Błogosławione wyczucie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie na Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec. (J 12,24-26)
Czy Jezus piętnuje radość z życia, korzystanie z niego, oczywiście w racjonalny sposób? Nic bardziej mylnego. Można być człowiekiem szczęśliwym i czerpiącym z życia to, co jest naprawdę dobre i pożyteczne, będąc równocześnie człowiekiem wierzącym. A nawet wręcz – trudno było by być człowiekiem szczęśliwym i czerpiącym z życia to, co jest naprawdę dobre i pożyteczne, gdyby człowiek nie opierał się na solidnym fundamencie, nie bazował na precyzyjnej i przejrzystej hierarchii wartości. 
Bo prawdziwa radość życia to obumieranie. Człowiek czerpie największą radość z tego, że daje – a największą, gdy ofiarowuje dar z samego siebie. Wiele w nas egoizmu – sam dobrze o tym wiem, to chyba moja największa wada – ale dopiero naprawdę bezinteresowne dawanie raduje serce człowieka jak nic innego. Tu nie chodzi o nic spektakularnego, ale wkładanie serca w to, przed czym staje na co dzień – nauka, praca, rodzina, relacje z ludźmi. Nic wyjątkowego – poza autentycznością w tym, co zwyczajne i życiowe. Takie obumieranie to dopiero jest owocowanie.
Pojęcie złotego środka bardzo tutaj pasuje. Do tego, aby przynieść dobry plon, potrzebne jest wyczucie, umiar. Żadne cierpiętnictwo, ani też żadne niewłaściwie, przesadnie rozumiane korzystanie z życia. Ta nienawiść, którą widzimy w tym tekście, to nic innego niż dystans i zdrowe podejście do spraw doczesnych. One same w sobie nie są złe, wszystko zależy od tego, kto i jak do czego je wykorzystuje. Jeśli robię z nich dobry użytek, pomagam z ich  użyciem innym, czynię świat lepszym – wtedy wszystko gra. Taka zdrowa, zdystansowana nienawiść.
Taka zdrowa nienawiść to właśnie pójście za Nim. Oczywiście, są tacy, którzy decydują się na dosłowne prawie porzucenie świata, wybierając drogę doskonałości życia zakonnego. To też możliwość. My jednak, w większości, świeccy i duchowni żyjący w świecie, musimy z tym światem sobie radzić. Także obumierając, gdy to potrzebne. Dając z siebie, pozornie tracąc, aby zyskać w tym ostatecznym rozrachunku, życiowym podsumowaniu. Nienawidząc tego, co tak bardzo ludzkie i materialne, że odwraca uwagę od celu życia człowieka wierzącego. 
Błogosławione wyczucie, ot co. Podstawa postawy dobrego sługi.

Pycha światowa i wytężanie serca

Kiedy Jezus umył uczniom nogi, powiedział im: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Sługa nie jest większy od swego pana ani wysłannik od tego, który go posłał. Wiedząc to będziecie błogosławieni, gdy według tego będziecie postępować. Nie mówię o was wszystkich. Ja wiem, których wybrałem; lecz potrzeba, aby się wypełniło Pismo: Kto ze Mną spożywa chleb, ten podniósł na Mnie swoją piętę. Już teraz, zanim się to stanie, mówię wam, abyście, gdy się stanie, uwierzyli, że Ja jestem. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto przyjmuje tego, którego Ja poślę, Mnie przyjmuje. A kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. (J 13,16-20)
Jezus na początku tych słów przypomina uczniom o czymś, o czym – i oni wtedy, i my dzisiaj – bardzo często zapominamy. Można być dobrym człowiekiem, wierzącym, praktykującym, a mimo wszystko – grzeszyć pychą. Przed tym Jezus wystrzega. Chwilę wcześniej, przed obmyciem nóg, mówił o pokorze – obmywając On, Mesjasz, im nogi, i przykazując aby tak samo oni postępowali (udało się, jest taki obrzęd w liturgii Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek). Na zakończenie tamtych słów mówi: Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. Teraz, przestrzegając przed pychą, używa jakby innego argumentu – nie na zasadzie jak Ja wam, tak i wy – ale składa swego rodzaju obietnicę – obiecuje błogosławieństwo, a więc szczęście tym, którzy te Jego słowa zachowają. 

Szkoda, że nie wszystko zrozumieli. Mimo tego wprost powiedzianego teraz, zanim się to stanie, mówię wam, abyście, gdy się stanie, uwierzyli, że Ja jestem. Niestety, nic to nie dało. Tego, co kryło się w sercu i umyśle Judasza wiedzieć nie mogli, to przecież zakamarki tylko Bogu znane. Mogli się czegoś domyśleć, przy założeniu że faktycznie był on złodziejem (czego taki pewien nie jestem). Jezus ich wprost ostrzegł – tak to właśnie będzie. Wiedział, że na fali uwielbienia i zachwytu nad cudami ludzie na rękach Go będą nosili. Ale rozumiał, że wszystko wypełni się zgoła zupełnie inaczej, wręcz dramatycznie. Ta Jego popularność jako proroka, uzdrowiciela – to było takie złowieszczo spokojne preludium do, po ludzku, spektakularnej klęski; z której jednak Bóg wyprowadza największą łaskę, największy dar dla człowieka – zbawienie. 
I jeszcze o tym przyjmowaniu, na które Jezus zwraca uwagę na końcu. Wiesz, co jest naszym (ludzi) strasznym problemem? Jesteśmy mało konsekwentni, a jednocześnie strasznie kreatywni nie w tym, co trzeba, a mianowicie w dobieraniu słów i faktów w zależności od tego, co nam jest potrzebne, co pasuje do naszej aktualnej sytuacji albo uzasadnienia takiej czy innej, mniej lub bardziej pokrętnej/słusznej teorii. I mimo że komuś się może wydawać, że tak sobie ze skarbca Bożego Słowa wybierać może – a, dzisiaj to, jutro tamto, a jeszcze czegoś innego to w ogóle nie, bo mi nie pasuje… – oznacza tylko tyle, że mu się wydaje. Nic więcej. Bóg pewnie nie zamieni go za to w kamień, nie przeklnie do piątego pokolenia i nie ukarze niczym na wzór plagi egipskiej. 
Tamci, chodzący za Jezusem, mieli trudniej, wbrew pozorom. Mieli Jego samego, na wyciągnięcie ręki – i mnóstwo rozterek: kim jest ten Człowiek? My mamy pamiątki Jego bytności na ziemi, Eucharystię, i kompletny zbiór tego, co jest potrzebne – Pismo Święte, spisane od A do Z, jak to z tym Jezusem było. Wszystko jest spójne, wszystko do siebie pasuje, wszystko się zazębia – o ile się nad tym przysiądzie, wykaże dobrą wolę, i poza wytężeniem oczu, wytęży także serce. Wtedy usłyszysz, że Bóg mówi także do ciebie, dokładnie ciebie, i to nie na zasadzie jak do wszystkich, to do niego też, ale bezpośrednio, bo jesteś Mu wyjątkowy, tak jak każdy inny. Kocha nas tak samo, choć różni jesteśmy. Prawdziwa wiara to przyjęcie tego wszystkiego, co Jezus nauczał. Nie chodzi o absolutny brak wątpliwości i bezmyślność – nie, pytania trzeba zadawać i szukać odpowiedzi. Ale w tym szukaniu wiedzieć, że Bóg wiedział lepiej, i nie bez powodu postawił sprawy tak, a nie inaczej. Wybór jest twój. Kościół to nie supermarket, gdzie korzystasz z promocji, omijając to, co niepotrzebne, drogie – prawdziwa wiara to przyjęcie sercem wszystkiego, co Bóg do wierzenia pozostawił. Ten Bóg, który w Jezusie przyszedł także do ciebie, i umarł dla zbawienia każdego z nas. Najważniejsze – nie na śmierci skończyła się Jego historia, przede wszystkim – zmartwychwstał. To jest dopiero apogeum.  
Trwamy cały czas w radości zmartwychwstania – tak, ciągle jeszcze okres świętowania go, choć, jak to fajnie zostało opisane w jednym z ostatnich GN, u nas w Polsce to jest takie huczne-ludyczne umartwianie się, zainteresowanie nabożeństwami pasyjnymi, uczestnictwo w liturgii Triduum… i co? I nic. Po Niedzieli Zmartwychwstania, niby z tym Alleluja na ustach rozchodzimy się do swoich spraw, wracamy do szkoły, pracy; zaczynają się I komunie, bierzmowania… A świętowanie tej radości? Jakoś ucieka. Może dlatego teraz właśnie, już po zmartwychwstaniu, Kościół – tak jak sam Jezus uczniom zmierzającym do Emaus – wyjaśnia, pokazuje palcem, jak krowie na rowie, że to nie był żaden Boży spontan, ale rzeczy i wydarzenia zapowiedziane przez Boga? 
Pytanie, kiedy do nas to dotrze. I poza zachwytem, od czasu do czasu, nad doskonałością Bożego planu, przedstawioną na kartach Biblii, zaczniemy tego Boga zauważać wokół siebie, w swoim życiu, w odniesieniu do siebie.

Zbawienna bezradność Króla

Tekst opisu Męki Pańskiej na Niedzielę Palmową – za długi, żeby wklejać – ale zdecydowanie warto się nad nim pochylić – tutaj

Zupełnie tego nie rozumiem. Po co wersja krótka? Czy raz w roku – no dobra, dwa razy (w Wielki Piątek w Liturgii Męki Pańskiej, też) nie można tego tekstu przeczytać w całości? I tak sukces – Niedziela Palmowa to jedyny dzień, kiedy kazanie jest zawsze trafne, dobitne, mocne, bolesne i prawdziwe tak, że bardziej się nie da. Bo mówi je z krzyża sam Jezus. Nie trzeba słuchać, mniej lub bardziej polityczno-smoleńsko-uprzedzeniowo-dziwacznych (w większości, niestety), albo po prostu na odwal przeczytanych z kartki tzw. homilii, które z homiliami niewiele wspólnego mają. Może to brzmi jak Gorzkie Żale (nabożeństwo, do którego nie udało mi się nigdy przekonać…), ale takie są moje, w większości, ostatnie doświadczenia z mszy niedzielnych. Wyjątek – parafia obecnie jeszcze rodzinna, gdzie krótkie słowo jest głoszone na każdej mszy, świątek-piątek, także rano. Nic dziwnego – praktyka czyni mistrza, w tej materii także. Co do Niedzieli Palmowej – raz w ciągu roku liturgicznego księża robią miejsce wymownej ciszy Golgoty.  

Tyle razy – nawet w ostatnim tekście – pisałem, nie bez pewnej dumy i radości, że Jezus robił w konia i niweczył kolejne knowania plany faryzeuszów, aby podłożyć się im, pozwolić sobie na słowa, które im z kolei pozwolą na oskarżenie Go przed ludem, starszyzną, Sanhedrynem. Paradoks więc – czemu tak bardzo dał się podejść? Nie, nie dał się. Można się spierać, na ile był świadomy tego, co się z Nim stanie, w Wielki Czwartek, gdy wszyscy przygotowywali się do święta Paschy. Czytając ewangelistów – emocje można wyczuć w powietrzu, z perspektywy czasu i historii. I Jezus, i uczniowie musieli zdawać sobie sprawę, że Jezus stąpał po coraz bardziej cienkim gruncie, że prędzej czy później faryzeusze się do Niego dobiorą. Z tego wynika motywacja Judasza – nie rozumiał, albo rozumiał opacznie, misję Jezusa, chciał widzieć w Nim władcę, ale ziemskiego, który przywróci państwowe królestwo Izraela, stanie na czele powstania i wyrzuci z Palestyny Rzymian. Liczył, że w sytuacji narażenia Jego życia, Jezus okaże swoją wielką moc, i Naród Wybrany zatryumfuje. 

Jak bardzo się mylił. Zrozumiał to jednak zbyt późno. To znaczy – dla niego, jak dla każdego, za późno nie było. Jego jednak zjadły wyrzuty sumienia. W bardzo podobnej sytuacji był Piotr – Skała, Opoka, która padła i rozsypała się, gdy trzykrotnie zaparł się Jezusa. On jednak nie poddał się, nie zwątpił – przede wszystkim w miłosierdzie Pana – i tak stanął na czele Kościoła, jako ten, który ma paść baranki i owce, i który trzy razy (jakby dla zmazania zaparcia się) potwierdził później, że tak, że miłuje, i to bardziej niż inni. Judasza zgubiło nie brak miłosierdzia czy przebaczenia ze strony Boga – ale to, że on sam sobie nie potrafił wybaczyć. To doprowadziło go do samobójstwa.
A Jezusa? Najpierw przed Najwyższego Kapłana. Nie wyparł się swego rodowodu. Starali się, jak mogli, aby oskarżać Go fałszywie na różne sposoby. W końcu pytanie zostało sformułowane tak, że odpowiedź mogła być tylko jedna. Tak, Ja nim jestem. Krótkie słowa, krótkie zdanie – które przecież tak jasno wynikało i pobrzmiewało ze wszystkiego, co w trakcie swej publicznej działalności dokonał. A w Wielki Czwartek doprowadziły Go z Ogrójca, przez lochy arcykapłana, do Piłata i na Kalwarię. 

Ważna postać to sam Piłat – najlepszy dowód na to, że niezdecydowanie może także być winą. Brak odwagi może niszczyć, może być – i w jego wypadku był winą. On nie chciał Jezusa skazywać. Tak, przeszkadzał Mu jako potencjalny powód zamieszek w prowincji, za którą odpowiadał. Ale nie bez powodu żona go uprzedzała – nie miej nic wspólnego z tym sprawiedliwym. Skoro sprawiedliwy – za co Go zabijać? Przede wszystkim Piłat się bał, a Żydzi nacisnęli na czuły punkt – brak zdecydowanej, ostatecznie okrutnej reakcji mógłby oznaczać pobłażliwość i brak dbałości o kult cesarza. Wszyscy wiedzieli, że pozycję zawdzięczał nie swojemu urodzeniu, a wżenieniu się w dobrą rodzinę. Nie mógł ryzykować. Teatralny gest umycia rąk, a nawet deklaracja zebranych krew Jego na nas i na dzieci nasze nie zmieniły tego, że los Jezusa przypieczętował piłatowy strach.
To, co działo się z Jezusem w tym czasie, to najlepszy dowód dla niedowiarków, kwestionujących Jego ludzką naturę. Czy Bóg bałby się tak, jak Jezus w Ogrójcu? Czy prosił by Ojca, aby oddalił to, co było tuż przed Nim, jako nieuchronna przyszłość? Na pewno nie. Był jednak człowiekiem, jak każdy z nas. I poza świadomością wyjątkowości swojej misji, tego że musi w niej wytrwać za wszelką cenę do końca – bał się po ludzku męki, której zapowiedź wieszczyły wszystkie znaki na niebie i na ziemi, w tym pisma proroków. Ból, strach, smutek, a nawet przerażenie – On to wszystko odczuwał, one przejmowały Go przez te dramatyczne ostatnie dni życia. Niektórzy chcą w tych słowach, i wołaniu z krzyża, widzieć utratę wiary, zwątpienie. Ale to po prostu wołanie człowieka, który niesłusznie osądzony i skazany umiera na krzyżu za wszystkich innych, dalece bardziej od Niego winnych. Człowieka, który będąc równocześnie Bogiem, ofiarowywał swój pot, ból i łzy za zbawienie świata. Bo wiedział, że musi. Że za Niego nikt tego nie zrobi. Że ludzie mają tylko w Nim nadzieję. Nawet, gdy sobie z tego nie zdawali sprawy.
Ten moment odczytywania słów Męki Pańskiej – czy to w Niedzielę Palmową, czy w Wielki Piątek – jest bardzo symboliczny. Tłumy w kościołach, mniej lub bardziej wierzących, najpierw wychodzą z Jezusem w symbolu zakrytego krzyża, w procesji, jak wiwatujące wtedy tłumy w Jerozolimie, gdy On na osiołku wjeżdżał do miasta na tydzień przed Paschą. Potem, przecież niewiele później – w kościele kilkadziesiąt minut, oni wtedy kilka dni później – stoją w milczeniu, niemi świadkowie. A może bardziej – jako ten tłum, który skandował, czy to u arcykapłana, czy u Piłata, żeby Go ukrzyżować? To bez znaczenia. 

Ważne, żeby uświadomić sobie jedno. On jedyny – Ten, którego ukrzyżowali – był bez winy, a został umęczony za winy nas wszystkich. Miał moc, mógł zejść z krzyża, mógł wezwać zastępy anielskie, które rozniosły by ich wszystkich na cztery wiatry. Te kilka ostatnich dni – czy to do środy, czy przez Triduum do Niedzieli Zmartwychwstania – to ostatnia okazja, aby poza byciem niemym świadkiem, pozwolić, aby ta prawda coś we mnie zmieniła. Żeby w Wielki Piątek zostać pod krzyżem, jak Maryja i Jan – a nie uciekać od niego jak pozostali apostołowie. Żeby w niedzielę rano biec do pustego grobu nie jak ci, którzy bali się, że ktoś wykradł ciało fałszywego mesjasza – ale ci, którzy zaczynali rozumieć, o czym On mówił, co zapowiadał. Że zmartwychwstał.

In Spiritu et Veritate – śp. abp Józef Życiński

Nie planowałem nic pisać dzisiaj. Włączyłem tv, jak zwykle, kiedy ćwiczę wieczorem – dla przyciągnięcia uwagi, żeby nie skupiać się na monotonnych dość ćwiczeniach. I usłyszałem, że kilka godzin wstecz zmarł w Rzymie na wylew krwi do mózgu  abp Józef Życiński. 
Nie będę się silił tutaj na szczegółowe życiorysy – takie można znaleźć na Wikipedii czy stronie diecezji lubelskiej. Święcenia kapłańskie 1972, już 18 lat później, w młodym wieku 42 lat, sakra biskupia i od razu posłany jako ordynator, nie sufragan, do diecezji tarnowskiej. Nie zagrzał tam miejsca na długo – w 1997 rozpoczął posługę metropolity lubelskiego, pełnioną do śmierci. Przeżył go jego poprzednik na tej stolicy biskupiej, abp Bolesław Pylak, dzisiaj prawie 90-letni, a od 1997 emeryt. Nie tylko duszpasterze, ale i wybitny naukowiec, nie tylko na skalę naszego, polskiego podwórka, ani także nie tylko w zakresie nauk związanych z Kościołem (autor ponad 50 książek i ponad 300 artykułów poświęconych problematyce filozoficznej, teologicznej, kulturowej, naukom przyrodniczym). Doktorat w 1976 na ATK w Warszawie, 4 lata później habilitacja, w następnym roku już profesor nadzwyczajny, a od 1988 profesor zwyczajny.
Ktoś może powiedzieć – no tak, ale czym się wyróżniał? Tak, bo wyróżniał się, w naszym katolickim w większości kraju, gdzie biskupów jest bardzo wielu. I to wyróżniał się zdecydowanie pozytywnie, co już, niestety, tak oczywiste nie jest w kontekście tychże biskupów. Przede wszystkim – posiadał doświadczenie duszpasterskie, a także gruntowne wykształcenie i wiedzę z bardzo wielu dziedzin (także w zakresie znajomości języków – znany był z tego, że za granicą, gdy brał udział w konferencjach, prosił tylko, aby dziennikarze, zadając pytania, dodawali, w jakim języku chcieliby uzyskać odpowiedź). Czyli – potrafił się wysłowić, mówił sensownie i na temat, nie gubiąc się w wyświechtanych frazesach czy znanych każdemu ogólnikach, które w byle jakiej kombinacji stworzą mniej lub bardziej rozbudowaną wypowiedź ,pasującą do wszystkich sytuacji. 
Był człowiekiem, który rozumiał, iż Kościół w świecie, gdzie informacje rozchodzą się od jednego jego końca do drugiego w ciągu paru chwil, musi umieć współpracować z mediami i być gotowym do odpowiadania na pytania mediów, wypowiedzi dla mediów – choćby dlatego, że człowiek wierzący żyje i musi rozumieć ten świat, a Kościół przede wszystkim w sytuacjach trudnych, dotyczących Jego samego i wiary, musi mówić głośno i wyraźnie. Dla mnie – jeden z niewielu, poza może abp. Gocłowskim, bp. Pieronkiem i kard. Nyczem postać, na którą nie tylko dziennikarze, bo i my, wierzący, mogli liczyć, że gdy zajdzie potrzeba, zajmą stanowisko i wypowiedzą się jako przedstawiciele Kościoła, zmierzą się z danym problemem. Zatem postawa zupełnie przeciwna w stosunku do większości biskupów polskich, niestety, którzy swoją medialną działalność ograniczają do kąśliwych zazwyczaj, uderzających personalnie, buńczucznych i mało merytorycznych wypowiedzi w mediach pokroju Radia Maryja czy TV Trwam lub Naszego Dziennika (jak to przykład dali w kontekście rozdmuchanej afery wokół listu o. Ludwika Wiśniewskiego OP, nagłośnionej nie tak dawno) – za to uciekających w popłochu, gdy pojawia się sytuacja trudna i media szukają duchownego, który wypowie się, wyjaśni ją w sposób konkretny, a nie tylko pokrzyczy i powymachuje, pogrozi palcem. Sam publikował m.in. w Tygodniku Powszechnym i Gazecie Wyborczej; współpracował także z Radiem eR, regionalno-katolicką rozgłośnią archidiecezji lubelskiej; dawniej współpracował z miesięcznikami „Znak” i „Więź”, a także z „Rzeczpospolitą”, „Niedzielą” oraz Pierwszym Programem Polskiego Radia. Zatem w tym zakresie chlubny wyjątek – i pomimo przeszło 20 lat posługi biskupiej, jak mało zyskał naśladowców między kolegami z Episkopatu… 

Niektórzy, wydaje mi się że przez zazdrość, także duchowni, zarzucali mu angażowanie się w debatę, potyczki i rozgrywki polityczne. Ja jednak uważam, że rozumiał po prostu, iż biskup jako stojący na czele diecezji musi jasno i wyraźnie zabierać głos w debacie publicznej, szczególnie w sytuacji, gdy na palcach jednej ręki policzyć można było biskupów, do których przedstawiciele mediów mogli się zwrócić o komentarz i uzyskać jakąkolwiek sensowną i na poziomie wypowiedź.  
Potrafił, gdy sytuacja tego wymagała, użyć ostrych słów (dopiski w nawiasach – moje):
Gdyby kryteria lustracyjne LPR zostały uwzględnione w Ewangelii, nie byłoby różnicy między zdradą Judasza a zaparciem się Piotra czy nawet drzemką Apostołów w Ogrójcu. (odnośnie sposobu dokonania lustracji)

Kremówki tak, encykliki nie. (odnośnie wybiórczego zachwycania się osobą Jana Pawła II) 

U osób, u których doświadczenie tragedii nie idzie w parze bądź z zaangażowaniem modlitewnym, bądź ze świadectwem kultury solidarności, natychmiast rodzi się potrzeba znalezienia kozła ofiarnego. Teoria spisku jest najprostszym wyjaśnieniem dla niektórych środowisk.(…) Takie reakcje, niezależnie od tego, czy występują w Ameryce, czy u nas, są wyrazem głębokich kompleksów.  (odnośnie nastrojów po tragedii w Smoleńsku) 
Zadaniem kapłana nie jest zatapianie żadnych partii tylko głoszenie Jezusa Chrystusa i ukazywanie ideałów Królestwa Niebieskiego. (odnośnie apelu na antenie Radia Maryja do zatapiania jednej z partii politycznych)
Człowiek o wybitnej inteligencji i bardziej niż szerokich zainteresowaniach. O czym wielu nie wiedziało – prywatnie bardzo zaangażowany w działalność charytatywną, szczególnie pomoc samotnym matkom, które wspierał w znajdywaniu domu, pracy. Oddany swojej pracy, gotowy do posługi i pomocy innym – jak go wspomina u siebie Halina Bortnowska. Teraz mowa jest o tym wprost – od wielu lat sam chorujący mocno, choć nie ujawniono, na co. Dudi podlinkował, ja ukradnę, dwa ciekawe linki, i kilka innych, znalezionych przeze mnie:

Wspominał go na antenie TVN24 jeden z jego doktorantów, x Robert Nęcek, dzisiaj rzecznik kurii krakowskiej, który podkreślił, jak bardzo zmarły akcentował trzy kwestie i założenia, jakie powinno spełniać chrześcijaństwo: 
  1. konieczność współgrania i konsekwencji pomiędzy słowami a czynami – aby nie kończyło się na słowach i deklaracjach, a szły za nimi wyraźne i czytelne uczynki
  2. wymóg kompetencji, zaangażowania i gorliwości, aby chrześcijaństwo nie było powierzchowne i byle jakie
  3. potrzebę angażowania się w działania nie na rzecz zaspokajania potrzeb jednostki, swoich własnych, ale potrzeb dla dobra ogółu

Wiele by tu można było napisać, bo w tych jego 62 latach życia dokonał bardzo wiele, a i życiorys barwny. Nie w tym rzecz, ale w tym, z czym zawsze mamy taki sam problem. W zmierzeniu się z dziedzictwem, jakie zmarły – dzisiaj abp Józef Życiński – nam pozostawia, jako człowiek, jako chrześcijanin, jako kapłan i biskup – tak bardzo normalny i zwyczajny, choć powołany do ważnej roli i obarczony dużą odpowiedzialnością. Jeśli uda się zrealizować dobrze choćby te 3 punkty wymienione wyżej – to będzie wielki sukces.  O ile dzisiaj i w tych dniach pewnie z szacunku dla jego osoby (choć może niekoniecznie?) nie usłyszymy krytyki  pod adresem zmarłego – to pewnie nie zabraknie jej, przede wszystkim w tym mało konstruktywnym wydaniu, później. A może zostanie wreszcie doceniony, jak jego nieco starszy kolega po fachu (ksiądz i też filozof) Józef Tischner? Oby.

Spoczywaj w pokoju.

Na marginesie – oznacza to, iż w bieżącym roku czekają Kościół polski co najmniej 3 nominacje biskupie w zakresie obsadzenia metropolii, bowiem w ten sposób do Częstochowy i Katowic (dotychczasowi metropolici przechodzą na emerytury) doszedł wakat w Lublinie.

Nadzieja pełna nieśmiertelności

Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju. Choć nawet w ludzkim rozumieniu doznali kaźni, nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności. Po nieznacznym skarceniu dostąpią dóbr wielkich, Bóg ich bowiem doświadczył i znalazł ich godnymi siebie. Doświadczył ich jak złoto w tyglu i przyjął ich jak całopalną ofiarę. Ci, którzy Mu zaufali, zrozumieją prawdę, wierni w miłości będą przy Nim trwali: łaska bowiem i miłosierdzie dla Jego wybranych. (Mdr 3,1-6.9)

Jesteśmy przekonani, że Ten, który wskrzesił Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam i stawi nas przed sobą razem z wami. Wszystko to bowiem dla was, ażeby w pełni obfitująca łaska zwiększyła chwałę Bożą przez dziękczynienie wielu. Dlatego to nie poddajemy się zwątpieniu, chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień. Niewielkie bowiem utrapienia naszego obecnego czasu gotują bezmiar chwały przyszłego wieku dla nas, którzy się wpatrujemy nie w to, co widzialne, lecz w to, co niewidzialne. To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie. Wiemy bowiem, że jeśli nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie. (2 Kor 4,14–5,1)

Jezus powiedział do swoich uczniów: Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę. Odezwał się do Niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę? Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. (J 14,1-6)

Sporo, prawda? Liturgia słowa III mszy wspomnienia wszystkich wiernych zmarłych, czyli z Dnia Zadusznego – tego prawdziwego, 2 listopada, a nie z Wszystkich Świętych. W całości przytaczam praktycznie – bo piękna, i bardzo tutaj jedno z drugiego wynika. 

Już pierwsze z tych słów są jednoznaczne: Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Czy więc, jednak, nadzieja dla wszystkich? Każdy do ostatniej chwili życia ma czas, aby w oczach Boga stać się tym sprawiedliwym w oczach Boga. Nie na pokaz, nie dla własnej korzyści (choć z innej strony – jak bardzo tylko dla siebie) – ale choćby porywem serca, przylgnięciem do Niego, gdy sił może nie starczyć już na nic innego. Czasami myśl to największy – i jedyny – możliwy ze strony człowieka przejaw woli. 
Nie liczy się to, jak ciebie widzą tutaj, na świecie – jak po swojemu, po ludzku, oceniają, szeregują, przypisują do takich a nie innych ludzi. Ważne jest, abyś ty sam wiedział, co jest twoim punktem odniesienia, kompasem, do czego zmierzasz – i tego się trzymał z uporem. Wtedy nie zabłądzisz. Wtedy zawsze, bez względu na opinie innych, będziesz na właściwej drodze – choćby ona była nie wiem jak dziwna, niezrozumiała, trudna czy prawie na pierwszy rzut oka niemożliwa do przejścia. 
Czym jest to nieznaczne skarcenie? Pewnie o czyściec chodzi. Im dalej przez życie idę, i patrzę na to wszystko – tym bardziej mi się wydaje, że zjawisko przeludnienia przenosi się z ziemi na czyściec chyba… bo mało kto wydaje się żyć tak, aby niebo od razu stało dla niego otworem. Jednak nie to jest najważniejsze. Czyściec to przecież też zbawienie – tylko jakby odroczone. Stamtąd już nie ma potępienia. Tylko niemożliwy do przeliczenia po ludzku czas, jaki dusza musi spędzić, uświadamiając sobie to, ile Bożej miłości odrzuciła.  Ból? Tak, ale z pewną nadzieją. Zresztą – czyściec to nie tyle czas, co stan.

Paweł mówi wprost – jako mali i grzeszni ludzie po ludzku niszczejemy, niszczeje ten nasz garnitur człowieczeństwa, skażony naszymi występkami. To jednak nijak nie blokuje działania łaski, która ma nas odnawiać wewnętrznie przez całe życie. O ile tę łaskę, oczywiście, przyjmiemy. O ile nie zamkniemy się na to, i zapragniemy tej odnowy, będziemy nad nią pracowali i starali się.
To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie. Czy nam się podoba, czy nie. Każdy ma jakiś tam czas, dany od Boga, i nie przeskoczy go. Uważam, że to nawet dobrze, że nie znamy dnia ani godziny, jak to się mówi, naszej śmierci. Czy to by coś pomogło? Coś polepszyło? Bynajmniej. Tylko by przerażała ta bardziej namacalna nieuchronność śmierci – bo znana z daty i godziny. Po co cokolwiek robić – skoro i tak umrę? Niby dzisiaj też każdy to wie, a jednak żyjemy najczęściej – na szczęście – jak najmocniej, starając się najbardziej owocnie przeżyć swój czas, dobrze go wykorzystać. Tak jest lepiej. Po co ci ta wiedza? Śmierć nadchodzi, kiedy ma nadejść – i wiedza o tym momencie nic nie zmieni, niczego nie odwlecze. 
Naszym przeznaczeniem – wolą Boga względem każdego człowieka – jest trwanie także po śmierci. Życie, którego śmierć jest początkiem – paradoks, skoro tyle osób na głowie staje, żeby uświadomić, że po tym ziemskim życiu to już nic nie ma… Możemy tę Bożą wolą przyjąć i z nią współdziałać, chcąc żyć po śmierci – możemy to odrzucić. Pytanie pozostaje o konsekwencje – jak to jest? Logicznie – skoro Bóg daje wolną wolę aż do zanegowania i odrzucenia Jego samego… to taka decyzja człowieka powinna być uszanowana przez Niego. Nawet taka. Czyli takie własnoręczne potępienie się przez kogoś, kto Boga olewa. 
Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Tak, tu o nic innego, jak tylko o strach nie chodzi. Boimy się. Zaryzykuję stwierdzenie – im więcej po ludzku mamy do stracenia (poprzez śmierć), tym bardziej – kasa, splendor, tytuły, majątek, opinia. Nie wnikam – czy te dobra zdobyte uczciwie, czy nie, słusznie czy niesłusznie – ale to boli, gdy człowiek nagle uświadamia sobie, że jak umrze, to nic z tego ze sobą nie weźmie dalej. Że ten cały Bóg popatrzy na niego dokładnie takiego samego, jak go na ten świat powołał – nagiego, bezbronnego. Tyle że z naręczem… no właśnie, czego? Uczynków – ale dobrych czy złych? 
Nie mamy się bać. Bo nie ma się czego bać. Bo to, co nas czeka po śmierci – to nie jest jakiś los na loterii, kwestia przypadku czy zbiegu okoliczności, farta lub jego braku. To, co nas czeka po śmierci – to logiczne następstwo tego, jacy tu byliśmy, co i jak robiliśmy, jakie decyzje podejmowaliśmy. Zbawienie nie jest naszym jakimś trofeum – ale wypadkową tego, co Bóg mi zaproponował, i tego jak ja na tę propozycję odpowiedziałem; nie słowami – ale czynami. Słabi jesteśmy, więc grzechy nas męczą – ale i na to jest sposób: wola walki, chęć zmian i praca w tym kierunku, a po drodze – spowiedź sakramentalna. Bóg nie oczekuje od człowieka doskonałości i tego, żeby był aniołkiem – anioły ma w niebie. Oczekuje tego, aby człowiek choćby już u kresu życia to właśnie zrozumiał, za tym zbawieniem zatęsknił i chciał je osiągnąć. Z tym w parze zawsze pójdzie żal za to, co złe było. A wtedy, uważam, bramy do nieba stoją przed człowiekiem otworem – w najgorszym wypadku, po przejażdżce do czyśćca. 
Choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, * znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności. * Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, * i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, * znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie. (I prefacja za zmarłych)
Życie zakończy się tutaj, na ziemi, tylko wtedy, gdy człowiek odrzuci Boga i to wszystko, co On proponuje, świadomie i dobrowolnie. Tzn. i tak się nie skończy dosłownie – ale przemieni się… w mękę. Niestety. Czy Miłosierdzie Boże może przewyższyć ludzką wolę? Czy Bóg może zbawić wbrew woli człowieka? Myśląc o ludziach – było by dobrze, gdyby tak to działało. Jak to sformułował Jan Turnau – dobrze by było, by Boża wszechmoc mocniejsza była niż ludzka wolność. Oj, dobrze by było. 
Sobota i niedziela upłynęły pod znakiem odwiedzania cmentarzy, co dobre było. Na W. – rodzina generalnie ze strony mamy. Babcia, prababcia i cale stado rodzeństwa prababci i dalszych krewnych z tej strony. No i grób wujka ojca – gdzie pierwszy raz poszliśmy. I grób ojczyma mamy. Ale też grób pewnej pani, która zmarła w 1957 – przyjaciółki prababci. Porzucony grób, już od jakiegoś czasu do likwidacji. Ale mama, od kiedy pamiętam, zawsze tam chodzi. I grób W. – kolegi rodziców, który zmarł tuż po 50. urodzinach. Przesympatyczny, gruby, wielki facet, którego śmiech wszystkich urzekał.

Potem – drugi koniec miasta, S. Tu z kolei rodzina ze strony ojca. Dziadkowie obydwoje, kawałek dalej prababcia. Okazuje się, że wolne miejsce koło grobu dziadków to miejsce, jakie ojciec już wykupił z myślą o sobie i mamie. Hmm, dziwnie tak, jak się o tym mówi wprost… Nie mam z nim nie wiem jak dobrych relacji – ale ciężko by było, jakby odszedł. W końcu to ojciec. A jednak – czas leci, widać że rodzice się starzeją – dobitniej w przypadku teściów, ale i na moich też czas zaczyna się odznaczać. Trzeba być gotowym – śmierć jest bardziej pewna niż cokolwiek innego na tym świecie.

Podeszliśmy też na grób Arkadiusza Rybickiego. Niepozorny, drewniany szkielet i prosty krzyż. Fakt, blisko głównej arterii nekropolii. Śmiesznie nieco, bo nieopodal części… hm, zasłużonych poprzedniego systemu – jak się idzie, to wszędzie tow. XY i podobne inskrypcje. Ale widać, o Aramie wielu pamięta – sporo świeczek, kwiaty.

A we Wszystkich Świętych na największy trójmiejski cmentarz – Ł. – gdzie leżą rodzice teściowej. Rodzina teścia – w Pile, stamtąd pochodzi. Poza dziadkami żonki poszliśmy na grób jej wuja, ojca świadkowej na naszym ślubie. 

Choć to były dni refleksji, to spędzone miło. Fajnie było się tak razem po cmentarzach przejść z rodzicami i teściami. Trochę się człowiek o rodzinach dowiedział przy okazji, a co. Przeraża mnie nieuchronnie przybliżający się moment, że kiedyś przecież to my sami – z naszym synkiem – przyjdziemy na te same cmentarze… już na ich, rodziców, groby. Ale taka przecież jest kolej rzeczy, prawda? Trzeba być na to przygotowanym.

Tak sobie uświadomiłem – mama nigdy nie poznała teścia (a mojego dziadka, ojca ojca), bo zmarł kiedy ojciec był kilkunastoletnim chłopakiem. Dziadek P. wnuków nie doczekał się. Babcie nas poznały – mnie i młodego, czy żonę (babcia S. – mama teściowej – odeszła 2 lata i 2 dni przed naszym ślubem…). Te odwiedziny na grobach były jakby symboliczne – nasi dziadkowie (i pradziadkowie, itp) poznali swojego (pra)wnuczka – maleństwo, które żonka pod sercem nosi.

Te dni pamięci o zmarłych… przytłaczają. Pozytywnie, w sensie. Im dłużej idziemy przez życie, im dalej się w to życie zapędzamy – siłą rzeczy, tym więcej osób po drodze mijamy, którzy nas w wędrówce na to bezpośrednie z Bogiem spotkanie wyprzedzają, umierając. Dużo takich osób. W zeszłym miesiącu pisałem o B. Kwieceń – Smoleńsk. I raz na jakiś czas – kolejni, którzy odchodzą. Bardzo wiele tych osób – mniej lub bardziej bliskich, ale jakoś tam znanych, jak nie osobiście to z relacji najbliższych. I taka świadomość – skoro oni dzisiaj pozostają w naszej, i mojej, wdzięcznej pamięci – to znaczy, że byli ludźmi dobrymi, że są wzorami do naśladowania. A to jest wyzwanie, także (może przede wszystkim) dla mnie. Bardzo często staram się modlić o coś, może śmiesznego – żeby ci zmarli przodkowie, którzy patrzą na nas z drugiej strony, nie musieli się za nas wstydzić. 
We Dzień Zaduszny w rodzinnych stronach dobiegłem na mszę za zmarłych wieczorem, a potem wziąłem udział w kawałku (niestety, nie dałem rady być na całości) procesji różańcowej na cmentarzu. I pomiędzy tymi zdrowaśkami, jakby w nie wpleceni, z jednej strony ci wszyscy, których werbalnie wspominaliśmy w poszczególnych dziesiątkach, o czym była mowa, z drugiej dusze tych, którzy tam leżą na tym konkretnym cmentarzu, a wreszcie z trzeciej strony – myśli pełne wdzięczności i tęsknoty do tych wszystkich mnie bliskich, rodziny, przyjaciół, znajomych, księży, którzy gdzieś tam w życiu moim zaistnieli, i tak szybko odeszli. 

Nazywają cię brzydulą
uciekają w te pędy po kolei
biorę ciebie na ręce
jak królika na szczęście

śmierci – chwilo największej nadziei

Wyzwanie – bądź szczęśliwy!

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie. (Mt 5,1-12a)
Nie tylko dlatego uwielbiam powyższy tekst z Góry Błogosławieństw, że odczytuje się go na cmentarzach w dniu, w którym chyba najwięcej w nas pamięci o tych, którzy odeszli. Czy chodzi o zmarłych? W mniemaniu pewnie większości żywych – tak – bo mało kto pamięta, że zmarłych to wspominamy, owszem, ale 02.11. Tak się utarło – 01.11 dzień wolny, jedzie się na groby, więc święto zmarłych.

A tu – nic bardziej mylnego! Trzeba powiedzieć to jasno – 1 listopada to żadne święto zmarłych, a święto żywych, i to żywych dużo bardziej niż my, bo żywych w sposób i rozumieniu, w jakim tego życia nikt im już nie jest w stanie odebrać. Żyjących życiem, które się nie skończy. Święto żywych, którzy – choć po ludzku umarli – poprzedzili nas w drodze do życia wiecznego. Tego prawdziwego i jedynego celu, jaki naprawdę jest wart poświęcenia mu całych sił, uwagi i umiejętności. 
Paradoks – dzisiaj tyle się mówi o tym, jak tu uniknąć chorób, cierpienia, przedłużyć życie, mówi się czasami pomiędzy wierszami na razie, bo póki co to niewykonalne, o dążeniu do wyeliminowania śmierci jako kłopotliwego problemu. Nieśmiertelność? Zrównanie człowieka z Bogiem? A Bóg przecież uczy nas – śmierć nie jest końcem niczego, tylko momentem przejścia, jakby zmianą formy. Treść – człowiek, dusza, sedno człowieczeństwa – pozostaje, jednak będzie egzystował inaczej. Dzisiaj świat zapiera się rękami i nogami przed tym, co zgodnie z odwiecznym porządkiem jest naturalnym i zupełnie normalnym momentem w życiu człowieka, jego z ludzkie punktu widzenia zwieńczeniem. 
Zresztą, to nielogiczne. Chciałbyś żyć wiecznie tu, na ziemi? Dobrze – nawet mając różnych dóbr pod dostatkiem, nie musząc się o nic martwić? Ja bym się zanudził. Nie było by motywacji do działania, stawiania sobie wyżej poprzeczki, robienia czegoś nowego, działania – bo po co? Czasu mam do oporu, żadna śmierć mnie nie goni. Nie było by perspektywy – mam określone życie przed sobą, muszę je maksymalnie dobrze wykorzystać… Skoro czas by mnie nie gonił – to po co? Żonka czasami podczytuje jakieś takie powieści czy ogląda serial o wampirach jakiś – i nawet tam, w tego typu kinie/literaturze, powieściach, bohater – ten czy inny krwiopijca w pewnym momencie zaczyna zadawać sobie egzystencjalne pytanie: co mu daje to życie bez końca, po co mu to było? I dochodzi do wniosku – żadne to błogosławieństwo, a wręcz przekleństwo. 
A właśnie tego Bóg dla nas pragnie – błogosławieństwa. Dokładniej, jak przytacza Jan Turnau – szczęścia, bo znowu niuans tłumaczenia. To nie jest kwestia wyboru – jednych Bóg chce widzieć szczęśliwymi, a innych odrzuca, chce unieszczęśliwić, zepchnąć na margines, zamknąć przed nimi drzwi, żeby byli tam, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów. Nie – człowiek sam się tam spycha i na to skazuje, gdy odrzuca to, co Bóg mu proponuje. Tak jak panny nieroztropne vel głupie, o których niedawno pisałem, albo faryzeusze (w kontekście modlitwy i nie tylko). Bóg wskazuje czytelną – choć nie łatwą – drogę, a człowiek ma wolny wybór. Możesz pójść za Nim, a może odwrócić się do Niego tylną częścią ciała i pójść własną drogą. Nie twierdzę – że automatycznie całe życie będzie na swojej własnej drodze nieszczęśliwy… Ale dokąd ona prowadzi? Bo dokąd droga pokazana przez Boga prowadzi – wiemy.
Te słowa z Góry Błogosławieństw to takie rozwinięcie Dziesięciu Przykazań. Tamte – bardziej zwięzłe, skodyfikowane, ponumerowane. Tutaj – praktyczne ujęcie, jakby komentarz do ustawy. Tak postępuj, to rób – a będziesz błogosławiony = szczęśliwy. Przykłady z życia wzięte, ot co. Bądź ubogi w duchu. Smuć się z tymi, którzy są smutni – bądź z człowiekiem, gdy tego potrzebuje. Bądź cichy – nie o to chodzi, aby głośniej krzyczeć, to nie sztuka, góry przenosić czy modlić się za kogoś można po cichu. Bądź sprawiedliwy, choćby cały świat kradł, kłamał, oszukiwał, wyzyskiwał – bo taki jest Bóg i taki masz być ty sam. Bądź miłosierny – skoro sam chcesz tego miłosierdzia dostąpić.  Niech twoje serce będzie czyste i przejrzyste – żebyś Boga innym nie zasłaniał, i był czytelny w tym, co robisz. Bądź znakiem i narzędziem prawdziwego, od Boga pochodzącego pokoju – gdyby pokoju na świecie było choć trochę więcej, o ile mniej każdy zaznał by tragedii, smutku, pustki i bezradności. Nie złorzecz tym, którzy cię prześladują – ale nadstaw drugi policzek (oj, trudne…) i pobłogosław, nawet wbrew sobie; i módl się za prześladowców. 
Jeśli komuś się wydaje, że świętość nie jest dla niego – to po prostu nie rozumie, czym świętość jest. To nie jest jakiś utarty schemat, ciasna forma w którą mieszczą się tylko celibatariusze, osoby w habitach zakonnych, które zrezygnowały z życia w świecie, przyjęły święcenia lub złożyły śluby zakonne. Świętość to cel – ale nie coś, co człowiek osiąga swoimi siłami, ale łaska otrzymana od Boga, z którą człowiek współpracuje i dlatego osiąga. Odpowiada na Boże zaproszenie. Droga do tej świętości jest indywidualna, własna, nie powtarzalna – choć niektórzy zmierzają do niej np. właśnie przez kapłaństwo czy życie zakonne. Ale dążenie do świętości czy to w rodzinie, czy nawet w samotności – nie jest w żaden sposób gorsze, mniej efektywne. Jest zupełnie inne – jak i każdy z nas jest inny. Bóg jest kreatywny i tego samego od nas oczekuje – weź, człowieku, to życie, daję ci je w twoje ręce, i zrób z nim sam, po swojemu, coś pięknego, Ja ci tylko pokażę, jakim sposobem, ale ta droga będzie zawsze tylko i wyłącznie twoja.  
Jeśli ktoś w to nie wierzy – to niech weźmie do ręki jakikolwiek poczet świętych, poświęci trochę czasu nad ich biografiami. Czy to były takie aniołki od urodzenia? Przykłady pierwsze z brzegu – Giovanni Bernardone albo Iñigo López de Oñaz y Loyola. No tak, kto to? Świat zna ich jako św. Franciszka i św. Ignacego Loyolę. Obydwoje w młodości wiedli dość lekkie (delikatnie mówiąc) życie i sprawami Bożymi w ogóle się nie zajmowali. I co? Daleko zaszli, ich świętość była powszechnie znana jeszcze za życia. Ale także święci małżonkowie Alojzy i Maria Beltrame Quattrocchi. Błogosławiona Joanna Beretta-Molla – matka, żona, która oddała życie, aby czwarte z jej dzieci mogło się urodzić. Błogosławiona Chiara Badano – świeżynka w gronie wyniesionych na ołtarze, młoda dziewczyna, którą praktycznie z dnia na dzień zabrała choroba nowotworowa. Albo nieco starszy jej kolega – Pier Giogrio Frassati. Albo trudniejsze przypadki – o. Pio z Pietrelciny, którego pół życia ścigała i niedowierzała w jego rany Stolica Apostolska, albo s. Mary MacKillop – pierwsza błogosławiona z Australii, założycielka zgromadzenia józefitek, która w życiu była nawet ekskomunikowana. 
Mało przykładów? To tylko kilka nazwisk. A zaryzykowałbym i wierzę głęboko, że Kościół ma tych świętych o wiele więcej niż zostało to formalnie uznane i usankcjonowane w rejestrze świętych i błogosławionych. Nawet – że świętymi są niektóre z osób, które przez pryzmat efektów ich działań (z którymi to efektami nie mieli już nic wspólnego, albo wręcz nie zgadzali się na nie) Kościół w jakiś sposób potępił. 
Błogosławieństwo to wyzwanie, ale przede wszystkim zaproszenie dla każdego z nas – abyśmy dołączyli po śmierci do wielkiego grona świętych.
Jak to śpiewa Mietek – niebo jest już na ziemi, i to nie gdzie indziej, a na ziemi o to niebo dla siebie i innych po śmierci możemy walczyć. Dane mamy to, tu, i teraz – i swoje dwie ręce. Co z tym zrobimy?

Zbieraj tę oliwę – choć przyda się tylko raz

Podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły. Lecz o północy rozległo się wołanie: Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie! Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy.  nierozsądne rzekły do roztropnych: Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną. Odpowiedziały roztropne: Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie!  Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto.  W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: Panie, panie, otwórz nam! Lecz on odpowiedział: Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was. Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny. (Mt 25, 1-13)
Ani to tekst liturgiczny z wczoraj, ani z dzisiaj. To tekst, który usłyszałem razem z wszystkimi, którzy – najpierw na mszy, później podczas uroczystości na cmentarzu – żegnali wczoraj panią B., o której pisałem poprzednio, zmarłą w czwartek wieczorem.  Tekst o gotowości, o konieczności świadomości naszej kruchości, przemijalności.
Niektórzy (np. Wikipedia), wypowiadając się na temat tego tekstu, mówią o pannach głupich i mądrych. Czy jednak o to chodzi? Nie wydaje mi się, aby to były dobre sformułowania – w tym sensie, że roztropność można przyrównać do mądrości, ale chyba sam fakt braku tejże roztropności nie oznacza od razu głupoty. Ot, niuans językowy, ale warto zwrócić uwagę.
Ja to widzę tak – jak niektórzy mówią, że człowiek na początku życia jest taką carte blanche, to można powiedzieć, że u progu życia człowiek dostaje od Pana Boga taką lampę – w rozumieniu lampy współczesnej autorowi tekstu, co rozumieć należy: naczynie, w którym – aby lampa się paliła – musi być oliwa (właśnie ona się pali). I całe życie człowiek sobie idzie z tą lampą, aż w pewnym momencie – mniej lub bardziej spodziewanym – dochodzi do końca, po prostu umiera. Chwila śmierci – to jest właśnie ten moment kulminacyjny, w tekście zobrazowany pojawieniem się głosu, który rozbudza śpiące panny, wzywając je do wyjścia na przeciw oblubieńcowi, który nadchodzi. Człowiek umiera – i jak w żadnym innym wypadku może wyjść, nawet wybiec na przeciw Bogu, który do niego, po niego zmierza. Pytanie tylko – biegnie, bo nie wie, co się dzieje, nie rozumie; czy biegnie, bo czekał z utęsknieniem na ten moment, rozumie że skończyła się jego ziemska wędrówka, i z radością wita Tego, w którego za życia wierzył? Bieg rozpaczy – czy też bieg radości osoby, która na własnej skórze doświadcza, że prawdą jest wszystko, w co wierzyła? 
Mamy całe życie, dane od Boga, raz dłuższe, a raz krótsze, aby zbierać. Nie ma co wnikać – takie umiejętności, takie wady czy ułomności – Bóg nie przykłada miarki i nie porównuje, ale ocenia z miłością każdego indywidualnie. Co mamy zbierać? Tę przysłowiową oliwę, która w decydującym momencie pozwoli – gdy usłyszymy wezwanie – nie zabłądzić w ciemnościach i wyjść na spotkanie Pana, który po mnie właśnie przychodzi. Wszystko zależy od tego, z czym – w tym decydującym momencie – staniesz przed Panem. Co będziesz miał w ręku – puste naczyńko, czy też lampę pełną dobrych uczynków? Na co spożytkowałeś to swoje życie – żyłeś tak, że ta lampa gdzieś sobie zakurzona leżała, prawie popękana, zapomniana; czy starałeś się, aby każdy dzień upłynął na dolewaniu zawartości do lampy – miłością, dobrocią, miłosierdziem, serdecznością, wyrozumiałością, troskliwością. 
Jeśli w twojej lampie nie braknie oliwy – bądź spokojny. Bez względu na to, kiedy ze snu twojego życia rozbudzi cię głos Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie! – będziesz gotowy. Nie musisz wtedy przejmować się tym, kim za życia byłeś – że twój ziemski dom nie dość dostatni, że żyłeś uczciwie, przez co nie zawsze starczyło na markowe ciuchy, wakacje za granicą, nie stać cię było na częste zmiany samochodów, że całe życie wiernie spędziłeś przy małżonku, któremu przed Bogiem ślubowałeś… Tak, to mało popularne – ale zarazem to właśnie pozwoliło ci uzbierać tę potrzebną oliwę. Wtedy to wyjście na przeciw Oblubieńcowi będzie tylko formalnością – z radością otworzy przez tobą swoje ramiona i zaprosi cię do swojego domu. 
Zastanawia mnie – co z tymi, którym oliwy zabraknie w tym najważniejszym momencie końca ich ziemskiej egzystencji? Czy faktycznie nie ma dla nich żadnej drogi ratunku? Może nadinterpretuję – ale sam ewangelista jakby radzi, adresując słowa do takich osób: Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie! Czyściec? Tak, mam nadzieję. Miłość Boża sięga dalej. 
I tak sobie – przyznaję się szczerze, zupełnie nie słuchając żałobnego kaznodziei – rozmyślałem wczoraj na mszy przed pogrzebem. W sumie, pani B. nie znałem jakoś bardzo dobrze – w przeciwieństwie do żonki i teściów. Zetknąłem się z nią kilka razy – i urzekła mnie swoją dobrocią, otwartością. Gdy pierwszy raz usłyszałem o chorobie – wierzyłem, że z nią wygra… choć gdzieś kołatało, że chyba jednak Jego wola jest inna. Cieszę się, bo wydaje mi się, że jej córka w pewnym momencie – mniejsza o diagnozy (rozbieżne) lekarzy – też to wyczuła, bo pomimo żalu i bólu, jaki ją trawił od momentu usłyszenia końcowej diagnozy (brzmiała – jeśli mama do żyje do świąt, to będzie cud) była dziwnie spokojna, pogodzona z tym, co ma nastąpić. 
Na pogrzebach rzadko bywam, bo i rodzina mało liczna. Pani B. mieszkała vis a vis teściów, ale dobre 10, może i więcej lat temu wróciła na wieś, w rodzinne strony. Zajmowała się domem, gdzie został syn z synową, i opiekowała się swoimi schorowanymi rodzicami. Jej ojciec, mający problemy z alkoholem, do śmierci miał bardzo trudny charakter, zmarł dobre kilka lat temu. Do zeszłego roku opiekowała się swoją mamą – cierpiącą na Alzheimera, wymagającej nieustannego pilnowania i opieki dosłownie jak dziecko. Wcześniej, gdy była zdrowa, wszystkie siły i oszczędności pożytkowała na edukację (studia) dzieci – nie powiem dokładnie, ale każde z nich raz po raz rozpoczynało płatne studia, z których żadne żadnych nie skończyło. Tak, to była chyba trochę za bardzo jej ambicja – widać było, że dzieci predyspozycji nie miały, tylko ona sama (z dyplomem wyższej uczelni technicznej) nie chciała tego zauważyć, a dzieci nigdy wprost same tego nie powiedziały. Do czego zmierzam – na mszy i na cmentarzu było dużo, bardzo dużo ludzi. Przyjechali i sąsiedzi ze wsi – ale także kilka osób z bloku, gdzie mieszkała (przecież przed laty), obok teściów. Piękna sprawa – dobitnie to pokazuje, jaka była, skoro ludziom zależało i przyszli ją żegnać. 
Mimo prognoz i mroźnego powietrza – jak na jesień było ładnie. Może nie słonecznie, ale ładnie. Powiedziałbym – pogoda pasowała do sytuacji. Mroźno, ale sucho, troszkę wiało. Ceremonia na cmentarzu była prosta – i tylko łezka się zakręciła w oku, gdy trumna znikała w grobie. B. spoczęła obok swojego męża, który o wiele lat ją poprzedził w drodze do wieczności. 
Na marginesie – nie rozumiem, jak syn – wiedząc, że matka umiera, i że czeka na niego (co wyraziła wprost, gdy jeszcze była świadoma) – może nie przyjechać do niej i się nie pożegnać, tłumacząc się a to brakiem urlopu z pracy, a to problemem z zapewnieniem opieki na dzieckiem; i tak samo – -po śmierci pojawił się dopiero w kościele przed pogrzebem, palcem nie kiwnął, aby pomóc w załatwianiu formalności (wszystko załatwiała córka zmarłej z mężem). Przepraszam – interesowało go, jeszcze za życia B., tylko to, jak pozbyć się psa, którego na wsi trzymała. W głowie mi się to nie mieści. Albo brat zmarłej – o którym wszyscy wiedzieli, iż od wielu lat, z jego winy, nie utrzymywali kontaktów (wielu dopatrywało się w tym działań żony tego brata) – również palcem nie kiwnął w przygotowywaniu pochówku własnej siostry, nawet nie odebrał od jej córki telefonu, gdy dzwoniła aby poinformować o śmierci swojej mamy. Gdy wysłała smsa – oschle zażądał tylko poinformowania go o dacie i miejscu pogrzebu. Nic. Zero. Co więcej – w kościele pierwszy rzucał się do przekazywania wszystkim znaku pokoju, a gdy wychodziliśmy po pogrzebie z cmentarza – szedł za nami – rozpływał się fałszywie nad tym jaka ta B. była dobra, kochana… podczas gdy każdy  (z bardzo niewielu) jego ze zmarła kontakt od wielu lat był, prowokowaną przezeń, awanturą. Musiał dobrze grać. Bo nie uwierzę w to, aby człowieka nie uwierało i nie gryzło sumienie – w takim momencie. Stracił okazję, aby za życia się pogodzić, przeprosić, prosić o wybaczenie. Teraz może się tylko za nią modlić. 
>>>
Polska od niedzieli, o czym zapomniałem poprzednio napisać, cieszy się nowym świętym w osobie ks. Stanisława Kazimierczyka CRL, którego kanonizował papież Benedykt XVI. Warto zapoznać się z jego sylwetką – wykształconego, a zarazem pokornego, oddanego duszpasterza, spowiednika, czciciela Matki Bożej, zakochanego w Jezusie Eucharystycznym – wielkiego propagatora udzielania częstej Komunii Świętej chorym w ich domach (choćby w tym zakresie warto zastanowić się, zanim bezkrytycznie zacznie się dystansować od funkcji świeckich szafarzy Komunii Świętej – piękne pole dla ich posługi, oczywiście, księdza nie wyręczą, gdy chory się będzie chciał spowiadać, ale Komunię zaniosą).
>>>
Nie sposób nie odnieść się do tego, co się w Polsce ostatnio dzieje. W zeszłym tygodniu – rodzina poszukuje zaginionego mężczyzny, który kilka dni później okazuje się zostać zabity z zimną krwią przez własnego syna, zwłoki wyrzucone jak śmieci do rzeki… Wczoraj – jeden człowiek zabity, drugi ciężko ranny, bo jakiś mężczyzna postanowił dać upuść swojej frustracji…
Nie – nie można, jak to niektórzy politycy (z partii, do której należał pracownik biura, który wczoraj został zamordowany) sugerują, całej odpowiedzialności za te tragedie zwalać na drugą stronę sceny politycznej. To jest wina wszystkich – tego, jak debata polityczna jest prowadzona, jakie formy narzucają ludzie pokroju panów Palikota, Wenderlicha czy Kurskiego (najbardziej jaskrawe przykłady). Unoszenie się honorem, wzywanie prawie do krucjat czy bratobójczych walk – przychodzi łatwo, tym bardziej że najczęściej są to odgrywane na potrzeby mediów i wyborców przedstawienia, podczas gdy „walczący  ze sobą” rzekomo politycy prywatnie często się nawet przyjaźnią. I co z tego? Jak widać, niektórym ta atmosfera się udziela i dochodzi do tragedii. To jest coś, na czego koniec liczyliśmy po tragedii Smoleńskiej – o czym sam tu pisałem – ale, oczywiście, jak to w tej materii najczęściej, się przeliczyliśmy i nie doczekaliśmy się.
Nie można także usprawiedliwiać działań – w pierwszym wypadku: nieporozumieniami na tle finansowym (czy to w ogóle jest powód, aby podnieść na kogokolwiek rękę, a już w ogóle – zabić własnego ojca?); w drugim wypadku – frustracją? Czy w imię ulżenia swoim emocjom można po prostu pójść gdzieś, poderżnąć gardło czy zastrzelić? Nie, nie można! Tak samo, jak sprawców takich czynów nie można bronić – co bardzo powszechne – naciąganą niepoczytalnością, czy na siłę udowadnianymi – później, po fakcie – rzekomymi schorzeniami psychicznymi, mającymi usprawiedliwiać ich działania. Kara śmierci im nie grozi – ale uważam, że nie powinni więcej pojawić się na wolności po tym, co zrobili. Żeby mieli czas na zastanowienie się, co, po co i w imię czego się dopuścili. 
>>>
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują – za kilka godzin poznamy nazwiska nowych kardynałów, których dzisiaj kreować ma papież Benedykt XVI.

dopisane 12:35 Jest już potwierdzenie co do abp. Nycza – 20 listopada konsystorz, nasza wspólnota wzbogaci się o 24 nowych książąt Kościoła, w tym o metropolitę warszawskiego. Więcej – następnym razem.  

Opieczętowani, uwierzytelnieni Duchem

W Chrystusie dostąpiliśmy udziału my również, z góry przeznaczeni zamiarem Tego, który dokonuje wszystkiego zgodnie z zamysłem swej woli po to, byśmy istnieli ku chwale Jego majestatu – my, którzyśmy już przedtem nadzieję złożyli w Chrystusie. W Nim także i wy usłyszeliście słowo prawdy, Dobrą Nowinę o waszym zbawieniu. W Nim również uwierzyliście i zostaliście opatrzeni pieczęcią Ducha Świętego, który był obiecany. On jest zadatkiem naszego dziedzictwa w oczekiwaniu na odkupienie, które nas uczyni własnością [Boga], ku chwale Jego majestatu. (Ef 1,11-14)
Kiedy wielotysięczne tłumy zebrały się koło Niego, tak że jedni cisnęli się na drugich, zaczął mówić najpierw do swoich uczniów: Strzeżcie się kwasu, to znaczy obłudy faryzeuszów. Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome. Dlatego wszystko, co powiedzieliście w mroku, w świetle będzie słyszane, a coście w izbie szeptali do ucha, głosić będą na dachach. Lecz mówię wam, przyjaciołom moim: Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą. Pokażę wam, kogo się macie obawiać: bójcie się Tego, który po zabiciu ma moc wtrącić do piekła. Tak, mówię wam: Tego się bójcie! Czyż nie sprzedają pięciu wróbli za dwa asy? A przecież żaden z nich nie jest zapomniany w oczach Bożych. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli. (Łk 12,1-7)
Dziś przytaczam obydwa teksty liturgiczne, bo się pięknie zazębiają. 
W Ewangelii Jezus mówi o jawności, o tym że nie ma co się kryć, chować po kątach, spiskować, szeptać. Ewangelia może być przekazywana tylko jawnie, w pełni prawdy – w końcu jest kwintesencją tej prawdy, a właściwie to Prawdą samą w sobie. To, co od Prawdy pochodzi – jest i ma być jawne, nie zostało sformułowane i wypowiedziane po to, aby zostało ukryte, schowane przed innymi potencjalnymi zainteresowanymi i odbiorcami, tylko po to, aby docierało do odbiorców. 
Jakiś czas temu słyszałem, nie pamiętam okoliczności, pojęcie Ewangelii głoszonej na dachach. To sformułowanie bardzo trafnie odzwierciedla istotę, początki głoszenia Dobrej Nowiny. A było to może nie tyle na dachach, ale w katakumbach – przesłanie jednak jest jasne: na początku Ewangelia była głoszona jakby w drugim obiegu. Pewnie – apostołowie występowali publicznie, głosili płomienne przemówienia, natchnieni mocą Ducha, Paweł występował na aeropagu. Ale to wyjątki w początkowym okresie chrześcijaństwa. Dopiero po jakimś czasie Kościół mógł działać otwarcie, wycierpiawszy najpierw ze strony ówczesnych władz wiele, przez pierwszych 300 lat obfitując w heroicznych męczenników. 
Jezus wzywa dzisiaj do otwartości, jawności postępowania. Zresztą, nie jest to nic dziwnego. Z czym kojarzy się szeptanie, delikatne skinienia głową, komentarze za czyimiś plecami? Z niczym pozytywnym – z obgadywaniem, komentowaniem, oszczerstwami, bardzo często słowami których człowiek wprost by nie powiedział w twarz temu, kogo dotyczą, bo albo są oczywistym kłamstwem, albo zdecydowanie rozbudowanym za pomocą fantazji przekazem czegoś, co faktycznie było zupełnie inne. To, co jest prawdziwe, autentyczne, dobre – nie musi być ukrywane, powinno być mówione wprost i bezpośrednio. 
Mówienie prawdy chyba nigdy, jak dziś, nie było piętnowane. Poprawność polityczna to sformułowanie używane bardzo często, może i nadużywane – ale niestety stało się synonimem działania w sposób z punktu widzenia np. wartości, jakie osoba deklaruje, całkowicie niezrozumiały. No bo jak inaczej nazwać obrazek, gdy ktoś deklaruje się jako chrześcijanin – a optuje za metodą in-vitro, święceniami kapłańskimi kobiet, błogosławieniem związków homoseksualnych, legalizacją narkotyków i używek? Nawiązywanie i apelowanie o wierność sprawdzonym przez 2000 lat zasadom i wartościom, na których powstawały i zmieniały się, dojrzewały współczesne państwa – w tym także Polska – nazywa się zacofaniem, utożsamia z prostactwem, brakiem wykształcenia, zaściankowością myślenia i brakiem ambicji. 
 
Ambicji – ale do czego? Do tego, aby człowiek pokazał Bogu środkowy palec i dał do zrozumienia, że nie jest mu On do niczego potrzebny? Wystarczająco dużo osób tak postępuje, pozostając w błędnym mniemaniu, że moje na górze. Ich sprawa – na siłę ich nie przekonasz, że są w błędzie, musieli by najpierw sami chcieć to zrozumieć. Ambicji do osiągnięcia szczęścia? Ale Bóg nie stoi ku temu na przeszkodzie. Co więcej – pójście drogą, jaką On proponuje każdemu człowiekowi, drogą dla każdego z nas indywidualną i dostosowaną do naszych predyspozycji, ale z rozwijaniem ich sprawdzonymi metodami ewangelicznymi, wiernością zasadom, jakie ustanowił Jezus – to najprostsza i właściwie jedyna pewna droga do tego szczęścia osiągnięcia. Żeby być szczęśliwym, nie trzeba Bogu nic udowadniać. 
Nie mamy się czego obawiać. Wytykanie palcami boli tylko przez chwilę. Bo skąd się bierze? Z braku – tej prawdziwej – tolerancji, na pewno. Może z wyrzutów sumienia – że wytykający też niby to jest chrześcijaninem, katolikiem, ale nie wypada, nie opłaca mu się przyznać do tych zasad i wartości, które ja prezentuję? U Boga nie jest tak, że pierwszy jest ten, kto głośniej krzyczy, albo pierwszy staje do kamienowania – dosłownie czy w przenośni – kogoś innego. Bóg dzisiaj wskazuje nam – nie bój się tego, który ciało poharata, ale tego, który duszę może zatracić. Tylko ona ma tak naprawdę znaczenie – ciała i nic materialnego nie zabierzesz ze sobą na drugą stronę życia – czy będzie ono wiecznością z Bogiem, czy zatraceniem. 
Fenomen Boga polega na tym, że tak samo kocha każdego z nas, jak i każdego z osobna. Zbawił wszystkich ludzi, ale nie przestaje z miłością pochylać się nad każdym indywidualnie, starając się dla każdego jak najlepiej, kierując na właściwą drogę, umożliwiając rozwój i realizację siebie. Obrazkowo – wie, ile tych włosów na głowie mamy, czyli coś, czego my sami nawet nie jesteśmy świadomi.
I jeszcze jedna myśl z czytania: W Nim również uwierzyliście i zostaliście opatrzeni pieczęcią Ducha Świętego, który był obiecany. Dzisiaj, w erze maili, facebooka, chatów, gadu-gadu – tradycyjna korespondencja w przypadku większości trafia do lamusa. Zaryzykowałbym – osoby kilkunastoletnie najpewniej w życiu nie napisały tradycyjnego listu, na papierze, własnoręcznie. Zanika też tradycyjne znaczenie pieczęci – potwierdzanie, gwarant prawdziwości tego, co opatrzono pieczęcią. Pewnik jakiś. Dowód, uwierzytelnienie. 
My jesteśmy – każdy z osobna i wszyscy razem – dla Boga tak ważni, że uwierzytelnił nas pieczęcią Ducha Świętego. Jak? W sakramentach. I cały czas pragnie tę pieczęć odnawiać – spowiedź, Komunia św., Eucharystia, modlitwa. Bóg w nas wierzy tak bardzo, że sam potwierdza, daje rękojmię naszej wyjątkowości i dobroci. Tylko, że aby ta pieczęć nie była tylko jakimś reliktem, czymś bezwartościowym – musi być podstawa tego potwierdzenia, uwierzytelnienia. Wiara, która nie kończy się na niedzielnej czy świątecznej tylko Mszy, ale sięga dalej i przenika całość mojego istnienia. 
>>>
Nie tak dawno – nieco ponad miesiąc temu – napisałem o dwóch osobach, które dotknął krzyż choroby. Jedna z nich już wtedy przegrała walkę – pisałem o tym, że mama Z. umarła po 2,5-letniej walce z rakiem. I że wierzę, iż ta druga, u której nowotwór dopiero zdiagnozowali, wygra walkę, choć rokowania były dość mało optymistyczne. 
Tak sobie szedłem wczoraj, wracając z pracy, i modliłem się różańcem, i myślałem właśnie o tej osobie. W poprzednim tygodniu diagnoza zabrzmiała – bez szans, będzie cud, jak do końca roku dożyje. Czy ta decyzja do niej docierała? Rodzina powiedziała, że rokowania nie są najlepsze, ale nie ujawniła wszystkiego. Tylko że mi się wydaje, że taki człowiek czuje, że koniec się zbliża, że niedługo umrze. W tym tygodniu nie było z nią już kontaktu – oddychała, czasami jęczała z bólu (za dużo przerzutów). Miał odwiedzić ją ksiądz z Komunią, ale rodzina odwołała – z chorą nie było już kontaktu. Na dniach udało się zorganizować jej pobyt w hospicjum, gdzie miała by lepszą, bardziej fachową opiekę, niedaleko od domu – wczoraj po nią przyjechali, ale została w domu, bo lekarz stwierdził, że nie przeżyła by podróży… 
Wieczorem dowiedziałem się od żonki, że zmarła. Mniej więcej (albo nieco po) w momencie, gdy się za nią modliłem… Kto by pomyślał. Rok z hakiem wstecz bawiła się z nami na weselu, sam nie raz z nią tańczyłem. 
Odejść — by dłużej pamiętać
wiewiórki co kabaret przeniosły na cmentarz
pies co wył przez megafon tak na rząd się wściekał
łzy co płynął z nieba jak z kaczkami rzeka
ktoś kto tak umarł by inny uwierzył
spokój —- gdy się na rozpacz popatrzy z daleka
(śp. x Jan Twardowski)

Życie – dwie strony tego samego medalu

Heh… Dziwnie tak.

Z jednej strony – bardzo bliska przyjaciółka teściów, właściwie taka przyszywana ciotka Natuszki mojej, kiedyś mieszkająca na przeciwko ich w bloku, trafiła w zeszłym tygodniu do szpitala. Wszystkich blady strach ogarnął – najprawdopodobniej nowotwór. Właściwie to prawie na pewno. I okazało się – faktycznie. Potem jeszcze doszło – chyba są przerzuty na wiele organów… Osoba ta podłamała się, kolejne badania przyjmowała z rezygnacją, czekając tylko na wyniki i diagnozę jak na wyrok. Jakby nie patrzeć – trafiła do szpitala nie przypadkiem, a z powodu bólów, z którymi sobie nie radziła.

Przyczyna dość prozaiczna – pani ta, mieszkająca w mieście kiedyś, dobrych kilka lat temu wróciła w wiejskie rodzinne strony, by zająć się wymagającymi opieki swoimi, nieżyjącymi już dziś, rodzicami. I tak zajmowała się najpierw do śmierci ojcem, zmarł dość dawno, a potem mamą – w ostatnich latach życia w bardzo zaawansowanym Alzheimerze, niepoznającą nikogo, oderwaną jakby od rzeczywistości, jak dziecko którego z oka nie sposób spuścić, żeby sobie czy komuś innemu krzywdy nie zrobiła… A w międzyczasie niekończące się łożenie finansów na studia obydwojga dzieci (osoby już bliżej 40. niż 30. …), które co raz studia podejmowały, i jakoś do dzisiaj żadnych nie skończyły, ani jedno ani drugie. W tym wypadku – ewidentnie, niestety, ambicja matki (wykształcona, po studiach technicznych) wzięła górę nad predyspozycjami i możliwościami dzieci, które to dzieci jednocześnie nie umiały? nie chciały? wytłumaczyć jej, że studia nie są dla nich.

W tym wszystkim – osoba ta w ogóle nie miała czasu dla siebie, nie robiąc pewnych dość prozaicznych badań, jakie kobiety robić co jakiś czas powinny. I tak to się skończyło. Teściowie jeździli do niej, na przemian z jej córką (teraz ona obok teściów mieszka z mężem), z obiadkami i wizytą – na marginesie, ci teściowie moi to ludzie naprawdę do rany przyłóż, nikt nie prosił i nie musiał ich prosić o pomoc – sami się zaoferowali i jeżdżą właściwie jak nie codziennie, to co drugi dzień.

Wszyscy siedzieli i czekali jak na wyrok faktycznie – od lekarzy teściowie dowiedzieli się, że podejmą leczenie, o ile nie będzie przerzutów. No i wczoraj – zwycięstwo! Nie ma przerzutów, będzie leczenie, chemioterapia i co tam potrzeba. Od razu osoba ta zmieniła nastawienie, bardziej optymistycznie – jest cel, jest szansa, nowa nadzieja. Jakby nowe życie.

I to jest część pozytywna. Negatywna… Dzisiaj, właściwie przypadkiem, odebrałem smsa ze spóźnionymi życzeniami na naszą rocznicę, przysłanego przez Z. – moją jeszcze koleżankę z liceum, która wspólnie z żonką i ze mną kończyła prawo. Mama Z. – zdecydowana, ale równocześnie przesympatyczna, ciepła i miła osoba – od kilku lat walczyła z nowotworem. Właściwie żyła i walczyła wbrew temu wszystkiemu, co diagnozowali lekarze, przy pierwszej diagnozie sprzed lat pewnie 6 czy 7? dający jej… pół roku. Nie dała się – walczyła. Cieszyła się strasznie, gdy 3 lata temu Z. wychodziła za mąż. Gdy Z. pod koniec studiów urodziła ślicznego synka – jej mama cieszyła się upragnionym wnukiem. Z. od razu po porodzie, w tym samym roku, obroniła magisterkę – mama była dumna. Widać po niej było – zmarniała, schudła, była jakby cieniem osoby, którą kilka razy widziałem w czasach liceum jeszcze.

Dzisiaj Z., poza życzeniami, przepraszała, że tak późno. 21 sierpnia jej mama przegrała walkę z rakiem. Aż się zdziwiłem – tydzień temu taka tragedia, a ona jest w stanie już myśleć o czymś tak przecież w kontekście tego nieistotnym jak rocznica ślubu przyjaciół? Gdy się ostatnio, albo przedostatnio, spotkaliśmy – mówiła i widać było, że ciężko jest, bo medyczne drogi i sposoby nic już mamie nie pomagały, ktoś tam sugerował rodzinie jakiś uzdrawiaczy itp…

Życie bardzo złożone jest. Jak bardzo potrafi zaskakiwać, pozytywnie a czasem negatywnie. Jak bardzo ludzkie życie jest kruche, delikatne – możesz mieć plany, marzenia, i jedna diagnoza… No właśnie. Nawet najgorsza diagnoza może albo zniechęcić i odebrać wolę czegokolwiek, albo jak nic innego zmotywować do walki o wyrwanie śmierci każdego dnia życia. Dwie historie ludzi, którzy pewnie nigdy się nie zetknęli, nie wiedzieli o sobie. Jedna osoba – widmo śmierci, brak nadziei i nagle nowa nadzieja, wola walki, szansa! Druga osoba – walka od lat, jakby życie wbrew wszystkiemu – i jednak śmierć.

Więc dzisiaj modlimy się – o siły i powrót do zdrowia dla cioci żonki z jednej strony, i o niebo dla mamy Z. i siły dla niej samej z drugiej.

Skarb ciągle do zdobycia – o ile jesteś gotowy

Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo. Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę! Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie! A wy [bądźcie] podobni do ludzi, oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał. Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie. A to rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Wtedy Piotr zapytał: Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich? Pan odpowiedział: Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielił jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce. Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,32-48)
Gotowość, gotowość i jeszcze raz – gotowość. Cel, nieustanna świadomość bliskości tego, co nieokreślone w czasie, ale bardziej niż pewne, że nastąpi. Nie wiesz, kiedy – ale będzie. Obrazek, jaki Jezus przytoczył dla wyjaśnienia potrzeby gotowości, jest bardzo prosty i dosadny. Administrujesz jakimiś dobrami – czy to jako ten sługa, zarządca domu, czy jako manager w firmie. Czy możesz sobie pozwolić, żeby zacząć przepuszczać to i zachowywać się jak pan na folwarku w czasach feudalnych? Wiadomo – nie. Bo kiedyś to się kończy, kiedyś ten, który jest na stołku wyżej, szef wszystkich szefów, najważniejszy dyrektor – czy jak w historii ewangelicznej, po prostu właściciel – powraca. 
Z życiem jest tak samo. To, co dostajemy od Boga – te talenty, dary, umiejętności – to skarby, które złożone są w nasze ręce jako w depozyt. Na ile? Trudno powiedzieć. On wie na pewno – my nie, bo nie wiemy, kiedy życie dojdzie do swego kresu. My tym tylko rozporządzamy. Czy to oznacza, że mamy się wyzbywać wszystkiego, podchodzić minimalistycznie zupełnie do wszelkiego rodzaju potrzeb? Można. Są ludzie, którzy się na to decydują – np. radykalne wspólnoty zakonne, zero własności, wszystko wspólne, tylko to co najbardziej potrzebne i konieczne. Ale nie trzeba. 
Bóg nigdy nie piętnuje tego, że ktoś jest majętny, że dobrze mu się powodzi. Ale Bóg – a przede wszystkim samo życie, to co widzimy naokoło – pokazuje, że bogactwo bardzo często ludzi po prostu psuje, i nawet najlepsi przyjaciele, tacy do rany przyłóż towarzysze wielu niedoli, ludzie hojni i gotowi do przyjścia z pomocą – stają się drapieżnymi rekinami, dybiącymi tylko na okazję, aby dorobić jeszcze trochę, kogoś oskubać, dodać jeszcze jedno zero na końcu w swoim portfelu. A to, że kasy ma już x razy za dużo, że nawet nie ma pomysłu ani czasu wymyślić, co z nią zrobić? Ee, czepiasz się, bo jesteś zazdrosny. Pewnie, po ludzku, trochę tak. 
Prostota jest tym, co było na początku. A brak przywiązania do tego, co materialne, choćby najładniejsze- jest cechą, która życie bardzo ułatwia. Czy jest zbawienna? Pewnie można tak powiedzieć. Nie można powiedzieć, że Bóg nakazuje być prostym – choć wskazuje np. dzieci jako przykład. Prostota pomaga, a całkowite jej zatracenie wikła człowieka w różne intrygi i kombinowanie, które prędzej czy później przekłada się na każdą płaszczyznę życia. A że tylko prawda wyzwala – to się człowiek gubi… Można być majętnym, gdy się te bogactwa traktuje jako dar i jako dar wykorzystuje nie tylko na własny zbytek, ale do pomocy innym. Gdy się nie traci tej właściwej perspektywy, która pozwala nie zapatrzeć się w to, co błyszczące i piękne, a widzieć w życiu jeszcze inne cele. Gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. Zbawienna prostota – żeby serce nie uciekło za czymś materialnym, i się dla tego nie zatraciło. Skarb ciągle jest do zdobycia – przed nami, skarb życia wiecznego, tylko trzeba być gotowym na zdobywanie. Zawsze!
Lepiej nie kombinować za bardzo. Od tego pewnie wyszedł ten sługa., który został postawiony nad całym domem, gdy pan wyjechał. Zaczął kombinować, i wyszło mu, że zdąży sobie pożyć po pańsku, pan ma tyle dóbr że nie zauważy zużycia części ich przez niego, a przy okazji pokaże tym innym służącym, jakim to on jest stanowczym i silnym człowiekiem – więc na co czekać? Tylko, że przekombinował. Pan wrócił wcześniej, i wszystko się, że tak powiem, rypło.
Przewidywalność to nie tylko cecha przydatna w biznesie, w interesach. Skądże. Ta przypowieść bardzo dobrze pokazuje, że trzeb o niej pamiętać także w trosce o to, co dalece ważniejsze – przy walce o zbawienie. Manager w firmie oczekuje, żeby analityk przewidział pewne zachowania na rynku – a pan wracający z wesela oczekuje, aby słudzy byli gotowi, gdy nadejdzie. Bóg – analogicznie. Oczekuje nie tyle, żebyśmy bawili się w jakieś astrologie i czy inne tego typu wymysły, żeby za wszelką cenę, najlepiej co do minuty, przewidzieć koniec – czy to świata, czy swój własny. Oczekuje gotowości. Autentycznej, prawdziwej, wewnętrznej. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Ciągłej. 
Świetnie to na swoim blogu opisał o. Grzegorz Kramer SI:  Mam w dzierżawie winnicę, pod tytułem moje życie, o którą mam się troszczyć.
To, co na końcu, jest o tych chłostach – cóż, sprawdza się przede wszystkim w interesach. Jak za więcej odpowiadasz – więcej dostaniesz, gdy się sprawdzisz, ale i więcej oberwiesz, jak coś zepsujesz, nie dopilnujesz. I odwrotnie – mniej ci powierzyli, to mniej w przypadku sukcesu zyskasz, ale i mniej dostaniesz po uszach, jak zepsujesz coś. Nie ma co się zastanawiać – w której to ja grupie mogę być? Tych, od których Bóg wymaga więcej, a może tych, od których wymaga mniej? I to już jest błąd. Za dużo kombinowania. Po co? Masz dwie ręce, rozum i serce – staraj się, na ile możesz. 
Gdy dajesz z siebie wszystko – Bogu to zawsze wystarczy.
>>>
Weekend miał upłynąć pod znakiem błogiego lenistwa, tudzież nauki w czasie wolnym od tego pierwszego 😛 Tak, wiem, powinno być na odwrót 🙂 
W sobotę pojechaliśmy do rodziców – mam obiadek dobry zrobiła, mniam kapustka gotowana. Myśmy serniczek przywieźli i bezkarnie zjadłem aż 3 kawałki 🙂 Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, bardzo miło. Jeszcze milej było by, gdyby autobus – który w obie strony miał przyjechać – pojawił się w ogóle (nie mówię już o spóźnieniach), ale nie, nie pojawił się wcale. Więc podróż trochę dłużej trwała.
Wczoraj z kolei dzień pełen wrażeń zafundowała nam teściowa. Przed południem dzwoni teściu – okazało się, że chciał zadzwonić do szwagierki, tylko pomylił numery, i do żonki się dodzwonił… Patrzę, a ona w płacz. Szwagierka z sąsiadami pojechali z teściową do szpitala, bo wariowało ciśnienie i sytuacja była nieciekawa. Żonka dała się uspokoić – nie może, biedactwo, się denerwować, przecież w ciąży jest – i pojechaliśmy z odsieczą do szpitala. Niebawem przyjechał teściu, jak skończył grać. I lekarka stwierdziła… Migrenę oraz zapalenie migdałów. Aha. Teściowa od dłuższego czasu mająca problemy z tarczyca, gdzie i kardiolog, i endokrynolog zgodnie mówią – to jest przyczyna wszystkich pozostałych problemów – osoba, która w życiu nie miała migren… w szpitalu dowiaduje się od lekarki na oko niewiele po studiach, że to migreny, i że ma ketonal wziąć. A w ogóle to na przyszłość na pogotowie, a nie do szpitala. A na pytanie teściowej o związek dolegliwości z tarczycą – że ona nie jest neurologiem, że tu w ogóle neurologa nie ma, i jak co, to żeby  teściowa się gdzieś sama zapisała na wizytę. Pewnie – zapisała się wcześniej już – na… połowę września. 
Pomimo optymistycznego, naprawdę, nastawienia do rzeczywistości, świata i tego tygodnia – polubiłem przez ten weekend jeszcze bardziej naszą służbę zdrowia publiczną, tak samo jak również publiczną (wirtualną?) komunikację miejską. Cieszę się, że my – z pracy – mamy ten LuxMed, i chyba o czymś takim dla teściów trzeba pomyśleć. 
>>>
Zmarł w sobotę ks. Zygmunt Malacki, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki w Warszawie-Żoliborzu. Tak, ten sam, który był kolegą seminaryjnym bł. Jerzego Popiełuszki, a od prawie 13 lat – jako proboszcz w tej ostatniej placówce męczennika – podtrzymywał tradycję Mszy za Ojczyznę, i troszczył się o pamięć dla wielkiej postaci błogosławionego.
Nasuwa się bardzo proste skojarzenie – Pan Bóg dał mu się cieszyć chwałą wyniesienia jego kolegi, Jerzego, na ołtarze, i wezwał go do siebie. Spełnił swoje zadanie.