W lustrze Boga

Jezus powiedział do Nikodema: Tak Bóg umiłował świat, że dał swojego Syna Jednorodzonego; każdy, kto w Niego wierzy, ma życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu. (J 3,16-21)

Bardzo często brakuje nam tego ujęcia, świadomości tej perspektywy. Zdarza się, że przypominamy sobie o tych Bożych słowach: Tak Bóg umiłował świat, że dał swojego Syna Jednorodzonego; każdy, kto w Niego wierzy, ma życie wieczne. Bóg kocha, i to wystarczy, o ile człowiek tylko uwierzy w zbawienie ofiarowane przez Niego.
Jezus tłumaczy to w bardzo prosty sposób. Nie jest tak, że Bóg jest wielkim złym sędzią, który skrupulatnie do  przesady rozlicza każdego człowieka z tego, co i kiedy w życiu zrobił. Sąd nastąpi w znanym tylko Bogu terminie, ale w pewnym sensie będzie tylko formalnością. Wyrok na samego siebie wydajemy tym, co i jak robimy, wczoraj, dzisiaj i jutro. Sąd wydajemy sami na siebie w zależności od tego, jakich wyborów dokonujemy i jakie decyzje podejmujemy. Nigdy nie jest tak, że nie ma wyboru – zawsze są co najmniej 2 możliwości: światło i ciemność. A w dniu sądu – pozostaje niezmierzone Miłosierdzie Boga Ojca. 
Bez względu na to, co deklarujemy, co mówimy – liczy się to, co robimy. Można być dzień w dzień na Mszy Świętej, a w sercu mieć ciemność i wszystkim innym pogrążać się w mroku. A można także mieć wątpliwości, zastanawiać się, szczerze szukać i dążyć do poznania prawdy – i w ten sposób mozolnie, ale jednak zbliżać się do światła. 
Wszystko, czego dokonujemy, to jakby zwierciadło – w którym my przeglądamy się i porównujemy do Boga. Pytanie – co tam widać? Więcej światła czy ciemności? 
>>>
Dzisiaj dowiedziałem się, że zmarł pan J. Przesympatyczny starszy człowiek, mąż dobrej przyjaciółki teściowej. Zdrowy człowiek, który nagle pół roku temu zachorował na raka. Sporo nadziei, pierwsza chemia… i równia pochyła. Zbyt słabe wyniki na dalsze leczenie. Poprawa ok. 2 tygodnie temu, niezrozumiała dla lekarzy, i zdecydowane pogorszenie w ostatnich dniach, które spędził już w hospicjum. Odszedł dzisiaj rano. 
Pokój jego pamięci i ukojenie w Bogu dla tych, których jego śmierć napełniła bólem. Wierzę, że Bóg zaprosił go już do swego stołu. 

Pasja miłości

Tytuł nieprzepadkowy – zaczerpnięty z tytułu płyty solistki wykonującej w ramach TGD poniższy utwór, znany pewnie większości w może innej, tradycyjnej wersji, Beaty Bednarz. Bo Jezusa na krzyż doprowadziło nie nic innego, tylko miłość podniesiona do potęgi – pasja miłości.

Zamiast słów – proponuję zadumać się dzisiaj nad Golgotą. A całość płyty TGD „Na żywo” – na ten świąteczny czas, ogólnie.

Nie dlatego że wstałeś z grobu
nie dlatego że wstąpiłeś do nieba
ale dlatego że Ci podstawiono nogę
że dostałeś w twarz
że Cię rozebrano do naga
że skurczyłeś na krzyżu jak czapla szyję
za to że umarłeś jak Bóg niepodobny do Boga
bez lekarstw i ręcznika mokrego na głowie
za to że miałeś oczy większe od wojny
jak polegli w rowie z niezapominajką —
dlatego że brudny od łez podnoszę Ciebie
stale we mszy
jak baranka wytarganego za uszy

Jan Twardowski, Dlatego

A jednak

Mądrość Kościoła wskazuje jednoznacznie, że liturgia Niedzieli Męki Pańskiej, potocznie zwanej Palmową, nie potrzebuje komentarza. Jest to chyba jedyny dzień w roku liturgicznym, kiedy w liturgii nie ma miejsca na homilię – co jasno wskazuje, że całość wydarzenia nie wymaga komentarza, i wręcz zabrania przerostu słów nad tym, co tak dobitnie przytacza Ewangelia. 
Mnie w tym roku jakoś szczególnie w serce zapadły te słowa, z samego zakończenia prawie: 

A zasłona przybytku rozdarła się na dwoje, z góry na dół. Setnik zaś, który stał naprzeciw, widząc, że w ten sposób oddał ducha, rzekł: I. Prawdziwie, ten człowiek był Synem Bożym. (Mk 15, 39b)

Mało to budujące, ale – lepiej późno niż wcale. Tak było wtedy, tak jest dzisiaj. Potrafimy być mądrzy po szkodzie, zrozumieć swoje błędy i prawdziwe znaczenie słów czy wydarzeń dopiero z perspektywy, później, po nich. Tak jak ten setnik. Kilka godzin wcześniej, może i nie był czynnym uczestnikiem show pt. kopnij/opluj/żuć kamieniem w Jezusa – ale brał w nim udział, szedł w tym, co my dzisiaj czcimy jako drogę krzyżową Zbawiciela. 
Ludzie do końca zeń drwili, do końca liczyli na spektakl – może ten Eliasz albo ktokolwiek inny pojawi się, zdejmie skazańca z krzyża i będzie się coś działo? Jednak nie. On nic nie zrobił. Wisiał i po prostu umarł – nawet tak szybko, że nie musieli mu łamać kolan, aby udręczone ciało szybciej się poddało, aby się udusił, wystarczyło – dla pewności – przebić serce włócznią, bo widać było że skonał. 
Wielki Tydzień to szczególny czas, kiedy wielu z nas – po dłuższej czy krótszej przerwie – staje przy kratkach konfesjonału. Może to zabrzmi brutalnie – ale jeśli idziesz tam dla zasady, bo wypada, bo mama/babcia/ktoś inny każe, nie mając co do tego przekonania – to lepiej nie idź. Nie marnuj czasu spowiednika, który wielu ma penitentów, a pewnie i sam wyczuje wodolejstwo; a przede wszystkim – szanuj Boga i potraktuj Go na serio. On nie czeka na formułkę i recytowane z bezbłędną wprawą te same grzechy od x lat, wyćwiczone. Tu najważniejszy jest żal za te grzechy i mocne postanowienie poprawy. Bóg czeka na wszystkich, ale tych którzy przychodzą, bo tego chcą, bo tego potrzebują, bo mają motywację, a nie ot tak. Czy zniechęcam? Nie, wręcz przeciwnie – zachęcam do porządnego przygotowania i dobrego przeżycia tej spowiedzi. Żeby ona była po prostu ważna. 
W Wielki Piątek pójdziemy pod krzyż, pewnie w gronie całej wspólnoty parafialnej (zwykle jest tylko jedno nabożeństwo, dla wszystkich). Postarajmy się iść tak, jak iść powinniśmy – radośnie wspominając te brutalne i krwawe wydarzenia, które przecież doprowadzą na końcu do chwili, która dla każdego z nas – paradoksalnie – tchnie nieporównywalną z niczym nadzieją. Idźmy krzyżową drogą tak, aby słowa setnika były dla nas inspiracją przez cały jej czas – a nie tylko jako błyskotliwe i słuszne zakończenie, morał czy wniosek. A jednak. Przez krzyż do zwycięstwa. 

Odszedł ks. Stasiu

W chwili, kiedy to piszę, trwają uroczystości pogrzebowe. Bo w sobotę 09.12.2012 r. odszedł ks. prałat Stanisław Dułak, przez większość znanych mi osób nazywany po prostu „ks. Stasiem”. 
Człowiek w sumie młody, bo niespełna 64-letni. Fakt, od lat chorował, dlatego w 2004 r. odszedł ze stanowiska proboszcza parafii św. Michała Archanioła w Sopocie, na czele której stał 15 lat. 28 maja tego roku obchodził by 40. rocznicę święceń kapłańskich. Nie dożył. 
Ja poznałem go w roku 2007. Człowiek na pewno specyficzny na swój sposób, ale we wszystkim bardzo bezpośredni, szczery, radosny. Zawsze nierozłączny ze swoją tabakierką. Samą swoją obecnością wprowadzał radość i wywoływał uśmiech na twarzy, także swoim donośnym głosem. Uwielbiany jako kaznodzieja – z bardzo charakterystycznym sposobem wypowiadania się, niebywałą lekkością słowa, zawsze z polotem, zawsze pięknie, zawsze na temat, zawsze z głowy (nigdy z kartki). Słuchając kazań – jego i ks. prałata Franciszka Cybuli – zawsze odnosiłem wrażenie: tak, młodzi księża także potrafią mówić dobre kazania, ale to nie to samo co ich kazania, księży starej daty. Zawsze dla człowieka miał dobre słowo, czas, potrafił zarażać swoją pogodą ducha.
W sierpniu 1980 r. zaangażował się, obok ks. Henryka Jankowskiego, w posługę kapłańską w Stoczni Gdańskiej. A tak naprawdę to on odprawił pierwszą Mszę Świętą dla stoczniowców. W latach 80. wspierał śp. ks. Jerzego „Kargula” Kuhnbauma w budowie kościoła, słynnego Blaszaka, na gdańskiej Żabiance. Wieloletni proboszcz i dziekan w Sopocie, kapelan Sanatorium MSWiA w Sopocie, duszpasterz rzemieślników i pomysłodawca sopockiej mszy kaszubskiej (jeden z niewielu księży, którzy w j. kaszubskim odprawiali Msze). 
Wieloletni przyjaciel bp. Karola Wojtyły, gdy ten nie był jeszcze metropolitą krakowskim – wspierał budowę kościoła na Krowodrzy, jeżdżąc do pomocy na budowie z młodzieżą z Gdańska. Z tamtego okresu pochodziła także, trwająca do końca, przyjaźń ks. Stasia z jego imiennikiem – sekretarzem ówczesnego biskupa krakowskiego, później kardynała i papieża Jana Pawła II – Stanisławem Dziwiszem, dzisiaj kardynała i metropolity krakowskiego. To nie czas i miejsce, ale słyszałem swego czasu historię o tym, jak to nie kto inny, jak ks. Stasiu, zwracał się do papieża z prośbą o modlitwę za ciężko chorą osobę, która została później uzdrowiona… dokładnie w momencie, gdy (jak się okazało) papież modlił się za tę osobę. 
I tak dla mnie – pamiętam, gdy pożyczył mi książkę dr. Wandy Półtawskiej „Beskidzkie rekolekcje”. To z niej właśnie wziął się tytuł tego bloga „było, więc jest… zawsze w Bożych rękach”. I dzisiaj to ty, księże Stasiu, wróciłeś w Jego ręce, którym zawierzyłeś, które cię prowadziły i którymi błogosławiłeś ludzi. Odpoczywaj w pokoju. 
Michał Rusinek, sekretarz noblistki Wisławy Szymborskiej, na jej pogrzebie mówił, że pewnie – sądząc po upodobaniach zmarłej – siedzi teraz w Niebie, pije kawę, pali papierosa i słucha Elli Fitzgerald. A ty, księże Stasiu? Pewnie z tabakierką, a co… 
Na marginesie – w tym tygodniu w naszej diecezji zmarło 2 księży. 

Adwentowy Boży palec

Świat tak często krzyczy – Boga nie ma! A jednak jest, i wydaje się, że w tym adwencie na naszym małym polskim podwórku wyraźnie pokazuje wszystkim Jego kontestatorom: jesteście w błędzie. Nie ze złością, nie z żalem, nie z wyrzutem – po prostu. Boga i wiarę można próbować negować, ale nie można zrobić tego skutecznie, gdy żyją i mają prawo głosu ludzie w tego Boga wierzący. 
 
Najpierw błazen i populista (bo trudno tutaj o inne określenia – taką postawę tak właśnie się nazywa) Palikot ze swoim ruchem próbował wmówić wszystkim, że krzyż powinien zniknąć z sali sejmowej. Krzyczał o naruszaniu wolności wyznania, bezprawnym umieszczeniu krzyża i wielu innych rzeczach. Wg niego stan obecny jest „sprzeczny z prawem”, w tym z Konstytucją, Konwencją o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności oraz konkordatem. Głośno, kolorowo, był mały spektakl pod publiczkę. Co ciekawe, i pozytywne, jednogłośnie sprzeciwiły się takiemu podejściu zarówno PO, jak i PiS. W czwartek 15.12.2011 do Marszałka Sejmu wpłynęły 4 opinie prawne na ten temat, przygotowane przez niezależnych prawników i grupy prawnicze. Wszystkie stwierdzają, że nie ma prawnych podstaw do zdjęcia tego krzyża.
 
Co z nich wynika? Po pierwsze, że Marszałek Sejmu nie ma prawa krzyża usunąć na podstawie zarządzenia porządkowego. Po drugie, że „w sali posiedzeń Sejmu obecnej kadencji może znajdować się krzyż, jednak nie jako znak religijny, ale jako znak kultury, która jest >źródłem tożsamości narodu polskiego, jego trwania i rozwoju< (…) ani kompromis konstytucyjny, ani standardy europejskie w sposób jednoznaczny nie wykluczają umieszczenia krzyża w sali posiedzeń Sejmu” (dr R. Piotrowski, UW). Obecność krzyża w sali posiedzeń Sejmu „nie oznacza przejawu dyskryminacji i nie jest niezgodne z żadnymi przepisami prawnymi wskazanymi przez wnioskodawców, zwłaszcza z zasadami i normami konstytucji, konkordatu, konwencji europejskich oraz ustawy o gwarancjach wolności sumienia i wyznania”. „Ugruntowany, długotrwały kompromis i konwenans prawny posłów kilku kadencji, polegający na akceptacji obecności krzyża w sali posiedzeń Sejmu od 1997 roku, stanowi postać urzeczywistnienia wartości i zasad konstytucji w polskiej praktyce parlamentarne” (dr Dariusz Dudka, ks. dr Piotr Stanisz z KUL). Pogląd ten ma bezsporne oparcie w uchwale Sejmu z grudnia 2009 r, gdzie posłowie podkreślili, że „znak krzyża jest nie tylko symbolem religijnym i znakiem miłości Boga do ludzi, ale w sferze publicznej przypomina o gotowości do poświęcenia dla drugiego człowieka, wyraża wartości budujące szacunek dla godności każdego człowieka i jego praw”. Po trzecie, bardzo ciekawy pogląd z nieco innego ujęcia przedstawił prof. Lech Morawski (UMK), który stwierdził, że „każdy ma prawo być niekatolikiem oraz dawać wyraz swoim przekonaniom i na tym właśnie polega tolerancja i przestrzeganie indywidualnych praw człowieka, ale nikt nie ma prawa żądać, by katolicka większość żyła wedle tych zasad, których ona nie uważa za słuszne, bo to oznaczałoby rażące naruszenie jej prawa do samostanowienia w swoim własnym państwie (…) to właśnie na tym prawie opiera się obecność krzyża w polskim Sejmie i wielu instytucjach publicznych w naszym kraju”.
 
Dalej – Komitet inicjatywy ustawodawczej „Tak dla Kobiet” (…) zbierał podpisy pod obywatelskim projektem ustawy liberalizującej przepisy antyaborcyjne. Zarejestrowany 15.09.2011, miał na ich zgromadzenie czas do 15.12.2011. Wymagano, zgodnie z prawem, minimum 100 000 podpisów. Udało im się zebrać… mniej niż 1/3 tego. W jednym z komentarzy można było przeczytać takie, krótkie ale jakże trafne, podsumowanie tej sytuacji: „Te 30 tys. (niesprawdzonych) podpisów świadczy o tym że z Polaków nie wyabortowano sumień”. 
Ktoś ma jeszcze wątpliwości, że Bóg działa? 
Weekend upłynął pod znakiem odejścia dwóch bardzo ważnych postaci współczesnego świata. Najpierw w sobotę dowiedzieliśmy o odejściu osoby bardzo pozytywnej – Vaclava Havla, ostatniego prezydenta Czechosłowacji i pierwszego prezydenta Republiki Czeskiej, poety, pisarza, reżysera i intelektualisty. Życiorys jakby podobny do naszego Wałęsy – znany i tępiony opozycjonista komunistyczny, który po upadku systemu staje na czele demokratycznego państwa. Miał 75 lat. Wczoraj zaś dotarła informacja, że Bogu – w którego pewnie programowo nie wierzył – ducha oddał dyktator komunistycznej Korei Północnej, Kim Dzong Il. Postać skrajnie odmienna, tajemnicza i na mocy prawa reżimu – czczona jakby w miejsce prawdziwego Boga. Właściwie nie wyróżnił się niczym, poza tym, że był synem swego ojca („Wielkiego Wodza”), od początku wychowywanym na jego następcę (co ponoć nie przyszło mu i tak łatwo, o czym świadczy jego biografia), który dla biednych Wietnamczyków stał się „Umiłowanym (sic!) Przywódcą”. Tak naprawdę – aparatczyk, człowiek który nie miał specjalnego wyboru i musiał grać rolę, przypisaną mu od momentu urodzenia. 
Dwie zupełnie różne, choć obie znane powszechnie na świecie, osoby o kompletnie różnych życiorysach, poglądach i zasługach. Nie wiem, dlaczego, ale nieodparcie kojarzy mi się to z ewangeliczną przypowieścią o bogaczu i Łazarzu. Kto z tych dwóch był kim? Dopowiedz sobie sam.

Pamiętasz o modlitwie za zmarłych księży?

Tak sobie przeglądałem diecezjalną galerię zdjęć, i natrafiłem na fotografie z niedawnej Mszy Świętej za zmarłych biskupów i kapłanów. Tradycja wieloletnia, sam przez ładnych kilka lat w nich uczestniczyłem, zawsze na początku listopada. 
I między tym wszystkim m.in. takie zdjęcie. Jedno z wielu, a jednak bardzo wymowne, przynajmniej dla mnie. W kościele jest bardzo mało świeckich. W niewidocznej części ławek, z prawej strony, która nie zmieściła się w kadrze, siedzieli alumni miejscowego seminarium. Można się domyślić, dla zagęszczenia wizualnie ilości osób na Mszy. Mimo, że była o tym wydarzeniu informacja na stronie diecezjalnej (inna rzecz – mogła być sporo wcześniej…), że informowali o tym księża w parafiach – frekwencja, wg mnie, bardziej niż słaba. 
Można sprowadzić to do wniosku – przecież ludzi coraz mniej do kościoła w ogóle chodzi, coraz mniej deklaruje się jako wierzący, więc o co chodzi? Tylko wpisuje się to w taką właśnie tendencję. Tylko że tutaj problem jest nieco inny, bo jak długo pamiętam, na tych mszach mało kto był. Mimo, że to tylko godzinka, raz w roku. Nie za każdego księdza osobno – za wszystkich razem, księży i biskupów. 
Nie modlimy się za swoich duszpasterzy. Tak, sam mam do księży i wielu ich postaw bardzo krytyczny, niektórzy by powiedzieli: antyklerykalny stosunek. Zgadza się, i nie wstydzę się tego; to wynik wieloletniej obserwacji środowiska z naprawdę bliska, wyczulenie na pewne zachowania, które nie każdy zauważa. Ale to bez znaczenia w tej sprawie. Jeśli jesteśmy wierzącymi, jeśli bierzemy sobie do serca naukę Jezusa – to modlitwa jest podstawą. Nie tylko wtedy, jak się grunt pali pod nogami – tobie, twoim najbliższym, rodzinie, przyjaciołom – ale i w innych sytuacjach, kiedy modlitwa to pomoc potrzebna, choć problem ciebie nie dotyczy. 
Księża, jacy by nie byli, rezygnują dobrowolnie z posiadania rodziny, a więc tej naturalnej grupy ludzi, która w przyszłości – dzieci, wnuki – otaczała by pamięcią modlitewną zmarłą osobę. My, zakładam, świeccy mamy i za kilkadziesiąt lat to kolejne nasze pokolenia przyjdą na nasze groby, zapalą świeczkę, zamówią mszę w rocznicę urodzin czy śmierci. Księża są tego, w pewnym sensie komfortu, pozbawieni. Oni, można powiedzieć, mają „tylko” tych, którym posługują – wprowadzają do Kościoła przez chrzest, katechizują, przygotowują do kolejnych sakramentów i udzielają ich, błogosławią związki małżeńskie, i wreszcie kiedyś odprowadzają z modlitwą Kościoła na cmentarz. I jeśli te osoby, dopóki żyją, nie pamiętają w modlitwie o kapłanach, którzy dla nich pracowali – to kto ma pamiętać?
Może się okazać, że gdy zapomnisz w modlitwie o jakimś duszpasterzu, być może od wielu nieżyjącym, to w modlitwie o nim nie będzie pamiętał już nikt. Jesteśmy im winni naszą wdzięczność. Przecież inaczej, niż modlitwą, tym którzy już odeszli nie możemy pomóc.

Kolejny mały aniołek

Siedzę i ryję. Ale już tylko 2 dni. 
Prawie zapomniałem, że dzisiaj mam imieniny.
A piszę tylko dlatego, żeby prosić o modlitwę. Nie za siebie. Za koleżankę z pracy, która na dniach straciła nienarodzone dziecko, maleństwo na które z wielką nadzieją i miłością z mężem i córką czekali.

Oby Bóg sam był dla nich teraz pociechą – tą jedyną sensowną, nie tylko mniej lub bardziej pustym załamywaniem rąk czy poklepywaniem po plecach. A to ich maleństwo, którego nie było im dane zobaczyć, oby było już z Nim tam, dokąd wszyscy zmierzamy.

Tobie mówię

Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego – jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: Nie płacz! Potem przystąpił, dotknął się mar – a ci, którzy je nieśli, stanęli – i rzekł: Młodzieńcze, tobie mówię wstań! Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg łaskawie nawiedził lud swój. I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie. (Łk 7,11-17)

Jeden z wielu cudów największego z cudotwórców, i przede wszystkim – żadnego iluzjonisty. Boga samego. Cudu z jednej strony wyjątkowo spektakularnego, bo przecież nie tylko uzdrowił, ale wręcz wskrzesił z martwych, łamiąc (a może – naginając?) prawa tego świata; ale cudu z innej strony tak zwyczajnego, bo dokonanego na pewno po prostu po drodze, przemieszczając się w toku nauczania. 
Warto także zwrócić uwagę na coś innego. Znowu wybitnie ludzkie i kochające oblicze Jezusa. To samo, jakie widzimy, gdy Kościół wspomina scenę wskrzeszenia osoby na pewno Mu bliższej, niż ten dzisiejszy młodzieniec, Łazarza. I tu, i tam  Jezus okazał po prostu wzruszenie, smutek i żal nad faktem odejścia z tego świata tej czy innej osoby. On, Pan życia i śmierci, lituje się nad człowiekiem, którego czas nadszedł, i przywraca go  światu.
Wystarczyło kilka słów, proste polecenie – i zmarły powstaje. Ktoś patrząc na sytuację z boku mógłby powiedzieć – no jak to, po prostu rozkaże, i trup ożyje? Nic, tylko popukać się w głowę. A tu – bez czarów, zaklęć, nimbu tajemniczości czy nadprzyrodzoności. Moc w słabości się doskonali, Bóg-Człowiek, który ma w ręku władzę nad życiem i śmiercią, po prostu każe temu młodzieńcowi. Wróć do tego świata, wracaj do swojej matki, opiekuj się nią. 
Do nas Jezus też bardzo często się tak zwraca. Pewnie nie pomylę się, gdy powiem, że żadne z nas, choćby nie wiem ilu czytało te słowa, nie doświadczyło wskrzeszenia z martwych w taki sposób, jak Łazarz czy dzisiejszy bohater, ów młodzieniec. Do nas Pan mówi inaczej. Wzywa nas do powrotu w sposób bardziej subtelny, do powrotu w ramach tej rzeczywistości, tej egzystencji, tego życia. Wzywa do powrotu do tego, co święte, piękne, dobre, bezinteresowne, z miłości, z miłością, do autentycznego życia wiarą. Wzywa do powrotu do bycia takim, jakim człowiek był na początku i jakim być powinien; jakim być musi, jeśli Boga i wszystek Jego nauczania traktuje serio. 
Mamy wybór. Możemy się na Boga, za przeproszeniem, wypiąć. Jezus wtedy, widząc rozpacz matki, ulitował się nad nią i zwrócił jej syna. Nas dzisiaj nie zmusi do powrotu do bycia autentycznym chrześcijaninem, bo szanuje naszą wolną wolę. Ale nie traci nadziei, i raz po raz na naszej drodze życia przystaje, zaczepia, drąży. Młodzieńcze, tobie mówię… Może warto posłuchać, a nie wykręcać się uniwersalnym pośpiechem i brakiem czasu? 
>>>
Od dzisiaj jestem na urlopie, i tak do końca przyszłego tygodnia. Może coś napiszę, może nie. Intensywnie staram się przygotować do bardzo ważnego egzaminu. O siły, skupienie i dobre wykorzystanie tego czasu, czy wreszcie o powodzenie 24 września sam proszę – i będę wdzięczny bardzo za modlitwę w tej intencji.

Przebaczenie z dwóch stron

Czasu nie było, a chciałem o tym napisać. W tygodniu zmarł pierwszy proboszcz parafii, w której od niedawna mieszkam. Człowiek w sumie wcale nie jakoś specjalnie stary – pod siedemdziesiątką. W parafii był od początku (wczesne lata 80.), zbudował kaplicę, plebanię i kościół. Proboszczował do 2001 r., jednak pozostał w parafii do końca, jako rezydent. 
Postać co najmniej niejednoznaczna. Dlaczego? Bo nie bez powodu przestał być proboszczem. Nikt nie negował jego zasług w parafii na polu wnoszenia czy to kościoła (osobna historia – nie było tajemnicą, że „ścigał się” z innym księdzem z okolicy w zakresie tej budowy, czego efekty widać do dzisiaj, niestety, bo kościół jest ze 2 razy za duży, przez koszty jego eksploatacji są ogromne, bez szans na ogrzanie, dach przecieka, dzwon działa 1 na 3, instalacje co chwile nie działają – generalnie do zmniejszenia [boczne nawy do zamknięcia i zamienienia w osobne kaplice] i remontu prawie generalnego), kaplicy, zaplecza (w plebanii co sezon coś jest do wymiany – a to całe instalacje, a to podłoga, a to dach…). Problem polegał na charakterze. Jedyna parafia w diecezji, gdzie co roku była wymiana wikariusza prawie. A czasami nie jednego. Żaden nie był dość dobry. Każdemu zarzucał najprzeróżniejsze, wyimaginowane przewinienia, włącznie z podtekstami odnośnie nieprawidłowych relacji z parafiankami. Snuł przeróżne intrygi, oczerniając współpracowników – wikariuszy, ale i świeckich – w oczach innych parafian. Ja rozumiem – mógł trafić raz na jakiegoś wikarego lenia, ale przez naście lat każdy? Coś musiało być nie tak. Stąd też kuria zaczęła się przyglądać i jemu, i parafii – bo nie brakowało skarg, zarówno ze strony księży, jak i parafian, na proboszcza. Były rozmowy, prośby. Nic to nie dało.

Kościół konsekrowano, nic się nie zmieniało, więc w końcu został usunięty ze stanowiska. Też wyglądało to dziwnie – na gwałt przebudowywał spory kawał plebanii, gdzie zamiast 2 salek urządził sobie mieszkanie (o wiele większe niż pozostałych księży). Co ciekawsze, ludziom wpierał, że buduje pomieszczenie dla gości. Po czym absolutnie odciął się od parafii. Mieszkał na jej terenie, podłączone od parafii miał media, i nie brał udziału w niczym. W tygodniu czasem odprawiał Msze, zawsze sam, czasem nie. W niedzielę na 5 Mszy odprawił jedną, spowiadał prawie wcale. Zaznaczam – przechodząc na emeryturę w wieku lat niewiele ponad 50, nie będąc wcale obłożnie nijak chorym. Mógł się zaangażować, wspierać nowego proboszcza (i kolejnego, obecnego), gdyby chciał. Ale nie chciał. Nienawidził, niestety, pierwszego proboszcza – tego „uzurpatora”, przez którego (…) usunięto go ze stanowiska. Powróciło obmawianie, oczernianie, wymyślane oszczerstwa (na proboszcza, księży, na współpracowników parafii którzy [zamiast na znak „solidarności” z nim odejść] „śmieli” działać dalej w parafii…) – włącznie z donosami do kurii, jako by nie miał z czego żyć, bo proboszcz mu nie płaci. Ciekawe – bo równocześnie miał nowy samochód dość wysokiej klasy, który – rzekomo przymierając głodem – wymieniał będąc już na emeryturze. Uroczystości – pasterka, Triduum Paschalne, bierzmowania, komunie, wizytacje – zawsze go nie było. Zawsze był gdzieś, wyjeżdżał, albo symulował chorobę. Powtórzę – jak na człowieka w tym wieku nie był może siłaczem, ale nie chorował na nic. Dochodziło do tego, że biskup na wizytacji czy bierzmowaniu musiał zwracać uwagę na temat jego nieobecność. Ostentacyjnie, na znak protestu, zawsze obok.

Dlatego bardzo mnie ciekawiło, jak będzie wyglądało niedzielne kazanie. Obecny proboszcz także miał przez niego wiele krwi napsute, zupełnie niesłusznie. Natomiast „po dzielnicy” już chodziły plotki tego typu, że zmarły zażyczył sobie pochowania w kościele, a w ogóle to on… ziemię kupił za własne pieniądze i za swoje większość kościoła postawił. Co, delikatnie mówiąc, całkowicie się mijało z prawdą (ziemia od miasta i w darowiźnie kawałek od prywatnego właściciela, budowa systemem gospodarczym ze środków zbieranych na bieżąco – co  jest powszechnie wiadome). Zostałem mile zaskoczony – bo kwestia śmierci byłego proboszcza była wątkiem pobocznym. Bez oceniania, z naciskiem na to, że teraz on już sam nic dla siebie nie zrobi, i wszystko jest w naszych rękach, teraz można się za niego tylko modlić. Co bardzo ładnie wpasowało się w temat wczorajszej niedzielnej ewangelii:

Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy? Jezus mu odrzekł: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. Dlatego podobne jest królestwo niebieskie do króla, który chciał rozliczyć się ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Ponieważ nie miał z czego ich oddać, pan kazał sprzedać go razem z żoną, dziećmi i całym jego mieniem, aby tak dług odzyskać. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko ci oddam. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował. Lecz gdy sługa ów wyszedł, spotkał jednego ze współsług, który mu był winien sto denarów. Chwycił go i zaczął dusić, mówiąc: Oddaj, coś winien! Jego współsługa upadł przed nim i prosił go: Miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie. On jednak nie chciał, lecz poszedł i wtrącił go do więzienia, dopóki nie odda długu. Współsłudzy jego widząc, co się działo, bardzo się zasmucili. Poszli i opowiedzieli swemu panu wszystko, co zaszło. Wtedy pan jego wezwał go przed siebie i rzekł mu: Sługo niegodziwy! Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? I uniesiony gniewem pan jego kazał wydać go katom, dopóki mu całego długu nie odda. Podobnie uczyni wam Ojciec mój niebieski, jeżeli każdy z was nie przebaczy z serca swemu bratu. (Mt 18,21-35)

Bo przebaczać trzeba zawsze. Tu nie chodzi o liczby – to tylko przenośnia. 7 miało znaczyć niewiele, kilka razy – a 77 wiele razy. W tym sensie – tak, 77 razy. A tak naprawdę, to i 78, 79, ile wlezie. Uraz, jaki masz do drugiego człowieka, zatruwa cię od środka. To tak naprawdę zniewala, nie ta krzywda, jeśli została ci uczyniona. To ten brak przebaczenia jątrzy, boli, piecze i prowadzi do nienawiści. Nie bez powodu mówi się – zło dobrem zwyciężaj. Prawdziwa wolność, pozbycie się, wyrzucenie się tego, że było źle, że ktoś mi zaszkodził, skrzywdził – może nastąpić dopiero, gdy z mojej strony nie będzie urazy, gdy znajdę siłę na przebaczenie. Bo czy ja sam jestem bez winy? Może w tej sprawie tak, może tutaj zawalił ten drugi. A tak w ogóle, szerzej? Oj, jest pewnie sporo rzeczy, które ludzie naokoło musieli by mi przebaczyć.

Chyba nikt z nas by nie chciał, aby ktokolwiek postąpił z nim tak, jak zdenerwowany król z niewdzięcznym sługą, który nie umiał docenić darowania długu? Nam pewnie nie raz się zdarzyła taka postawa, jak tamtego niewdzięcznika. Bo jak ktoś wobec mnie uczyni gest bezinteresowny, niespodziewany i nieoczekiwany – jest fajnie, jest euforia, ale bardzo szybko przechodzi się nad tym do porządku dziennego. A potem prawie – „bo mi się przecież należy”, na pozycję roszczeniową. Przy czym samemu – a po co? Taka mentalność Kalego, z innej strony ugryziona. Mnie niech przebaczają – ale ja innym? No bez przesady. Przecież mi się należy! Ma dług? Ma. To niech płaci! A że mnie darowali? No chciał, to darował. Przecież ja nie muszę.

Umiejętność przebaczania to wielki dar. Dar zarówno dla tego, który umie przebaczyć, ale i dla tego, czyim udziałem to przebaczenie się staje, do kogo jest skierowane. Dla kogo jest to ważniejsze? Nie wiem. Komu więcej daje – przebaczającemu, czy temu, któremu zostaje przebaczone? Nie wiem. Ale każdemu życzę, aby miał okazję się przekonać. W obie strony.

I polecam zmarłego księdza modlitwom tych, którzy te słowa czytają. Modlitwy nigdy za wiele, a ten człowiek na pewno jej potrzebuje.

Boże donosicielstwo

Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich. (Mt 18,15-20)
Trudne to słowa, ale bardzo dzisiaj potrzebne. Jak tak się rozejrzeć naokoło – po prostu wolna amerykanka przysłowiowa, i niestety wdziera się także w sprawy wiary, do Kościoła. Skąd to, z polityki? Pewnie też. Przecież wszędzie, w każdej sferze życia liczy się to, kto mówi/krzyczy głośniej, kto bardziej się rzuca w oczy, kto lepiej przyciągnie – choćby czymś chamskim, niesmacznym czy wulgarnym – uwagę. Tak wygląda świat – wystarczy zobaczyć jeden czy drugi program, przyjrzeć się ramówce wiadomości, poczytać gazety. Albo po prostu poobserwować. Nikt nie rozlicza treści, a nawet jeśli ktoś próbuje – jest zagłuszany pod pretekstem „uprzedzeń”, „braku tolerancji”, „zaściankowości”. 

Jezus mówi jasno – w Kościele jest inaczej. W sprawach wiary – które powinny być punktem odniesienia także jako kryterium oceny innych sfer – nie można pozwolić sobie na lekkomyślność czy po prostu samolubstwo. Nie ma znaczenia, czy chodzi o to, że ktoś zgrzeszył przeciwko mnie czy komuś innemu, zrobił coś nagannego publicznie czy też bardziej kameralnie. Wskazówka jest prosta – idź i upomnij. Nie rób afery, nie nakręcaj sensacji. Dyskretnie, ale zdecydowanie – w cztery oczy. Jeśli się uda – świetnie. Gdy się nie uda – powtórz to samo z tymi 2 choćby innymi osobami, aby napominany miał świadomość, że nie o czyjeś subiektywne odczucia chodzi, że to opinia większej grupy. Dopiero jeśli to nic nie da – kary kościelne. 
Ktoś może powiedzieć – strasznie to może trwać. No tak, ale tak działa Kościół – ostateczność to ostateczność, należy próbować rozmawiać, prosić, szukać porozumienia. Tak uczył Jezus. Być może jakby pośrednio przez to niektóre ruchy, które w ramach Kościoła powstały, a później same postawiły się poza Nim, mogły się rozwinąć sporo zanim Kościół jednoznacznie się od nich odciął, wskazując błędne postępowanie i przyczynę tego odcięcia. To cena, jaką zapłacił za dobrą wolę i próbę szukania kompromisu, ratowania jedności. Czy to przez setki lat, właściwie od początku historii chrześcijaństwa, przez apogeum reformacji, czy to na przykładzie lefebrystów, czy to – opisywanego szeroko (i dobrze, bo dokładnie wyjaśnione) – pewnego polskiego księdza z jednej z diecezji na południu, powołującego się na objawienia (m.in. o możliwości „telefonu do Jezusa”) i wypaczającego naukę Kościoła choćby w kwestii oficjalnej intronizacji Jezusa na Króla Polski, otwarcie wypowiadającego posłuszeństwo swojemu biskupowi, mimo próśb. Tak, o ks. Piotra Natanka chodzi – pewnie i tak każdy to wie. 
Duchowni są tu w trudniejszej sytuacji – dane mają w pewnym sensie więcej, ale i za więcej odpowiadają. Bo to do nich przychodzą ludzie, u nich szukają odpowiedzi, drogowskazów, wyjaśnienia wątpliwości, wskazania – jak dalej postępować. To wielka odpowiedzialność, z której trzeba rozważnie korzystać. A jednocześnie, niestety, duże pole do nadużyć – taki jeden ks. Natanek może – i, niestety, jak widać z powodzeniem mu się to udaje – pociągnąć za sobą wielu, Bogu ducha winnych, ludzi, których zwiódł i nadal zwodzi. Tutaj trzeba działać. Tutaj jest pole do popisu – nie dla swojej chwały, nie żadnego donosicielstwa. A jeśli już, to tylko Bożego.
Jedno trzeba powiedzieć jasno. Nie ma znaczenia, ilu jeszcze wystąpi Natanków, Lutrów, Kalwinów, Lefebrów czy innych ludzi, którzy głównie w imię swojej chwały i własnej sławy uznają się za jedynych słusznych interpretatorów woli Bożej, Ewangelii i będą twierdzili, że posiadają wyłączność na prawdę, wskazywanie dobra i zła, ocenianie ludzi. Kościół wytrzymał 2000 lat z takimi, raz było ich więcej, raz mniej. Dlaczego? Dzięki czemu? Dzięki temu, że tutaj ludzie ciągle modlą się do tego Jezusa Chrystusa, do tego jedynego prawdziwego Boga, skupiając się na tym, czego On sam nauczał, a nie np. na formalnym obwoływaniu Go Królem Polski (może by ustrój zmienić, Konstytucję). Bo ciągle proszą w Jego imię o jedność Kościoła, cały czas tak bardzo zagrożoną. Na szczęście, to nie ma znaczenia – Duch Święty jest między nimi i czuwa.
>>>
Dopiero wczoraj dowiedziałem się, że w sobotę odszedł człowiek wielkiego formatu, jeden z polskich książąt Kościoła – kard. Andrzej Maria Deskur. 
Rocznik 1924 (ciekawostka – 29 lutego, czyli obchodził urodziny co 4 lata), 4 lata młodszy od Karola Wojtyły. Prawnik, później seminarzysta. Doktorat z teologii moralnej we Francji (wysłany tam przez kard. Adama Sapiehę, analogicznie jak Karol Wojtyła – podczas którego święceń kapłańskich przyjął tonsurę), gdzie wyświęcony w 1950 przez kard. Pierre’a Gerliera (metropolitę Lyonu). Nie mogąc wrócić do Polski, pracował w Szwajcarii. Od 1952 do śmierci (59 lat!) w służbie Stolicy Apostolskiej. Najpierw w Papieskiej Komisji ds. Kinematografii, Radia i Telewizji – był jej wicesekretarzem (1955-59), podsekretarzem (1959-70), sekretarzem (1970-73) a od 1973 – przewodniczącym. Tworzył filipińskie radio Veritas – największą rozgłośnię katolicką w Azji. Od zwołania II Soboru Watykańskiego specjalista, pracownik kilku komisji, wniósł znaczny wkład w przygotowanie soborowych dokumentów: konstytucji o Kościele „Gaudium et Spes” i deklaracji o środkach społecznego przekazu „Inter mirifica”. W uznaniu jego zasług i wkładu w prace Vaticanum II Paweł VI zaprosił go – jeszcze nie biskupa – do koncelebry Mszy św. na zakończenie Soboru w grudniu 1965 w bazylice św. Piotra. W latach 1996-1974 był członkiem delegacji Stolicy Apostolskiej pod przewodnictwem abp. Agostino Casarolego, która odwiedzała Polskę w ramach pierwszych kontaktów między obu stronami. 
Rok od objęcia funkcji przewodniczącego Papieskiej Komisji ds. Środków Przekazu, w 1974, otrzymał z rąk Pawła VI sakrę biskupią, jako biskupią dewizę przyjmując słowa „Veritas vos liberabit” (Prawda was wyzwoli). Uczestnik kilku zgromadzeń Synodu Biskupów. 13 października 1978 doznał paraliżu lewej części ciała po wcześniejszym zawale serca, po którym poruszał się do śmierci na wózku inwalidzkim – cały świat patrzył, jak tuż  po swoim wyborze Jan Paweł II 17 października 1978 odwiedzał go w poliklinice Gemelli. Od 1980 arcybiskup, w dniu moich urodzin kreowany kardynałem (otrzymał tytuł kościoła rzymskiego, jaki wcześniej dzierżył kard. Karol Wojtyła – św. Cezarego na Palatynie). Papieską Radą ds. Środków Społecznego Przekazu kierował do 1984. Od 1987 do śmierci stał na czele Papieskiej Akademii Maryi Niepokalanej.
Prywatnie – zapalony brydżysta (od jednego z przyjaciół Jana Pawła II otrzymał, po wylewie, zestaw do gry dla osób poruszających się na wózku inwalidzkim), znany ze swojego humoru. Nie raz wypowiadał się, że pozostał w Rzymie jako spłata świętopietrza, którego Polska za czasów komunizmu płacić nie mogła. Nie bez powodu (zbieżność dat i nie tylko) wielu dopatruje się związku pomiędzy jego chorobą a wyborem Polaka na Stolicę Piotrową.  
Nie tylko Polska, ale i cały świat straciły wielkiego człowieka. Mam nadzieję, że teraz ktoś może podejmie się spisania jego biografii?