Nic się nie zmieniło

Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. (Mt 5,17-19)

Na pierwszy rzut oka mogło by się wydawać, że jakby na przykładzie tego tekstu pojawia się pewna sprzeczność w Ewangelii. Bo z jednej strony Jezus mówi tutaj, jakby podkreśla znaczenie Prawa Mojżeszowego. Z drugiej, co wiemy dobrze, nie raz i nie dwa razy piętnował postawę faryzeuszy – tych, którzy właśnie bardzo literalnie i rygorystycznie podchodzili do wymogów tego Prawa. Ale tylko na pierwszy rzut oka.

Czytaj dalej →

Pomóc czy zaszkodzić?

W dzień szabatu Jezus wszedł do synagogi. Był tam człowiek, który miał uschłą rękę. A śledzili Go, czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć. On zaś rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: Stań tu na środku! A do nich powiedział: Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić? Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: Wyciągnij rękę! Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa. A faryzeusze wyszli i ze zwolennikami Heroda zaraz odbyli naradę przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić. (Mk 3,1-6)

Kolejny obrazek, w którym dochodzi do cudu – ale jakże inaczej niż wtedy, kiedy Jezus uzdrowił trędowatego. Można też, jakby obok tego uzdrowienia, postawić pytanie: po co człowiek idzie za Jezusem? Odpowiedź nie jest taka oczywista.

Czytaj dalej →

Adwentowy Boży palec

Świat tak często krzyczy – Boga nie ma! A jednak jest, i wydaje się, że w tym adwencie na naszym małym polskim podwórku wyraźnie pokazuje wszystkim Jego kontestatorom: jesteście w błędzie. Nie ze złością, nie z żalem, nie z wyrzutem – po prostu. Boga i wiarę można próbować negować, ale nie można zrobić tego skutecznie, gdy żyją i mają prawo głosu ludzie w tego Boga wierzący. 
 
Najpierw błazen i populista (bo trudno tutaj o inne określenia – taką postawę tak właśnie się nazywa) Palikot ze swoim ruchem próbował wmówić wszystkim, że krzyż powinien zniknąć z sali sejmowej. Krzyczał o naruszaniu wolności wyznania, bezprawnym umieszczeniu krzyża i wielu innych rzeczach. Wg niego stan obecny jest „sprzeczny z prawem”, w tym z Konstytucją, Konwencją o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności oraz konkordatem. Głośno, kolorowo, był mały spektakl pod publiczkę. Co ciekawe, i pozytywne, jednogłośnie sprzeciwiły się takiemu podejściu zarówno PO, jak i PiS. W czwartek 15.12.2011 do Marszałka Sejmu wpłynęły 4 opinie prawne na ten temat, przygotowane przez niezależnych prawników i grupy prawnicze. Wszystkie stwierdzają, że nie ma prawnych podstaw do zdjęcia tego krzyża.
 
Co z nich wynika? Po pierwsze, że Marszałek Sejmu nie ma prawa krzyża usunąć na podstawie zarządzenia porządkowego. Po drugie, że „w sali posiedzeń Sejmu obecnej kadencji może znajdować się krzyż, jednak nie jako znak religijny, ale jako znak kultury, która jest >źródłem tożsamości narodu polskiego, jego trwania i rozwoju< (…) ani kompromis konstytucyjny, ani standardy europejskie w sposób jednoznaczny nie wykluczają umieszczenia krzyża w sali posiedzeń Sejmu” (dr R. Piotrowski, UW). Obecność krzyża w sali posiedzeń Sejmu „nie oznacza przejawu dyskryminacji i nie jest niezgodne z żadnymi przepisami prawnymi wskazanymi przez wnioskodawców, zwłaszcza z zasadami i normami konstytucji, konkordatu, konwencji europejskich oraz ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania”. „Ugruntowany, długotrwały kompromis i konwenans prawny posłów kilku kadencji, polegający na akceptacji obecności krzyża w sali posiedzeń Sejmu od 1997 roku, stanowi postać urzeczywistnienia wartości i zasad konstytucji w polskiej praktyce parlamentarne” (dr Dariusz Dudka, ks. dr Piotr Stanisz z KUL). Pogląd ten ma bezsporne oparcie w uchwale Sejmu z grudnia 2009 r, gdzie posłowie podkreślili, że „znak krzyża jest nie tylko symbolem religijnym i znakiem miłości Boga do ludzi, ale w sferze publicznej przypomina o gotowości do poświęcenia dla drugiego człowieka, wyraża wartości budujące szacunek dla godności każdego człowieka i jego praw”. Po trzecie, bardzo ciekawy pogląd z nieco innego ujęcia przedstawił prof. Lech Morawski (UMK), który stwierdził, że „każdy ma prawo być niekatolikiem oraz dawać wyraz swoim przekonaniom i na tym właśnie polega tolerancja i przestrzeganie indywidualnych praw człowieka, ale nikt nie ma prawa żądać, by katolicka większość żyła wedle tych zasad, których ona nie uważa za słuszne, bo to oznaczałoby rażące naruszenie jej prawa do samostanowienia w swoim własnym państwie (…) to właśnie na tym prawie opiera się obecność krzyża w polskim Sejmie i wielu instytucjach publicznych w naszym kraju”.
 
Dalej – Komitet inicjatywy ustawodawczej „Tak dla Kobiet” (…) zbierał podpisy pod obywatelskim projektem ustawy liberalizującej przepisy antyaborcyjne. Zarejestrowany 15.09.2011, miał na ich zgromadzenie czas do 15.12.2011. Wymagano, zgodnie z prawem, minimum 100 000 podpisów. Udało im się zebrać… mniej niż 1/3 tego. W jednym z komentarzy można było przeczytać takie, krótkie ale jakże trafne, podsumowanie tej sytuacji: „Te 30 tys. (niesprawdzonych) podpisów świadczy o tym że z Polaków nie wyabortowano sumień”. 
Ktoś ma jeszcze wątpliwości, że Bóg działa? 
Weekend upłynął pod znakiem odejścia dwóch bardzo ważnych postaci współczesnego świata. Najpierw w sobotę dowiedzieliśmy o odejściu osoby bardzo pozytywnej – Vaclava Havla, ostatniego prezydenta Czechosłowacji i pierwszego prezydenta Republiki Czeskiej, poety, pisarza, reżysera i intelektualisty. Życiorys jakby podobny do naszego Wałęsy – znany i tępiony opozycjonista komunistyczny, który po upadku systemu staje na czele demokratycznego państwa. Miał 75 lat. Wczoraj zaś dotarła informacja, że Bogu – w którego pewnie programowo nie wierzył – ducha oddał dyktator komunistycznej Korei Północnej, Kim Dzong Il. Postać skrajnie odmienna, tajemnicza i na mocy prawa reżimu – czczona jakby w miejsce prawdziwego Boga. Właściwie nie wyróżnił się niczym, poza tym, że był synem swego ojca („Wielkiego Wodza”), od początku wychowywanym na jego następcę (co ponoć nie przyszło mu i tak łatwo, o czym świadczy jego biografia), który dla biednych Wietnamczyków stał się „Umiłowanym (sic!) Przywódcą”. Tak naprawdę – aparatczyk, człowiek który nie miał specjalnego wyboru i musiał grać rolę, przypisaną mu od momentu urodzenia. 
Dwie zupełnie różne, choć obie znane powszechnie na świecie, osoby o kompletnie różnych życiorysach, poglądach i zasługach. Nie wiem, dlaczego, ale nieodparcie kojarzy mi się to z ewangeliczną przypowieścią o bogaczu i Łazarzu. Kto z tych dwóch był kim? Dopowiedz sobie sam.

Kolejna nadinterpretacja

Jezus nauczał w szabat w jednej z synagog. A była tam kobieta, która od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Gdy Jezus ją zobaczył, przywołał ją i rzekł do niej: Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy. Włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga. Lecz przełożony synagogi, oburzony tym, że Jezus w szabat uzdrowił, rzekł do ludu: Jest sześć dni, w których należy pracować. W te więc przychodźcie i leczcie się, a nie w dzień szabatu! Pan mu odpowiedział: Obłudnicy, czyż każdy z was nie odwiązuje w szabat wołu lub osła od żłobu i nie prowadzi, by go napoić? A tej córki Abrahama, którą szatan osiemnaście lat trzymał na uwięzi, nie należało uwolnić od tych więzów w dzień szabatu? Na te słowa wstyd ogarnął wszystkich Jego przeciwników, a lud cały cieszył się ze wszystkich wspaniałych czynów, dokonywanych przez Niego. (Łk 13,10-17)
Tylko człowiek naprawdę bez serca podejdzie do opisywanej sytuacji tak, jak tamten przełożony synagogi. Bo to nawet nie jest restrykcyjne przestrzeganie prawa – a nadinterpretacja prawa, w duchu złej woli, celem tylko i zdyskredytowania Jezusa. Który przecież uczynił coś dobrego – chory człowiek odzyskał dzięki Jego cudowi zdrowie. Nie patrząc na to, że powinno się – Jemu i Bogu – dziękować za cud uleczenia, zamiast piętnować za moment, w którym uleczył.
Prawo żydowskie, do dzisiaj przecież obowiązujące, nakazuje czcić Boga w dniu szabatu i zakazuje w tym dniu (od wieczora dnia poprzedzającego do wieczora szabatu) podejmowania jakichkolwiek prac, nawet lekkich. Cel takiego zapisu? Taki sam, jak dzisiejsze przykazanie Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. Przypomnieć człowiekowi, że 6 dni w tygodniu to w zupełności wystarczająco, aby zarobić na życie, napracować się. Ostatni dzień to czas dla Boga, aby podziękować Mu za ten tydzień, za dobro, które stało się moim udziałem, za dobro które mogłem czynić, przeprosić za wszelkie zło – i moment na powierzenie Bogu nadchodzących, kolejnych dni, następnego tygodnia. 
Nic więc dziwnego, że Jezus posługuje się tak prostym przykładem. Dobrze, skoro do mnie masz pretensje, że uzdrowiłem chorą – to czemu nie reagujesz, kiedy tak wiele osób wykonuje prozaiczne, a jednak rozumiane (w ten sposób) jako praca, czynności typu właśnie napojenie bydła. Fakt, krowa nie zrozumie, że jest szabat, i z powodu szabatu nie przestanie jej się chcieć pić czy jeść. Karmicie więc zwierzęta – czyli jakby wykonujecie pracę, prowadząc je do wodopoju. Jednorazowe i to cudowne uleczenie przeszkadza, a regularne prowadzenie zwierząt do wodopoju już nie? W najlepszym razie – brak konsekwencji. Żeby nie powiedzieć, że zwykłe szukanie dziury w całym. 
Bóg jest Bogiem miłości, Bogiem miłosiernym. Uwierzysz, że przeszkadzało Mu uleczenie człowieka w dniu szabatu, że naruszyło to spoczynek szabatu? Ja – nie.

Konieczność życiowa

Pewnego razu Jezus przechodził w szabat wśród zbóż. Uczniowie Jego, będąc głodni, zaczęli zrywać kłosy i jeść. Gdy to ujrzeli faryzeusze, rzekli Mu: Oto Twoi uczniowie czynią to, czego nie wolno czynić w szabat. A On im odpowiedział: Nie czytaliście, co uczynił Dawid, gdy był głodny, on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego i jadł chleby pokładne, których nie było wolno jeść jemu ani jego towarzyszom, tylko samym kapłanom? Albo nie czytaliście w Prawie, że w dzień szabatu kapłani naruszają w świątyni spoczynek szabatu, a są bez winy? Oto powiadam wam: Tu jest coś większego niż świątynia. Gdybyście zrozumieli, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary, nie potępialibyście niewinnych. Albowiem Syn Człowieczy jest Panem szabatu. (Mt 12,1-8)
Kolejny obrazek z cyklu tych, gdzie praworządni, porządni i ułożeni chcą zdyskredytować – Jezusa docelowo, czepiając się Jego uczniów. I to za pomocą prawa, które być może mieli w małym palcu. A jednak, nie rozumieli jego istoty. 
No właśnie. Co wolno, a czego nie wolno? Nie można na pewno wyjść z anarchicznego założenia – prawo i zasady nie mają znaczenia, żadna władza, chaos tłumaczony jako spontaniczność. Nie tędy droga. Nie po to Bóg dał Mojżeszowi tablice z przykazaniami, aby je lekceważyć. Jezus tłumaczy to, czego tamci nie rozumieli. I to na przykładach. Dawid spożywa chleby pokładne, otrzymane od kapłana Achimeleka z Nob (1 Sm 21,2-7), które prawo pozwala spożywać jedynie kapłanom (Wj 25,30, Kpł 24,5-9). Kapłan, wchodząc do Przybytku aby wykonać swoją posługę, sam narusza szabat – nie ponosząc jednocześnie konsekwencji, jakie prawo z tym wiąże.

Biblia Tysiąclecia w krótkim komentarzu nazywa tą sytuację bardzo życiowo… bo koniecznością życiową. Jak zwykle, trafnie. Czy Bóg chce, aby człowiek był głodny? Na pewno nie. Gdyby tak nie było, Jezus nie martwił by się w innym miejscu o rzesze idące za Nim, gdy kończył się dzień, a zebrani – daleko od domu – nie mieli co jeść. Nie tylko się martwił – dokonał cudu, rozmnożył chleb i ryby, aby najedli się do sytości (ze słynnymi dwunastoma koszami ułomków w roli drugoplanowej, jako pozostałości po posiłku wielkiej masy ludzkiej). Po raz kolejny – Bóg pokazuje, że troszczy się o człowieka. 
Zasady, drogowskazy i przykazania są ważne – nie można jednak powiedzieć, że człowiek ma paść z głodu, aby nie naruszyć zakazu spożywania jakiegoś rodzaju pokarmu. Prawo ma sens tylko wtedy, gdy działa dla dobra człowieka – a nie wtedy, gdy stoi na przeszkodzie zaspokojenia podstawowych i koniecznych, elementarnych potrzeb. Bóg jest miłosierny, kocha człowieka i nie jest to dla Niego problem – czego nie można było powiedzieć o faryzeuszach z tej historii. Całość, na szczęście, nie pozostawia wątpliwości, kto miał rację. Bóg zadba o tych, którzy Mu ufają.

Prawo wypełniać, a nie się nim podpierać

Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. (Mt 5,17-19)
Krótko, a jak zwięźle i treściwie. O ile można dyskutować z obrazem Boga, jaki rysuje się na tle Starego Przymierza, Starego Testamentu – Boga groźnego, okrutnego, wręcz żądnego krwi, mściwego, o tyle trzeba jednoznacznie powiedzieć: Bóg taki nie był, nie jest i nie będzie. Tak odbierał i wyobrażał go sobie człowiek, który nie raz i nie dwa razy na kartach tegoż Starego Testamentu, nie ukrywajmy, dawał się temu Bogu we znaki, wystawiał na próbę, odwracał się od niego, składając ofiary bożkom (choćby przykład ze złotym cielcem). Czyli – gdy Bóg człowieka karał, to nie dlatego, że takie miał widzimisię, albo że lubi – tylko dlatego, że człowiek na karę zasłużył. Zresztą, żadna z tych kar permanentną nie była (i znowu, może monotematycznie, czy nie jest to dowodem, że teoria powszechnego zbawienia o. Hryniewicza jest jak najbardziej uzasadniona? Jezus nie potępia tego, który „zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi”, ale mówi, że będzie najmniejszy – jednak nadal w Królestwie Niebieskim).
Przykazania się nie zmieniły i nie zmienią. Na przestrzeni wieków, w samych choćby szeregach Żydów, Narodu Wybranego, pojawiały się różne stronnictwa i ugrupowania, które dokonywały różnej interpretacji tych przekazać, odczytując je w różnym duchu. Dużo przykładów mamy przecież w samych ewangeliach, gdzie raz po raz słyszymy o tym, jak ci albo inni (najczęściej faryzeusz) znowu próbują Jezusa wystawić na próbę, podkopać autorytet, podchwycić na słowie – dobrać Mu się tym samym do skóry. Ktoś może powiedzieć – no tak, ale przecież kierowali się Pismem Świętym, więc jak mogli być w błędzie? Mogli, i Jezus wiele razy to udowodnił. Pismem się nie kierowali, a co za tym idzie – Duchem Bożym, przykazaniami – ale się nimi jedynie podpierali do realizacji partykularnych interesów, pozbycia się Tego, kto punktował ich błędy, niespójność, pozerstwo i obłudę. Tu nie chodziło o szukanie i znajdowanie woli Bożej w realizacji przykazań, ale o pozbycie się przeciwnika w majestacie Bożego prawa. 
Jedno jest pewne. Kościół, w różnej kondycji, stoi od 2000 lat i pewnie jeszcze się tak szybko, wbrew nadziejom wielu, nie zawali, postoi. Przykazania w tym Kościele, ani nawet w Piśmie Świętym w zakresie Starego Przymierza, nigdy się nie zmieniały. Do dziś było i jest ich dziesięć, znane (przynajmniej z założenia) każdemu chrześcijaninowi. Przykazania Boże – żeby nie było, bo kościelne to kwestia umowna, zmieniające się (choćby w zakresie terytorium np. państwa – u nas są takie, jakie są, za granicą gdzieś mogą obowiązywać inne). Tu nie ma miejsce na nadinterpretacje. One same i duch, w jakim powinny być realizowane, są jednoznaczne. Nie można siadać do rozważania nad nimi, i po prostu zastanawiać się, jak je obejść. Nawet w prawie świeckim, cywilnym, obejście prawa (ukształtowanie treści czynności prawnej, że z formalnego punktu widzenia nie sprzeciwia się ona przepisom prawa, ale w rzeczywistości zmierza do osiągnięcia celów zakazanych przez prawo) jest zabronione i karane.
Bóg poszedł człowiekowi bardzo na rękę, dyktując przykazania. Nie bez powodu zostały wyryte na kamiennych tablicach, które spoczęły w Arce Przymierza. Bóg jest w nich, Duch Boży przez nie działa i chce zamieszkać w tych, którzy je przyjmują i wypełniają. Jeśli chcesz kombinować – z pozoru pozostać im wiernym, podczas gdy w sercu i tak naprawdę lawirować między nimi, omijając to, co niewygodne – szkoda czasu. To podstawa, fundament. Dyskutować można dalej, w kwestiach spornych (właśnie czytam „Światłość świata” papieża Benedykta – m.in. o instrumentach nowej ewangelizacji; owszem – formy nowe, ale podstawa i sedno zawsze to samo). Przykazania? Tutaj nie ma nic takiego. Albo je uznajesz, albo nie.

Wielki Post to dobry czas, aby powrócić do tych źródeł, jakimi przykazania są, postarać się je jakoś na nowo odkryć. A jeśli się okaże, że dotychczas głównie kombinowałem, zmierzałem do ich obchodzenia? Jest czas na wyciąganie wniosków. One nie mają ograniczyć, a ukierunkować i pomóc. 

Czy tylko dura lex, sed lex?

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Słyszeliście, że powiedziano przodkom: „Nie zabijaj”; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu «Raka», podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar twój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj. Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz. Słyszeliście, że powiedziano: «Nie cudzołóż*. A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już w swoim sercu dopuścił się z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła. Powiedziano też: «Jeśli kto chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy». A Ja wam powiadam: Każdy, kto oddala swoją żonę, poza wypadkiem nierządu, naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa. Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: «Nie będziesz fałszywie przysięgał*, «lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi*. A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie, ani na niebo, bo jest tronem Bożym; ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nie możesz nawet jednego włosa uczynić białym albo czarnym. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi». (Mt 5,17-37)
To tekst bardzo ważny, pochodzi z niedzielnej liturgii słowa (jak zwykle jestem do tyłu). Ważny, bo ukazuje pewną wyraźną i jasną ciągłość. Jezus nie przychodzi ni stąd, ni zowąd, i nie wprowadza jakiegoś zupełnie nowego systemu praw, nakazów i zakazów, obcych dotąd człowiekowi, Narodowi Wybranemu. Jezus przychodzi wypełnić to wszystko, co o Mesjaszu zostało już powiedziane w pismach i tekstach proroków. Przychodzi jednak również, aby przypomnieć o prawie, o przykazaniach – a może przede wszystkim: wskazać, że nigdy nie straciły one na wartości czy znaczeniu, i nigdy nie stracą, tylko często wykorzystywane są przez niektórych instrumentalnie i zupełnie przeinaczane; że samo literalne odmienianie przykazań przez przypadki nie wystarczy, aby być wielkim w królestwie niebieskim.
Czy o same przykazania, o prawo chodzi, o to dokładne jego przestrzeganie? Gdzie indziej  (Mt 12, 1-8) przecież powie, że On sam jest Panem szabatu, a morał tamtej nauki będzie taki, że prawo jest dla człowieka, a nie człowiek dla prawa. Nie oznacza to jednak przyzwolenia na lekceważenie prawa jako takiego, na wybiórcze wyrywanie z kontekstu tych jego zapisów, które w danym momencie wydają się użyteczne i stanowią potwierdzenie dla mojego postępowania czy stanowiska, przy równoczesnym pomijaniu tych innych, wobec których moje zachowanie i decyzje stoją w sprzeczności. Chodzi o co? O mądrość, o której Paweł mówi w II czytaniu (1 Kor 2,6-10). Tą mądrością kierując się, musimy umieć zachować właściwe proporcje pomiędzy tym, co prawo nakazuje, a człowiekiem z jego potrzebami w konkretnej sytuacji, w jakiej się znajdziemy. 
Jezus poświęca te słowa postawie bardzo ważnej, o której dzisiaj chrześcijanie często zapominają – radykalizmowi. Chrześcijaństwo, przynależność do Kościoła, o wyzwanie i rola dla ambitnych, a nie byle jakich, bez ambicji i zapału. Owszem, do doskonałości każdemu z nas bardzo daleko, ciągle wytrwale ku nim dążymy – ale trzeba powiedzieć jasno: sam fakt tego, że nie robię czegoś bardzo złego, nie oznacza że jestem wybitnie dobry, święty. Zwyczajność najczęściej to bylejakość, stan w którym pewni właściwości swojego postępowania po prostu osiadamy na laurach, spokojni o swój los; przestajemy się starać, przekraczać siebie, zadowoleni z tego, jak jest, bo przecież nic złego nie robimy. 
Przykłady mamy podsunięte pod nos. Piąte przykazanie zakazuje zabijania – a Jezus idzie dalej: zakazuje gniewu i sporów, zakazuje wręcz posłużenia się wobec drugiej osoby sformułowaniem niegodziwiec (bo tak należy tłumaczyć owo raka), posługując się sformułowaniem odnoszącym się do rodziny, które należy rozumieć szerzej – rodziny Kościoła, rodziny wszystkich ludzi. Dzisiaj przecież coraz więcej waśni i sporów  rodzinach, o majątek, o pieniądze, o korzyści. To jest coś, o czym bardzo często zapominamy. Nie można modlić się do Boga w sposób Jemu miły, gdy gdzieś tam, nawet głęboko, w sercu płonie gniew, złość, złe emocje. Aby Bóg mógł mieć upodobanie w modlitwie człowieka – konieczny jest pokój w sercu modlącego się, pokój którego nic nie mąci. Dopiero modlitwa takiego człowieka ma jakikolwiek sens. Nie chodzi przecież o modlenie się dla samego modlenia. 
Szóste przykazanie zakazuje cudzołóstwo. Ktoś powie – jestem wierny żonie, nie spałem z inną, nie zdradziłem jej – więc o co chodzi? Cudzołóstwo to nie tylko fizyczne zbliżenie, akt płciowy. Składamy się przecież z ciała i myśli, emocji. Cudzołożyć można także myślą, kierując je w konkretnym kontekście pod adresem danej osoby. Zgadza się, są osoby, które swoim strojem, zachowaniem, sposobem bycia do pożądliwych myśli prowokują – ale to żadne usprawiedliwienie. Albo to, że większość ludzi tak właśnie dzisiaj żyje – na próbę, żeby się poznać, bo przecież np. data ślubu i tak ustalona. I co z tego? To ludzie próby usprawiedliwienia samego siebie – ale dalej cudzołóstwo. Jezus mówi o drastycznym rozwiązaniu – dosłownym usunięciu danego członka, który jest powodem grzechu. Nie wydaje mi się, żeby chodziło o to, abyśmy się okaleczali (np. uciąć rękę, jak ktoś ukradnie coś ze sklepu – kary mutylacyjne na szczęście mamy już za sobą) – a o zdecydowaną, znowu radykalną, postawę odcięcia się od grzechu. Gdzie, jak? Sakrament pokuty i pojednania. Klękam przed Tobą, Panie, w swojej słabości, unurany grzechami – i proszę, abyś na nowo mnie oczyścił, bo z tym całym syfem nic nie chcę mieć wspólnego, postanawiam poprawę. 
Na końcu jest mowa o wartościowaniu słów, przysiąg. Pewnie każdy z nas widział, jak różne osoby, mniej lub bardziej słusznie o coś oskarżane, zaklinają się na wszelkie świętości, na groby rodziców itp., próbując w ten sposób uwiarygodnić swoje stanowisko. Nie cenimy słów i lekkomyślnie się nimi posługujemy – a to przecież nic innego, jak wykroczenie przeciwko II przykazaniu. Bóg nie jest po to i od tego, aby potwierdzał nasze kłamstewka i podpierał to, co przez nas wypowiedziane samo w sobie jest tak mało spójne, że się po prostu sypie. Im bardziej ważna i delikatna materia – tym trudniej się przyznać, że znowu dałem ciała. Ale trzeba. Żeby być jednoznacznym, transparentnym, czytelnym. Albo tak, albo nie. Nie ma być nic pomiędzy, pośredniego. Bóg, sam i w swoim Synu, był tak wyrazisty i jasny, że Jego naśladowcy nie mogą być nijacy, niezdecydowani, po prostu mdli i niezrozumiali. 
Czy to jakieś nowe obostrzenia, nowe zakazy, które mają nas ograniczać? Nie! To nic nowego. To przypomniane, i dobrze, słowa jakie Mojżesz otrzymał na dwóch tablicach. A dokładniej – jakby instrukcja, w jakim (czyim – Bożym) duchu kierować się w ich interpretacji i stosowaniu, praktykowaniu. Tak naprawdę, my to wszystko wiemy, mamy je wyryte w sercu. To, że Bóg jasno o nich przypomina – to nie po to, aby nas dołować czy deprymować, ale aby przypomnieć o nich. W głębi serca sami mamy wyrzuty sumienia, czasami trudne do zrozumienia i zidentyfikowania – On pomaga nam je kreatywnie ukierunkować, zrozumieć i wyciągnąć wnioski. 
Czy Boże prawo jest trudne? Według mnie – nie – ale może nie jestem obiektywny jako osoba wierząca, która lepiej lub gorzej stara się tego prawa trzymać. Ale też mam problemy, też upadam, też mi głupio gdy raz po raz klękam przed Bogiem w konfesjonale, i nie raz muszę się powtarzać w stosunku tego, co wyznawałem przy poprzedniej spowiedzi, a przecież wtedy już obiecywałem poprawę… Boże prawo jest bardzo spójne i konkretne, choć wymagające. Bóg nic nam nie komplikuje. Wskazuje po prostu na to, w jakim – czyim, Jego – Duchu (dlatego z dużego D) interpretować przykazania i wszystkie inne wskazówki ewangeliczne. Pokazuje palcem – faryzeuszy – mówiąc nie tędy droga. To są ograniczenia, fakt, ale nijak nie przez Boga nałożone, ale przez ludzi, którzy prawa Bożego nie rozumieli i na swój sposób je wypaczali, kierując się tylko literą i umysłem, pomijając serce. Nie bez powodu Augustyn z Hippony powiedział: Kochaj, i rób co chcesz. Miłość jest potrzebna, jest ważna – także do czegoś tak typowo prawniczego jak przykazania.
Po co to wszystko? Bo mamy wybór. Bo Bóg, co podkreślam raz po raz, nigdy się nie narzuca i nie stawia człowieka przed murem. Jeśli myślę, że pod nim stoję – to źle widzę, albo sam się pod niego doprowadziłem.  Bóg wskazuje drogę, pokazuje czym się kierować – jednak decyzję, wybór, musimy podjąć sami, i to nie słowną deklaracją, ale tym, jak i dokąd przez swoje życie przejdziemy. Jeżeli zechcesz, zachowasz przykazania: a dochować wierności jest Jego  upodobaniem. Położył przed tobą ogień i wodę, co zechcesz, po to wyciągniesz rękę. Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się podoba, to będzie ci dane. (Syr 15, 15-17) To, co z przykazaniami zrobimy, w jakim duchu będziemy je odczytywać i jak będziemy stosować, no i czy w ogóle – od tego zależy, jakiego wyboru dokonamy. Życie czy śmierć? Tu jest prawdziwa mądrość, przejawiająca się w wyborze. Niby tak oczywisty – czy jednak na pewno?

Faryzejska mentalność Kalego – a jednak człowiek ważniejszy

Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. A oto zjawił się przed Nim pewien człowiek chory na wodną puchlinę. Wtedy Jezus zapytał uczonych w Prawie i faryzeuszów: Czy wolno w szabat uzdrawiać, czy też nie? Lecz oni milczeli. On zaś dotknął go, uzdrowił i odprawił. A do nich rzekł: Któż z was, jeśli jego syn albo wół wpadnie do studni, nie wyciągnie go zaraz, nawet w dzień szabatu? I nie mogli mu na to odpowiedzieć. (Łk 14,1-6)
Dalsze rozważania na kanwie tego, o czym było i w niedzielę, i we wtorek (dwa poprzednie teksty). Wybitnie faryzejski dylemat – wolno, czy nie wolno? Co ma pierwszeństwo – najbardziej słuszne nawet prawo, czy dobro drugiego człowieka, któremu w tej konkretnej chwili można pomóc, skoro właśnie teraz Ten, który może uzdrowić, był koło niego? 
Z punktu widzenia faryzeuszy – nie, nie wolno. Bo narusza to spoczynek szabatu – jak właściwie wszystko.  Litera mówi jasno: nie wolno, i tyle, pracować ani nic z tych rzeczy. Prawo przede wszystkim. Jezus wskazuje im brak konsekwencji. Gdy ktoś ich zapyta – jako uczonych, przedstawicieli stronnictwa – to, oczywiście, taką właśnie otrzyma odpowiedź: nie wolno, i już. Tyle, że sami pytani się do tego nie stosują – co im udowodnił. Świetny obrazek do tej sytuacji to tzw. mentalność Kalego – jak ktoś Kalemu ukraść krowa to zło, ale jak Kali komuś ukraść krowa to dobrze (dla Kalego). Innym nakazują poszanowanie dla tego przepisu prawa, podczas gdy sami nie zwracają nań uwagę, gdy chodzi o którąś z sytuacji, jaką Jezus wymienił. Ja rozumiem – ratowanie syna ze studni, to jeszcze. Ale bydło? Nie da się tego inaczej wytłumaczyć jak tylko stawianiem swoich korzyści (inaczej – potencjalnych strat) przed prawem Bożym. 
Ta sytuacja, wbrew pozorom, nieco różni się – nie wiem, czy zauważyliście – od innych, przytaczanych przez ewangelie, gdy faryzeusze coś przeciwko Jezusowi kombinowali. Czym? Zamianą ról. W większości (o ile nie wszystkich innych – głowy nie dam…) to faryzeusze atakują, podejmują działania i wystawiają Jezusa na próbę, jak to zwykle jest sformułowane. Tutaj – odwrotnie. Zaproszenie na obiad, i pojawia się okazja, aby udowodnić małość tych, którzy się za wielkich uważali wówczas – więc Jezus, powiedzmy, testuje ich zrozumienie prawa.
Rezultat – do przewidzenia. Nie, nie wściekłe wrzaski czy oburzenie. Nawet na to im pary nie starczyło – choć może i dobrze. Cisza. Oni milczeli. Języków w gębach, za przeproszeniem, zabrakło. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Może w tym właśnie jest dla nich nadzieja – że nie chodziło tu jedynie o to, że nie chcieli się skompromitować czy pogrążyć, lawirując pomiędzy brzmieniem tamtego przepisu prawa a tym, co sami robili, jak go omijali… ale że w głębi serc czuli, że nie postępują jak trzeba, wstyd i głupio im było, a jednocześnie uświadomili sobie, że ten Jezus z Nazaretu nie pokazuje im właśnie wtedy właśnie tego bez powodu, ale aby się nad tym zastanowili. Chcę wierzyć, że nie miało to być – ze strony Jezusa – tylko takim daniem faryzeuszom nauczki, ale podprogowym jakby wezwaniem do zmiany sposobu życia. 
Człowiek zawsze powinien być w centrum, a wszystko inne, co w społeczeństwie funkcjonuje, wszelkie regulacje sfer życia powinny podporządkowane być temu, aby człowiekowi służyć. Ale oczywiście – nie wszystkim zachciankom (w myśl oczywistej zasady: nie wszystko, co wolno, jest dobre czy w ogóle potrzebne), ale tym faktycznie podstawowym potrzebom, kwestiom mającym decydujące i kapitalne znaczenie dla tego, jak człowiek żyje, jakie jest jego życie. Chyba zgodzicie się, że uzdrowienie to właśnie coś takiego?
Jedno Jezus chciał faryzeuszom pokazać na pewno. Prawo nie ma pierwszeństwa przed człowiekiem. Prawo zawsze ma służyć człowiekowi, być mu pomocą i chronić go. Jak to jest? Cóż, każdy widzi – i nie trzeba mieć do tego studiów prawniczych (choć to pomaga). Coraz częściej i wyraźniej widać, że prawo w bardzo jaskrawy, nieudolnie maskowany sposób, służyć ma partykularnym grupom, celom, nawet interesom konkretnych osób. I to wcale nie tych, którzy tego wsparcia tak naprawdę potrzebują – tylko do napychania kieszeni tych, którzy i tak nie mają pomysłu, co ze swoimi dobrami zrobić, ale dla zasady chcą więcej. Co więcej – nie cofną się wcale przed wciskaniem ludziom kitu w stylu krętactw na temat zalet, jakie dana nowa ustawa tym zwykłym ludziom przyniesie. 
To jest pomysł też dla każdego z nas. Gdy ktoś – nie ważne, w dobrej czy złej woli – wytknie jakiś błąd, mniejsza o formę czy wagę problemu, to zamiast rozedrzeć się na niego czy unieść świętym oburzeniem… zamilknąć. Choćby po to, żeby nie wyrzucić z siebie w gniewie czy złości czegoś, czego człowiek później będzie żałował, a co jednak dotrze już do adresata i być może wiele bólu sprawi. Zamiast tego – policzyć w duszy do dziesięciu, choćby jakimś wezwaniem – np. Jezusie, Synu Dawida, miej litość nade mną, grzesznikiem (tak, to słowa celnika z niedzieli). Zamilknąć i się zastanowić – może on ma rację? I nie zatrzymać się tylko na tym, ale drążyć. I zmieniać to wszystko, co zmiany wymaga. Zawsze jest coś takiego – czasami tylko potrzebujemy ludzi, którzy pomogą nam to zauważyć. 
>>>
>>>
Zmęczony jestem. Do środy włącznie pisałem, po 3-4 h w ciągu tygodnia (w niedzielę też trochę wieczorem) odwołanie, w czwartek je dopracowałem, a dzisiaj zawiozłem i złożyłem. Fakt – termin do wtorku 02.11 miałem, ale przecież 03.11 mam egzamin na prawo jazdy, i trzeba się przygotować, a jeszcze testów się pouczyć, 02.11 wieczorem ostatnia jazda. Za dużo naraz – kwestię odwołania trzeba było zamknąć, żeby przejść do prawka, i do tamtego nie wracać. Zresztą, co miałem napisać, jakie argumenty podnieść – podniosłem, podparłem tezami orzecznictwa i komentarzami, opisałem, 36 stron mi wyszło (aż to zbindowałem wczoraj, żeby nie zgubili nic). Poszło. Jak wyślą, MS ma 30 dni na decyzję w przedmiocie odwołania. Zobaczymy, czy przyjdzie pisać skargę do WSA, czy nie będę musiał.
Ta sytuacja mi uświadomiła, że jest w ludziach coś dobrego. Na jednym z serwisów rozwinęła się bardzo fajna dyskusja (przeszło 700 wypowiedzi – teraz już zwalnia, większość napisała i złożyła odwołania), gdzie ludzie, którym niewiele zabrakło na tym samym egzaminie, z całej Polski, dzielili się pomysłami – co, jak, gdzie, z jakiej strony ugryźć, podważyć. Podsuwaliśmy sobie pomysły, skazywaliśmy na interesujące i pasujące odpowiedzi. Dochodziło nawet do polemik – co tym lepsze – gdy pojawiał się ktoś, kto wskazywał na jakąś lukę w rozumowaniu, albo zbijał jakoś argumenty. Na pewno się to przydało, i jestem tym osobom bardzo wdzięczny – dużo mi pomogli. 
No i wreszcie wszystko jasne – po USG w środę z żonką już wiemy, iż jesteśmy posiadaczami nienarodzonego, ale żyjącego i świetnie, dobrze i zdrowo rozwijającego się w jej brzuszku – synka! Mimo, że większość świata (z tej, która dzieliła się ze mną swoimi typami co do płci) stawiała, że będzie to dziewczynka 🙂 Radocha, duma i wszystko mnie rozpiera! Módlcie się, żeby wszystko dobrze się układało, bo żonka mi się podziębia troszkę… 

MODLITWA Z ZACIŚNIĘTYMI PIĘŚCIAMI?

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: Raka, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł: Bezbożniku, podlega karze piekła ognistego. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przez ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj! Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę, powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz. (Mt 5,20-26)
Niepoprawny ten Bóg. Nie dość, że kochać każe, to jeszcze, co, przebaczać? No bez przesady… Ile można. I o co Mu chodzi z tą sprawiedliwością? Sprawiedliwości nie ma, o czym można się przekonać bardzo często na co dzień. 
Czy tak jest naprawdę? Pewnie nie. Ale jednocześnie jestem dziwnie pewien, że sporo osób w ten sposób Boga i Jego wymagania, o których mowa w fragmencie powyżej, odbiera. Tu nie chodzi o to, żeby się mądrzyć, sypać jak z rękawa sentencjami, przerzucać się łaciną (klasyczną, nie podwórkową…), moralizować. Nic z tych rzeczy. Chodzi o faktyczną, a nie okazjonalną, z kaprysu, sprawiedliwość. Tę prawdziwą. 
Nie można Bogu tłumaczyć się – czego Ty ode mnie chcesz, wszyscy kłamią, kradną, oszukują, to i ja, bo co się będę wyróżniał. Bóg i wiara – to nie wyzwanie dla leniuchów i wygodnych. Bóg wymaga. Oczywiście, daje wiele, niepomiernie więcej w zamian, ale wymaga. Prawdziwie wierzący człowiek to osoba radykalna, zdecydowana, nie przyzwalająca na półśrodki, mniejsze zło itp. 
Prawo, wspomniane przez samego Jezusa powyżej, jest tu dobrym przykładem (nie tylko z racji, że to moja wyuczona profesja). Prawo można szanować i przestrzegać go – a można głowić się i starać je ominąć. Dla nieświadomych – próby omijania prawa w prawie powszechnym są przestępstwem. Myślisz, że Bóg inaczej na to spojrzy? Nie sądzę. Liczy się zamiar – skoro wiesz, że powinno się postąpić tak i tak, a celowo postępujesz inaczej, próbując się jakoś wykręcić i usprawiedliwić – to najlepiej świadczy o tobie.
Nie wystarczy, że nikogo nie zabiłeś, nie kradniesz, nie jesteś terrorystą. A jaki jesteś dla rodziny, dzieci, małżonka, rodzeństwa, przyjaciół czy znajomych z pracy? Wiadomo, każdy ma prawo do gorszego dnia – ale… Obojętność to też grzech, grzech zaniechania, bardzo powszechny. Po pracy może się nic nie chcieć – ale na pracy świat się nie kończy. Jak się kogoś kocha, szanuje – to się znajduje dla niego czas. Jak ktoś jest ci drogi – to za wszelką cenę chcesz wyjaśnić nieporozumienie, aby wasze relacje były dobre, by nie było kwasu między wami. Żeby nie było sprzeczek, kłótni, awantur. 
Ale do tego potrzebna jest dobra wola. I świadomość, że to nie moja wspaniałomyślność każe mi wyciągać rękę – ale Bóg tak chce, a ja chcę jak najlepiej spełniać jego wolę, na maxa. Nie można być dobrym chrześcijaninem, gdy toczy się walki z innymi. Nie można oddawać czci Bogu w sposób Jemu miły – gdy jest to tylko przerwa pomiędzy awanturami w domu czy w pracy, od jednej utarczki słownej do innej (może nawet nie tylko słownej). To nic, że klękniesz, złożysz ręce – to tylko forma. A co z tym, co w środku? Jak się ma twoje serce? Tak, jak pięści jeszcze przed chwilą – zaciśnięte, zamknięte. Zamknięte na Niego. 
Tu nie chodzi o to, aby dawać się ludziom oszukiwać, wykorzystywać i puszczać im to płazem. Każdy ma prawo szukać sprawiedliwości przed sądem – takie jest prawo, i ma pomagać ludziom oszukanym albo tym, którzy są w sporze. Rzecz polega na tym, aby w sporach się nie zapamiętywać. Aby nie czynić z nich centrum, sensu i celu swojego codziennego wstawania z łóżka. I żeby sporów o rzeczy, prawa, różne kwestie nie przenosić personalnie na ludzi, na adwersarzy. Bo problem, prędzej czy później, znajdzie rozwiązanie – a łatwo w gniewie powiedziane albo wykrzyczane słowa pozostają, i bolą. Nawet jak sumienie gdzieś wrzuci ten wyrzut w kąt – Bóg to widzi. Czy warto? 
Jeśli nawet nie uda się – bo drugi nie chce – wyjaśnić wszystkiego, to wiesz, że próbowałeś, że chciałeś się pogodzić. Ale to musi być decyzja obu stron, nikogo nie zmusisz. W każdym razie zawsze warto zaproponować coś, wyciągnąć rękę. Może druga strona też tego chce, ale czegoś zabrakło, żeby to zaproponować? Szkoda życia na złość i konflikty.
Jan Paweł II powiedział to na Westerplatte do młodzieży, ale można odnieść do każdego, i w każdym czasie:
Każdy z was (…) znajduje też w życiu jakieś swoje „Westerplatte”. Jakiś wymiar zadań, które musi podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można „zdezerterować”. Wreszcie – jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba „utrzymać” i „obronić”, tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie. Tak, obronić – dla siebie i dla innych.
Zbyt mało czasu mamy na bylejakość. Zbyt mało wiemy i zbyt mało możemy, żeby tracić dane od Boga życie – największy dar – na robienie czegokolwiek na odwal. On podnosi poprzeczkę, ale wie, że mnie stać na to, aby jej sprostać, obronić każde swoje Westerplatte. O ile się postaram.

>>>

W długi weekend czerwcowy miałem okazję, przypadkiem (żadna tradycja) obejrzeć jeden z odcinków serialu Ojciec Mateusz. Przyznam, Żmijewski ciekawie wygląda w sutannie, a i rola dobra – pozytywna w każdym razie. A serialowi trudno odmówić pozytywnych emocji i przesłań, jakie zawiera (przynajmniej ten odcinek). 
A było o próbach zamachu na samego głównego bohatera – próbowano go najpierw otruć (i zginął przypadkowy bezdomny, który z kościoła podkradał zatrute wino do mszy), później postrzelono. Winą obarczono bezdomnego, człowieka skazanego jakiś czas wcześniej za przestępstwa gospodarcze, który wyszedł z więzienia – bo w miejscu zdarzeń widziano jego samochód. 
Nie wchodząc w detale – okazało się na końcu, że winny był zupełnie ktoś inny. Ojciec tego bezdomnego. Człowiek, który wcześniej stał za machlojkami w firmie. Syn o tym wiedział, ale gdy ojciec spreparował dowody przeciwko niemu – milczał. Poszedł do więzienia, odsiedział kilkuletni – nie swój – wyrok Gdy aresztowano go jako podejrzanego o zamachy na ojca Mateusza – również milczał. Okazało się, że wiedział, że stał za tym jego ojciec. 
W jednej z ostatnich scen, gdy prawda wychodzi na jaw, ojciec w momencie aresztowania oddaje mu klucze do domu rodzinnego, i pyta – czemu to robił, czemu nie powiedział prawdy, czemu go krył? Na co ten syn odpowiada – znienawidziłem cię po tym, co mi zrobiłeś; ale jesteś moim ojcem, wychowałeś mnie, innego ojca nie miałem.