Co też powiedzieć chcesz strumieniu
Kiedy spragnieni wodę piją
Kiedy z nazwiska i imienia
Mijają tak jak świat przemija
Jak łza spod rzęs
Wypłakana skrycie
Tak śmierć ma sens
I ma sens życie
Co też powiedzieć chcesz strumieniu
Kiedy spragnieni wodę piją
Kiedy z nazwiska i imienia
Mijają tak jak świat przemija
Jak łza spod rzęs
Wypłakana skrycie
Tak śmierć ma sens
I ma sens życie
W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa.
Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło
wina, Matka Jezusa mówi do Niego: Nie mają już wina. Jezus Jej
odpowiedział: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie
nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie
wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych
przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić
dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: Napełnijcie stągwie wodą! I
napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz
i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli. A gdy starosta
weselny skosztował wody, która stała się winem – nie wiedział bowiem,
skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli –
przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia
najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś
dobre wino aż do tej pory. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie
Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.
Następnie On, Jego Matka, bracia i uczniowie Jego udali się do
Kafarnaum, gdzie pozostali kilka dni. (J 2,1-12)
W zeszłym tygodniu pisałem o Janie Chrzcicielu i cudzie, kiedy Bóg Ojciec wskazuje w momencie chrztu na Jezusa jako wybranego i umiłowanego Syna. Napomknąłem też o tym tekście – uważanym za pierwszy cud Jezusa przemienieniu wody w wino podczas wesela w Kanie – mówisz, masz: Kościół w swojej mądrości właśnie tym fragmentem w ramach II niedzieli zwykłej otwiera okres zwykły AD 2013.
Nie powiem nic odkrywczego stwierdzając, że kluczowa rola należy tu do Maryi. Obserwuje, widzi, reaguje – uderza do Syna. Nie ma wina – zaraz będzie draka. Wielu duchownych na wiele sposobów tłumaczyło te słowa, które padły w odpowiedzi ze strony Pana – droczył się? Chyba bardziej nie chciał działać spektakularnie, robić show. Stąd to jakby „temperowanie” Matki. Ona jednak w głębi serca wiedziała – Jezus zadziała, gdy przyjdzie pora. Stąd polecenie do sług – którzy jednak specjalnie pewnie nie mieli powodu do zdziwienia: skoro stągwie miały służyć do oczyszczeń, to logicznym było, iż powinna się w nich znajdować woda. Co innego – gdyby ktoś później zauważył, że ze stągwi pełnych wody nalewa się gościom weselnym wino… Oczywiście, wino – ten specyficzny prezent weselny Jezusa – okazało się o wiele lepsze od uprzednio przygotowanego. Cud? Pewnie tak. Być może nie głośno opiewany, ale słudzy na pewno podali dalej informację o tym, że wino prawie dosłownie „spadło z nieba”.
Tak naprawdę dla człowieka wierzącego, poza ciekawym tłem, wątkiem i zbożną opowieścią, kluczowe wydaje się jedno proste zdanie, i to nawet nie Jezusa, a Maryi. Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Kościół przytacza je nie inaczej, a właśnie dlatego, że to dobra rada dla każdego z nas. Mamy w życiu wybór. Możemy stać jak te kruche naczynia gliniane (o których mowa w jednym z listów Pawła), albo możemy współpracować z łaską i pozwolić się wykorzystać jak te masywne stągwie kamienne, napełnione przez Boga – czym? Łaską właśnie, błogosławieństwem – tutaj przybrało ono postać wina, bo w chwili niewątpliwej radości było ono być może jedynym, czego brakowało. Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale co może być lepsze nad niesienie Boga innym? W Jego bezpośredniej bliskości, dotykając Go na ile to możliwe – iść, nieść i głosić.
Bardzo dobrym uzupełnieniem jest tutaj II czytanie (1 Kor 12,4-11), gdzie Paweł mówi o różnych darach łaski właśnie, ale o jednym motorze napędowym tego wszystkiego – o Duchu. Czytanie, które można by streścić słowem – piękno w różnorodności. Po prostu nasze, ludzkie powołanie. Nie do mierzenia się nawzajem, porównywania, oceniania – ale możliwość, siły i umiejętności do bycia wyjątkowym będąc po prostu sobą i robiąc użytek z tego, co On mi dał. Nie lepszym, nie gorszym od tego czy tamtego – normalnym, własnym, wyjątkowym. I tą właśnie drogą, będąc na swój wyjątkowy sposób stągwią kamienną wypełnioną po brzegi Bogiem, owocować.
>>>
Wczoraj wieczorem Pan odwołał do siebie kard. Józefa Glempa, wieloletniego Prymasa Polski i metropolitę warszawsko-gnieźnieńskiego, wcześniej biskupa warmińskiego. Kiedy teraz o tym myślę – pewnie dochodził do kresu życia mniej więcej wtedy, kiedy w mediach były podane informacje o pogorszeniu się jego stanu zdrowia i prośbie e strony następcy – kard. Kazimierza Nycza – o modlitwę za chorego.
Mój sposób postrzegania zmarłego ewoluował. Dziś myślę, że to był człowiek, który lepiej niż to się na pierwszy rzut oka wydaje odegrał swoją rolę, bądź co bądź, w bardzo trudnych dla Polski i polskiego Kościoła latach. Miał prawo być przytłoczony poprzednikiem – Prymasem Tysiąclecia i jego przeszło 30-letnią posługą, a równocześnie czuł wsparcie z Watykanu, dzisiaj błogosławionego już, Jana Pawła II. A jednocześnie – musiał sprostać nowej rzeczywistości, kiedy po obaleniu komunizmu siły wrogie Kościołowi nie dały się już tak jednoznacznie wskazać i nazwać, kiedy człowiek miał coraz większe problemy z mądrym zagospodarowaniem wolności. Do tego – z pewnością trauma i rana związana z historią, również błogosławionego dziś, ks. Jerzego Popiełuszki, księdza z jego diecezji. Kiedyś można mu było zarzucić zbytni konserwatyzm – czy jednak słusznie?
Dzisiaj odpoczywa w Bogu.
>>>
Jakoś mnie wzięło – czytam od początku trylogię Grosera. Najnowszą, czwartą książkę „Jezus z Judenfeldu” już przeczytałem. Normalnie jak Gwiezdne Wojny – najwcześniejsza część pojawia się ostatnia. I pięknie wpisuje się w całość – tylko że doświadczenia tym razem niemieckie, dość ekumeniczne. Nie znoszę tylko tych grzegorczykowych zakończeń. Bardziej wieloznaczne by być nie mogły.
Rozkoszny spacer po wiosennym lesie, fotografowanie ptaków, śpiew wilgi, spokój i słońce… i wisielec na świerkowej gałęzi. Na korze drzewa kilka dni później pojawia się napis „Judasz”. Dla Stanisława Madeja, kawalera koło pięćdziesiątki, owo makabryczne odkrycie stanowi niezbyt udany początek nowego życia na sielskiej wsi w Puszczy Noteckiej. Madej postanawia rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci. Prowadząc śledztwo, coraz bardziej zagłębia się w chaszcze ludzkich losów, historii i własnego życia.W najnowszej powieści Jana Grzegorczyka, autora bestsellerowej trylogii o księdzu Groserze, mroczne tajemnice ludzkich dusz, wina, namiętność i zdrada mieszają się z humorem i zmysłem obserwacji. To książka, na którą czekali wszyscy fani Grzegorczyka — a jednak zupełnie inna od poprzednich.
A co się dzieje w chaszczach??? Takich na kilometrów kilkadziesiąt w jedną i drugą stronę. Patrzysz z boku — niczego się nie dopatrzysz. Tylko kawałeczek od skraju drogi. Patrzysz z góry, też kłębowisko, wszystko zagmatwane. A coś się dzieje. Pięknego i strasznego.
Ale jak to w chaszczach, nie do końca wiadomo co, nie odgadniesz od razu…
O tym jest ta książka, pełna poszukiwań dróg pamięci, dróg wydarzeń, prób poznawania innych i siebie. Jak to u Grzegorczyka jest i śmietnik, i kościół, i wille, i chałupki. Pełno postaci. I ich drogi ciągle się ze sobą plątają.Czytasz, dowiadujesz się, wątpisz, czy się dowiedziałeś, pojmujesz, znów nie pojmujesz, pytasz, o co chodzi, choć oderwać się od tej opowieści nie chcesz…
Chcesz zobaczyć coś inaczej? No to właź za Grzegorczykiem w chaszcze. Udaje przewodnika, ale naprawdę sam szuka drogi. (Ernest Bryll)
– I ksiądz nie miał oporów, aby go pochować w poświęconej ziemi?
– Dlaczego miałbym mieć?
– No, nie wiem, Kościół zabiega nieraz o karteczki, żeby mieć pewność, że przez jego wrota nie prześlizgnie się nikt niepowołany… Są księża…
– W moim kościele czegoś takiego nie praktykuję. NNW – Nic Nie Wiemy. – Ksiądz się uśmiechną. – My tylko składamy człowieka w ręce Boga. A On jest wszechwiedzący i miłosierny. Cała nasza wiara polega na zamieszkaniu w TAJEMNICY. Po to dochodzimy do prawdy, żeby ją złożyć w Bogu.
– Nie powierzałem Bogu katolika, ale człowieka, którego On znał. Modliłem się, aby ogarnął jego tragiczną śmierć.
– No ale tu jest krzyż…
– Myślę, że kimkolwiek był ten człowiek, umarł pod krzyżem swego bólu. – Westchnął. – Może upadł nie pod krzyżem, ale przywalił go jakiś kamień… Może. Jeśli tak, to wierzę, że mi wybaczy. Dla chrześcijanina krzyż jest znakiem miłości. Po tamtej stronie ludzie nie protestują, że ktoś ich kocha. Tam nie ma wieży Babel.
Skinęła głową. Wyciągnąłem jedną z pięciu srebrnych torebeczek. A z niej nie pozorną kuleczkę wielkości maleńkiego orzecha włoskiego. Zamknąłem ją w dłoni i ogrzałem, jakby miało się z niej wykluć pisklę. Wyciągnąłem szklany litrowy dzbanek, wstawiłem wodę. Kiedy się zagotowała, zaproponowałem, abyśmy przeszli na taras. Siedliśmy pod rozłożystymi gałęziami jabłoni. Woda ochłodziła się w tym czasie, osiągając idealną do parzenia temperaturę. Zalałem „brzydkie kaczątko”. Po minucie w dzbanku zaczął rozkwitać przepiękny kwiat. Bajecznie kolorowy. Dumnie prężył swe listki i płatki niczym na filmie przyrodniczym ukazującym w przyspieszonym tempie rozkwitanie. Z dzbanka rozchodził się najpierw delikatny zapach jaśminu, potem lekki, nieśmiały zapach egzotycznych owoców. Patrzeliśmy bez słów na spektakl za ścianą dzbanka. Po chwili nalałem do filiżanek seledynowy płyn. Piliśmy w milczeniu, delektując się naparem.
– Wspaniała – stwierdziłem w końcu. – A drugie parzenie będzie jeszcze lepsze…
– Jesteśmy jak te szare, niepozorne kulki, dopóki nie spotkamy kogoś, kto nas ogrzeje – stwierdziła z zadumą Krystyna.
– Był to dwór należący do Żytnickich. Na początku XX wieku przekazali go siostrom. To było niesłychanie szlachetne małżeństwo – Konstancja z Ostrop0olskich i Stefan Żytnicki. Nie chodzi mi o herby, bo nie należę do tych, co czczą błękitną krew. To było szlachectwo ducha. Niestety, cierpieli, bo nie mogli mieć dzieci. Pojechali do Lourdes, aby wymodlić łaskę. Pan Stefan był zaangażowany w dowożenie ludzi na wózkach do cudownego źródła. Woził sparaliżowaną Francuzkę. Siódmego dnia wzięła go taka litość nad ta dziewczyną, że skierował do Boga prośbę, aby jego intencję przemienił w jej uzdrowienie. Dziewczyna wstała. Żytnicki zrozumiał, że Bóg chce mu zamiast dzieci naturalnych dać pod opiekę dzieci cudze, potrzebujące domu. Po powrocie swój majątek przeznaczył na fundację dla dzieci, które nie miały rodziców. Pewno słyszał pan, że Bóg często wysłuchuje naszej modlitwy inaczej – modlimy się o jedno, a On nam daje drugie. A Żytnicki jakby uprzedził Boga. Sam dostrzegł, że nie zawsze najlepiej modlić się w swojej, choćby najbardziej uczciwej sprawie. Gdyby Bóg obdarował Żytnickich potomstwem, pewnie nie otworzyliby swojego domu dla tych porzuconych przez los i rodziców dzieci. Czy to nie jest jedna z najpiękniejszych legend, choć wydarzyła się naprawdę?
– W zeszłym roku byliśmy na pielgrzymce… – urwał, jakby czekał, aż wspomnienie przypłynie w całej ostrości. – Się popłakałem, bo tam otworzyło się Słowo. – Znów zamilkł.
– Jakie Słowo?
– Słowo Boga wywołuje w człowieku echo.
– Nie pękaj. Pan jest dobry, nad wszystkim czuwa.
– Tak, podziwiam małżonków wiernych aż po śmierci, ale… wierzę, że w niebie to wszystko jest rozwiązane. „Ani oko nie widziało, ani serce nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. – Melchior patrzył długo na moich rodziców, jakby chciał dzięki temu lepiej mnie przeniknąć. Nagle się odwrócił , dając sygnał, że możemy usiąść. – Znałem wielu wspaniałych ludzi, który owdowiawszy, żenili się powtórnie, nawet po trzeci raz. Relacje niebiańskich istot do ziemskich to bardzo skomplikowany temat. Dla większości niemożliwy do wyobrażenia. Tak, do kogo będzie należeć ta wdowa? W zasadzie miłość Bóg tłumaczy to w dość prosty sposób. – Melchior sięgnął po ciastko i jednocześnie skinął głową w odpowiedzi na moje zapytanie oczami, czy nalać mu wina do kieliszka. – Bóg potrafi kochać wielu, he, miliardy stworzeń, w sposób wyjątkowy i niepowtarzalny. Czy jest do pomyślenia jednoczesna miłość wielu osób, tak że każdej z nich wydaje się, że jest jedyna? Bóg potrafi nawet kochać tych, którzy się wzajemnie nienawidzą. To strasznie trudne…
– Pan Bóg powołał dwunastu apostołów wcale nie spośród najlepszych ludzi, którzy wtedy żyli w Palestynie. Wybór człowieka jest tajemnicą… Tak jak jest tajemnicą, dlaczego powołał Judasza, o którym wiedział, że Go zdradzi. Jak powiedział Philip Yancey… – nie, nie, po co nazwisko, przecież do chłopów nie będę gadał z przypisami. – No więc, rzecz niebywała. Pamiętacie, że Jezus modlił się w Getsemani o dobry wybór apostołów. Czyżby Pan Bóg nie wysłuchał modlitwy swojego syna? A może z jakichś niezrozumiałych powodów zdrajca jest dla nas kimś nieodzownym? Dlaczego Jezus, widząc Judasza na czele kohorty, zwraca się do niego: „Przyjacielu, po co przyszedłeś?”. Czyżby to była ironia, złośliwość w ustach Boga? A może chciał tym czułym zwrotem, w którym kryła się miłość do nieszczęsnego apostoła, odwieźć go od podjętego zamiaru?
Bóg, który przyszedł po to na świat, by odkupić człowieka, miałby się na nim mścić za to, że z podziwem patrzył na kwiaty i słuchał muzyki? Czy Pan się nie boi, że nie dostrzeże twarzy Boga, tam gdzie jest Jego uśmiech? Świat stworzony przez Niego nie jest grzechem, od którego trzeba się odwrócić. Nie znam się na teologii, ale Bóg nie stworzył świata dla teologów, ale dla każdego człowieka. Nie wiem właściwie, czemu Panu odpisuję, ale nie dlatego że mnie Pan rozśmieszył. Żal mi Pana, jak żal mi wszystkich, którzy lękają się Boga. Jest tyle strachu na tym świecie. Nie trzeba go już pomnażać.
W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie. (Mt 11,28-30)