Miłość przekroczy granice życia

Podeszło do Jezusa kilku saduceuszów, którzy twierdzą, że nie ma zmartwychwstania, i zagadnęli Go w ten sposób: Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: Jeśli umrze czyjś brat, który miał żonę, a był bezdzietny, niech jego brat weźmie wdowę i niech wzbudzi potomstwo swemu bratu. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy wziął żonę i umarł bezdzietnie. Wziął ją drugi, a potem trzeci, i tak wszyscy pomarli, nie zostawiwszy dzieci. W końcu umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc którego z nich będzie żoną? Wszyscy siedmiu bowiem mieli ją za żonę. Jezus im odpowiedział: Dzieci tego świata żenią się i za mąż wychodzą. Lecz ci, którzy uznani zostaną za godnych udziału w świecie przyszłym i w powstaniu z martwych, ani się żenić nie będą, ani za mąż wychodzić. Już bowiem umrzeć nie mogą, gdyż są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania. A że umarli zmartwychwstają, to i Mojżesz zaznaczył tam, gdzie jest mowa „O krzaku”, gdy Pana nazywa Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją. (Łk 20,27-38)

Teoretycznie, nic specjalnego – kolejny obrazek, w którym ci „źli” chcą zagiąć Jezusa, a On oczywiście się nie daje. Ale materia, o której mówi, dla mnie – jako małżonka – i dla wszystkich żyjących w małżeństwie powinna być bardzo interesująca: jak to się ma małżeństwo jako rzeczywistość ziemska do tego, co będzie po zmartwychwstaniu? I to jest pierwsza sprawa. A druga to te kilka słów o tym, czyim Bogiem jest Jezus.

Czytaj dalej →

Gotowość i wytrwałość

Jezus powiedział do swoich uczniów: To rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Wtedy Piotr zapytał: Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich? Pan odpowiedział: Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielił jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce. Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,39-48)
To tekst z wczoraj. Niby zwykły dzień, a jednak ważna rocznica – 27 lat od męczeńskiej śmierci bł. Jerzego Popiełuszki, prezbitera. 
Okazuje się, że ta ewangelia bardzo pięknie wpisuje się w życie błogosławionego – bo mówi o gotowości. W obrazku ewangelicznym – o potrzebie gotowości na przyjście Pana, czy to metaforycznie jako tego powracającego gospodarza, czy to dosłownie Pana jako przychodzącego powtórnie Chrystusa. Co pozwoliło ks. Jerzemu na taką a nie inną postawę w życiu? Zdeterminowany, wytrwał szykany także na etapie służby wojskowej w czasie seminarium. Już jako kapłan, wiedział, co musi zrobić, aby postępować zgodnie z sumieniem. Owszem, mógł zachowywać się inaczej – nie narażać się systemowi totalitarnemu, nie szukać z nim konfrontacji, posługiwać się nieco mniej dosadnymi i prawdziwymi sformułowaniami.

On jednak był gotowy. Wiedział, że mówienie prawdy, wzywanie do prawdy, do poszanowania godności człowieka, poszanowania swobód obywatelskich i praw pracowniczych, będzie go wiele kosztowało. Niebezpieczeństwo, na jakie był narażony, znali jego przełożeni – nie bez powodu ówczesny metropolita warszawski kard. Józef Glemp sugerował mu wyjazd na studia do Rzymu, chcąc uchronić go przed represjami władzy. Ale ks. Jerzy odmówił. Nie mógł w połowie pozostawić swojej pracy, wiedział, że ludzie mogli odebrać to jako ucieczkę – a on chciał być z nimi i był gotowy na wszystko w imię bronienia wartości dla niego ważnych.

I choć umarł w strasznych okolicznościach, w męczarniach, sponiewierany i pobity, to Bóg nagrodził jego życie i poświęcenie. Jego gotowość. Jego wytrwałość. I to jest wyzwanie dla nas. Nie chodzi o męczeństwo, ale o gotowość poświęcenia różnych spraw i kwestii w imię rzeczy najważniejszych. A więc w wypadku wierzących – o hierarchię wartości i umiejętność kierowania się nią, gdy przychodzi do dokonania wyboru. To wyzwanie. Wyzwanie do nieustannej gotowości i wierności, także za cenę szykan i przykrości. I choć sam żył, w nie tak odległych, a jednak zdecydowanie w innych czasach – bł. Jerzy to ciągle aktualny wzór dla nas, w tak dziwnym i niejednoznacznym świecie, w jakim dzisiaj żyjemy, w świecie, gdzie czasami wydaje się, że hierarchia wartości po prostu stanęła na głowie. 

Kto, z kim i po czyjej stronie – wyrzucanie palcem Boga czy Złego?

Gdy Jezus wyrzucał złego ducha niektórzy z tłumu rzekli: Przez Belzebuba, władcę złych duchów, wyrzuca złe duchy. Inni zaś, chcąc Go wystawić na próbę, domagali się od Niego znaku z nieba. On jednak, znając ich myśli, rzekł do nich: Każde królestwo wewnętrznie skłócone pustoszeje i dom na dom się wali. Jeśli więc i szatan z sobą jest skłócony, jakże się ostoi jego królestwo? Mówicie bowiem, że Ja przez Belzebuba wyrzucam złe duchy. Lecz jeśli Ja przez Belzebuba wyrzucam złe duchy, to przez kogo je wyrzucają wasi synowie? Dlatego oni będą waszymi sędziami. A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże. Gdy mocarz uzbrojony strzeże swego dworu, bezpieczne jest jego mienie. Lecz gdy mocniejszy od niego nadejdzie i pokona go, zabierze całą broń jego, na której polegał, i łupy jego rozda. Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza. Gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku. A gdy go nie znajduje, mówi: Wrócę do swego domu, skąd wyszedłem. Przychodzi i zastaje go wymiecionym i przyozdobionym. Wtedy idzie i bierze siedem innych duchów złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I stan późniejszy owego człowieka staje się gorszy niż poprzedni. (Łk 11,15-26)

Na początku dzisiejszej ewangelii, Jezus używa argumentacji, która powinna trafić do każdego, a szczególnie do tych wszystkich, którzy racjonalnie, rozkładając na części pierwsze, naukowo chcą podejść do kwestii wiary, istnienia Boga czy w końcu tego: jest ten Jezus Mesjaszem, czy nie jest. Pozory – pozorami, udawanie – udawaniem – ale wewnętrzna sprzeczność nigdy nie może stanowić podstawy budowania czegokolwiek, czy to przez Boga (ale On takimi metodami nie posługuje się), ani przez człowieka, zatem także przez Złego.

Piękny argument (prawniczy prawie :D) – skoro Jemu, Jezusowi, zarzucali, że mocą władcy demonów wyrzucał złe duchy z opętanych, to czemu analogicznie nie podchodzili do tego, co robili – z ich rodzin, wspólnot, miast, wsi wywodzący się – uzdrowiciele i kapłani? Im byli wdzięczni, okazywali podziw i szacunek – bezkrytycznie podchodząc do tego, czyją mocą i w czyim imieniu tego dokonywali (no właśnie…). Jezusa – wyzywali od najgorszych. Jak to czasem w życiu bywa – prawda okazuje się dokładnie odwrotna niż to, na co wskazując pozory i ocenianie drugiej osoby na ich podstawie.

Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza. No właśnie, mnie to trochę dziwi. Bo nie tak dawno, w nieco innym fragmencie padły słowa jakby odwrotne:

Wtedy Jan rzekł do Niego: Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami. Lecz Jezus odrzekł: Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie.  Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami. (Mk 9, 38-40)

Chociaż… Właściwie, to zgadza się. Dzisiaj Jezus mówi o tym, że kto nie działa w Jego imię – działać musi w imię tego, który jest Jego przeciwnikiem, czyli Złego. A w tym zacytowanym fragmencie z Marka, mówiąc Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami Jezus mówił o tym, że jeśli ktoś – nie chodząc (dosłownie) z Nim i Jego uczniami działa w Jego imię, nie będzie mógł od razu działać w imię Złego.

Proste, prawda? 🙂

Ostatni fragment dzisiejszego tekstu jest także bardzo ciekawy – choćby ze względu na to, że jest…Czym? Najpewniej, o ile nie pierwszym, to jednym z pierwszych, skróconym bardzo, podręcznikiem demonologii (nauka Kościoła o Szatanie), wskazówkami dla pierwszych (i nie tylko) egzorcystów. I co najważniejsze – dowodem, wprost (choć na przykładzie pokazanym) z ust Jezusa, dla tych wszystkich niedowiarków, którzy ułatwiają Złemu zadanie, wpychając go między bajki dla niegrzecznych dzieci i mitologię. Tak, właśnie dzięki temu tak łatwo Zły działa i tak skutecznie – bo dzisiaj mało kto wierzy (nie, nie w niego :]) w to, że on w ogóle istnieje, że działa, zwodzi i kusi. Trzeba się mieć na baczności.

Pięknie – dzisiaj na rannej mszy, niewiele osób w kościele, pewni państwo obchodzili 49. rocznicę zawarcia sakramentu małżeństwa. Cieszyłem się po pierwsze dlatego – że wytrwali. Tacy ludzie, szczególnie od momentu mojego ślubu, są dla mnie inspiracją, motywacją i dowodem – że można wytrwać razem dosłownie całe życie, do późnej starości. Cieszyłem się także dlatego, że to swoje eucharystyczne dziękczynienie Bogu za to, co już było, i prośba o Jego błogosławieństwo na to, co będzie, nawet u schyłku pewnie już życia, miało miejsce w takk kameralnych warunkach – żadna pompatyczna uroczystość na sumie niedzielnej (żeby wszyscy sąsiedzi i pół parafii widziało), siedząc na środku kościoła przed ołtarzem, z Bóg wie jaką oprawą. Piękna prostota.

Może dlatego właśnie tyle małżeństw się rozlatuje, że ludzie za bardzo skupiają się na tym, co zewnętrzne, na pozorach, na opakowaniu i oprawie – że zapominają o tym, co najważniejsze, co pozwala być razem, trwać, kochać się coraz mocniej (chociaż też inaczej – w sposób bardziej dojrzały)? A nawet, jeśli formalnie się nie rozlatują – nie dochodzi do rozwodu, separacji – to żyją obok siebie, w tym samym domu, a każdy chodzi swoimi drogami, obok siebie…

A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże. Królestwo Boże w nas jest. Nie samo z siebie – ale dzięki łasce Boga, którą otrzymaliśmy w sakramencie chrztu. A nawet – zaryzykowałbym stwierdzenie – ci, którzy z jakiś tam przyczyn Boga chrześcijańskiego nie znają, Dobra Nowina do nich nie dotarła, a żyją w sposób prawy, kochając i szanując innych, w zgodzie ze swoim sumieniem i z drugim człowiekiem. I od nas zależy, czy ten dar wykorzystamy, czy go zmarnujemy. Syn Boży umarł za każdego z nas i to zbawienie ma być darem. Tylko trzeba chcieć ten dar przyjąć.

ZADANIE DOMOWE – MAŁŻEŃSTWO

W sobotę, po przedpołudniowym krzątaniu się po domu, po południu spotkaliśmy się z A., J., B. i K. Panie zadecydowały, że najbardziej potrzebnym im do szczęścia jest zobaczenie trzeciej części Zmierzchu, zatem na tenże film udaliśmy się do kina. Czytać – nie czytałem książek, pozostałe dwa filmy – widziałem, i miałem o nich dość negatywne zdanie (nudne po prostu strasznie). 
Po filmie postanowiliśmy usiąść w knajpce nieopodal kina, i nacieszyć się nieco swoim towarzystwem, no i pięknym wieczorem letnim. Ludziów było wszędzie pełno, ale nie tak strasznie, jak by się mogło wydawać – jako że większość ruszyła tłumnie na przedostatni dzień Openera. I tak siedzieliśmy, gadaliśmy, podjadaliśmy łososia w czymś-tam-bardzo-aromatycznym, ja zjadłem kurczaka po chińsku z (!!!) ryżem. Panie wlewały w siebie drineczki, ja pozwoliłem sobie na piwka sztuk dwa. 
Dyskusja nieco o pracy była, a potem zeszła na tematy bardziej prywatne. W pewnym momencie uświadomiłem sobie paradoks sytuacji. Siedzimy w piątkę. B – rozwódka, mąż ją wiele lat temu zostawił z małymi dziećmi, które sama wychowała. K – zamężna, mały synek, ale na najlepszej drodze do rozwodu (mąż podobno nie chce się zgodzić). J – zamężna, mała córeczka, czekająca tylko na oddanie jej mieszkania, żeby wziąć rozwód z mężem. No i my we dwoje z małżonką – szczęśliwi, zakochani, niespełna rok po ślubie (tak, rocznica już za niecałe 2 m-ce!). 
Mąż J., jak mówiła, nawet wierzący był mocno – co podobało się jej moherowym rodzicom (J. jest zdystansowana do Kościoła – pewnie po części brak dobrej woli, a po części przykre doświadczenia z delikatnie mówiąc dziwnymi duchownymi i zakonnicami, nie dziwię się jej). Dziwak, fakt, jak to informatyk. Potem zaczął się bawić w jakieś medytacje. Próbowała go od tego odciągać, bezskutecznie. Z jednej strony – dobrze, zdrowa żywność, skuteczne metody leczenia ziołami. Z drugiej – tendencja do teorii spiskowych, drażliwość, egoizm. 
I co? Jakiś czas temu okazało się, że z ich wspólnej kasy zaczął pożyczać (tak twierdził) znajomej duże kwoty pieniędzy. Nawet bardzo duże. Bez wiedzy czy zgody żony. Do tego dość obcesowe i negatywne traktowanie ich córeczki. Moim zdaniem, ta dziewczynka potrzebuje psychologa. Ostatnio okazało się, powiedziała komuś, co dotarło do J., że się boi taty. Po konsultacji w przedszkolu – pani jednoznacznie potwierdziła, że dziecko boi się ojca, co było widać w jej nastawieniu do niego, w kontekście nastawienia do matki, i zachowania w stosunku do innych dzieci. 
Jest szansa, że rozejdą się bez wojen. J. chce rozwodu z winy męża i pozbawienia go władzy rodzicielskiej… na co ten bez krzyku się godzi. Ja nie wiem, moim zdaniem on się cieszy – bo ma problem z głowy, co powiedział wprost. Kredyty pospłacają, J. da sobie radę z pieniędzmi, jakie mąż będzie płacił na córeczkę. Sam powiedział podobno, że on już nie jest ojcem. Masakra. Facet, który zachowuje się gorzej niż mały chłopiec. Zero honoru, zero prób walki o związek. Potrafi jeszcze pytać żonę, czemu nosi obrączkę, skoro się rozwodzą. I zaproponować seks – skoro mieszkają razem; jak się nie zgodziła i z przekory zapytała, czy by jej zapłacił za seks – on, zamiast się opanować… zapytał, ile miałby zapłacić. 
K., mniej więcej równolatka J. Mąż dość dziwny, natarczywy, nachalny – widziałem go ze dwa razy na imprezie. Żyli normalnie, całkiem dobrze. K. mówi, że w pewnym momencie podzielił ich majątek – cały – na pół. Tylko że ona miała swój majątek odrębny – darowizny, spadki – ale jemu nie przeszkadzało, to też podzielił. Rodzinny wypad do kina z ich synkiem – pewnie. Czy może po małego przyjechać? Nie, nie da rady. K. go zabrała, i pojechali do kina. Mąż przyszedł… z dzieckiem obcej kobiety. Żeby rodzinnie było. 
Czy on może odebrać czasami małego ze szkoły albo podwieźć K. gdzieś? Pewnie. Za 30 zł. On jest dobrym ojcem – zabierze małego ze swoją mamą na wakacje, pewnie. Czy K. może jechać? Tak, za 500 zł, po kosztach. A K. go jeszcze broni – bo w przeciwieństwie do męża J., on ma dobre kontakty z ich synem, dobrze się bawią razem, mały lubi ojca. K. ma dość, ale mówi, że mąż nie chce dać rozwodu.
Nie wiem, może ja jakiś nie z tej epoki jestem – ale ja tego nie rozumiem. O ile wiem – wszyscy oni mieli śluby w kościele.Przysięgali sobie – nawet jak nie przed Bogiem – miłość, wierność i uczciwość. Takie ma być małżeństwo także niesakramentalne, a sakramentalne tym bardziej. Co się stało? Gdzie się to wszystko popsuło? Czego zabrakło?
I w tych okolicznościach, całkiem świeżo po takim spotkaniu, z żoną obejrzeliśmy wczoraj Księżnę Saula Dibba z Keirą Knightley w roli głównej. Przypadek? Nie wiem. Bardzo w temacie. Dramat małżeństwa, tylko że w XVIII-wiecznej Wielkiej Brytanii. 
Nie chcę bronić mężów w obydwu przypadkach – bo nie o to chodzi. Nie znam ich za dobrze, ale na ile miałem styczność – niestety, to jak dziewczyny opisują ich, jest prawdą. Egoizm? Tak. Znudzenie? Pewnie tak – skoro obydwoje panowie już sobie znaleźli nowe sympatie. Brak dojrzałości? Na pewno – z rozmów nt. jednego z nich ewidentnie wynika, że kobieta, z którą zdradza i dla której zostawia żonę czyha tylko na jego pieniądze, bo nawet… jego przewodniczka duchowa z sekty mu to tłumaczyła – nic, nie słuchał, zaślepiony. Przejedzie się.
Ludzie idą dzisiaj na łatwiznę w każdym zakresie. Wierność? Tak – dopóki jest fajnie, miło, dobrze. Jak już potrzeba wyrzeczeń – dla niej, dla wszystkich, dla dziecka – gdy nie jest tak spokojnie i sielsko, jak to się kiedyś wydawało, jak są problemy, albo trudniejszy czas – nie, ja się na to nie piszę, ja się wycofuję. Masz pretensje? Ale o co? Nie tak miało być. Było dobrze – byłem z tobą. Nic z tego nie będzie – wiesz, nie możemy się unieszczęśliwiać, żyć ze sobą na siłę, trzeba być wolnym, iść za pragnieniami – itp, itd. Skoro się da rozwieźć – można – to co za problem? 
Czy wina jest też po stronie pań w tych konkretnych przypadkach? Nie wiem. Wydaje mi się, że nie. Żal mi ich. Zaraz rozwalą się ich rodziny. I może one same będą uważały, że tak będzie lepiej – dla nich, dla dzieci – ale faktem jest, że to odciśnie swój ślad najbardziej na dzieciach. One też tych pewnie ok. 10 lat z mężami, niedługo już byłymi, nie wymażą z pamięci. Bo przecież nie zawsze tak źle było. Kiedyś było pięknie, zakochali się, planowali całe życie ze sobą – więc czego zabrakło, że z całego życia starczyło wszystkiego tylko na 10 lat?
Trudno się dziwić kryzysowi wartości w każdej sferze, skoro wszystko wali się już w domach, w rodzinach. Nie pochodzimy znikąd, nie wchodzimy w dorosłe życie jako te carte blanche – mamy swoje doświadczenia i pamięć tego, co i jak było w domu. Czy chcemy, czy nie – żyjemy podobnie, o ile nie tak samo. Choć czasem nieświadomie. Naśladujemy rodziców – tak to już jest (tak, sam przekonałem się o tym – żona mi uświadomiła, jak w negatywny sposób naśladuję zachowania ojca – za co jestem jej bardzo wdzięczny, bo miała rację). 
A skoro rodziny się rozlatują – to ludzie w takich środowiskach wychowani, jakie mają przykłady, na czym mają budować? Rodzice się rozwiedli – to dziecko ma jasny przykład: nie wyjdzie ci w związku, to się rozwiedziecie. Przecież to nic złego – rodzice też się rozwiedli. Może i dobrze – nigdy nie wiadomo, jak to będzie, a tak jest zawsze wyjście awaryjne, rozwiązanie problemu. 
Małżeństwo nie jest problemem. Małżeństwo to największy dowód miłości, jaki jeden człowiek może dać drugiemu. To nic innego jak ofiara mojego życia, które daję małżonce mojej – żeby ona ze mną, ja z nią, byli do końca życia. Czy będzie dobrze, czy źle. I wtedy, gdy się będzie układało, i wtedy gdy będzie się waliło. W kwiecie młodości, i w sile wieku gdy sił będzie mało i przyjdą pewnie ograniczenia z tym wiekiem związane. Na zawsze. Do końca, tak długo jak dane nam będzie iść przez życie. 
Nie do momentu, aż się sobą znudzimy. Nie do momentu, gdy odnajdziemy (kolejną) swoją jedyną prawdziwą miłość. Nie wtedy, gdy znudzimy się jazgotem dziecka w domu. Nie wtedy, gdy coraz trudniej będzie utrzymać może i większą niż to się planowało rodzinę. Bo jak ktoś ma takie nastawienie – to niech nie niszczy życia innych, powie wprost: nie piszę się na żadne związki, i sprawa jasna. A nie – tak, kocham cię, a po kilku latach rozwód. Bo się nie zrozumieliśmy. Bo mieliśmy inne potrzeby. A może po prostu nie chciałeś widzieć innych potrzeb niż swoje własne, egoistyczne popędy?
Nie można zapomnieć – osobny dramat to sytuacje, gdy jest pełna dobra wola z jednej strony,  usiłowanie naprawy związku, a drugi z małżonków po prostu chce odejść, rozwodu, i odejść z kimś innym. Co może jedna osoba? Niewiele. Nie zmusi drugiej do pozostania. Co wtedy, gdy nie ma ze strony tej osoby żadnej winy? Niestety, nauka Kościoła i tak nakazuje życie w samotności – aby nie cudzołożyć, nie wiązać się – nie złamać przysięgi wierności. No tak, ale złożonej osobie, która ją złamała i sama odeszła. To jest problem. I straszna sytuacja dla tych, którzy pozostali sami – bez swojej winy. 
Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. Kto ślubował – słyszał te słowa, wypowiedziane do siebie i wybranka serca, ale też jako przypomnienie tym wszystkim, którzy w dniu ślubu byli przy nas. Miłość to też zadanie na życie. Powołanie – być dla siebie nawzajem, prowadzić siebie przez życie, czuwać, troszczyć się o siebie. 
Wczoraj w Ewangelii była mowa o posłaniu uczniów jak owce między wilki. Proboszcz w kazaniu bardzo pięknie podkreślił – to nie byli apostołowie. To byli świeccy, tych 72 posłanych. Tacy jak my. Myśl nasuwa mi się jedna – czy czasami takim posłaniem między wilki nie jest  niekiedy nawet małżeństwo? Może być. Właśnie wtedy, gdy się wali. Właśnie wtedy, gdy jest źle, gdy druga strona nie wykazuje nic dobrej woli, kłamie, zdradza, okrada… Nadstawić drugi policzek? Tak uczy Jezus. Z drugiej strony – policzki mamy tylko dwa. Ale przysięga nadal obowiązuje.
Ale to wszystko nie zwalnia z obowiązku dochowania tego, co ślubowaliśmy sobie. Bez względu na to, ile lat, kłamstw, zdrad małżeńskich wstecz to było. Jesteśmy sobie dani i zadani. Takie zadanie domowe w miłości. Na całe życie. Tylko że tego jednego nie da się od kogoś ściągnąć. Je trzeba odrobić samemu. Inaczej, jak z miłości, po prostu się nie uda. Jak się rozwali – to właśnie przez jej brak. I nigdy nie będzie tak, że to tylko druga strona była winna.