Boży uciekinier

W dość ciężkim okresie nauki do poprzedniego kolokwium sięgnąłem po książkę, którą kupiłem już kilka lat temu, a jednak jakoś jej nie czytałem – „Dziurawy kajak i Boże Miłosierdzie” Jana Grzegorczyka. Książka jakby składająca się z 2 części: najpierw „Każda dusza to inny świat” czyli świetnie napisana opowieść o św. Faustynie Kowalskiej i bł. Michale Sopoćce. I wreszcie „Dziurawy kajak” czyli kontynuacja zgłębiania tematu do części pierwszej książki przez autora, jego poszukiwania „miłosierdziowe” i rozmowy z ludźmi w pewien sposób z dziełem Miłosierdzia Bożego powiązanych, ale też historie o tym, jak Jezus Miłosierny działa i zaskakuje – dzisiaj, ale także przez szereg lat, po kolei realizując to, co obiecał w latach 30. XX wieku Faustynie. Bardzo ciekawie jest też opisany sam kult Miłosierdzia – trudny, torpedowany na początkowo przez hierarchów Kościoła, wręcz przez szereg lat zakazany, a także historia obrazu, a raczej obrazów (bo są 2) Jezusa Miłosiernego i związanych z nimi nieporozumień.
Kto już cokolwiek Grzegorczyka czytał – tego zachęcać nie trzeba. Kto nie czytał – warto tę książkę przeczytać, choćby dlatego, że może przekonać do zgłębienia Dzienniczka s. Faustyny Kowalskiej, lektury na pewno trudniejszej. Wreszcie, bo jest to książka napisana nie w jakiś górnolotny sposób, epatująca pustymi frazesami – ale konkretnymi doświadczeniami, tak autora jak i innych osób, działania Jezusa miłosiernego.
Kilka co lepszych cytatów (choć świetnych myśli jest tam o wiele więcej), z drugiej części książki:
Pan Jezus w Kazaniu na Górze beatyfikował całe rzesze ludzkie. Beatyfikował człowieka dla jednej cechy, którą nosi. Błogosławiony miłosierny, cierpiący dla sprawiedliwości, prześladowany, cichy. Pan Jezus nie powiedział: błogosławiony nieskazitelny. Dzięki Jego słowom widzimy świętość człowieka niezależnie od żmudnych procesów beatyfikacyjnych. 

Potrzebujemy świadectw o ludziach, którzy żyją pośród nas i dają wiarę w świętość życia. Jakże wielu :ubogich ewangelicznych” nie doczeka się promotorów beatyfikacji. Nie zostaną błogosławionymi, bo ich życie nie jest „nieskazitelne”. Ale poprzez te „szczeliny dobra” w nich prześwituje niebo – spogląda Pan Bóg. Błogosławione witraże. 

Mesjaszowi własna rana nie przeszkadza opatrywać ran bliźnich. Zajmuje się nią tak, aby nie przegapić chwili. Wznieść się ponad swoje rany i opatrzyć rany bliźniego, choćby był katem i oprawcą. Czy na tym polega wszechmoc? Miłosierdzie Boga?

Uwierzyć w miłosierną naturę człowieka jest tak samo trudno jak w to, że człowiek jest stworzony na obraz Boga. W jaki sposób morderca, oszust, bezlitosny wyzyskiwacz ma być obrazem Boga? Na początku pontyfikatu Jan Paweł II powiedział: „Nie może człowiek zrozumieć siebie bez Chrystusa”. Nie może dostrzec i zrozumieć swej miłosiernej natury, nie wpatrzywszy się w Jezusa – Zranionego Uzdrowiciela. Ilu ludzi przechodzi przez życie, nie ujrzawszy w sobie tego miejsca, w którym czeka na nich miłosierny Bóg? Świat dzieli się na tych, którzy pragną do tego miejsca w sobie dotrzeć, i takich, którzy od niego uciekają. Jezus powiada, że ściga swoim miłosierdziem wszystkich ludzi. Bóg szuka wszystkich i nikogo nie skreśla. Bogu zależy na „uciekinierach”. Chrystus chce mieszkać w każdym człowieku, także w tym, który zdaje się od Niego odwracać. W Bożym uciekinierze. 

Bóg jest zazdrosny o każdego, którego stworzył. To jest taniec Bożej miłości. 

Nie potrafię [się buntować]. Mam taką wrodzoną cechę, że raczej się dziwię niż buntuję. Zdziwienie – to jest moja droga do wiary. Jeśli ktoś umiera, to ja nie przestaję od razu wierzyć w Boga, tylko najwyżej mogę tego nie zrozumieć. Zdumienie, zdziwienie. Świat naprawdę jest bardzo dziwny, ale we wszystkim jest sens, który nie zawsze widzimy. Człowieka spotka coś okropnego, a po latach widzi, że to było mądre. Dziewczyna mówiła mi, że się otruje, bo ją rzucił chłopak, a za rok powiada: „Dzięki Bogu, że odszedł…”. Zaufanie… Wiara to jest zaufanie. Wiara nie polega na tym, że ja powiem, że Bóg jest. Dla człowieka wierzącego nie ma nieszczęść, są tylko cierpienia, doświadczenia. Cierpienie jest dziwne, ale Pan Bóg jest tak mądry, że kiedyś to wyjaśni. Bóg nie powiedział wszystkiego. Bóg, jak wielki artysta, nie dopowiada wszystkiego do końca. Ciekawe, że Pan Jezus niczego do końca nie tłumaczył. (śp. ks. Jan Twardowski)
>>>
I jeszcze ten tydzień temu – kiedy skończyłem czytać tę książkę – zastanawiałem się, czemu akurat wtedy, w tym czasie po nią sięgnąłem. Dzisiaj już wiem. 
W czwartek dowiedziałem się, że w środę samobójstwo popełnił kolega z klasy z liceum. 
Nigdy nie byliśmy blisko, nie widziałem człowieka od końca szkoły, czyli ok. 10 lat. Był mocno specyficzny. Widać było, że z majętnej rodziny (ubrania, gadżety), zresztą i niegłupi był, kiedy (rzadko) się do czegoś przyłożył i np. sensownie odpowiadał na jakiejś lekcji. Niestety, najczęściej robił z siebie przygłupa, takiego błazna klasowego – na dodatek nie bardzo widząc pewne granice czy umiar, co nie raz mu wyszło przysłowiowym bokiem. Nie zapomnę, jak kiedyś łaził po szkole z różańcem na szyi. No głupota, bo co innego? Paradoksalnie – nosił imię i nazwisko identyczne z tymi danymi osobowymi bardzo znanego świętego, zresztą patrona młodzieży. Psychologiem nie jestem, ale mam wrażenie, że brało się to z przemożnej potrzeby zwrócenia na siebie uwagi pozostałych – od rodziców chyba poczynając, żeby zyskać i przyciągnąć te uwagę, aby nie być samym, żeby poczuć się potrzebnym. A z drugiej strony, kiedy kilka razy rozmawialiśmy, chyba mocno szukał – może bardzo po omacku? – bo można było gdzieś tam pod warstwą tego wszystkiego, tych wygłupów, odczuć, że nie umie tego nazwać, ale brakuje mu czegoś, że robi dobrą minę do złej gry. 
Nie mam pojęcia, co się stało. Zszokowani są też ludzie, którzy byli z nim blisko – czemu w tych dniach dają wyraz na pewnym popularnym portalu społecznościowym. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak wielka rozpacz i pustka musiała popchnąć człowieka do targnięcia się na swoje życie. Podobno jakiś czas temu odnalazł w życiu Boga… Dlaczego więc tak się stało?  Nie wiem. Strasznie współczuję jego rodzicom – bez względu na to, jakie były ich relacje, czy dobrze wywiązali się ze swojej roli czy nie – większego dramatu niż konieczności chowania własnego dziecka nie potrafię sobie wyobrazić. 
To wszystko pozostanie tajemnicą i gdybanie nie ma sensu, strata czasu. Jest w tym sens, dla nas zakryty. Pozostaje niezmierzone Boże Miłosierdzie i prawda o tym, że to właśnie Janek przekonał się już na własnej skórze, jak wielkie ono jest – bo on jest już tam, po drugiej stronie, z tym Jezusem, który nie dopowiadał swoich myśli, ale każdego pragnął przytulić do swojego serca (co światu przypomniał duet Kowalska & Sopoćko). Nie mam żadnych wątpliwości, że on znalazł ukojenie w tym, który jest odpowiedzią na wszystko. Na pewno nie był nieskazitelny, ale wierzę że w choćby w ostatniej chwili życia, także w tak wielkiej rozpaczy, potrafił zaufać Temu, którego właśnie w tym momencie odnalazł naprawdę – i który na pewno po drugiej stronie się od Janka nie odwrócił. 
Jezus na pewno doścignął i tego Bożego uciekiniera. 
Dlatego bardzo proszę wszystkich, którzy to czytają, o modlitwę za Janka – o spokój jego duszy i za wszystkich, którzy przez jego odejście są pogrążeni w żałobie. 
Tak mi się to z powyższym zdumieniem ks. Jana Twardowskiego skojarzyło… 

Co też powiedzieć chcesz strumieniu
Kiedy spragnieni wodę piją
Kiedy z nazwiska i imienia
Mijają tak jak świat przemija 

Jak łza spod rzęs
Wypłakana skrycie
Tak śmierć ma sens
I ma sens życie 

Owocujące stągwie

W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa.
Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło
wina, Matka Jezusa mówi do Niego: Nie mają już wina. Jezus Jej
odpowiedział: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie
nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie
wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych
przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić
dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: Napełnijcie stągwie wodą! I
napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz
i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli. A gdy starosta
weselny skosztował wody, która stała się winem – nie wiedział bowiem,
skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli –
przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia
najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś
dobre wino aż do tej pory. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie
Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.
Następnie On, Jego Matka, bracia i uczniowie Jego udali się do
Kafarnaum, gdzie pozostali kilka dni. (J 2,1-12)

W zeszłym tygodniu pisałem o Janie Chrzcicielu i cudzie, kiedy Bóg Ojciec wskazuje w momencie chrztu na Jezusa jako wybranego i umiłowanego Syna. Napomknąłem też o tym tekście – uważanym za pierwszy cud Jezusa przemienieniu wody w wino podczas wesela w Kanie – mówisz, masz: Kościół w swojej mądrości właśnie tym fragmentem w ramach II niedzieli zwykłej otwiera okres zwykły AD 2013.

Nie powiem nic odkrywczego stwierdzając, że kluczowa rola należy tu do Maryi. Obserwuje, widzi, reaguje – uderza do Syna. Nie ma wina – zaraz będzie draka. Wielu duchownych na wiele sposobów tłumaczyło te słowa, które padły w odpowiedzi ze strony Pana – droczył się? Chyba bardziej nie chciał działać spektakularnie, robić show. Stąd to jakby „temperowanie” Matki. Ona jednak w głębi serca wiedziała – Jezus zadziała, gdy przyjdzie pora. Stąd polecenie do sług – którzy jednak specjalnie pewnie nie mieli powodu do zdziwienia: skoro stągwie miały służyć do oczyszczeń, to logicznym było, iż powinna się w nich znajdować woda. Co innego – gdyby ktoś później zauważył, że ze stągwi pełnych wody nalewa się gościom weselnym wino… Oczywiście, wino – ten specyficzny prezent weselny Jezusa – okazało się o wiele lepsze od uprzednio przygotowanego. Cud? Pewnie tak. Być może nie głośno opiewany, ale słudzy na pewno podali dalej informację o tym, że wino prawie dosłownie „spadło z nieba”.

Tak naprawdę dla człowieka wierzącego, poza ciekawym tłem, wątkiem i zbożną opowieścią, kluczowe wydaje się jedno proste zdanie, i to nawet nie Jezusa, a Maryi. Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Kościół przytacza je nie inaczej, a właśnie dlatego, że to dobra rada dla każdego z nas. Mamy w życiu wybór. Możemy stać jak te kruche naczynia gliniane (o których mowa w jednym z listów Pawła), albo możemy współpracować z łaską i pozwolić się wykorzystać jak te masywne stągwie kamienne, napełnione przez Boga – czym? Łaską właśnie, błogosławieństwem – tutaj przybrało ono postać wina, bo w chwili niewątpliwej radości było ono być może jedynym, czego brakowało. Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale co może być lepsze nad niesienie Boga innym? W Jego bezpośredniej bliskości, dotykając Go na ile to możliwe – iść, nieść i głosić.

Bardzo dobrym uzupełnieniem jest tutaj II czytanie (1 Kor 12,4-11), gdzie Paweł mówi o różnych darach łaski właśnie, ale o jednym motorze napędowym tego wszystkiego – o Duchu. Czytanie, które można by streścić słowem – piękno w różnorodności. Po prostu nasze, ludzkie powołanie. Nie do mierzenia się nawzajem, porównywania, oceniania – ale możliwość, siły i umiejętności do bycia wyjątkowym będąc po prostu sobą i robiąc użytek z tego, co On mi dał. Nie lepszym, nie gorszym od tego czy tamtego – normalnym, własnym, wyjątkowym. I tą właśnie drogą, będąc na swój wyjątkowy sposób stągwią kamienną wypełnioną po brzegi Bogiem, owocować.

>>>

Wczoraj wieczorem Pan odwołał do siebie kard. Józefa Glempa, wieloletniego Prymasa Polski i metropolitę warszawsko-gnieźnieńskiego, wcześniej biskupa warmińskiego. Kiedy teraz o tym myślę – pewnie dochodził do kresu życia mniej więcej wtedy, kiedy w mediach były podane informacje o pogorszeniu się jego stanu zdrowia i prośbie e strony następcy – kard. Kazimierza Nycza – o modlitwę za chorego.

Mój sposób postrzegania zmarłego ewoluował. Dziś myślę, że to był człowiek, który lepiej niż to się na pierwszy rzut oka wydaje odegrał swoją rolę, bądź co bądź, w bardzo trudnych dla Polski i polskiego Kościoła latach. Miał prawo być przytłoczony poprzednikiem – Prymasem Tysiąclecia i jego przeszło 30-letnią posługą, a równocześnie czuł wsparcie z Watykanu, dzisiaj błogosławionego już, Jana Pawła II. A jednocześnie – musiał sprostać nowej rzeczywistości, kiedy po obaleniu komunizmu siły wrogie Kościołowi nie dały się już tak jednoznacznie wskazać i nazwać, kiedy człowiek miał coraz większe problemy z mądrym zagospodarowaniem wolności. Do tego – z pewnością trauma i rana związana z historią, również błogosławionego dziś, ks. Jerzego Popiełuszki, księdza z jego diecezji. Kiedyś można mu było zarzucić zbytni konserwatyzm – czy jednak słusznie?

Dzisiaj odpoczywa w Bogu.

>>>

Jakoś mnie wzięło – czytam od początku trylogię Grosera. Najnowszą, czwartą książkę „Jezus z Judenfeldu” już przeczytałem. Normalnie jak Gwiezdne Wojny – najwcześniejsza część pojawia się ostatnia. I pięknie wpisuje się w całość – tylko że doświadczenia tym razem niemieckie, dość ekumeniczne. Nie znoszę tylko tych grzegorczykowych zakończeń. Bardziej wieloznaczne by być nie mogły.

Bądź pokorny mocą Boga w chaszczach

Skończyłem właśnie kolejną świetną książkę (tak to jest, jak się kupuje kilka, a potem nie ma się czasu czytać…). Zakładając, że znasz twórczość Jana Grzegorczyka – nie muszę go przedstawiać (jeśli nie – poczytaj o nim, i koniecznie sięgnij po jego twórczość – ja polecam zacząć od trylogii o ks. Groserze). Owszem, spotkałem się z opiniami księży, że – w Groserze właśnie – Grzegorczyk przesadza z pesymistycznym obrazem duchownych… ale nie wydaje mi się. Może po prostu niektórzy nie przywykli do tego, aby o problemach i tych nie do końca kryształowych duchownych mówić nie zawsze jak o chodzących aniołach? 
Rozkoszny spacer po wiosennym lesie, fotografowanie ptaków, śpiew wilgi, spokój i słońce… i wisielec na świerkowej gałęzi. Na korze drzewa kilka dni później pojawia się napis „Judasz”. Dla Stanisława Madeja, kawalera koło pięćdziesiątki, owo makabryczne odkrycie stanowi niezbyt udany początek nowego życia na sielskiej wsi w Puszczy Noteckiej. Madej postanawia rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci. Prowadząc śledztwo, coraz bardziej zagłębia się w chaszcze ludzkich losów, historii i własnego życia.

W najnowszej powieści Jana Grzegorczyka, autora bestsellerowej trylogii o księdzu Groserze, mroczne tajemnice ludzkich dusz, wina, namiętność i zdrada mieszają się z humorem i zmysłem obserwacji. To książka, na którą czekali wszyscy fani Grzegorczyka — a jednak zupełnie inna od poprzednich.

A co się dzieje w chaszczach??? Takich na kilometrów kilkadziesiąt w jedną i drugą stronę. Patrzysz z boku — niczego się nie dopatrzysz. Tylko kawałeczek od skraju drogi. Patrzysz z góry, też kłębowisko, wszystko zagmatwane. A coś się dzieje. Pięknego i strasznego.
 

Ale jak to w chaszczach, nie do końca wiadomo co, nie odgadniesz od razu…
 
O tym jest ta książka, pełna poszukiwań dróg pamięci, dróg wydarzeń, prób poznawania innych i siebie. Jak to u Grzegorczyka jest i śmietnik, i kościół, i wille, i chałupki. Pełno postaci. I ich drogi ciągle się ze sobą plątają.

 Czytasz, dowiadujesz się, wątpisz, czy się dowiedziałeś, pojmujesz, znów nie pojmujesz, pytasz, o co chodzi, choć oderwać się od tej opowieści nie chcesz…
 

Chcesz zobaczyć coś inaczej? No to właź za Grzegorczykiem w chaszcze. Udaje przewodnika, ale naprawdę sam szuka drogi. (Ernest Bryll)
Kilka najlepszych myśli z tej książki:

– I ksiądz nie miał oporów, aby go pochować w poświęconej ziemi?
– Dlaczego miałbym mieć?
– No, nie wiem, Kościół zabiega nieraz o karteczki, żeby mieć pewność, że przez jego wrota nie prześlizgnie się nikt niepowołany… Są księża…
– W moim kościele czegoś takiego nie praktykuję. NNW – Nic Nie Wiemy. – Ksiądz się uśmiechną. – My tylko składamy człowieka w ręce Boga. A On jest wszechwiedzący i miłosierny. Cała nasza wiara polega na zamieszkaniu w TAJEMNICY. Po to dochodzimy do prawdy, żeby ją złożyć w Bogu.

– Nie powierzałem Bogu katolika, ale człowieka, którego On znał. Modliłem się, aby ogarnął jego tragiczną śmierć.
– No ale tu jest krzyż…
– Myślę, że kimkolwiek był ten człowiek, umarł pod krzyżem swego bólu. – Westchnął. – Może upadł nie pod krzyżem, ale przywalił go jakiś kamień… Może. Jeśli tak, to wierzę, że mi wybaczy. Dla chrześcijanina krzyż jest znakiem miłości. Po tamtej stronie ludzie nie protestują, że ktoś ich kocha. Tam nie ma wieży Babel.

Skinęła głową. Wyciągnąłem jedną z pięciu srebrnych torebeczek. A z niej nie pozorną kuleczkę wielkości maleńkiego orzecha włoskiego. Zamknąłem ją w dłoni i ogrzałem, jakby miało się z niej wykluć pisklę. Wyciągnąłem szklany litrowy dzbanek, wstawiłem wodę. Kiedy się zagotowała, zaproponowałem, abyśmy przeszli na taras. Siedliśmy pod rozłożystymi gałęziami jabłoni. Woda ochłodziła się w tym czasie, osiągając idealną do parzenia temperaturę. Zalałem „brzydkie kaczątko”. Po minucie w dzbanku zaczął rozkwitać przepiękny kwiat. Bajecznie kolorowy. Dumnie prężył swe listki i płatki niczym na filmie przyrodniczym ukazującym w przyspieszonym tempie rozkwitanie. Z dzbanka rozchodził się najpierw delikatny zapach jaśminu, potem lekki, nieśmiały zapach egzotycznych owoców. Patrzeliśmy bez słów na spektakl za ścianą dzbanka. Po chwili nalałem do filiżanek seledynowy płyn. Piliśmy w milczeniu, delektując się naparem.
– Wspaniała – stwierdziłem w końcu. – A drugie parzenie będzie jeszcze lepsze…
– Jesteśmy jak te szare, niepozorne kulki, dopóki nie spotkamy kogoś, kto nas ogrzeje – stwierdziła z zadumą Krystyna.

– Był to dwór należący do Żytnickich. Na początku XX wieku przekazali go siostrom. To było niesłychanie szlachetne małżeństwo – Konstancja z Ostrop0olskich i Stefan Żytnicki. Nie chodzi mi o herby, bo nie należę do tych, co czczą błękitną krew. To było szlachectwo ducha. Niestety, cierpieli, bo nie mogli mieć dzieci. Pojechali do Lourdes, aby wymodlić łaskę. Pan Stefan był zaangażowany w dowożenie ludzi na wózkach do cudownego źródła. Woził sparaliżowaną Francuzkę. Siódmego dnia wzięła go taka litość nad ta dziewczyną, że skierował do Boga prośbę, aby jego intencję przemienił w jej uzdrowienie. Dziewczyna wstała. Żytnicki zrozumiał, że Bóg chce mu zamiast dzieci naturalnych dać pod opiekę dzieci cudze, potrzebujące domu. Po powrocie swój majątek przeznaczył na fundację dla dzieci, które nie miały rodziców. Pewno słyszał pan, że Bóg często wysłuchuje naszej modlitwy inaczej – modlimy się o jedno, a On nam daje drugie. A Żytnicki jakby uprzedził Boga. Sam dostrzegł, że nie zawsze najlepiej modlić się w swojej, choćby najbardziej uczciwej sprawie.  Gdyby Bóg obdarował Żytnickich potomstwem, pewnie nie otworzyliby swojego domu dla tych porzuconych przez los i rodziców dzieci. Czy to nie jest jedna z najpiękniejszych legend, choć wydarzyła się naprawdę?

– W zeszłym roku byliśmy na pielgrzymce… – urwał, jakby czekał, aż wspomnienie przypłynie w całej ostrości. – Się popłakałem, bo tam otworzyło się Słowo. – Znów zamilkł.
– Jakie Słowo?
– Słowo Boga wywołuje w człowieku echo.

– Nie pękaj. Pan jest dobry, nad wszystkim czuwa.

– Tak, podziwiam małżonków wiernych aż po śmierci, ale… wierzę, że w niebie to wszystko jest rozwiązane. „Ani oko nie widziało, ani serce nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. – Melchior patrzył długo na moich rodziców, jakby chciał dzięki temu lepiej mnie przeniknąć. Nagle się odwrócił , dając sygnał, że możemy usiąść. – Znałem wielu wspaniałych ludzi, który owdowiawszy, żenili się powtórnie, nawet po trzeci raz. Relacje niebiańskich istot do ziemskich to bardzo skomplikowany temat. Dla większości niemożliwy do wyobrażenia. Tak, do kogo będzie należeć ta wdowa? W zasadzie miłość Bóg tłumaczy to w dość prosty sposób. – Melchior sięgnął po ciastko i jednocześnie skinął głową w odpowiedzi na moje zapytanie oczami, czy nalać mu wina do kieliszka. – Bóg potrafi kochać wielu, he, miliardy stworzeń, w sposób wyjątkowy i niepowtarzalny. Czy jest do pomyślenia jednoczesna miłość wielu osób, tak że każdej z nich wydaje się, że jest jedyna? Bóg potrafi nawet kochać tych, którzy się wzajemnie nienawidzą. To strasznie trudne…

– Pan Bóg powołał dwunastu apostołów wcale nie spośród najlepszych ludzi, którzy wtedy żyli w Palestynie. Wybór człowieka jest tajemnicą… Tak jak jest tajemnicą, dlaczego powołał Judasza, o którym wiedział, że Go zdradzi. Jak powiedział Philip Yancey… – nie, nie, po co nazwisko, przecież do chłopów nie będę gadał z przypisami. – No więc, rzecz niebywała. Pamiętacie, że Jezus modlił się w Getsemani o dobry wybór apostołów. Czyżby Pan Bóg nie wysłuchał modlitwy swojego syna? A może z jakichś niezrozumiałych powodów zdrajca jest dla nas kimś nieodzownym? Dlaczego Jezus, widząc Judasza na czele kohorty, zwraca się do niego: „Przyjacielu, po co przyszedłeś?”. Czyżby to była ironia, złośliwość w ustach Boga? A może chciał tym czułym zwrotem, w którym kryła się miłość do nieszczęsnego apostoła, odwieźć go od podjętego zamiaru?

Bóg, który przyszedł po to na świat, by odkupić człowieka, miałby się na nim mścić za to, że z podziwem patrzył na kwiaty i słuchał muzyki? Czy Pan się nie boi, że nie dostrzeże twarzy Boga, tam gdzie jest Jego uśmiech? Świat stworzony przez Niego nie jest grzechem, od którego trzeba się odwrócić. Nie znam się na teologii, ale Bóg nie stworzył świata dla teologów, ale dla każdego człowieka. Nie wiem właściwie, czemu Panu odpisuję, ale nie dlatego że mnie Pan rozśmieszył. Żal mi Pana, jak żal mi wszystkich, którzy lękają się Boga. Jest tyle strachu na tym świecie. Nie trzeba go już pomnażać.

Naprawdę polecam. 
>>>
Dzisiaj są takie jakby moje imieniny, tylko inaczej. Bo wspominaliśmy św. Bonawenturę, mojego patrona od bierzmowania. Jak podawałem to imię – połowa rozmówców myślała, że chodzi o kobietę. Nikt nie wiedział praktycznie, kto to taki. Warto tę postać przybliżyć – ciekawie napisany jego życiorys przeczytasz tutaj.
Mnie imponuje nie tylko swoim umysłem, swoimi dziełami teologicznymi – ale przede wszystkim umiejętnym połączeniem tych cech intelektu z wielką wiarą, a zarazem wspaniałą prostotą. Bez wiary nie da się poznać rozumem tego, co istotne. Teologia jako nauka dla nauki nie ma sensu – ma pomagać człowiekowi w poznaniu Boga. Prawdziwy pokój jako doskonałe zjednoczenie człowieka z Bogiem. Ewangelizacja nie tylko w działaniu, ale poprzez kontemplację, która daje siłę i uzdalnia do pracy. I to wszystko już w XIII w.! 

Myślę, że to dobry przykład i świetny patron na dzisiejsze czasy, gdy tak często człowiek myli środki z celami  i gubi się raz po raz. 
>>>

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie. (Mt 11,28-30)

Pięknie się to splata z tym, co powyżej napisałem o Bonawenturze. Szlachetna, piękna prostota nie zaprzecza rozwojowi intelektu i inteligencji. Ale za to ferowanie sądów jedynie rozumem, przy negowaniu tego, co nieudowadnialne naukowo, lekceważenie wiary w to, co niewytłumaczalne – to coraz częstszy problem ludzi, którzy zwykle w ogóle sobie z niego nie zdają sprawy. 
Otworzyć umysł, a serce niech siedzi cicho – w końcu jest potrzebne do życia, ale nic więcej. To tylko serce. A tymczasem tylko drogą serca można dojść do tego, co jest ostatecznym i jedynym tak naprawdę ważnym i wartym zachodu sukcesem. Do zbawienia. Nie znaczy to oczywiście, że nie warto się w życiu zajmować niczym innym jak tylko modlitwą, kontemplacją – nie pracować, nie mieć nic, czekać na zbawienie. Cóż, łaskę powołania do takiego życia otrzymuje niewielu. Większość z nas żyje w świecie, pracuje, zakłada rodzi ny, musi zaspokajać (oczywiście, w granicach rozsądku) pewne normalne potrzeby związane z funkcjonowaniem w społeczeństwie.
Mądrość nie oznacza, że nie można być prostym. I odwrotnie – prostota, o ile nie jest autentyczna, a np. na pokaz, nie gwarantuje osiągnięcia zbawienia. Można być mądrym, naukowcem, wybitnym specjalistą w jakieś dziedzinie – będąc jednocześnie prostego, miłego Bogu serca. To się nie wyklucza. Potrzebne jest wyczucie, właściwe rozłożenie akcentów, harmonia między umysłem a sercem. Wtedy można osiągać wyżyny tak naukowe, jak i wyżyny ducha. 
Bo najważniejsza jest mądrość serca. A czym ona jest? Można ją opisać na wiele sposobów. Najprościej – to kroczenie swoją, także np. naukową, drogą życia, ale prosto, nie szukając skrótów i sekretnych przejść na wyższy poziom. 
Jezus zwraca też uwagę na problem jarzma. To nic innego, jak obowiązki – także religijne – które w pewnych skrajnych formach są po prostu zbędne, niepotrzebne, a co gorsza – mogą szkodzić i zniechęcać. Czyli przynieść więcej szkody niż pożytku. To także czytelna wskazówka – człowieku, masz rozum nie po to, żeby się kurzył, ale abyś go używał; nie jesteś tępym zwierzątkiem, więc myśl, oceniaj – po to go masz. Nie daj się zwodzić, bo niejeden będzie próbował cię zwieźć. Masz moje słowa, masz Ewangelie – tam jest wszystko. 
Nie bój się tego Bożego jarzma. Ono jest dobrowolne. Ty możesz je sam wybrać – Bóg ci go nigdy nie narzuci. To jarzmo to nic innego, jak życie duchu Bożych praw i przykazań. Świadoma wiara, która ma prowadzić do Niego. Właśnie m.in. przez łagodność i pokorę – tak często dzisiaj pogardzane i lekceważone cechy, które świadczą nie tylko o kulturze (lub jej braku), ale przede wszystkim może o prawdziwej wielkości człowieka. 
Bądź pokorny mocą Boga.