Talent show

parable_of_talents_01

Jezus opowiedział uczniom tę przypowieść: Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność! Odrzekł mu pan jego: Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. (Mt 25,14-30)

Ten tekst to historia o tym, jak wielkie jest nasze wybranie i jak niesamowite bogactwo złożone zostało w ręce każdego z nas. Tak, w ręce każdego także inaczej. I że tak naprawdę nikt, choćbym nie wiem, jak zwalał winę na drugiego, nie jest w stanie nic z nim zrobić. Te talenty są tylko moje.

Czytaj dalej →

Dwie samotności

20161215_194333

Gdy wysłannicy Jana odeszli, Jezus zaczął mówić do tłumów o Janie: Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w pałacach królewskich przebywają ci, którzy noszą okazałe stroje i żyją w zbytkach. Ale coście wyszli zobaczyć? Proroka? Tak, mówię wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on. I cały lud, który Go słuchał, nawet celnicy przyznawali słuszność Bogu, przyjmując chrzest Janowy. Faryzeusze zaś i uczeni w Prawie udaremnili zamiar Boży względem siebie, nie przyjmując chrztu od niego. (Łk 7,24-30)

Brzmi znajomo? Bo to dokładnie to samo, co Mateusz swoimi słowami opisał w ostatnią niedzielę, tylko tym razem w wersji Łukasza. Ja dzisiaj chciałem napisać o tym kilka słów w kontekście czegoś, co z jednej strony jest nam bardzo potrzebne, ale z drugiej może stać się czymś bardzo tragicznym – o samotności: przed Bogiem i wobec ludzi. Nie ukrywam, do napisania tego tekstu trochę zainspirował mnie obrazek, który widać u góry.

Czytaj dalej →

Jak robić dobrze (bynajmniej nie sobie)

T003833

Książka, którą dosłownie połknąłem – naprawdę, i to nie dlatego, że autorstwa mojego ulubionego Szymona Hołowni :)

Książka nieco inna od dotychczasowych – czy to najpierw poświęconych wierze i Kościołowi, czy to rozmowom albo o wierze i Bogu (z ks. Grzegorzem Strzelczykiem) czy o życiu w kontekście postaw i wiary z Marcinem Prokopem (pierwsza genialna, druga trochę słabsza). W pewnym sensie – zaznaczam, pewnym – podobna nieco do jego „Holyfood” (jednej z niewielu, o której na blogu nie pisałem – bo właściwie trzeba by ją w dużej mierze przepisać, tyle świetnych myśli) – może po prostu zbiegiem czasu zmienia się styl autora?

Czytaj dalej →

Nie można inaczej

13659120_1043865502317736_177617716752760501_n

Nie mam wątpliwości, że w poprzednim temu poświęconym wpisie nie wyczerpałem tematu uchodźców – zresztą trudno by było, a tym bardziej nie mam takich ambicji. Tym niemniej, dzisiaj kolejna porcja cytatów osób mądrzejszych ode mnie i argumentów na poparcie po prostu chrześcijańskiej bezkompromisowości w tym temacie.

Czytaj dalej →

Polski Samarytanin AD 2016

Powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Go na próbę, zapytał: Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus mu odpowiedział: Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz? On rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego. Jezus rzekł do niego: Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył. Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: A kto jest moim bliźnim? Jezus nawiązując do tego, rzekł: Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał. Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców? On odpowiedział: Ten, który mu okazał miłosierdzie. Jezus mu rzekł: Idź, i ty czyń podobnie! (Łk 10,25-37)

Historia stara jak świat, znana i zrozumiała dla każdego – nawet, jak wynika z jej treści, dla rozmówcy Jezusa, który nie miał żadnych wątpliwości, czyje postępowanie należało uznać za właściwe, dobre, pełne miłosierdzia (warto zwrócić uwagę – nie po to, aby tych pozostałych nazwać złymi, samolubnymi czy najgorszymi). A jednak, my dzisiaj jakby w ogóle jej nie rozumiemy – bo dalej robimy swoje, bijąc brawo Samarytaninowi i jednocześnie postępując dokładnie na odwrót, czyli jak lewita czy kapłan z tego obrazka. 

Czytaj dalej →

Pomóc czy zaszkodzić?

d8054611 (1)

W dzień szabatu Jezus wszedł do synagogi. Był tam człowiek, który miał uschłą rękę. A śledzili Go, czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć. On zaś rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: Stań tu na środku! A do nich powiedział: Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie ocalić czy zabić? Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca, rzekł do człowieka: Wyciągnij rękę! Wyciągnął, i ręka jego stała się znów zdrowa. A faryzeusze wyszli i ze zwolennikami Heroda zaraz odbyli naradę przeciwko Niemu, w jaki sposób Go zgładzić. (Mk 3,1-6)

Kolejny obrazek, w którym dochodzi do cudu – ale jakże inaczej niż wtedy, kiedy Jezus uzdrowił trędowatego. Można też, jakby obok tego uzdrowienia, postawić pytanie: po co człowiek idzie za Jezusem? Odpowiedź nie jest taka oczywista.

Czytaj dalej →

Róbta, co chceta – ino pomóżta

10556477_1160967377247540_6495184783784119819_n

Nie planowałem pisania na ten temat – ale już wczoraj, a więc na bite 4 dni przed wydarzeniem, polski internet i portale społecznościowe zaczynają pękać od jazgotu dotyczącego Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. I chciałbym w tym temacie – jako Polak i katolik – zabrać nieśmiało głos. Bynajmniej nie stawiając znaku równości pomiędzy wsparciem tej inicjatywy a skazaniem się na czeluście piekielne.

Czytaj dalej →

Obsmarkani, zaniedbani, dziadowscy?

Ktoś z tłumu rzekł do Jezusa: Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem. Lecz On mu odpowiedział: Człowieku, któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami? Powiedział też do nich: Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia. I opowiedział im przypowieść: Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj! Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem. (Łk 12,13-21)

 Takie skrzywienie zawodowe – Bóg jako sędzia spadkowy :) W sumie jakoś tego nie widzę… 
Ktoś mógłby to pierwsze Jezusowe zdanie wyrywać z kontekstu – „Noo, przecież sam powiedział, że nie On ma nas sądzić, więc co Mu do tego, co i jak robię?”. Ano powiedział – ale w jakim kontekście? W kontekście pytania o sprawy stricte materialne, doczesne – w kontekście rodzinnej wojenki majątkowej, niestety. I tylko co do tego należy te słowa odnosić – sami się dogadajcie.
Obrazek zaś całej historii bardzo jest prosty i wymowny – mam tyle, że aż nie wiem, co z tym zrobić, i samo to że nie wiem staje się kłopotem, który mnie prześladuje, kombinuję, zabezpieczam, ubezpieczam… i w tym wszystkim zapominam, że nic mi to nie da, kiedy przyjdzie na mnie kres wędrówki po tej stronie życia. Wydaje mi się, że nie można tego człowieka podejrzewać z góry o złą wolę – może nie był tego świadomy, że sprawy materialne pochłonęły go tak, że nie widział nic dalej. Dzisiaj ksiądz na kazaniu zapytał, czy ktoś nie lubi mieć, nie lubi dóbr materialnych, dodając, że chętnie by taką osobę poznał – niestety, pomimo rozglądania się po kościele, nikt chętny się nie znalazł. Lubimy mieć. 
Uważam, że ten stereotyp jest mocno niesprawiedliwy – ale jest. Mianowicie, przyjmuje się – i my włącznie – że katolik to taki dosłownie obsmarkany, byle jak ubrany, zaniedbany i biedny ma być. „Bo taki jest ideał ewangeliczny”. Słucham? To chyba o jakiejś innej Ewangelii jest mowa. A równocześnie – nikt, włącznie z nami, katolikami, nie widzi nic złego w tym, kiedy pastorzy ewangeliccy czy duchowny muzułmańscy mają wręcz na swoje usługi całe prywatne media (stacje tv, radia, tytuły prasowe), albo co bardziej znane osoby prywatne, którym powiodło się w życiu i osiągnęły przeliczalny na pieniądze sukces, są w sposób oczywisty osobami bardziej niż bogatymi, niekiedy multimilionerami – wtedy jest ok, bo oni . O co tu chodzi? Nie wiem, chyba o taki durny dość skrót myślowy: katolik = dziad. 
A tymczasem Jezus w żadnym miejscu nie wskazuje, że mamy być byle jacy, zaniedbani, obsmarkani, niechlujni. Zgadza się, wskazuje na cnotę ubóstwa w duchu, w sposób jednoznaczny sygnalizuje, że nie można na biednych i ubogich się odwracać i ignorować ich – ale czy oznacza to konieczność obowiązkowego minimalizmu? Wydaje mi się, że nie. Mamy po to głowę, 2 ręce i pomysłowość, że możemy i mamy prawo czerpać korzyści z owoców swojej pracy, tego, co zarobimy, co jest wynikiem naszego wysiłku. Jeśli komuś się udało, gdy osiąga sukces w danej branży, gdy jest innowacyjny, konkurencyjny i robi to uczciwie, bez wyzysku, posuwania się do oszustw czy nieuczciwości – co w tym złego? Nic. Co więcej, może równocześnie bardziej, na różne sposoby, wspierać tych, którzy mają mniej – jałmużną, ale też poszerzając rynek pracy i tworząc miejsca pracy rozumianej jako możliwości godnego zarobienia na życie swoje i rodziny (a nie wyzysku); można zaangażować się w działalność charytatywną, można próbować we własnym zakresie i choćby w bezpośrednim sąsiedztwie znaleźć i wspierać w konkretny sposób konkretne osoby czy rodziny. A to, że człowiek może pozwolić sobie na postawienie domu zamiast ciasnego mieszkania, sensowny samochód zamiast starego złomu (skarbonka bez dna przysłowiowa), i wyjechać z rodziną na zasłużony urlop? To nie jest złe – o ile jest to wszystko z umiarem, nie dla pychy, nie na pokaz (dzisiaj częsty problem – u panów: gadżeciarstwo, to co najnowsze, najlepsze, choćbym miał dosłownie takie samo; panie – chyba głównie ciuszki, kosmetyki, błyskotki, dodatki?). Bóg nigdy nie zakazuje nam korzystania z tego, co z Jego błogosławieństwem zdobywamy pracą swoich rąk – co więcej, jestem przekonany, że cieszy się, kiedy dobrze to wykorzystujemy. 
W tym wszystkim trzeba po prostu zachować umiar i nie pogubić się, aby zamiast „być” nie interesować się tylko „mieć”. Jezus nazywa to po imieniu – chodzi o uniknięcie chciwości. Chodzi o umiejętne korzystanie z tego, co Bóg nam w danym momencie życia (i wcale nie koniecznie do jego końca) daje – czego genialnym przykładem jest Hiob (tak, ten, co go Bóg doświadczał i zgadzał się na próby ze strony Złego, któremu zabierał wszystko i rodzinę, a ten i tak nie złorzeczył – Pan dał, Pan zabrał, niech imię Pańskie będzie błogosławione – to jest postawa!). 
I tę chciwość trzeba rozumieć szeroko – mianowicie nie tylko jako dobra materialne, bo na nich chęć posiadania przecież nie musi się kończyć – szczególnie, gdy ktoś ma już naprawdę wiele. Władza, siła, możliwość wpływania na konkretne sprawy czy osoby, ingerowanie w politykę, prawo. Chcę tego i stanę na głowie, aby to dostać. Tu jest zło i tu jest zguba – bo nie ma możliwości, aby mieć wszystko także w takim (niematerialnym) tego słowa rozumieniu. Można mieć bardzo wiele, można mieć dużo więcej niż mi potrzeba – ale liczy się to, co z tym robię, do czego to wykorzystuję. Kiedy tu brakuje równowagi, środek staje się sam w sobie celem, a Zły tryumfuje. O. Grzegorz Kramer SI na swoim blogu podał świetny przykład – dodatkowo wykręcania się przed Bogiem jeśli chodzi o sakrament – „a, nie weźmiemy teraz ślubu, bo trzeba się dorobić, uzbierać na wesele, na ślub, to przecież fortuna potrzebna!”. Akurat – jak ktoś chce, to nie trzeba wesela na cztery fajery robić, a na kościół i skromny nawet obiad uda się zebrać. Pytanie, o co naprawdę chodzi… 
A więc – jak żyć? Normalnie – mam nadzieję -jak dotąd. Nikt nie każe nam chodzić w łachmanach, jeść byle czego (to nawet niezdrowe). Mamy być uczciwi i możemy korzystać normalnie z owoców tego, co powstało z naszej pracy – jednocześnie starając się, na miarę swoich możliwości, widzieć potrzeby tych wszystkich naokoło, którzy mają mniej i są w trudniejszej sytuacji. Nikt nam nie zakazuje odpoczywać (szczególnie w niedziele, kiedy powinno się mieć czas właśnie tylko dla Boga i najbliższych), zjeść dobrze – chodzi o to, aby z tego „odpoczywaj, jedz, pij i używaj” nie uczynić sensu i celu samego w sobie. Wtedy wszystko jest na głowie. Nie wstydź się, korzystaj mądrze z tego, co masz – i staraj się widzieć dalej niż czubek własnego nosa. Wtedy będzie dobrze. 

Zaproszenie Boga

Jezus ukazał się znowu nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten
sposób: Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany
Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon
Piotr powiedział do nich: Idę łowić ryby. Odpowiedzieli mu: Idziemy i my
z tobą. Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie złowili. A
gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie
wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus rzekł do nich: Dzieci, czy nie macie
nic do jedzenia? Odpowiedzieli Mu: Nie. On rzekł do nich: Zarzućcie
sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie. Zarzucili więc i z powodu
mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć. Powiedział więc do Piotra ów uczeń,
którego Jezus miłował: To jest Pan! Szymon Piotr usłyszawszy, że to
jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę – był bowiem prawie nagi
– i rzucił się w morze. Reszta uczniów dobiła łodzią, ciągnąc za sobą
sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko – tylko około dwustu
łokci. A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli żarzące się na ziemi węgle, a na
nich ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: Przynieście jeszcze
ryb, któreście teraz ułowili. Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg
sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo
tak wielkiej ilości, sieć się nie rozerwała. Rzekł do nich Jezus:
Chodźcie, posilcie się! Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu
pytania: Kto Ty jesteś? bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł,
wziął chleb i podał im – podobnie i rybę. To już trzeci raz, jak Jezus
ukazał się uczniom od chwili, gdy zmartwychwstał. A gdy spożyli
śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: Szymonie, synu Jana, czy
miłujesz Mnie więcej aniżeli ci? Odpowiedział Mu: Tak, Panie, Ty wiesz,
że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś baranki moje. I znowu, po raz drugi,
powiedział do niego: Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie? Odparł Mu:
Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł do niego: Paś owce moje.
Powiedział mu po raz trzeci: Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?
Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: Czy kochasz Mnie? I
rzekł do Niego: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham. Rzekł
do niego Jezus: Paś owce moje. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy
byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy
się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i
poprowadzi, dokąd nie chcesz. To powiedział, aby zaznaczyć, jaką
śmiercią uwielbi Boga. A wypowiedziawszy to rzekł do niego: Pójdź za
Mną! (J 21,1-19)

Kolejny obrazek z „po” zmartwychwstaniu. Uczniowie pracują po prostu, jakby wracając do wyuczonego i wcześniejszego ich trybu życia – do rybackiego rzemiosła. Jezus nie daje jednak za wygraną. Przychodzi ponownie – Zwycięzca, wielki i niepokonany, ze znakami męki, a jednocześnie tak bardzo ludzki.
Nie poznali Go – nie pierwszy zresztą raz (wystarczy przypomnieć obrazek, kiedy uczniowie – Bogiem a prawdą to po prostu uciekali – do Emaus). Wie, że zawalili tej nocy – nic nie złowili, wracali do brzegu z pustymi rękami. Niesamowity widok – zniechęcona grupka, zmęczona powracająca do brzegu w pierwszych blaskach porannego słońca, i wyłaniający przed nimi Jezus na brzegu. Prosi o pokarm – wiedząc, jaką dostanie odpowiedź. Dlatego radzi – zarzućcie sieci po prawej stronie, a znajdziecie. Tym razem nie było dyskusji – po co, na co, przecież próbowaliśmy… – i po prostu to zrobili. Dopiero, kiedy złowili ogromną ilość ryb (na marginesie – archeologowie zbadali, że w tych czasach w tamtym regionie żyło właśnie 153 gatunków ryb!) – poznali Go. Wtedy w Emaus – na łamaniu chleba, tutaj – po udanym połowie. To jest Pan! Piotr, jak zwykle, reaguje emocjonalnie i w sposób, nie da się ukryć, dość oryginalny – najpierw się odziewa, potem rzuca w jezioro – chciał szybciej dotrzeć do Pana? 
Na brzegu czeka ich coś absolutnie normalnego – gotowe palenisko do przygotowania posiłku ze złowionych ryb, nawet jedna rybka się już na nim piekła. Przygotował to Jezus, który czeka na nich. Kolejny cudowny połów, tym razem dokonany już przez Zmartwychwstałego, kolejny błogosławiony posiłek w towarzystwie Zwycięzcy śmierci. Nikt nie pytał, nikt nie próbował „zagadnąć” – wszyscy wiedzieli, że to On właśnie. 
A potem ten niesamowity dialog Pana z Piotrem – dwa pytania „czy miłujesz” z odpowiedzią „tak, kocham”, aż wreszcie pytanie „czy kochasz” i „tak, Ty wiesz wszystko, Ty wiesz, że kocham”. Jakby powtórny chrzest bojowy, przysięga wierności od Skały, która okazała się do tej pory nie tak stabilna, jak by się to wydawać mogło – bo dość łatwo Piotr zaparł się Jezusa właśnie trzy razy w dniach poprzedzających mękę Pańską. Wtedy bał się – widział Boga i Człowieka zarazem, który najwyraźniej przegrywał i za chwilę miał umrzeć na krzyżu. Teraz jednak wiedział też i wierzył zarazem, że On zmartwychwstał, i te wszystkie – w tym właśnie tamto – wydarzenia kolejno to potwierdzają. 
Przyszła pora na deklaracje. Kościół nie bez powodu budowany był i jest nadal przez wieki przez osoby wcale nie kryształowe i święte od urodzenia, ale mające całkiem sporo za uszami – Bóg ma poczucie humoru i potrafi odmienić i wyprostować najbardziej pokręcone drogi życia (św. Franciszek, św. Ignacy i wielu innych) i z ich właścicieli uczynić ludzi po prostu świętych. Może dlatego, że są oni później jeszcze bardziej wiarygodni? Piotra zaś rola była wyjątkowa – on miał być pierwszym, który stanie na czele Kościoła, można powiedzieć: od Piotra zależało, co się z tym Kościołem stanie (może nie do końca – w końcu jest też Duch Święty, ale instytucjonalnie całkiem sporo). Przyjął, otworzył się na swoje powołanie – bycia pasterzem owiec i baranków. Ostatecznie wybrał, poszedł za Jezusem. 
Jaki z tych słów płynie morał dla nas? Ano taki, że Jezus przychodzi do każdego, często po wielokroć – co akurat nie oznacza, że można Go lekceważyć, wychodząc z założenia „ee, następnym razem”. Przychodzi tak, że często Go nie rozpoznajemy i tylko konkretny gest, znak, fakt powoduje, że wtedy – albo i po fakcie, później – orientujemy się, że to On sam do nas przyszedł. W różnej formie – w drugim człowieku, w słowie, w czymś co mamy tendencję nazywać zbiegiem okoliczności, czasami w cierpieniu (wtedy jest najtrudniej). Mówi się – jak trwoga, to do Boga – ale ten obrazek ewangeliczny pokazuje, że On także sam wyczuwa i staje obok, kiedy coś nie wychodzi – tak, jak tamtym nie wyszedł połów nocny. Przychodzi po cichu i podpowiada, coś tam sugeruje, naprowadza – nie, nie rozwiązuje wszystkiego sam, nie rozplątuje mieczem węzłów gordyjskich, ale wskazuje, jak do rozwiązania dojść. Tylko najpierw trzeba się otworzyć, chcieć Go zauważyć, dalej posłuchać i wysilić się, aby zrozumieć. Bo bardzo często rozwiązanie jest o wiele prostsze, niż by się wydawało – tylko że za mocno nie pasuje do naszej wersji, planów i zamiarów, więc to odrzucamy zupełnie bez sensu. 
Poza tym, Jezus przychodzi w codzienności. Pewnie, dobrze jest czasami oddalić się, znaleźć czas na zadumę rekolekcyjną, oddech od tego, co zwykłe. Ale Pan przychodzi do człowieka w tym miejscu i sytuacji, gdzie on się znajduje – do każdego. Nie jak wróżka, wielki zły bóg, ale Bóg miłości, Bóg będący sam miłością – np. właśnie przysiadający się do posiłku, wsłuchujący się w ludzkie problemy, próbujący dyskretnie zwrócić uwagę: pogadaj ze Mną, powiedz co cię trapi, otwórz się – pomyślimy, nie zostawię cię samego, zaufaj Mi. Tak do bólu zwyczajnie. Bo – pozostając Bogiem, Stwórcą i Zwycięzcą, nie przestaje być człowiekiem i przyjacielem każdego człowieka. 
Trzeba być jednak uczciwym – wobec siebie i Niego. Jeśli się na coś decydujesz – to bądź konsekwentny i trwaj w tym. Zaproszenie Boga jest ciągle aktualne, ale odpowiadanie na nie ma sens tylko wtedy, gdy jest to decyzja podjęta w pełnej wolności, a jednocześnie nie dla „świętego” spokoju, a z zamiarem rzeczywistej przemiany, budowania na Nim (jak ten słaby Piotr) jak na skale. Bóg cię traktuje jak najbardziej poważnie – a ty Jego?

Zabiegana gotowość

Spóźnione, zeszłotygodniowe…

Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z wielką mocą i chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym. (Łk 21,25-28.34-36)>

Jezus nigdy człowieka nie straszy – choć ktoś może tak uważać, czytając pobieżnie te słowa. Tak naprawdę, zarówno pierwotni słuchacze tych słów wtedy, jak i my dzisiaj możemy powiedzieć śmiało – noo, sprawdza się. Bo tak jest. Tu nie chodzi o to, czy potrafimy sobie pewne zjawiska wytłumaczyć, że dzisiaj jest w tym zakresie lepiej – bo wiemy, co to zaćmienie księżyca, potrafimy je co do sekundy przewidzieć, rozumiemy na czym polegają komety, jak funkcjonują ciała niebieskie, staramy się zapobiegać powodziom czy tsunami albo huraganom. Choć, tak naprawdę, z tej wiedzy niewiele wynika – i tak, przy całej swojej technice i postępie, co chwilę jakby Bóg pokazywał palcem: za bardzo wierzycie w siebie i swoje możliwości. 
Stąd tak konkretne i dosadne słowa – uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Można być człowiekiem bardziej niż bardzo zajętym, a równocześnie tracić czas na sprawy jedynie doczesne. W których, rzecz jasna, nie ma nic złego samego w sobie – mam rodzinę, pracuję, muszę zapewnić sobie i bliskim dach nad głową, pożywienie, pokarm itp. Ale w tym wszystkim nie mogę utracić Bożej optyki, nie mogę zapomnieć o Bogu i sprawach o wiele dalej niż do następnej wypłaty czy raty kredytu sięgających. 
Chrześcijanin to człowiek chodzący z podniesioną głową i także o tym Jezus nam dzisiaj przypomina. Ale nie ze względu na zarozumiałość czy wyjątkowo wysokie o sobie mniemanie, przerośnięte ego – nic z tych rzeczy. Człowiek chodzący z głową prawie że w chmurach – właśnie dlatego, że świadomy swojej małości, słabości i grzeszności, a zarazem nie chcący za nic przegapić Najważniejszego Gościa, który zmierza ku nam – z jednej strony, aby ponownie narodzić się w betlejemskiej stajni, a z drugiej strony od wieków z każdym dniem zbliża się, aby dokonać ostatecznego Sądu nad tym, co było, jest i kiedykolwiek będzie. Te nasze głowy w górze mają być po prostu uniesione Bożym Duchem, nie inaczej jak tylko z radości spowodowanej bliskością tego, czego wyczekujemy – przyjścia Pana. I nie ma tu żadnego znaczenia, czy On przyjdzie faktycznie za mojego życia, czy dopiero gdy moje kości zmienią się znowu w popiół po wielu latach czy wiekach spędzonych w grobie – liczy się to, czy i jak na Niego czekałem, co z tym swoim danym i zadanym życiem zrobiłem. 
Co więcej – adwent to czas podejmowania pracy nad sobą i wyrzeczeń, zatem Bóg prosi, abym – poza pracą i czasem dla Niego (to dopiero wyczyn…) – znalazł też w sobie chęć i umiejętność do podzielenia się z innymi, wsparcia ich. Wigilijne Dzieło Pomocy w postaci świec czy Szlachetna Paczka ks. Jacka Stryczka i jego Stowarzyszenia Wiosna to pewnie najbardziej rozpoznawalne pobożne inicjatywy – przy czym nie jedyne, więc warto popatrzeć, co się dzieje naokoło, w parafii, albo po prostu samemu spróbować pomóc, ot, choćby sąsiadowi w potrzebie, o którym mało kto wie. Twórczo i dobrze wykorzystać ten czas, a przede wszystkim nie zmarnować go na sobie jedynie. A może w tym wszystkim znaleźć inspirację i sposób na działanie dla innych nie tylko adwentowe? Paradoksalnie, człowiek bardzo w ten sposób zajęty z pewnością Boga nie przegapi, ani dnia Jego przyjścia. Po prostu będzie na niego gotowy – w tym, czym będzie się zajmował. Taka zabiegana gotowość. 
>>>
>Nie chwaliłem się dotąd, bo trochę zarobiony byłem po sesji, nadrabiając najpilniejsze zaległości – zakończona pozytywnie, wszystko pozdawane w pierwszych terminach ze średnią powyżej 4 :) Tak więc za wszelkie wsparcie niezmiernie dziękuję – biorąc pod uwagę np. przebieg kolokwium ustnego czy układ pytań testowych, nie wątpię, że Ktoś mi pomagał :)
>>>
Pewnie wielu ma takiego pecha, jak ja, ponieważ pracuje w godzinach, w których nijak się nie da brać udziału w roratach. Niestety. Paradoksalnie, sam byłem kilka lat wstecz w rodzinnej parafii przeciwnikiem „wieczornych” mszy roratnich.  
Trzeba sobie radzić – a ja polecam Langustę na palmie, czyli internetowe rekolekcje adwentowe o. Adama Szustaka OP pt. „Nocny złodziej” (linki do poszczególnych nagrań są na profilu o. Adama na FB). Nowe części w niedziele, wtorki i czwartki adwentu.
>>>
Bardzo dużo się dzieje. Nasz dotychczasowy sufragan odbył wczoraj ingres do katedry pelplińskiej, jego dotychczasowa stolica tytularna przypadła już, o ile pamiętam, nowemu sufraganowi białostockiemu, zresztą nie jedynemu polskiemu biskupowi mianowanemu w tych dniach (także za granicą). Papieski sekretarz ks. prałat Georg Gaenswein od wczoraj jest Prefektem Domu Papieskiego w randze arcybiskupa – ciekawe łączenie stanowisk, mnie martwi to, że może sugerować brak zaufania Benedykta XVI do innych osób i podejrzliwość w kontekście ledwo co zamkniętej (pytanie, czy do końca rozwiązanej w zakresie mocodawców?) afery z jego kamerdynerem. A z zakonnego podwórka – suspensa nałożona na dniach przez prowincjała na o. Fabiana Błaszkiewicza SI, znanego i charyzmatycznego kaznodziei, trenera rozwoju osobistego, który (nazwijmy to po imieniu) porzucił swój dom zakonny… po czym, po podaniu powyższego do wiadomości, odmówił komentarza, zdając się na wolę przełożonych.