obawiać. Natomiast kiedy jakaś grupa zaczyna twierdzić, że jedynymi prawdziwymi katolikami są tropiciele liberałów i masonów, oraz uważa, że ma monopol na katolicyzm i nie musi zważać na głos biskupów, to sytuacja staje się wysoce niepokojąca. (…) W epoce PRL ten świat był względnie uporządkowany, ci, którzy bronili uczciwości i przeciwstawiali się indoktrynacji, przemawiali mniej więcej takim samym językiem. Ale w sytuacji pluralizmu niektórzy gubią swoją tożsamość chrześcijańską i nadrabiają to krzykiem. Zaczynają się domagać, by Kościół „mówił jednym głosem”. Mówienie jednym głosem szczególnie lubią kaprale i przedszkolanki; efektem tego może być albo militaryzacja społeczeństwa, albo jego zdziecinnienie. Natomiast w Kościele zawsze była wielość. To ona stanowiła bogactwo, dzięki któremu mógł się rozwijać: byłą duchowość dominikańska, karmelitańska czy franciszkańska, były odmienne tradycje uniwersyteckie, byli św. Tomasz i św. Bonawentura oraz ich odmienne drogi filozoficzne. Ci, którzy bezmyślnie chcą niszczyć to bogactwo Kościoła, sugerując przyjęcie jedynego słusznego modelu chrześcijaństwa, ulegają raczej ideologicznym wpływom PRLu, tak różnym od Ewangelii.
Czy w kategoriach pragmatycznych Chrystus Pan miał wielkie osiągnięcia? Swoich współczesnych nie nawrócił. Podzielili się na zwalczające Go partie. W Wielki Piątek nie było ich na Golgocie, zgromadzili się tam ci, którzy chcieli sobie pokpić albo pogapić się. 
Na początku fascynował mnie Chrystus z Taboru – Chrystus wielkich uniesień, których świadectwa odnajdywałem w tekstach mistyków, Chrystus z Kazania na górze. Natomiast gdybym mia teraz wybrać jakąś scenę, w której postawa Chrystusa przemawia do mnie najmocniej, to była by to scena Ogrójca. Bo kiedy Go pojmano i poprowadzono, wszystko zaczęło się toczyć niezależnie od Niego, bieg wydarzeń został Mu narzucony. Wystarczyło zachować osiągalne minimum spokoju i poddać się logice oprawców. Natomiast Ogrójec z tym straszliwym napięciem, krwawym potem, oczekiwaniem na to, co ma nadejść, był miejsce Jego najważniejszej decyzji: „Niech się spełni wola Twoja, ale jeśli to możliwe, oddal ode mnie ten kielich”. Ten Chrystus z Ogrójca jest mi po latach najbliższy…
Najważniejsze zdanie, do którego powracam zawsze w trudnych doświadczeniach życiowych, pochodzi z Ewangelii Łukasz (4, 30). To zdanie zamykające opis zdarzenia w nazaretańskiej synagodze, gdzie Chrystus powiedział słuchającym Go ludziom, że to On jest zapowiedzianym Mesjaszem, na którym spełniają się słowa Izajasza, a oni wywlekli Go za miasto i chcieli strącić w przepaść. Łukasz komentuje to lakonicznie: „On jednak przeszedłszy pośród nich, oddalił się”. Trzeba umieć „przechodzić pośród” i oddalać się z miejsc, w których rządzi logika agresji. Jeśli możliwa jest konstruktywna rozmowa, należy zostać i podjąć ją. W przeciwnym razie lepiej odejść.

Nie sztuka jest mieć rację, trzeba jeszcze umieć ją mieć. Wokół Chrystusa wielokrotnie rozgrywały się wydarzenia, w których, po ludzku rzecz biorąc, powinien był dowodzić swojej racji. Nie robił tego. 

Pisać na piasku, wiedząc, że słowa zaraz zatrze wiatr, to też naśladowanie Chrystusa. My chcielibyśmy każde nasze słowo wykuć w spiżu i utrwalić dla przyszłych pokoleń. 
Długą tradycję ma u nas model „katolika Zagłoby”, w którego wierze głębokie było jedynie przekonanie, iż „wśród wszystkich nacji naszą sobie szczególnie Pan Bóg umiłował”. Według znanej opinii Lechonia, w modelu tym brak ducha modlitwy szedł w parze z niechlujstwem duchowym, a wiara religijna ponadczasowego Zagłoby „ograniczała się do tego, że ‚lubił zjeść święcone’, węszył (…) wszędzie niewiarę, masonerię, żydostwo, miał wciąż na ustach Boga i Kościół”. Zagłoba w wersji Sienkiewiczowskiej miał przynajmniej poczucie humoru. Iluż my natomiast mamy współczesnych Zagłobów, którzy rezerwują dla siebie funkcje jedynych obrońców wiary i demonstrują agresję wobec reszty świata. 
Jakkolwiek potoczyłyby się losy XXI wieku, jakiekolwiek zaszłyby zmiany cywilizacyjne, nie wolno nam gorszyć się światem ani potępiać go. Uczestnicząc w Chrystusowym dziele zbawczym, mamy przynosić ze sobą powiew innej rzeczywistości, która w tym często nieludzkim świecie będzie jak żywe róże na tle betonowego miasta. Bez Boga róże nie zakwitają. Po to, byśmy mogli prowadzić długie rozmowy, szukać ideałów rozwoju osobowości, pytać, w imię czego należy być uczciwym i jaki jest najgłębszy sens cierpienia, potrzeba nam odniesienia do tego fundamentu, jakim jest Bóg, do tego najbardziej konkretnego przykładu, jaki ukazuje Jezus Chrystus w swoim cierpieniu i zmartwychwstaniu, jawiąc się w mrokach naszego życia jak niewidzialne światło – ukryte, ale obecne i dające nadzieję na ujrzenie rzeczy w ich właściwych wymiarach. 
Kiedy myślę o Hipponie czasów św. Augustyna, o jego oddziaływaniu na północną Afrykę, którą potem zalał islam, stawiam sobie pytanie: w którym momencie katolicy zaniedbali współpracę z łaską Ducha Świętego, tak, że pewne terytoria znalazły się poza wpływem chrześcijaństwa? Takie fakty przypominają nam o naszej odpowiedzialności. Nie można składać wszystkiego na oddziaływanie Ducha Świętego. Nie można akceptować eklezjologii kwietystycznej, która zapomina, że człowiek jest twórczym współpracownikiem Pana Boga w dziele zbawienia. Ale z drugiej strony, jeszcze bardziej przeraża mnie eklezjologia samozwańczych obrońców Kościoła, którzy utwierdzają się nawzajem w przeświadczeniu, że tylko oni są prawdziwymi katolikami, że reszta świata ich nie rozumie, że trzeba wreszcie zrobić porządek w Kościele, usuwając z niego ukrytych wrogów… W ten sposób zawsze pojawiały się sekty. Dzisiaj mentalność ta pobrzmiewa między innymi w Radiu Maryja. 

Na pewno nie wolno zła tolerować, tłumacząc się chęcią uniknięcia zgorszenia czy jakimkolwiek innym szlachetnym celem. Cel nie uświęca środków. Pierwotne chrześcijaństwo potrafiło zdobyć się na poinformowanie potomnych o szokującym fakcie zdrady Judasza. Na kartach ewangelii nie przemilczano zaparcia się Szymona Piotra. Z drugiej strony, nie prowadzono wtedy szczegółowych analiz, w jakich ratach wypłacano Judaszowi srebrniki ani jakie były ukryte motywy słabości u św. Piotra. Mamy tu więc jasne świadectwo prawdy, odwagę w podejmowaniu odpowiedzialności za Kościół, ale również świadomość, że nie da się do końca zwerbalizować tajemnicy zła w jego łonie.

Jeśli już dochodzi do takich [skandale pedofilskie w Kościele] sytuacji w Kościele, reakcja może być tylko jedna. Chrystus wyraził ją słowami” „Prawda was wyzwoli” (J 8, 32). Prawda, która ostatecznie uosobiona jest w Chrystusie, musi być w takich przypadkach wartością podstawową. Jeśli nie reaguje się na zło, jest to formą współuczestniczenia w nim. Natomiast pytanie, jak świadectwo prawdzie łączyć zarówno z roztropnością, jak i z miłością bliźniego, jest przykładem kwadratury koła, której w życiu nie rozwiąże się na poziomie ogólnym. W każdym indywidualnym przypadku trzeba w sposób niepowtarzalny konstruować triadę: prawda – roztropność – miłość.
To tylko kilka, wybranych przeze mnie fragmentów. Wielka wiara autora, podparta także ogromną wiedzą i doświadczeniem wybrzmiewa w bardzo wielu miejscach tej książki. Do której przeczytania zachęcam. 

Duchowa świeżość, współczesne wyzwania, dobre piwko – jak to księżna z kardynałem rozmawiali

Przedwczoraj skończyłem czytać genialną książkę, niby to wywiad-rzekę, a bardziej rozmowę. Współcześni wielcy tego świata, nieco inni. Spadkobierczyni jednego z książęcych rodów niemieckich, i jeden z najbardziej rozpoznawalnych kardynałów niemieckich. Księżna i Kardynał. Rozmowy o wierze i tradycji Glorii von Thurn und Taxis oraz kard. Joachima Meisnera (wydana wspólnymi siłami przez W drodze oraz Księgarnię św. Jacka). Piękna i bardzo, wbrew pozorom, odważna i dotykająca bardzo aktualnych problemów, z nowoczesnymi i zakorzenionymi w tradycji sposobami na ich rozwiązywanie. 
Ten wpis będzie dość długi – nie dodając nic więcej, tylko garść najlepszych myśli z książki, do której przeczytania w całości bardzo zachęcam: 

(o całowaniu pierścieni biskupich) Mówiąc otwarcie: pozwalam całować pierścień Pani i innym, dla których jest to ważne. Jednak nie przywiązuję do tego wagi.


Dla mnie relikwie są namacalną możliwością doświadczenia wspólnoty i bliskości świętych. Dlatego pytanie o to, czy są prawdziwe, czy nie, jest w zasadzie drugorzędne. Żyjemy we wspólnocie świętych. Bliskość jest wielkim tematem Nowego Testamentu. Bóg się do nas zbliżył w Jezusie Chrystusie. I jest nam bliski przez wszystkie pokolenia, także w członkach Jego Ciała. 


Pobożność powinna zawsze być zmysłowa (…) Wiara katolicka odwołuje się do zmysłowości. 


Nie muszę jechać do Ziemi Świętej, ponieważ właśnie to miejsce, na którym mnie Bóg postawił, jest ziemią świętą mojego życia. Tu muszę spełnić moje zadania, tu Bóg ukrył skarb na polu mojego życia i skarb ten muszę wykopać. 


Dlatego ojczyzna należy do naszej tożsamości. Gdybyśmy ją nawet stracili, powiem przecież „tam jestem w domu”. Ojczyzna nie jest kategorią polityczną, lecz antropologiczną. Tak samo jest z życiem Jezusa. I dlatego Ziemia Święta dla nas, chrześcijan, nie jest po prostu wielkim muzeum na świeżym powietrzu. Tam jest Kościół, tam jesteśmy w domu. I dlatego chrześcijanie muszą podróżować. Tam odnajdziemy naszą tożsamość jako Kościół powszechny. I Jest naszym obowiązkiem zachować tę tożsamość, odwiedzać Betlejem, przejść drogę krzyżową w Jerozolimie, nawiedzić Bazylikę Grobu Pańskiego, widzieć miejsca śmierci  zmartwychwstania Chrystusa. Tak samo jest w skali mikro z miejscami pielgrzymkowymi i relikwiami. Należą do krajobrazu duchowej tożsamości. 


Przez święcenia nie jestem skazany na życie samotnika, lecz wświęcony w prezbiterium, we wspólnotę kapłanów. Tak jak biskup przez święcenia jest włączony w kolegium biskupów. W Ewangelii nie ma żadnego samotnika. Dlatego podkreślam zawsze wielką wartość tego, żeby duchowni mieli przyjaciół wśród kapłanów. To jest bardzo ważne dla ich kapłańskiego życia, żeby doświadczali kapłańskiej wspólnoty i wzajemnie się wspierali. 


Celem twardziela jest nie dać się zranić, zawsze być mocnym. Dlatego strzeże się przed miłością. Miłość rozbraja. Czyni człowieka podatnym na zranienia. 


Chrystus nie stworzył żadnej teologicznej szkoły, tylko powołał ludzi jako swoich naśladowców. Moglibyśmy powiedzieć tak: Pan nie powierzył Kościoła naukowcom, ale pasterzom. W Nowym Testamencie nie wspomina się religijnego urzędnika, a wyznawcę. Biorąc pod uwagę inteligencję i wykształcenie, pierwszym papieżem powinien zostać św. Paweł, a został nim św. Piotr. 


Uważam za bardzo ważne, że teo—logia (gr. Theos – Bóg, logos – nauka) rzeczywiście w pierwszej kolejności kieruje się ku Bogu, a dopiero później ku człowiekowi. Pierwsze przykazanie brzmi: jam jest Pan Bóg twój. Dla chrześcijan miłość Boga jest podstawą miłości ludzkiej. Kto szczerze kocha Boga, może też kochać ludzi. Ludzie nie zawsze ułatwiają sobie wzajemną miłość. Ale zawsze są ukochani przez Boga. Dlatego miłość ludzka prowadzi przez miłość boską. 


Wiara w Boga i nasza miłość do Niego są nieustannie poddawane próbom, tak samo zresztą jak miłość ludzka. I tak samo doświadczenie Boga nie wyklucza zagubienia w drodze. Matka Teresa pokazuje też coś innego: sama świadomość, że Bóg jest daleko, nie jest żadną przeszkodą w miłości do Niego, i co za tym idzie, w miłości do człowieka. Bardzo często spotykałem matkę Teresę. To była bardzo mądra kobieta. Siostry z założonego przez nią zgromadzenia codziennie o 6 rano miały przed mszą godzinną adorację Najświętszego Sakramentu. Przy jakiejś okazji powiedziałem jej: „Matko, za bardzo forsujesz swoje siostry, to chyba za dużo”. Na co odpowiedziała: „Księże kardynale, jeśli moje siostry przestaną widzieć Pana w Eucharystii, nie zobaczą Go także w umierających i dzieciach. One muszą wyostrzyć umiejętność patrzenia”. Proszę mi wierzyć, w tym tkwi właściwa teologia. Matka Teresa wraz z siostrami próbowała przemodlić ich pracę i potem przepracować modlitwę. Miłość do ludzi wywodzi się zawsze z miłości Bożej – nigdy odwrotnie. 


Postrzegać Jezusa tylko i wyłącznie przez pryzmat tego, jakim wyjątkowym był człowiekiem, który dodatkowo zostawił ludziom kilka pomysłów na wspólne życie – to byłaby rzeczywiście permanentna pokusa dla nas. Gdy w Nazarecie pojawiły się pierwsze oznaki cudów, ludzie mówili między sobą: „Kimże On jest? To przecież tylko syn Józefa! Chłopak z sąsiedztwa!”. Byli przecież świadkami codziennego życia Jezusa. Kiedy Jezus przemawiał w synagodze: „Dziś się wypełniło Słowo”, chcieli Go wyrzucić z miasta. Potem już było coraz bardziej radykalnie. Przeciwnicy krzyczeli: „Mamy prawo i według prawa On musi umrzeć”. Znaczyło to tyle, co: „Mamy obraz Boga. I ten obraz nie jest podobny do Jezusa. Na krzyż z Nim!”. Tu tkwi cała tragedia. 


(o ekonomii Kościoła, finansach i dziełach) Nasz Kościół przypomina niekiedy samochód, który ma za ciężką karoserię, a za mały silnik. Dlatego silnik jest zawsze gorący. Musimy się więc starać, aby jakoś go wzmocnić; jeśli się to nie udaje, trzeba zmniejszyć karoserię. Silnik napędza całą maszynę, wprowadza zatankowane paliwo w ruch. Nas, chrześcijan, napędza siła wiary. Kościół nie czerpie więc siły ze swoich instytucji, ale tylko i wyłącznie z wiary, którą może w nich potem przetwarzać. Jeśli to się nie uda – będzie trzeba zmniejszyć karoserię. Musimy najlepiej wykorzystać sytuację, jaką mamy teraz, nawet jeśli mielibyśmy być Kościołem uboższym w instytucje. Z takiego bowiem Kościoła zrodzi się prawdopodobnie więcej sił i duchowości. 


Ani Benedykt XVI nie modlił się w Błękitnym Meczecie w Istambule, ani Jan Paweł II nie modlił się z muzułmanami w Asyżu. Podczas gdy dyrektor tureckiego urzędu ds. religii, zwierzchnik religijny tamtejszych muzułmanów, modlił się w Błękitnym Meczecie, papież stał obok niego, milcząc. W 1986 w Asyżu buddyści, hindusi, muzułmanie, żydzi i chrześcijanie modlili się razem, ale każdy osobno. W końcu wszyscy ogłosili deklarację pokojową. Ale to coś zupełnie innego niż wspólna modlitwa. Gdy członek innego wyznania modli się, powinniśmy stać obok w milczeniu i z szacunkiem względem jego przekonań religijnych. To jest właściwy sposób traktowania ludzi. 


Podarujcie Bogu pół godziny z każdego dnia waszego życia. Tylko pół godziny dziennie, a tym samym przekazuję Bogu w ręce całe moje aktualne życie. Czy ten akt uszczęśliwia mnie emocjonalnie, to nie jest decydujące kryterium dobrej modlitwy, ale właśnie to, że podarowuję Bogu samemu część mojego życia. Mi również często zdarza się na modlitwie, że jestem rozkojarzony, że nie mogę się skoncentrować. Ale pomimo to chcę, Panie Boże, podarować Tobie pół godziny. Nie chcę wtedy rozmyślać nad katechezami, kazaniami. Chcę po prostu podarować Tobie mój czas, moje życie. 


Ksiądz nie musi być ani aktorem ani błyskotliwym mówcą, wystarczy jego własne wewnętrzne przekonanie. Bez wątpienia, chodzi tu przede wszystkim o bardzo delikatną sferę. Moim obowiązkiem jako biskupa jest dbałość o to, by zapewniono wiernym właściwy dostęp do owego misterium, stąd krytyka dla „kreatywnych eksperymentów” czy, tak samo ryzykownej, profesjonalnej rutyny. Zarówno bowiem eksperymenty, jak i rutyna, przyćmiewają świętość uroczystości. Co mi osobiście pomaga w skromnej ars celebrandi to wskazówka z Trzeciej Modlitwy Eucharystycznej: „On bowiem tej nocy, której był wydany, wziął chleb i dzięki Tobie składają, błogosławił, łamał i rozdawał swoim uczniom…”. Gdzie mowa jest o najważniejszych czynach miłości Boga – ofiarowaniu własnego Syna – widoczny staje się najbardziej podły czyn człowieka: zdrada! Jako kapłani musimy więc mieć i to na uwadze: „rozważaj, co będziesz czynił”. 


W świętej Eucharystii obecna jest nie tylko sama wspólnota, obecny jest cały Kościół wszystkich czasów i wszystkich miejsc. Dana wspólnota potrzebuje związku z Kościołem powszechnym, tylko wtedy będzie katolicka. „Katolicka” to znaczy „dotycząca całości”, „obejmująca całość”. Eucharystia nie jest więc liturgią danej wspólnoty, w pierwszej kolejności jest liturgią Kościoła, który świętuje. Dlatego też żaden kapłan ani żadna parafia, nie mogą tworzyć swoich liturgii. Msza święta, którą celebrujemy, nie jest naszą własnością, nie celebrujemy samych siebie. Bóg stoi w centrum i tylko Jemu samemu oddajemy w Eucharystii siebie wraz z Chrystusem, przez biskupów i kapłanów – musimy dokładnie trzymać się porządku Kościoła. 


Ów „stan doskonałości”, o którym kiedyś tak chętnie mówiono, nie jest niczym innym jak tym właśnie, do którego każdy z nas jest powołany. Może to być życie zakonne, kapłańskie albo małżeńskie. Najważniejsze, by odkryć w sobie powołanie. Potem można w każdym stanie dążyć do doskonałości, czego chce od nas Chrystus. Nie ma więc stanów doskonałych i niedoskonałych w Kościele, jest za to trwanie przed Chrystusem, który zaprasza nas, byśmy stawali się doskonałymi. 


Zdrowie – to dobry przykład, bo dotyczy wszystkich. Składając życzenia urodzinowe, zawsze mówimy: najważniejsze zdrowie! Rzecz jasna, to jest bardzo, bardzo ważne dobro. Ale to nie najważniejsze dobro. Dzisiaj cała służba zdrowia niemal zajęła miejsce Kościoła, a lekarze są właściwie nowoczesnymi kapłanami, służącymi życiu. Proszę zauważyć, z jakim oddaniem ludzie się gimnastykują, z jaką dyscypliną, czasami wręcz zniewoleniem uprawiają fitness. To dziś nowoczesna asceza. Człowiek upatruje swojego wybawienia w zdrowym ciele. Zdrowie nie jest jednak ostatecznym dobrem. Całym tym wysiłkiem nie usuniemy krzyża z tego świata. Musimy pod nim stanąć. Na każdego przyjdzie czas. 


Miałem pewnego razu rozmowę z kobietą, którą rzucił mąż. Poznała później mężczyznę, którego chciała poślubić. Nie można jej było tego wyperswadować. Pozostało mi wtedy powiedzieć jej: „Proszę spróbować chociaż utrzymać więź z Chrystusem, to jest możliwe. Nie będzie pani mogła uczestniczyć w pełni w Eucharystii, jeśli zdecyduje się pani na ponowny związek. Proszę jednak mimo wszystko przychodzić do kościoła i świętować duchową Komunię z Jezusem. Tęsknota za Komunią może pani zapewnić bardziej intensywną więź z Chrystusem, niż niejednemu, który bezmyślnie przyjmuje Ciało Chrystusa. Wszystko inne oddajmy Bożemu Miłosierdziu”. Po prostu żadne inne rozwiązanie nie leży w mojej mocy. Wiem jedno, Bóg nie złamie trzciny nadłamanej, nie zgasi knotka o nikłym płomyku. 


Jako chrześcijanie jesteśmy przekonani, że człowiek zawdzięcza swoje istnienie boskiemu wezwaniu. Bóg powołał nas do istnienia i wezwał po imieniu. Inaczej by nas nie było. Na tym polega grzech aborcji, że człowiek chce anulować wypowiedziane przez Boga „ty”. Bóg mówi do dziecka po imieniu, a rodzice chcą to przekreślić. 


Gdybym sam był ojcem, mając dzisiejszą wiedzę, spróbowałbym wprowadzić w życie przesłanie Ośmiu Błogosławieństw. Dzieci mają wpisany w swoje wnętrze schemat akcja-reakcja. On nie wita się ze mną, więc ja nie witam się z nim. Wypowiadam złe słowo i słyszę z powrotem złe słowo. Jak ty mi, tak ja tobie. Jeśli zatem powiem: dostałem policzek i nadstawiam drugi – takie słowa słyszymy w Ewangelii – ten drugi zapyta: „czy on zwariował?”. I powstrzyma się od drugiego uderzenia. Tylko w taki sposób można przełamać schemat akcja-reakcja, tylko tak można coś zmienić. Tylko tak możemy odmienić oblicze ziemi. Dlatego dla nas, chrześcijan, brzmi to: jak Bóg mi, tak ja tobie. A nie: jak ty mi, tak ja tobie. Taką postawą trzeba przede wszystkim żyć w rodzinie.


Wiedza to rodzaj i sposób, w jaki rozpoznaję przedmioty i je analizuję. Wiara to rodzaj i sposób, w jaki widzę i rozpoznaję osoby. Do tego potrzebuję i serca, i głowy. Dostęp do osoby prowadzi przez drzwi, które otworzyć można tylko od wewnątrz. Nie można ich wyważyć od zewnątrz (…) Kiedy człowiek się otwiera, wtedy trzeba włączyć głowę, by zobaczyć, co takiego w nim jest. Prawdziwa miłość nie zaślepia, ona przywraca wzrok. Dlatego w stosunkach z ludźmi potrzeba serca i rozumu. Dobrzy nauczyciele religii wiedzą, że w ich zajęciach chodzi o Boga, a więc o Osobę. Dlatego mile widziane jest i serce, i głowa. Przedmioty i rzeczy mogę „wiedzieć”. W osobę muszę „wierzyć”. 


„Słowo stało się Ciałem” – czytamy w Prologu Ewangelii Janowej – centralnym miejscu Pisma Świętego. W odniesieniu do miłości między mężczyzną a kobietą oznacza to, że oddanie między dwojgiem ludzi jest rzeczywistością duchową, jest Logosem. Ta rzeczywistość ucieleśniła się w dziecku. Rodzice mogą więc mówić: „Nasza miłość stała się ciałem: w naszym Thomasie, w naszej Elizabeth, naszej Katharinie. Mamy dziecko, bo bardzo się kochamy i podarowaliśmy sobie siebie, dlatego teraz jest z nami ten trzeci”. 


Wielu popełnia błąd, sądząc że grzech jest chorobą. Kto jest chory, musi iść do lekarza. Jeśli jestem grzesznikiem, potrzebuję tylko przyjść pod krzyż Chrystusa. Krzyż jest jedynym miejscem, w którym grzech zostaje zamieniony w łaskę. Minus w plus. Minus świata, dzięki ofierze krzyża Chrystusa, zamieniono w plus. W sakramencie spowiedzi doświadczamy bezpośredniego działania ofiary Jezusa. 


Oczywiście Stwórca podarował nam i jedzenie, i picie, i dobre piwko też.  Bardzo lubię przysłowie: „kto nie używa, jest nieużyteczny”. Jeśli jednak przyjemność, używanie, zawładną człowiekiem, niszczą go. Fałszywy wniosek współczesnego społeczeństwa pędzonego strachem polega na przekonaniu, że w tym krótkim życiu trzeba spróbować wszystkiego, bo po śmierci nic już nie ma. To jest wizja życia bez Boga. Wtedy rzeczy tego świata wchodzą na pierwsze miejsce: pieniądze, władza, konsumpcja. 


Każdego dnia tak się modlę: Boże, zachowaj mnie w pierwotnej miłości do Chrystusa! Mam tu na myśli tę duchową świeżość, stan zakochania w wielkim, wspaniałym Bogu, którego wysławiać i podziwiać można bez końca. Choćby dlatego, że powołał mnie do życia.


Czasem rzeczywiście nie rozumiem Boga! Ale to nie przemawia przeciwko Niemu, a wręcz za Nim. Nie mieści się po prostu w mojej głowie. 


Z kategorią zła na świecie jakoś łatwiej umiem sobie poradzić. Jeśli Bóg już się odważył powołać do życia istoty sobie podobne, musiał je wyposażyć w wolną wolę. Inaczej nie bylibyśmy podobni do Boga. Człowiek może realizować swoje boskie podobieństwo tylko w miłości, a miłość możliwa jest tylko w wolności. W wolności jednakże, w wymiarze ziemskim, jest niejako automatycznie wpisane i to, że mogę wybrać zło. Wyposażając człowieka w wolną wolę, Bóg podjął ryzyko, że ktoś opowie się po stronie zła. Tak jak to uczynili Adam i Ewa w ogrodzie Eden. 


Tradycja chrześcijańska nazywa diabła Lucyferem, wywodząc tę nazwę od łacińskiego słowa lux. Całe słowo oznacza „niosący światło”. Lucyfer jest oślepiającym i zarazem zaślepiającym aniołem. Ponieważ jest on stworzeniem Bożym, dlatego też jego istnienie samo w sobie jest dobre, ale jest stworzeniem, które opowiedziało się przeciwko Bogu. Stał się rzeczywistością absolutnie negatywną. 


Nasze życie polega na tym, aby przekuwać możliwości w rzeczywistość. Im więcej możliwości człowiek w ciągu swojego życia przekuwa w pozytywną rzeczywistość, tym bardziej jest święty. 


Lepiej podejmować błędne decyzje niż żadne. 


Tak, wierzę, że piekło istnieje. Choćby dlatego, że mamy wolność. Wielki teolog Hans urs von Balthasar bardzo sensownie powiedział, że gdyby było tylko niebo, byłby to obóz koncentracyjny. Bóg tak bardzo ceni naszą wolność, że nigdy na siłę nie zaciągnąłby nas do nieba. Ponieważ gdyby nie było żadnej alternatywy dla nieba, byłoby to jednoznaczne z przymusem, czyli z ograniczoną wolnością. Ale von Balthasar dodaje: „Mam nadzieję, że piekło jest puste”. 


Czyściec to jak uczucie, gdy z ciemności szybko wkracza się w jasność. Albo gdy wieczorem idzie się ulicą, a z naprzeciwka nadjeżdża samochód z długimi światłami. Wtedy człowiekowi ciemno się robi przed oczami. Jeszcze inaczej: gdy dłużej przebywa się w ciemnym pokoju, stopniowo trzeba przyzwyczajać się do światła z zewnątrz. Osobiście tak właśnie wyobrażam sobie spotkanie z Bogiem twarzą w twarz. Człowiek jest tak oślepiony Jego wspaniałością, że w pierwszej chwili przed oczami widać tylko ciemność. Do Jego promieniującego światła nie można przyzwyczaić się od razu. Krok po kroku dojrzewa się, by choć cokolwiek dostrzec z Bożej pełni. I czyściec jest, można powiedzieć, miejscem czy procesem, w którym – o ile jeszcze wleczemy za sobą jakiś zbędny balast naszego życia – mamy szansę sobie uświadomić, że możemy oglądać to promieniejące Światło. 


Bóg jest poza czasem, jest wieczny, nie zna początku ani końca, my natomiast tkwimy w czasie, przynajmniej o tyle, że mamy początek. Dla Boga wieczność nie ma początku ani końca, ale dla nas ludzi tak. Bóg jest wieczny, bez początku i bez końca. On był, jest i będzie zawsze. My, ludzie, mamy początek, ale nie mamy końca. Nie było nas kiedyś, ale teraz jesteśmy. To jest najwspanialsze w niebie: wieczna szczęśliwość. To jest też to, co jest najbardziej przerażające w piekle: tam też nie ma końca. Dlatego Hans urs von Balthasar cały czas zmagał się z pytaniem, czy Bóg może potępić któreś ze swoich stworzeń – przy czym wspominaliśmy już, że Bóg nie potępia nikogo, że to człowiek sam siebie potępia. Ale sam siebie potępiający człowiek pod Bożym Okiem – to trudno sobie wyobrazić. Czyż Jego miłosierdzie nie jest większe od sprawiedliwości? Albo czy piekło nie jest tylko czyśćcem, w którym stanę się zdolny wziąć na serio i przyjąć jakąś część Jego wielkości? Tego nie wiemy. 


Opłaca się żyć tu, na ziemi, nadzieją nieba. I tym samym już jakaś odrobina nieba pojawia się na ziemi. 

Jesteś człowiekiem Boga, W drodze i dr House

Jadąc wczoraj do domu, na peronie zauważyłem znajomą twarz – x J. Parafialny mój – powołanie z mojej rodzinnej parafii. Ciekawa historia – tzw. spóźnione (o ile tak można powiedzieć?) powołanie. W życiu różne rzeczy robił, a jednak Bóg go wezwał, nie dał spokoju, no i skończył trójmiejskie seminarium. A w jego trakcie, jako że z katechetami w mojej podstawówce różnie bywało, przez jakiś czas uczył mnie religii. Sympatyczny człowiek o szerokim spojrzeniu na świat i dużym doświadczeniu – bo i wiele przeszedł, po świecie długo chodzi.
Porozmawialiśmy – jechał w moją stronę, wysiadał stację wcześniej. Okazuje się, że pracuje w parafii sąsiadującej z rodzinną parafią żonki mojej, ta sama dzielnica. Wypytywał o kilka osób znajomych. Mówił, że w parafii trudno – bez zaplecza, bo jak coś robić z młodzieżą, gdy uczy w szkole (LO), gdzie praktycznie wszyscy dojeżdżają, nikogo z parafian? Faktycznie – w szkole się wysila, ale nie przynosi to efektu w przełożeniu na zainteresowanie uczniów i zaangażowanie ich do działania przy parafii. Oczywiście, dyskusja zeszła też na temat krzyża w Warszawie – uff, jak to dobrze, że człowiek starszy i na pewno mądrzejszy ode mnie też widzi to w podobnych barwach, nie jest źle.
Jak by nie patrzeć – to on, dość brutalnie i bez słowa sprzeciwu – zainspirował pierwsze czytanie przeze mnie Słowa Bożego w czasie Eucharystii. To było w pewną niedzielę… jakieś 13 lat temu. Nie pytał, czy chcę – powiedział: przeczytasz. No i co – przeczytałem. A że pomyłek sporo było – w tym na samym początku, odnośnie imienia proroka, z którego księgi było czytanie (chodziło o Daniela – z którego ja zrobiłem… Damiana) – trudno. Ale to był początek czegoś, co bardzo wiele znaczyło i dość dziś znaczy dla mnie, co robię do dzisiaj – na ile czas i obowiązki pozwalają.
Ciekawa rozmowa, miło było go zobaczyć po jakiś pewnie ze 3 latach, jest szansa że go tam odwiedzę.
Śmiałem się, bo x J. bardzo mocno kibicował temu, co wówczas wydawało mi się powołaniem kapłańskim. Żartował wczoraj – że jak ja mogłem nie pójść do seminarium… Gdyby ktoś mi coś takiego powiedział na serio, myślę że usłyszałby dość ostry i stanowczy z mojej strony komentarz odnośnie tego, co myślę o ludziach, którzy lepiej ode mnie wiedzą, co dla mnie dobre, i gdzie jest moje miejsce. Ale nie w tym wypadku 🙂 I po tej rozmowie wczorajszej uświadomiłem sobie, po raz kolejny – jestem we właściwym miejscu. Tu właśnie powinienem być, z kochaną żoną, z maleństwem które jeszcze się nie urodziło, a na które z takim utęsknieniem czekamy. Że te studia miały sens, zainteresowały i chyba rozbudziły pewną pasję odnośnie tej dziedziny, a zarazem stanowią wstęp do pracy zarówno ciekawej, jak i najprawdopodobniej pozwalającej żyć na pewnym poziomie (nie, nie marzę o złotych górach i willach – po co mi to…). 
>>>
Prasówka:
  • Agrowakacje – wypoczynek w gospodarstwie na wsi – może nie renesans, ale czy nie  tego właśnie większość szuka, uciekając od zgiełku miasta? Ostatnio mocno się przekonuję – urlop chyba tylko ma sens, gdy nie leży się bez sensu w domu, ale zmienia się otoczenie – wyjeżdża gdzieś.
  • O posłudze biskupiej w biednej Brazylii – rozmowa z bpem Edwardem Zielskim z diecezji Campo Maior – o specyfice brazylijskiego Kościoła, teologii wyzwolenia i konieczności zmiany podejścia i mentalności w Kościele nie tylko tam, ale i w Polsce (ciekawe sformułowanie – Kościół jest za bardzo trydencki)
  • Siostry benedyktynki w protestanckiej Szwecji – niezwykła historia konwersji zakonnic z luterańskiego (!) zgromadzenia Córek Maryi, które przez wiarę doszły do Kościoła katolickiego
  • Cudowna prostota bł. Jana XXIII – Papież Uśmiechu we wspomnieniach współpracowników z czasów, gdy pracował jako nuncjusz w Stambule
  • Wspomnienie o śp. ministrze Tomaszu Mercie – nie tylko zaangażowanym w sprawy państwowe,  niezwykłym erudycie, specjaliście cenionym przez wszystkie opcje polityczne, ale także kochającym mężu i ojcu, który innych prowadził do wiary

Wiem, dużo tego. Ale to tylko jeden numer GN. Dlatego tym bardziej zachęcam do kupowania i czytania w wersji papierowej.

>>>

W Empiku – nie można powiedzieć, zdecydowane jedyne miejsce, w którym można kupić każdy chyba krajowego formatu tytuł pisma katolickiego – sięgnąłem po najnowszy numer dominikańskiego W drodze. Tak z ciekawości. Wydaje mi się, że podobnych są 2 inne – Znak i Więź (obydwa miesięczniki). Znak jakiś bardziej krzykliwy się wydawał, Więzi nie widziałem – więc kupiłem W drodze.

Nie przeczytałem całości – 120 s. – ale na początku kilka tekstów poświęconych Solidarności, tekst Cenckiewicza o tragicznie zmarłej w Smoleńsku Annie Walentynowicz, a nawet interesujący artykuł Magdaleny Buczek o współczesnym rozumieniu pojęcia solidarności, tym czym ona była dla Polski lat 80., czym powinna być, a czym jest dzisiaj.

Kilka ciekawych cytatów z Jana Pawła II, wykorzystanych w tekście poświęconym Solidarności o. Macieja Zięby OP:

Doświadczenie Solidarności – doświadczenie mądrego samoograniczania się i współodpowiedzialności za losy kraju – winno więc i dzisiaj inspirować życie społeczne. Ma ona bowiem wymiar uniwersalny i ponadczasowy charakter. To dlatego, w imię przyszłości, jej dziedzictwo winno być stale na nowo odkrywane, pogłębiane i przeżywane. (przemówienie do Polaków, Bruksela 19.05.1995)

Konieczna jest dziś w Polsce wielka zbiorowa solidarność umysłów, serc i rąk – solidarność zdolna przezwyciężać podziały i rozbieżności, by konsekwentnie i z poświęceniem można było budować społeczeństwo bardziej sprawiedliwe, wolne i dostatnie. (do pielgrzymów NSZZ Solidarność, 11.11.1996)

Potem dwa interesujące teksty odnośnie… Dra House’a. Chyba każdy wie, co to jest – aż się zdziwiłem. Obydwa stanowią odmienne choć o zbliżonych wnioskach próby rozpracowania tej fikcyjnej, aczkolwiek bardziej niż popularnej, postaci dziwacznego genialnego diagnostyka. Kilka niezłych spostrzeżeń z drugiego z nich – autorstwa o. Romana Bieleckiego OP:

Jak mawiał Gogol: Z czego się śmiejecie, sami z siebie się śmiejecie. Dostrzegam w tym serialu wiele stycznych z codziennymi problemami. Podobnie jak Greg jesteśmy śmieszni w sprawach poważnych i śmiertelnie poważni w sprawach śmiesznych. Bywa, że jak dzieci, którym ktoś nagle zabrał zabawki, w chwilach niepowodzeń, obrażamy się na cały świat. Domagamy się wyników, jasnych i czytelnych, a w chwilach bezradności, kiedy nie umiemy pomóc, odczuwamy dziwny niepokój, podpięty nerwowym uczuciem zawodności. Chcąc, by wszystko było na naszych warunkach: i smutek, i żal, często sami wkładamy się w przegródkę wrażliwych samotników, co to wszystko widzieli i wszystko znają. Mamy swój vicodin uśmierzający nasze okręty, a także swoje okręty flagowe, podobne do słynnej serialowej sentencji „każdy kłamie”, i nierzadko niesiemy je wysoko na prywatnych sztandarach, traktując je niczym życiowe motta, co to nam wszystko wytłumaczą. (…)

Czy wobec tego należy unikać House’a? Bez przesady, nie jesteśmy jako chrześcijanie stadem bezmózgowców. Dr House to po prostu dobry serial z dobrze napisaną psychologicznie postacią, wciągającą akcją i bardzo dobrym drugim planem. To naprawdę tylko mały kawałek rzeczywistości, w której zaledwie tłem do dalszych rozmyślań są szpitalne wnętrza. W końcu to nie lekarskie zagadki, wielokrotnie analizowane przez fanów serialu, i z bezwzględną precyzją demaskowane błędy doktora, ale wszystko to, co się dzieje poza nimi, daje nam do myślenia. Możemy się z tym nie zgadzać, ale całość ogląda się z satysfakcją i błyskiem w oku.

Nie popadajmy w paranoję. To nie jest  tak, że chrześcijanie mają oglądać jedynie filmy o świętych i męczennika. Nie jesteśmy przecież idiotami. A oglądamy takie rzeczy jak Dr House, Lost, Gotowe na wszystko, Sześć stóp pod ziemią czy Dobrą żonę nie po to, aby je naśladować, ale po to, aby się czegoś dowiedzieć. Kościół nie jest neurotyczną starszą panią, która widzi we wszystkim obrazę, zgorszenie, zagrożenie. Mam głęboką wiarę w Kościół, który się nie lęka, ale niesie nadzieję. Nie jest od tego, aby oceniać wszystko z punktu widzenia moralności chrześcijańskiej i stawiać pieczątki: dobre, niedobre. Oczywiście, tak było by łatwiej. Można się poczuć zwolnionym z używania rozumu.

Interesujące jest to pismo, na razie doszedłem do jakiś 2/3 numeru, czytając w drodze z pracy wczoraj i do pracy dzisiaj. Chyba skończy się prenumeratą (w końcu na każdym numerze oszczędzę 3 zł), a dodatkowo dają 20% rabatu na książki wydane przez dominikańskie wydawnictwo o tej samej nazwie. Kuszące 🙂

Co nie zmienia faktu, że żeby wyrobić sobie opinię, muszę poczytać pozostałe – Znak i Więź.

>>>

Piękny tekst, również z recenzji z GN zaczerpnięty, z powieści Franka Perettiego Nawiedzenie – a swoją drogą świetne uzupełnienie tego, co powyżej napisałem odnośnie refleksji o sobie samym w kontekście rozmowy z x J.:

Jesteś człowiekiem Boga, to twoje powołanie, więc się nie martw. Po prostu wierz. Cokolwiek wpadnie ci w ręce, rób to z całym przekonaniem. Bóg zdziała resztę. I nikomu nie pozwól stłumić w sobie ognia. Słyszysz?