Jak to jest z tą aborcją

To wpis, nad którego popełnieniem zastanawiałem się dość długo. Chciałbym tylko zasygnalizować pewne kwestie – szczególnie wobec bardzo jednoznacznego formułowania w tej materii bardziej niż skrajnych poglądów. Sprawa, niewątpliwie, jest bardzo złożona.

Czytaj dalej →

Adwentowy Boży palec

Świat tak często krzyczy – Boga nie ma! A jednak jest, i wydaje się, że w tym adwencie na naszym małym polskim podwórku wyraźnie pokazuje wszystkim Jego kontestatorom: jesteście w błędzie. Nie ze złością, nie z żalem, nie z wyrzutem – po prostu. Boga i wiarę można próbować negować, ale nie można zrobić tego skutecznie, gdy żyją i mają prawo głosu ludzie w tego Boga wierzący. 
 
Najpierw błazen i populista (bo trudno tutaj o inne określenia – taką postawę tak właśnie się nazywa) Palikot ze swoim ruchem próbował wmówić wszystkim, że krzyż powinien zniknąć z sali sejmowej. Krzyczał o naruszaniu wolności wyznania, bezprawnym umieszczeniu krzyża i wielu innych rzeczach. Wg niego stan obecny jest „sprzeczny z prawem”, w tym z Konstytucją, Konwencją o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności oraz konkordatem. Głośno, kolorowo, był mały spektakl pod publiczkę. Co ciekawe, i pozytywne, jednogłośnie sprzeciwiły się takiemu podejściu zarówno PO, jak i PiS. W czwartek 15.12.2011 do Marszałka Sejmu wpłynęły 4 opinie prawne na ten temat, przygotowane przez niezależnych prawników i grupy prawnicze. Wszystkie stwierdzają, że nie ma prawnych podstaw do zdjęcia tego krzyża.
 
Co z nich wynika? Po pierwsze, że Marszałek Sejmu nie ma prawa krzyża usunąć na podstawie zarządzenia porządkowego. Po drugie, że „w sali posiedzeń Sejmu obecnej kadencji może znajdować się krzyż, jednak nie jako znak religijny, ale jako znak kultury, która jest >źródłem tożsamości narodu polskiego, jego trwania i rozwoju< (…) ani kompromis konstytucyjny, ani standardy europejskie w sposób jednoznaczny nie wykluczają umieszczenia krzyża w sali posiedzeń Sejmu” (dr R. Piotrowski, UW). Obecność krzyża w sali posiedzeń Sejmu „nie oznacza przejawu dyskryminacji i nie jest niezgodne z żadnymi przepisami prawnymi wskazanymi przez wnioskodawców, zwłaszcza z zasadami i normami konstytucji, konkordatu, konwencji europejskich oraz ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania”. „Ugruntowany, długotrwały kompromis i konwenans prawny posłów kilku kadencji, polegający na akceptacji obecności krzyża w sali posiedzeń Sejmu od 1997 roku, stanowi postać urzeczywistnienia wartości i zasad konstytucji w polskiej praktyce parlamentarne” (dr Dariusz Dudka, ks. dr Piotr Stanisz z KUL). Pogląd ten ma bezsporne oparcie w uchwale Sejmu z grudnia 2009 r, gdzie posłowie podkreślili, że „znak krzyża jest nie tylko symbolem religijnym i znakiem miłości Boga do ludzi, ale w sferze publicznej przypomina o gotowości do poświęcenia dla drugiego człowieka, wyraża wartości budujące szacunek dla godności każdego człowieka i jego praw”. Po trzecie, bardzo ciekawy pogląd z nieco innego ujęcia przedstawił prof. Lech Morawski (UMK), który stwierdził, że „każdy ma prawo być niekatolikiem oraz dawać wyraz swoim przekonaniom i na tym właśnie polega tolerancja i przestrzeganie indywidualnych praw człowieka, ale nikt nie ma prawa żądać, by katolicka większość żyła wedle tych zasad, których ona nie uważa za słuszne, bo to oznaczałoby rażące naruszenie jej prawa do samostanowienia w swoim własnym państwie (…) to właśnie na tym prawie opiera się obecność krzyża w polskim Sejmie i wielu instytucjach publicznych w naszym kraju”.
 
Dalej – Komitet inicjatywy ustawodawczej „Tak dla Kobiet” (…) zbierał podpisy pod obywatelskim projektem ustawy liberalizującej przepisy antyaborcyjne. Zarejestrowany 15.09.2011, miał na ich zgromadzenie czas do 15.12.2011. Wymagano, zgodnie z prawem, minimum 100 000 podpisów. Udało im się zebrać… mniej niż 1/3 tego. W jednym z komentarzy można było przeczytać takie, krótkie ale jakże trafne, podsumowanie tej sytuacji: „Te 30 tys. (niesprawdzonych) podpisów świadczy o tym że z Polaków nie wyabortowano sumień”. 
Ktoś ma jeszcze wątpliwości, że Bóg działa? 
Weekend upłynął pod znakiem odejścia dwóch bardzo ważnych postaci współczesnego świata. Najpierw w sobotę dowiedzieliśmy o odejściu osoby bardzo pozytywnej – Vaclava Havla, ostatniego prezydenta Czechosłowacji i pierwszego prezydenta Republiki Czeskiej, poety, pisarza, reżysera i intelektualisty. Życiorys jakby podobny do naszego Wałęsy – znany i tępiony opozycjonista komunistyczny, który po upadku systemu staje na czele demokratycznego państwa. Miał 75 lat. Wczoraj zaś dotarła informacja, że Bogu – w którego pewnie programowo nie wierzył – ducha oddał dyktator komunistycznej Korei Północnej, Kim Dzong Il. Postać skrajnie odmienna, tajemnicza i na mocy prawa reżimu – czczona jakby w miejsce prawdziwego Boga. Właściwie nie wyróżnił się niczym, poza tym, że był synem swego ojca („Wielkiego Wodza”), od początku wychowywanym na jego następcę (co ponoć nie przyszło mu i tak łatwo, o czym świadczy jego biografia), który dla biednych Wietnamczyków stał się „Umiłowanym (sic!) Przywódcą”. Tak naprawdę – aparatczyk, człowiek który nie miał specjalnego wyboru i musiał grać rolę, przypisaną mu od momentu urodzenia. 
Dwie zupełnie różne, choć obie znane powszechnie na świecie, osoby o kompletnie różnych życiorysach, poglądach i zasługach. Nie wiem, dlaczego, ale nieodparcie kojarzy mi się to z ewangeliczną przypowieścią o bogaczu i Łazarzu. Kto z tych dwóch był kim? Dopowiedz sobie sam.

Marta ponownie i jej zadanie domowe

Dzisiaj Kościół wspomina św. Martę – tę gorszą, która jak ta materialistka zachowała się, gdy Jezus przyszedł do ich domu. Ale nie tak w końcu złą, skoro On sam ją – z miłością i wdzięcznością za przygotowane dla Niego i towarzyszy dobra – pouczył, powiedzmy naprostował
 
I dzisiaj widzimy efekty tego, co wtedy opisałem. Marta potrafiła wyciągnąć konsekwencje z tego, co usłyszała, przemodlić to i zgłębić. Zrozumiała. Bo wtedy ona nie zareagowała źle – po prostu nie rozpoznała dobrze czasu, zajęła się tym, co na pierwszy rzut oka ważne, nie dostrzegając tego, co wówczas było najważniejsze, swojego Gościa. 
 
W jaki sposób wyciągnęła konsekwencje? W sytuacji dla niej, dla Marii zresztą też, bardzo na pewno trudnej – gdy zmarł ich brat, Łazarz. Chyba jedyny przypadek, gdy Jezus zapłakał nad człowiekiem – tak musiał być Mu bliski. Wcześniej, gdy Łazarz już zmarł i został pochowany, a Jezus zmierzał do ich domu – to właśnie Marta dała wyraz swojej wiary. To ona wybiegła Mu na przeciw. To z jej ust padły słowa: Teraz wiem, że Bóg da ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga. Usłyszała wówczas słowa: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem, na które odpowiedziała wspaniałym aktem wiary: Ja mocno wierzę, żeś ty jest Mesjasz, Syn Boży. Czy jej wiara zmotywowała Jezusa do modlitwy za zmarłego? Jak mówi tradycja – Łazarz był później, po cudownym wskrzeszeniu, biskupem francuskiej Marsylii. 
Marta z pewnością odrobiła swoje zadanie domowe. Wzięła do serca lekcję Jezusa z tamtej wcześniejszej wizyty. Gdy sytuacja po ludzku zaczęła ją przerastać z powodu śmierci brata – wiedziała, w czyje ręce złożyć swój ból, ale i przede wszystkim swoją nadzieję. Wiedziała, że tym razem nie ma znaczenia zabawianie gości, przygotowanie stypy, obowiązki typowo związane z savoir vivre. Wiedziała, komu zaufać. Jemu. 
 
Bóg czeka na Twoją konkretną decyzję. Chce tylko, abyś Mu zaufał. Uwierz, że On może nawet to, co tobie w tej chwili się wydaje niemożliwe. O ile poprosisz Go, dasz Mu szansę i pole do działania. O ile sam swoimi niezbyt rozsądnymi decyzjami nie będziesz Mu przeszkadzał.  
 
>>>
 
Niejaka Nancy Pelosi, deklarująca się jako katoliczka (a odpowiedzialna za utrzymanie finansowania aborcji przez podatników), publicznie Przewodnicząca Izby Reprezentantów USA, otrzymała nagrodę największej chyba na świecie machiny napędzającej przemysł aborcyjny – Planned Parenthood. Sytuacja jest conajmniej trudna – ponieważ osoba ta z uśmiechem na twarzy tłumaczy, jakie jej zdaniem jest katolickie podejście do aborcji. Problem polega tylko na tym, że jest bardzo duży rozdźwięk pomiędzy tym, co osoba ta mówi, a jaka jest faktyczna nauka Kościoła w tej materii. Upomnienia biskupów nie skutkują – czy w tej sytuacji nie byłoby zasadne użycie przewidzianych w KPK środków karnych? Przecież kobieta ta jawnie wprowadzana ludzi w błąd. 
 
>>>
 
Już widać błogosławione skutki nowelizacji przepisów odnośnie kierownictwa IPNu, przepchniętej na siłę – bo trudno inaczej nazwać to w sytuacji, gdy p.o. prezydenta podpisuje coś, co prezydent (gdyby żył) wetowałby. Niby prosto i przejrzyście – a jednak nie bardzo, skoro uczelnie nie potrafią w ogóle wyłonić elektorów, którzy mieliby wybierać nowy twór pt. Rada IPN. I przejściowe nie-wiadomo-co – trwa. Jak tak dalej pójdzie – biorąc pod uwagę nowe przepisy – rozwali to plany działań IPNu na rok 2011, bo wszystko wskazuje na to, że wyłonienie Rady, konieczne dla wyłonienia Prezesa, może nastąpić nawet dopiero na wiosnę. 
>>>
 
Prezydent USA traci poparcie. Cóż, nie dziwi to – skoro daje się komuś pokojowego Nobla za nic, bo nic wtedy nie zrobił – to jaka motywacja do pracy dalej? Żadna. Z 70 punktów obecnie poparcie zjechało mu do 45. Co może doprowadzić – miejmy nadzieję – do zwycięstwa w wyborach do Izby Reprezentantów przez republikanów, odsunięcia od dominacji demokratów; co z kolei uniemożliwi Obamie przepchnięcie czegokolwiek w Kongresie. Skoro nawet rzecznik demokratów wróży im już porażkę… Jest szansa. 
 
>>>
 
Argentyna jest kolejnym (po)nowoczensym państwem, które uznało, że prawo Boże i naturalne sobie, a my sobie. Nie dość, że mogą tam już zawierać małżeństwa (nie związki) homoseksualiści, to jeszcze mają również prawo do adopcji dzieci. Zresztą – jakie tam małżeństwo, skoro staroświeckie małżonek zastąpiono przez kontrahent. Nowocześnie, a co! Jak kontrahent – to umowa. A umowę przecież zawsze można rozwiązać, jak przestaje być korzystna… Żeby było lepiej – homo pary mają prawo do szybszej adopcji w stosunku do par hetero. Świat staje na głowie. Niedługo okaże się, że to orientacja homo jest normalna – a hetero jest dewiacją.
>>> 
 
Cieszy mnie dyskusja pod ostatnim wpisem 🙂 

NIE UCIEKAJ OD LUDZI

Wróciłem z Turcji, żyję. Ale o tym – pewnie jutro lub pojutrze napiszę, bo muszę poukładać myśli. Krótko – niesamowicie było. A dzisiaj w pracy leży i groźnie na mnie łypie okiem wieeelka kupa korespondencji. Niby tylko tydzień mnie nie było – a może aż?
Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. Odrzekli jej: Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: Jan będzie mu na imię. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem, a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem. (Łk 1,57-66.80)
Dzisiaj uroczystość narodzenia św. Jana Chrzciciela. Jest to osoba  ciekawa: nie dość, że krewny samego Jezusa (skoro jego matka – Elżbieta – była jej krewną), jedyny chyba (poza Maryją) święty, którego wspominamy nie tylko w dacie śmierci (narodzin dla nieba) ale i w dniu urodzin. I wreszcie – jedyny prorok, który wprost wskazał Zbawiciela. Jakby brama, zamykająca Stary a otwierająca Nowy Testament. 
Ten tekst uczy przede wszystkim szacunku dla życia. Bo przecież mowa o oczekiwaniu na narodzenie syna. Nowe życie, wyjątkowy dar Boga – nie tylko w przypadku Zachariasza i Elżbiety, dla których samych i ich najbliższych nowe życie w tak podeszłym wieku było po prostu cudem. Kto by się spodziewał dziecka w wieku, można by powiedzieć, babcinym już? A dzisiaj tyle się mówi o prawie do aborcji, o wolności kobiety w dysponowaniu własnym ciałem (życie drugiego człowieka to… własne ciało?), postuluje się dostęp do zabiegów zabijających nienarodzone dzieci nie tylko w sytuacji zagrożenia życia matki, jej tzw. trudnej sytuacji – ale w ogóle, ot, gdy będzie miała ochotę. Gdzie tu odpowiedzialność? Łatwo jest chcieć przyjemności, związanej z pożyciem małżeńskim, ale żeby ponosić konsekwencję swoich czynów? A po co, przecież to takie staroświeckie…
Życie jest darem, i wara od niego z ręką! Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela – tak, to o małżeństwie. A skoro Bóg daje życie – to kto daje ci prawo, aby je niszczyć? Owszem, teraz może się wydawać – to tylko pozbycie się problemu, po co niszczyć życie (sic!) przez głupi błąd młodości. Można tam myśleć. Wyrzuty sumienia przyjdą o wiele mniej spektakularnie, później. I nie dadzą się tak łatwo załatwić, jak skrobanka. Przepraszam za dobitność. Tak – człowieka można wyskrobać, niekiedy w majestacie prawa. Ale zapomnieć o tym się nie da. I to nie lekarz, ale zazwyczaj niedoszła matka czy ojciec mają później problemy, nie mogą się pogodzić z tym, co zrobili – sobie i maleństwu, któremu odebrali szansę na zobaczenie ich i pokochanie. 
Fakt, że życie jest darem, to prawda o której często zapominają nie tylko ci, którzy dopuszczają się aborcji (rodzice, lekarze przeprowadzający zabiegi). Czasami mam wrażenie, że gdy patrzę na niektórych, to oni są tak zapatrzeni w Boga… że już nie widzą poza tym człowieka. Drugiego, obok siebie – rodzica, dziecko, rodzeństwo, przyjaciela, sąsiada z pracy czy uczelni. Jakby przykazanie miłości kończyło się na Będziesz miłował Pana Boga swego. A co z a bliźniego swego jak siebie samego? Nie mniej ważne. Tak jak nowonarodzone dziecko jest darem dla rodziców i bliskich – tak samo każdy człowiek, z którym w różnych momentach życia, jest darem dla mnie a ja dla niego. Nie ma przypadków – czy tego chcemy, czy nie, nasze interakcje i stykanie się ze sobą nie jest nijakie, pozostawia ślady. 
Można ubogacić – można zranić. Można pomóc – można pognębić. Można przynieść radość i spowodować szybsze bicie serca – można zmieszać z błotem, zeszmacić i upodlić. Czasami nie potrzeba słów, wystarczą gesty. Mówi się czasem, że w pamięci zapadają rzeczy przyjemne, które chcemy zachować. Pewnie tak jest – ale to, co boli, pozostawia ranę. Przebaczenie to jedno, ale pamiętliwi jesteśmy mocno. Taka natura. 
Nie jest sztuką iść przez życie, omijając ludzi też znajdujących się na tej drodze. Tak – to dokładnie ta sama droga, czasami idąca nieco inaczej, raz trudniej, raz prościej – która prowadzić ma nas do Boga. Ci ludzi – my sami dla siebie nawzajem – jesteśmy po to, aby sobie pomagać, aby się ubogacać, wspierać w tej wędrówce. I cieszyć się sobą nawzajem – tym, że nie tylko mam coś dla siebie, talenty, możliwości, środki – ale że mogę to dać komuś, wesprzeć go, podzielić się. 
W I czytaniu dzisiaj padają słowa Bóg mój stał się moją siłą. Bóg chce stać się źródłem siły dla każdego z nas – nie po to, aby ta łaska się w nas, za przeproszeniem, kisiła, ale aby ta łaska rozlewała się przez nasze ręce na innych. Bóg po to daje życie, aby było ono źródłem szczęścia. Jesteśmy tak bardzo różni, mamy różne spojrzenia, różnimy się poglądami na wiele spraw – ale w tej różnorodności jest siła. Siła, która ujawnia się, gdy współdziałamy, kiedy mnożymy to co mamy – dzieląc się tym.
Nie bójmy się ludzi. Nie bójmy się siebie nawzajem. Jesteśmy stworzeni, jak to Merton powiedział, aby nie być samotnymi wyspami. Owszem, raz na jakiś czas rodzą się dusze, które powołane są do pustelniczego, samotnego życia – ale to wyjątki. Jesteśmy dla siebie punktami odniesienia – czasami interakcja jest bolesna, czasami się na sobie sparzymy, ale to wiele uczy i ubogaca. 
Ale taka jest właśnie nasza droga. Można z niej uciekać, można próbować omijać wszystkich innych na tej drodze – tylko po co? Lepiej razem szukać swojego miejsca w Bożych planach, razem wsłuchując się w Jego głos, a zarazem poszukując odpowiedzi na swoje pytania na Bożej drodze miłości. Razem. Współdziałając. Jeden dla drugiego. Gdzie dwaj lub trzej są zebrani w imię moje – tam Ja jestem między nimi. Nie lepiej?
>>>
Rano przejrzałem info.wiara.pl – chwilę człowieka nie ma, a już się dzieje…
1) kolejny gest pojednania pokazujący dobrą wolę lefebrystów – wybaczcie, ale z tym gestem zeszłorocznym to uważam, że papież chyba jednak się pomylił…
3) kolejny polski punkcik na biskupiej mapie świata – ks. Zbigniew Stankiewicz następcą kard. Janisa Pujatsa jako metropolity ryskiego 
4) kolejne rewelacje nt. bpa Waltera Mixy – chyba gorzej już być nie może (pytam się zatem – czy tak naprawdę nikt nie wiedział, co on wyprawiał, czy po prostu wygodniej było nie widzieć?
5) abp Paetz reaktywacja – niejednemu, i słusznie, przeszkadzało, że podczas uroczystości w różnych miejscach w kraju ten człowiek siada w pierwszym rzędzie w fioletach biskupich… i doszło do tego, że musiał się wypowiedzieć Watykan; jak zwykle – niezawodny Szymon Hołownia ze swoimi dobitnymi komentarzami (jeden na wiara.pl i drugi na jego blogu); i, moim zdaniem, dość niebezpieczny (bo dążący jakby do usprawiedliwiania takich postaw) punkt widzenia x Artura Stopki