Zmruż oczy

Niesamowite to było. Czy w tym jest palec Boży? A może Mama o sobie przypomina tam, z góry, we właściwy sobie oryginalny sposób?
Siedzę dość już zmęczony w pracy, piszę, a tu nagle wpada mail od jednej z koleżanek Mamy. Pani bardzo emocjonalnie napisała, że znalazła maila od Mamy, którego dostała jakieś 2 lata temu po śmierci jej taty. I Mama, i jej koleżanka jedna były na pogrzebie. I pani ta stwierdziła, że o ile czas nie leczy ran, a oswaja – to chciała, żebyśmy to przeczytali. Mama napisała do niej tak (pisownia oryginalna):

(…) Mam nadzieję, że ból życia jest do zniesienia.
Serdecznie dziękuję za to wzruszające spotkanie. Mam nadzieję, że jeżeli nie pomogło Ci za bardzo, to i nie dobiło.
Zobacz jak to sie plecie. Poprzednie takie było jak X chowała mamę.
Od naszego spotkanie chodzi a mną motyw przewodni „Zmruż oczy” , przesyłam, może będzie lżej.
ściskam całe osierocone stadko

Film „Zmruż oczy” z genialną rolą Zamachowskiego widziałem kilka razy, w tym raz u dominikanów w Mikołaju w ramach, zaniechanego już, kina pod gwiazdami. Niby dziwny, niby monotonny, a jednak jak bardzo prawdziwy. Polecam, kto nie widział, a sam sobie go pewnie odświeżę.

Ad rem. Tekst, który Mama tej koleżance wtedy przesłała, a który sam chyba gdzieś już sobie wynotowywałem:

Jest czas by mieć. Jest czas by tracić.
Jest czas by szukać. Jest czas zobaczyć.
Mieć w górze niebo, w sobie spokój.
Pod sobą krzesło, świat gdzieś z boku.
 Jest czas na słowa. Jest czas milczenia.
Jest czas być w słońcu. Jest czas być w cieniu.
Mieć ręce pod głową, zmrużone oczy, patrzeć jak życie się toczy.
 Jest czas by pytać. Jest czas by wiedzieć.
Jest czas by śnić. Jest czas dla ciebie.
Jest czas by widzieć, między chwilami, to czego nie ma – a
jest. 

Ta końcówka trochę ks. Twardowskiego przypomina, prawda? Pamiętam, że główny bohater w filmie mówił mniej więcej: „Zmruż oczy, tak widać lepiej”. Że mało tam było akcji, a sporo patrzenia w przestrzeń, obserwowania pustego podwórza, zapatrzenia, zamyślenia… Zamiast lecieć bez sensu – przystanąć, zamarudzić nad byle czym, zatrzymać się i zmrużyć te oczy.

I umieć je zmrużyć tak samo właśnie, kiedy serce najbardziej boli, gdy odchodzi lub odszedł już ktoś najbliższy, kogo kochamy, bez którego świat wydaje się walić i niszczeć. To po prostu taki czas, jak inny – tylko bardziej bolesny dla tych, co zostają i żyją dalej, w przeciwieństwie do tych, których czas nadszedł. My tutaj ciągle tracimy i szukamy – oni już mają i widzą, zobaczyli. My nad sobą mamy niebo – oni już w sobie spokój, bo połączyli się ze źródłem pokoju. Nam świat ciągle przesłania wszystko – oni już mają odpowiedni dystans, bo są poza nim. Wspominamy słowa i milczymy, wspólne chwile na słońcu ukrywając rozpacz w cieniu serca. I tak nagle, wyjątkowo, jakby wyjęci z czasu montujemy piękną retrospekcję z życia tego, kogo właśnie tak bardzo i nagle zabrakło. My tutaj ciągle pytamy – oni już wiedzą. A co najpiękniejsze – z tym wszystkim czekają tam na nas. 

Posklejane

Znowu jakby prasówka nieco. Co zrobić, jak tak ciekawie piszą.

Najpierw fragment rozmowy Katarzyny Kubisiowskiej z ks. Janem Kaczkowskim, twórcą puckiego hospicjum, człowiekiem paradoksalnie cierpiącym na bardzo ciężką odmianę nowotworu mózgu, opublikowanej w TP 32/2013. Bardzo ciekawy tekst – o tym, jak podejść do chorego, czego chorzy nie potrzebują, z czym mają największe problemy, jak wyjątkowy i błogosławiony potrafi być ten czas choroby i ile my, zdrowi, możemy się od chorych, szczególnie tych będących już u kresu drogi, dowiedzieć się, zobaczyć w nich Boże oblicze. 
Świadomość jest tak ważna?

Czasami nachylam się nad człowiekiem, mówiąc, że jeśli żałuje za grzechy, to niech uściśnie moją rękę. Dostaję odpowiedź i nie jest ona skurczem mimowolnym. Bywa, że przez ostatnie dni zupełnie nieprzytomny człowiek odzyskuje świadomość tylko po to, aby się wyspowiadać i otrzymać namaszczenie chorych.

Jak to tłumaczę? Metafizycznie; Pan Bóg daje nam ostatnią szansę. Mówi się też o efekcie niezałatwionego problemu – zasadnicza większość z nas na moment przed śmiercią budzi się, aby załatwić sprawę, która go tu trzyma. Dlatego nie trzeba umierających szarpać i płakać: „Mamo nie odchodź!”, tylko bardzo uważnie słuchać, bo matowym głosem wypowiadają nierzadko – pomiędzy zwykłymi poleceniami – ważne słowa.

Co mówią?

„Podaj jabłko, chce mi się pić, nie boję się, żyjcie w zgodzie”. Często moi pacjenci widzą na jawie zmarłych i dziwią się, że my ich nie widzimy. Stykają się dwa światy – ten nasz i ten po drugiej stronie. To my je tylko radykalnie rozdzielamy.
(…) 
Zbawienie i potępienie?

Niezwykły przyrost szczęścia musi dawać moment, kiedy stajemy wobec Boga. A Boga rozumiem jako światło osobowe przenikające nasze sumienie. Wobec tego światła nie potrafimy już kłamać. Jesteśmy do niego pociągani – czujemy wtedy totalną miłość i bliskość, które nas rozwalają. Jeśli zaś odczytujemy siebie jako ciemność, to nie tyle Bóg nas potępia, ile sami chcemy się schować przed rażącym dysonansem między światłem a naszą ciemnością. I uciekamy w samotność, w nienawiść do siebie i do światła.

Ludzie najbardziej w śmierci boją się potępienia?

Boją się, że się rozpłyną albo że nie będą mieli na nic wpływu. A to nieprawda. Jak się nas uczy w Katechizmie: ,,Dusza ludzka jest nieśmiertelna, łaska Boska do zbawienia koniecznie potrzebna”. Nadal będziemy samoświadomi, będziemy mogli podejmować decyzje i będą one raczej szły ku dobru, bo będziemy widzieć Boga twarzą w twarz. Po śmierci będziemy wchodzić w interakcje z innymi, nie tyle mówić, a bardziej wysyłać myśli. Sanktuarium sumienia będzie zabezpieczone.

Wygląda to tak: do teraz poza tobą – i to w ograniczonymi zakresie – do twojego sumienia nie ma dostępu nikt, jedynie Bóg. Po śmierci zaś poznamy swoje sumienie w pełni, Bóg je prześwietli, co nie pozbawi nas integralności i wolności.

Mamy nadzieję wszyscy spotkać się – oby po jednej stronie.

Drugi tekst to „Odwaga grzeszników” Bogdana Białka z TP 33/2013 – niestety, jest to na dzień dzisiejszy nadal aktualne wydanie tygodnika, więc nie ma go w necie – pewnie pojawi się niebawem wraz z jutrzejszą publikacją kolejnego numeru. Genialny, nie za długi, nie za krótki, bardzo osobisty, mądry i podbudowany także cytatami świadczącymi, iż to nie jakiś odosobniony pogląd autora, ale mądrzejsi u zarania naszego Kościoła stali na podobnym stanowisku. O tych, którzy w Kościele – szczególnie dzisiaj i szczególnie u nas, w Polsce – przyzwyczajeni są do czołobitnych laurek, kwiecistych przemów i wygłaszania samemu pięknych i równie pustych ogólników, z których nic nie wynika. Oczywiście, nie można generalizować – są chlubne, ale wciąż pojedyncze wyjątki. O biskupów chodzi. I nie chodzi o to, aby zbierali pranie, gotowali czy całowali dłonie pielgrzymów (chociaż, jak widać, niektórym korona – a może raczej piuska? – z głowy z tego powodu nie spada). Żeby byli normalni i nie zapominali, że służą Bogu, ale mają do Niego prowadzić ludzi i to dla nich tutaj głównie są. 
Stąd też nasuwa mi się refleksja, którą swego czasu wypowiedział nieżyjący już kard. Carlo Maria Martini SI: 

Kiedyś miałem marzenia o Kościele. Marzył mi się Kościół, który postępuje swoją drogą w ubóstwie i pokorze, Kościół, który nie zależy od potęg tego świata. Marzyłem, że zniknie nieufność. Marzyłem o Kościele, który daje przestrzeń osobom zdolnym do myślenia w sposób otwarty. O Kościele, który daje odwagę tym przede wszystkim, którzy czują się mali albo grzeszni. Marzyłem o Kościele młodym. Dziś już nie mam tych marzeń. Kiedy osiągnąłem 75 lat, postanowiłem się za Kościół modlić (kard. Carlo Maria Martini SI, „Nocne rozmowy w Jerozolimie. O ryzyku wiary”)

Trudno przy tym wszystkim nie wspomnieć sytuacji chrześcijan – głównie koptów – w Egipcie, którzy pomimo apeli o pomoc od dłuższego już czasu w tych dniach po prostu stają się chłopcami do bicia islamistów. Prawdą wydaje się, że to nie jest kwestia sympatii politycznych – a zezwolenie na terroryzm lub sprzeciw w stosunku do niego. Zdarzają się w tym i piękne gesty, bodajże przedwczoraj w wiadomościach pokazano zdjęcia łańcucha muzułmanów, którzy w swoich białych szatach żywym kręgiem otoczyli w geście solidarności i obrony chrześcijańską świątynię. 
Dlatego warto przytoczyć słowa papieża Franciszka i przyłączyć się po prostu do tej modlitwy:

Niestety docierają bolesne wiadomości z Egiptu. Pragnę zapewnić o mej modlitwie w intencji wszystkich ofiar i ich rodzin, za rannych i cierpiących. Módlmy się wszyscy o pokój, dialog, pojednanie, w tym umiłowanym kraju i na całym świecie. Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami! Wszyscy prośmy: Maryjo, Królowo Pokoju, módl się za nami!

Święta Mama

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie». (Mt 11, 25-30)

Nigdy bym nie wpadł na to, aby te słowa odnieść do uroczystości pogrzebowej, czyjejkolwiek. A w środę to właśnie je odczytał ks. Tomek, a na ich temat mówił w homilii pogrzebowej Mszy Świętej za Mamę ks. Krzysiek. Tym bardziej z perspektywy czasu zaskakujące jest dla mnie to, co i jak powiedział – ok. 10 minut przed Mszą, kiedy składał mi w zakrystii kondolencje i witaliśmy się, pytał, czy są jakieś teksty, które chcielibyśmy usłyszeć w liturgii – odpowiedziałem, że nie, że pozostawiam to celebransom. 
Do dzisiaj nie wiem, skąd wziął się w kościele ks. Tomek. Ks. Krzyśka poprosiłem w naszym imieniu, bo Mama zawsze uwielbiała go słuchać w Jakubku, w latach jego „duszpastuchowania” akademickiego – jeśli kogoś by chciała posłuchać, to właśnie jego. Sam tego nie pamiętam, ale podobno kościół był pełen ludzi – m.in. nasza (moja i brata) wychowawczyni z podstawówki, mieszkająca blok dalej od rodziców, i bardzo wiele życzliwych osób. 
Maślak zaczął od tego, że nie jest niczym złym bycie prostaczkiem przed Bogiem – bo mądrością i roztropnością przed Nim tak naprawdę mało kto, żeby nie powiedzieć: nikt nie może się pochwalić (nie przypadkiem gdzie indziej jest mowa o prostocie dziecka, potrzebnej do wejścia do Królestwa). To wręcz pewnego rodzaju łaska i błogosławieństwo. I tych właśnie prostaczków – każdego z nas – Dobry Bóg woła i zaprasza od momentu Chrztu przez całe życie, właśnie tymi słowami: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Nie kto inny, nie inaczej – Ja jestem odpowiedzią, finiszem, wielkim finałem i ostateczną nagrodą dla wytrwałych. Bóg zaprasza nas do wspólnego wędrowania drogami życia – przy czym wcale nie jest tak, że musi być lekko, łatwo i przyjemnie. Każdy ma swoje jarzma, krzyże, grzechy, wady i problemy – sztuką jest nie zwalać ich na innych, a umieć dobrze zagospodarować i znieść. 
Boże zaproszenie w życiu i jego przyjęcie nie stanowi jakiegoś klucza, kamienia filozoficznego, który rozwiązuje wszystkie problemy i czyni wszystko prostym jak przysłowiowy drut. To przestrzeń i płaszczyzna, która właśnie temu, co trudne, męczące i bolesne pozwala nadać piękny sens i wymiar wykraczający poza to, co doczesne. Jezus wprost wskazuje na siebie, każe uczyć się właśnie od Niego cichości i pokory serca, w codziennych problemach, trudach, czasami dramatach, takim niejednokrotnym krzyżowaniu. Tylko On jest ukojeniem, tylko On sam stanowi odpowiedź i nagrodę dla wytrwałych. To tylko z Nim wszystkie te brzemiona i krzyże otrzymują nowy sens – stając się, jak mówi ewangelista, słodkimi czy też lekkimi; do udźwignięcia, do zniesienia, do wypełnienia. 
W kontekście odchodzenia słowa te nabierają zupełnie nowego wymiaru – wielka obietnica i zapowiedź dla tych, których „życie zmienia się, ale się nie kończy” (jedna z prefacji z Mszy za zmarłych), którzy po ludzku dochodzą do swojego ziemskiego końca. Zresztą, tak naprawdę – to obietnica jest głównie dla tych, którzy po nich pozostają – rodziny, bliskich, krewnych, przyjaciół. Ten, kto umarł i przeszedł dalej – ta osoba już wie, dla niej wiara przemienia się w wiedzę i poznanie dosłownie twarzą w twarz Boga Ojca, który, jak wierzymy, zaprasza do swojego domu. Ta nadzieja jest głównie dla nas, którzy pozostajemy tutaj, pogrążeni w żałobie, żalu i smutku po odejściu kochanej Mamy. Mama już w Bogu znalazła ukojenie swojej duszy – a teraz to ukojenie po jej odejściu ma stać się naszym udziałem; w tych szczególnie trudnych dniach, kiedy Bóg zaprasza i przytula, ot tak, jak Ojciec, i prosi, aby pozwolić Jemu samemu być ukojeniem tego wszystkiego, co targa pełnym żalu i bólu sercem. To jest nadzieja dla nas i, jak wierzymy, stało się udziałem Mamy w godzinie jej śmierci. A do tego taka piękna rzeczywistość wymiany – Mama już nie musi dźwigać tego, co było trudne po ludzku za życia na ziemi, a będąc w bliskości Boga staje się naszym orędownikiem, który może podpowiadać i prowadzić, pomagać z tymi naszymi sprawami. Wierzę w to bardzo mocno. Kto może bardziej i więcej pomóc, niż święta Mama?
Msza Święta była piękna i prosta. Na cmentarzu dosłownie tłum ludzi – koleżanki i koledzy Mamy bardzo się zorganizowali (rodzina pozostała niewielka), sporo znajomych brata, kilku moich. Po fakcie – także ludzie ode mnie z pracy, jak się dowiedziałem, kolejne miłe zaskoczenie. Prosta, cicha kaplica z prostą kamienną jasną urną, prosty krzyż – takie, jak by to chciała Mama; zawsze podkreślała, że chce być skremowana. Odprowadzenie Mamy do grobu – spotkała się i spoczęła obok babci, a grób dalej prababcia. Króciutka ceremonia – Mama pośmiertnie została przez Prezydenta RP odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, odznaczenie odebrał brat. Płakałem kilka razy, najgorzej było, kiedy – na prośbę taty – dziękowałem wszystkim w naszym imieniu (przygotowałem tekst na kartce wieczorem, ale jak się rozkleiłem, to mówiłem zupełnie z głowy, bo nic nie widziałem…). A potem tylko rosnące morze kwiatów na grobie. Zupełnie przypadkiem zauważyłem – wieniec od nas był dokładnie taki, jakie Mama (zawsze sama) przygotowywała: dużo gałązek z igłami, zielonego, i jakieś proste kwiaty. 
Jest bardzo ciężko. W czwartek, trzecie w ogóle i ostatnie przed wakacjami i jesienią kolokwium, ustne i najtrudniejsze. Trzeba jakoś spróbować chociaż ogarnąć materiał. Pełno formalności do załatwienia związanych z odejściem Mamy – ale to chyba dobrze, bo jest się czym zająć. Sprawa w sądzie z pracodawcą – pociągniemy ją z bratem dalej, chodzi o zasadę a nie pieniądze. I taki straszny żal, który po prostu czasami się odzywa w sercu – dzisiaj np. kiedy spojrzałem na pralkę, bo przypomniała dzień, kiedy przed ślubem właśnie z Mamą łaziliśmy po sklepie, żeby ją wybrać i kupić… Momentami wydaje mi się, że jest ok, a momentami się rozsypuję… 

Mama odeszła

Wszystko się posypało 20 czerwca. Wtedy odeszła Mama.

Tak sobie myślę – dzień się źle zaczął. Rano rozwaliła mi się teczka – przed samym wyjściem do pracy trzeba było się przepakowywać. Przed południem podszedłem jeszcze do taty do pracy po ostatni papier – ZUS wymyślił sobie, kompletnie nieczytelną, tabelkę a’la pełnomocnictwo – brat wydrukował, Mama podpisała i miałem dołączyć do wniosku o rentę. Tak naprawdę w pracy nic tego dnia nie zrobiłem – dosłownie. Od samego rana kserowałem dokumenty (żeby kopia została – ZUS życzy sobie oryginały), potem to wszystko układałem, parafowałem, sprawdzałem po 3 razy. Jak już skończyłem – zapakowałem w kopertę, zaadresowałem. Chwila spokoju, coś tam dokończyłem w pracy. Pomyślałem – zadzwonię do mamy, było ok. 13:00. Nie odbierała – nic dziwnego, stwierdziłem, pewnie u lekarza jeszcze była. 
O 13:59 – godzinę zapamiętam do końca życia – zobaczyłem: dzwoni tata. Momentalnie nabrałem złych przeczuć – widzieliśmy się ze 3 godziny wcześniej. Płakał. Powiedział jedno zdanie – że mogę tego nie wysyłać, bo Mama umarła. 
Po pół godzinie wycia w toalecie jakoś się ogarnąłem, powiedziałem w sekretariacie, co się stało i że wychodzę. Ta podróż do domu do rodziców była jakaś nierzeczywista… Dobrze, że miałem okulary przeciwsłoneczne, bo łzy leciały ciurkiem cały czas. Taka bezsilna rozpacz, przeplatana chyba dość bezmyślnie z jednej strony, a z wielką wiarą z drugiej zdrowaśkami zaciskanych do białości palców na małym różańcu. I jakby w tle, jak jakiś dziwaczny pokaz slajdów, tony wspomnień – od maleńkiego do ostatniego spotkania, w minioną niedzielę. Na miejscu wszedłem do kościoła, w którym tyle razy polecałem Bogu wszystko i wszystkich, piękne i bolesne sprawy – generalnie pełen turystów, błysków fleszy i rozmów; uciekłem do bocznej kaplicy i uświadomiłem sobie, że nie wiem, co Mu mam powiedzieć. Kołatające się po głowie „dlaczego?” brzmiało dość bezsensownie – przecież nie znamy dnia ani godziny (np. Mt 25, 1-13), czyli Mamy czas po prostu nadszedł. Pozostała chyba tylko wielka prośba o to, aby Mama w Nim samym znalazła doskonały odpoczynek i swoje miejsce. Tam, gdzie już nic nie boli, gdzie nie ma zmartwień i bólu – a każdy stapia się z odwieczną Miłością. 
Do dzisiaj tego nie ogarniam. Mama walczyła z rakiem półtora roku – i o ile miał bym bać się tego najgorszego, to nie raz, ale nie w tym czasie. Była bardzo słaba po zabiegach związanych z płucami w zeszłym roku – lekarze sami przecierali oczy, kiedy naprawdę szybko doszła do siebie. Wszystko szło w pięknym kierunku – do momentu tych bólów głowy, które pojawiły się na wiosnę. Pomimo beznadziejnego poziomu służby zdrowia ludzi tak ciężko chorych nawet w naszym chorym kraju diagnozują szybko – okazało się najgorsze: przerzuty do mózgu, nieoperacyjne, w 2 miejscach. Szybkie badania, uderzeniowa krótka radioterapia. Tydzień wcześniej zaczęła się chemioterapia. Rozmawiałem z ludźmi, wiedziałem, że znane są przypadki, gdy tego typu przerzuty zabijają dosłownie w ciągu tygodni. Mama zaczęła mieć problemy z koncentracją i pamięcią – natomiast cały czas funkcjonowała normalnie, sama, spotykała się z ludźmi, wychodziła albo jeździła na spacery. Zauważyliśmy, że przybrała nieco na wadze, w niedzielę na obiedzie z radością patrzyliśmy, jak wrócił jej apetyt. Wszystko szło, po ludzku sądząc, ku dobremu – wiedzieliśmy, że musi się udać. 
W czwartek poszła do swojej pani onkolog, widziała się tam z matką chrzestną brata – też walczącą od lat z nowotworem. Porozmawiały, Mama miała poczekać na brata, który wracając z uczelni miał zawieźć ją do domu. Zdzwonili się, młodemu się przedłużyły zajęcia – nie ma problemu, powiedziała, czuła się świetnie, pogoda była śliczna, pojedzie tramwajem. Dzwoniła jeszcze z odległości ok. 15 minut od domu. To brat znalazł Mamę w domu, jeszcze bezskutecznie próbował ją reanimować. Gdy przyjechało pogotowie – lekarz stwierdził zgon. Pocieszał, że przy takim schorzeniu to najlżejsza dla chorego droga odejścia – gdyby choroba postępowała, Mama po prostu stawała by się coraz bardziej odległa, coraz mniej by pamiętała i kojarzyła, a przy tym bardzo by bolało… Tu – upadła, krwotok wewnętrzny, i umarła. Tak po prostu. 
Tata się dosłownie rozsypał – wiedzieliśmy, że to na naszych barkach spocznie przygotowanie pogrzebu i ogarnięcie wszystkiego. Siedzieliśmy w domu, rycząc jak bobry. Była i już jej nie ma. Większość wziąłem na siebie, wszystko udało się całkiem sprawnie załatwić. Mama mówiła nie raz o testamencie – znaleźliśmy w jej pokoju, faktycznie, spisany na dodatek w dniu urodzin mojej żony, 3 lata temu. Serce aż ściskało, kiedy czytaliśmy to charakterystyczne pochylone pismo, którym przez tyle lat Mama wpisywała dedykacje w książki, jakimi nie raz nas obdarowywała (zawsze ciesząc się, że obydwoje lubimy czytać), czy zwykłe kartki w kuchni, kiedy wychodziła wcześniej do pracy – to i to macie na obiad, kupcie to, zdzwonimy się w dzień, ściskam Mama. Ciągle mam w telefonie jej numer – zgodziła się na komórkę dopiero, kiedy zachorowała – i sporo smsów sprzed 2-3 dni przed jej odejściem. Przejrzeliśmy jej skrzynkę mailową – żeby sprawdzić, z kim utrzymywała kontakt, i powiadomić o jej odejściu i pogrzebie. Niesamowite było to, że wiele maili pomijała, ale otwierała każdy ode mnie, szczególnie ze zdjęciami Dominiczka. Dostaliśmy bardzo dużo kondolencji – piękne było to, że zupełnie różni, znani z innych sytuacji życiowych (szkoła, studia, praca, po prostu przyjaciele) opisywali Mamę w ten sam sposób, wskazując na te same cechy charakteru – nie żadne ogólniki i laurki, ale konkrety. 
Jedna z przyjaciółek napisała, że w ostatnim mailu, na 3 dni przed odejściem, Mama napisała, że „czas już odpocząć”. Czy coś przeczuwała? Czy czuła, co się zbliża? Nie wiem, i pewnie się nie dowiem. Na pewno miała świadomość, że rak mózgu to w pewnym sensie kwestia czasu, zanim człowiek odchodzi. Lekarze kazali być dobrej myśli – ale mam wrażenie, że swoje mogli wiedzieć i rozumieć, że koniec się zbliża; nie mam im tego w ogóle za złe, Mama do końca była pełna woli życia, zawsze mówiła, że „jak już zwalczę to świństwo, to…” – miała dużo planów, chciała więcej czasu spędzać z naszym małym…. i nie zdążyła. Pan Bóg zdecydował inaczej. 
Teraz tak sobie myślę, że nigdy bardziej niż w tamtych dniach w Niego nie wierzyłem – może to zabrzmi paradoksalnie. To odejście Mamy nie spowodowało u mnie kryzysu wiary w tym sensie, że zanegowałem Jego samego i wszystko, w co dotąd wierzyłem. Wściekałem się na Niego, złorzeczyłem, próbowałem zrozumieć – dlaczego tak, dlaczego teraz – ale równocześnie wierzyłem, że w tej chwili Mama jest już tylko w cieniu Jego rąk, w blasku Jego miłosiernego spojrzenia. Że w Nim właśnie znajduje ukojenie i swoją przystań, do której tak naprawdę zawsze zmierzała – wychowując nas na ludzi bynajmniej nie idealnych i genialnych, ale mam nadzieję mądrych, o kręgosłupie moralnym, pewnych wartościach, którym od małego wpajano, że trzeba być, a nie mieć i to przede wszystkim dla innych, że nie można wstydzić się swoich poglądów, że trzeba umieć bronić swojego stanowiska, umieć się sprzeciwić temu, co złe – i tylu innych pięknych prawd. W tym tego, że człowiek po to ma serce i rozum, żeby z obydwu korzystać – wierząc, ale i myśląc. Dlatego tak strasznie lekko zrobiło mi się na sercu, kiedy we wtorek – miałem tego dnia 2 kolokwia, musiałem pójść – przyśniła mi się Mama i była po prostu uśmiechnięta. Dla mnie to znak, że znalazła odpowiedź na wszystko i jest już tam, dokąd wszyscy zmierzamy, szczęśliwa i ukochana przez Boga. 
Żegnaj, Mamusiu. Nie masz pojęcia – i ja chyba też nie – jak ciężko będzie żyć bez Ciebie, która od zawsze i zawsze po prostu byłaś obok. Ale wierzę i wiem, że jesteś tam u góry i patrzysz na nas. Mam nadzieję, jak to Ty zawsze mówiłaś, kiedy odwiedzaliśmy babcie na cmentarzu, że nie będziesz musiała się za nas wstydzić. 
Adieu. Do zobaczenia – z Bogiem i w Bogu. 

Owocujące stągwie

W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa.
Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło
wina, Matka Jezusa mówi do Niego: Nie mają już wina. Jezus Jej
odpowiedział: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie
nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie
wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych
przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić
dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: Napełnijcie stągwie wodą! I
napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz
i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli. A gdy starosta
weselny skosztował wody, która stała się winem – nie wiedział bowiem,
skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli –
przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia
najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś
dobre wino aż do tej pory. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie
Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.
Następnie On, Jego Matka, bracia i uczniowie Jego udali się do
Kafarnaum, gdzie pozostali kilka dni. (J 2,1-12)

W zeszłym tygodniu pisałem o Janie Chrzcicielu i cudzie, kiedy Bóg Ojciec wskazuje w momencie chrztu na Jezusa jako wybranego i umiłowanego Syna. Napomknąłem też o tym tekście – uważanym za pierwszy cud Jezusa przemienieniu wody w wino podczas wesela w Kanie – mówisz, masz: Kościół w swojej mądrości właśnie tym fragmentem w ramach II niedzieli zwykłej otwiera okres zwykły AD 2013.

Nie powiem nic odkrywczego stwierdzając, że kluczowa rola należy tu do Maryi. Obserwuje, widzi, reaguje – uderza do Syna. Nie ma wina – zaraz będzie draka. Wielu duchownych na wiele sposobów tłumaczyło te słowa, które padły w odpowiedzi ze strony Pana – droczył się? Chyba bardziej nie chciał działać spektakularnie, robić show. Stąd to jakby „temperowanie” Matki. Ona jednak w głębi serca wiedziała – Jezus zadziała, gdy przyjdzie pora. Stąd polecenie do sług – którzy jednak specjalnie pewnie nie mieli powodu do zdziwienia: skoro stągwie miały służyć do oczyszczeń, to logicznym było, iż powinna się w nich znajdować woda. Co innego – gdyby ktoś później zauważył, że ze stągwi pełnych wody nalewa się gościom weselnym wino… Oczywiście, wino – ten specyficzny prezent weselny Jezusa – okazało się o wiele lepsze od uprzednio przygotowanego. Cud? Pewnie tak. Być może nie głośno opiewany, ale słudzy na pewno podali dalej informację o tym, że wino prawie dosłownie „spadło z nieba”.

Tak naprawdę dla człowieka wierzącego, poza ciekawym tłem, wątkiem i zbożną opowieścią, kluczowe wydaje się jedno proste zdanie, i to nawet nie Jezusa, a Maryi. Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Kościół przytacza je nie inaczej, a właśnie dlatego, że to dobra rada dla każdego z nas. Mamy w życiu wybór. Możemy stać jak te kruche naczynia gliniane (o których mowa w jednym z listów Pawła), albo możemy współpracować z łaską i pozwolić się wykorzystać jak te masywne stągwie kamienne, napełnione przez Boga – czym? Łaską właśnie, błogosławieństwem – tutaj przybrało ono postać wina, bo w chwili niewątpliwej radości było ono być może jedynym, czego brakowało. Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale co może być lepsze nad niesienie Boga innym? W Jego bezpośredniej bliskości, dotykając Go na ile to możliwe – iść, nieść i głosić.

Bardzo dobrym uzupełnieniem jest tutaj II czytanie (1 Kor 12,4-11), gdzie Paweł mówi o różnych darach łaski właśnie, ale o jednym motorze napędowym tego wszystkiego – o Duchu. Czytanie, które można by streścić słowem – piękno w różnorodności. Po prostu nasze, ludzkie powołanie. Nie do mierzenia się nawzajem, porównywania, oceniania – ale możliwość, siły i umiejętności do bycia wyjątkowym będąc po prostu sobą i robiąc użytek z tego, co On mi dał. Nie lepszym, nie gorszym od tego czy tamtego – normalnym, własnym, wyjątkowym. I tą właśnie drogą, będąc na swój wyjątkowy sposób stągwią kamienną wypełnioną po brzegi Bogiem, owocować.

>>>

Wczoraj wieczorem Pan odwołał do siebie kard. Józefa Glempa, wieloletniego Prymasa Polski i metropolitę warszawsko-gnieźnieńskiego, wcześniej biskupa warmińskiego. Kiedy teraz o tym myślę – pewnie dochodził do kresu życia mniej więcej wtedy, kiedy w mediach były podane informacje o pogorszeniu się jego stanu zdrowia i prośbie e strony następcy – kard. Kazimierza Nycza – o modlitwę za chorego.

Mój sposób postrzegania zmarłego ewoluował. Dziś myślę, że to był człowiek, który lepiej niż to się na pierwszy rzut oka wydaje odegrał swoją rolę, bądź co bądź, w bardzo trudnych dla Polski i polskiego Kościoła latach. Miał prawo być przytłoczony poprzednikiem – Prymasem Tysiąclecia i jego przeszło 30-letnią posługą, a równocześnie czuł wsparcie z Watykanu, dzisiaj błogosławionego już, Jana Pawła II. A jednocześnie – musiał sprostać nowej rzeczywistości, kiedy po obaleniu komunizmu siły wrogie Kościołowi nie dały się już tak jednoznacznie wskazać i nazwać, kiedy człowiek miał coraz większe problemy z mądrym zagospodarowaniem wolności. Do tego – z pewnością trauma i rana związana z historią, również błogosławionego dziś, ks. Jerzego Popiełuszki, księdza z jego diecezji. Kiedyś można mu było zarzucić zbytni konserwatyzm – czy jednak słusznie?

Dzisiaj odpoczywa w Bogu.

>>>

Jakoś mnie wzięło – czytam od początku trylogię Grosera. Najnowszą, czwartą książkę „Jezus z Judenfeldu” już przeczytałem. Normalnie jak Gwiezdne Wojny – najwcześniejsza część pojawia się ostatnia. I pięknie wpisuje się w całość – tylko że doświadczenia tym razem niemieckie, dość ekumeniczne. Nie znoszę tylko tych grzegorczykowych zakończeń. Bardziej wieloznaczne by być nie mogły.

Jezus jaśniejący w świętych

Zamiast tekstu ewangelii – piękna muzyka, która 12 lat temu zjednoczyła bardzo różnych artystów (m. in. Czesława Niemena, którego nie ma już z nami) w modlitwie dla Jana Pawła II, dzisiaj już błogosławionego. 
Żadne święto zmarłych – dzisiaj po prostu większość z nas udaje się na groby bliskich na cmentarze, bo jest wolny dzień, a jutro każdy biega do swoich zajęć. Świętowanie zwycięstwa Jezusa, jaśniejącego we wszystkich, którzy odpowiedzieli na Jego zaproszenie, i poprzedzili nas w drodze do świętości, którą przeszli do samego końca – do Niego samego. To się pięknie zazębia, bo w większości wierzymy, że nasi bliscy, którzy odeszli, do tego grona wszystkich świętych należą, i czekają na nas – więc to cmentarne wędrowanie nabiera zupełnie innego wymiaru. 
Z jednej strony szukamy dzisiaj wspomnień, wracamy pamięcią do tych bliskich nam osób, wspominamy wspólne chwile – z drugiej zaś strony z całego serca prosimy Pana, aby dane nam było spotkać się z nimi, dotrzeć do tego samego miejsca, do celu naszej wędrówki – byśmy wszyscy razem odnaleźli się w Bogu. Jak, kiedy, w jaki sposób się to odbędzie – nie wiemy, co wyjaśnia nam św. Jan (1 J 3,1-3), ale nie mamy wątpliwości, że to nastąpi. Póki co, jesteśmy przekonani o pięknej rzeczywistości nazwanej przez Kościół obcowaniem świętych – jedną z prawd naszej wiary, która pozwala odczuwać namacalnie obecność wszystkich, którzy w Bogu już zwyciężyli, i teraz patrzą na nas, wspierają nas. Jak to pięknie dzisiaj tłumaczył w czasie audiencji papież Benedykt XVI – jak te ziarna, które po ludzku co prawda obumarły, ale po to, aby zaowocować w sposób najlepszy i w najlepszym możliwym kierunku: ku niebu. Oni bez wątpienia są błogosławieni – bo święci, zanurzeni w Bogu najbardziej jak to możliwe. Tak, otwarcie się na Jego błogosławieństwo = świętość. 
Jak co roku, serwisy internetowe serwują wyliczanki zmarłych celebrytów. Hanuszkiewicz, Villas, Havel, Jarocka, Szymroska, Houston, Smolarek, Mec, Suzin, Chrzanowski, Summer, Stuligrosz, Gibb, Kulej, Łapicki, Armstrong czy Gintrowski wymieniani są dzisiaj jednym tchem – tak to jest, ostatecznie po śmierci wspomina się ich głównie właśnie w tym dniu. Ale może to i dobrze – Bóg jeden wie, czy i jak bardzo potrzebują naszej modlitwy. Nie warto im jej żałować. Sami też być może będziemy jej kiedyś potrzebowali. 
Na marginesie – nie wiem, po co niektórzy na te cmentarze się wybrali. Naprawdę. Rewię mody to można zrobić gdziekolwiek (rozumiem, dzisiaj galerie handlowe zamknięte, więc jest problem), pokrzyczeć przez telefon także, poprzepychać się również. No chyba że komuś frajdę sprawia stanie w korku, wyzywanie innych stojących w tym samym korku, albo złorzeczenie służbom odpowiedzialnym za logistykę dojazdów do naszych nekropolii. Tylko jak po czymś takim iść na czyjkolwiek grób, a jeśli już tam stanąć – to po co?
Nie jest sztuką zakończyć dzisiejszy dzień na kilku ckliwych wspomnieniach nad mogiłami rodziny czy przyjaciół. Wspomnienia to ta część sentymentalna, dla nas – żywych – dzisiejszy dzień to wołanie o odwagę świętości, odwagę bycia świętymi w naszej codzienności, już tutaj i teraz, nie czekając na lepszy, bardziej dogodny moment. Wspierają nas w tym także nasi zmarli – święci – o których jedna z prefacji mówi, że „przykład świętych nas pobudza, a ich bratnia modlitwa nas wspomaga”. Piękny łańcuch modlitwy – my za nich, oni za nas. Nawet najbardziej wytrwała modlitwa tu nie wystarczy – poza tym trzeba umieć świętość w sposób praktyczny zastosować w swoim życiu, w stosunku do siebie i do innych. Ja to sobie w bardzo prosty sposób przekładam, może w pewnym sensie upraszczając – kiedy modlę się przy grobach dziadków, zawsze mówię sobie: babciu, dziadku, żebyście wy się za nas tutaj nie musieli wstydzić…

Do-czekanie

Nigdy nie przypuszczałem, że przed 30-stką przyjdzie mi wracać do rodzinnej dzielnicy na pogrzeb rodziców kolegów ze szkoły podstawowej. A jednak…
 
We wtorek byłem na pogrzebie ojca jednego z najlepszych kumpli z podstawówki. Fakt, od jej ukończenia lat minęło -naście, relacje się – delikatnie mówiąc – rozluźniły, jednakże stwierdziłem, że powinienem tam być. Trudno, urwałem się z zajęć, i przyjechałem. Ładny słoneczny dzień, ciepło jak na jesień, pięknie wręcz – a takie przykre okoliczności.
 
Tragiczna historia – niespełna 54 lata, pojechał człowiek na ryby i już nie wrócił. Tzn. wracał, ale do domu nie dojechał, bo jakiś dzielny i brawurowy kierowca postanowił, że jego przepisy nie obowiązują, jechał środkiem i go, dosłownie, staranował. Uderzył samochodem tak, że tatę kolegi praktycznie zmiażdżył. Jedno dobre, że się człowiek nie męczył, zmarł od razu. Została żona, która spędziła z nim większość życia, syn i nastoletnia córka. Wszystko takie nierzeczywiste, nierealne.
 
Uroczystość była kameralna, ale bardzo piękna – mam na myśli Mszę, bo na pogrzeb nie mogłem pojechać. Proboszcz mówił ciut za długo, ale naprawdę mądrze i na temat (różnie z tym bywa). Żona zmarłego uczy w okolicznej podstawówce, więc pojawiło się troszkę nauczycielek – miło, że były, miło było mnie zobaczyć te osoby. Rodzina, sporo, no i przyjaciele dzieci.
 
Taka śmierć to niesamowite kazanie – mówione przez odchodzącego do nas, jako tych, którzy pozostają. Ewangelię słuchaliśmy na temat czuwania i gotowości. Mam takie głębokie przeświadczenie, że zmarły słuchał jej razem z nami, tylko z tej drugiej strony – zanurzony już w Boga tak mocno, jak to tylko możliwe, możliwe po śmierci. Zrozumiałe jest, że w takiej sytuacji – szczególnie ze strony najbliższych – padają pytania o sens, o cel, o przyczynę takiego zdarzenia; czemu on, czemu teraz, po co? Tylko że na to nie odpowiemy. To nas przekracza, przerasta.
 
Natomiast możemy i w takim kontekście powinniśmy zadać sobie pytanie o siebie, o to, co będzie, jeśli nas taka sytuacja spotka – i nagle nić życia po prostu się urwie, niekoniecznie w tak tragicznych okolicznościach. Wtedy nie będzie drugiej szansy – staniemy oko w oko z Bogiem, czy w niego wierzę, czy nie, bo tylko On tam jest. Gotowość to takie mądre i wymagające słowo – jednak w kontekście tego, o co prosi i co sugeruje Pan, nie stanowi czegoś niewykonalnego. Bo być gotowym to po prostu żyć z Nim, żyć z Bogiem i w Bogu – a nie obok, negując Go albo odsuwając jako folklorystyczny dodatek, taki kwiatek, o którym przypominam sobie przy niedzieli, święcie, ślubie, komunii czy – o, właśnie – pogrzebie. Gotowość to przejaw tej mądrości, która pozwala dobrze przeżyć życie, a przede wszystkim dobrze żyć – tu i teraz – bez względu na to, co czeka za zakrętem.
 
W zasadzie to jest całkiem logiczne – skoro w Niego wierzę, to czemu miałbym odwlekać i odsuwać od siebie, zostawiając na później, to, co powinno być nie tylko odległym celem, ale przede wszystkim pragnieniem i wyczekiwaniem mojego życia – moment spotkania ze Stwórcą, od którego każdy z nas pochodzi i każdy z nas zmierza. Chór TGD w jednym ze swoich kawałków śpiewa: „Oczekuję Ciebie, Panie, jesteś mym oczekiwaniem”…
 
Wierzę, że zmarły tata kolegi też na swój sposób oczekiwał, a tamto tragiczne wydarzenie sprzed kilku dni stało się dla niego prezentem, niespodzianką – takim do-czekaniem. Przeżył swoje oczekiwanie i Bóg przyjął Go do swego domu. O niego się nie martwię – nie mógł trafić w lepsze ręce. W tej sytuacji proszę za nich – za żonę, za kolegę i siostrę – aby On sam był dla nich ukojeniem, aby w ich skołatane i poranione tą śmiercią serca zesłał pokój, jaki tylko On może dać człowiekowi.

Chyba nie o to chodzi

Takie kilka luźnych myśli na kanwie głośnej medialnie sprawy ekshumacji śp. Anny Walentynowicz, której ponowny pochówek rozpocznie się niebawem i to nie tak daleko znowu od miejsca, gdzie piszę te słowa. 
Ja rozumiem rozgoryczenie rodzin tych ludzi, którzy zginęli pod Smoleńskiem i wolałbym nie wyobrażać sobie, jak ja bym na taką sytuację zareagował. To wielka tragedia, i tylko pogłębić ją może fakt, iż po 2 z okładem latach po tamtym dniu okazuje się, że identyfikacja ciał pasażerów samolotu odbywała się w sposób niedbały, nie dochowano w tym zakresie należytej staranności, i na skutek błędów – Polaków, Rosjan, z pewnością władz – okazuje się dzisiaj, że w trumnie pani Walentynowicz złożone były szczątki kogoś innego. Nie sposób tutaj mieć pretensje do rodzin, które niekiedy w strasznym stanie psychicznym stawiały się tam i próbowały identyfikować swoich bliskich, chcąc w możliwości choćby w tych doczesnych szczątkach w jakiś sposób ukoić swój ból, móc na swój sposób pożegnać tych, którzy w tak dramatycznych okolicznościach odeszli. 
Natomiast nie rozumiem medialnej zawieruchy wokół tego, szczególnie w kontekście faktu, iż wiele osób zaangażowanych w te kwestie uważa się za wierzących, chrześcijan i katolików. A dla nas nie tyle ciało, ale dusza jest ważna. Owszem, kiedyś – może i nie tak dawno – zmartwychwstanie ciał rozumiane było bardziej niż dosłownie, pytanie jednak: co wtedy ze zmarłymi, których ciała z jakiegoś powodu po prostu rozłożyły się, zdematerializowały, choćby przez upływ czasu? Nie można jednoznacznie powiedzieć, jak to nastąpi – wydaje mi się, że w tym zakresie Pan Bóg z pewnością szykuje jakąś niespodziankę, która nawet przy najśmielszych rozważaniach nam się w głowach nie mieści. Czym będą nasze nowe, duchowe ciała? Zobaczymy. Czy będzie można mówić w jakikolwiek sposób o materii, ciele, czy będą one miały cokolwiek wspólnego z tym, co my dzisiaj po ludzku jako materię i ciało rozumiemy? 
Bo w tej sytuacji dzisiaj – przy pełnej świadomości błędów popełnionych przy identyfikacjach i tego, że nie dochowano przy tych czynnościach staranności – mam wrażenie, że medialne show robi się dla jakiś bliżej niejasnych powodów, ot, żeby zaistnieć. Żałoba trwa w sercu, tęsknota i pamięć także tam pozostają. Należy uchybienia sygnalizować i domagać się konkretnych działań władz w ich zakresie – czy jednak wracanie do tego w pomysłach typu konieczności dokonania ekshumacji wszystkich ciał ofiar to właściwe działanie? Wydaje mi się, że szacunek dla tych właśnie konkretnych zmarłych – w takich a nie innych okolicznościach – sprowadzać powinien się do przysłowiowego pozostawienia ich w spokoju, złożonych w grobach (nawet w innych trumnach), a skupienia sił na modlitwie w ich intencji i dochodzenia do przyczyn tego, co faktycznie spowodowało tamtą tragedię. Te ekshumacje nikomu nie pomogą, życia zmarłym nie przywrócą. Modląc się – całym Narodem – w różnych miejscach Polski za ofiary smoleńskie w dniach ich pogrzebów nie mam żadnej wątpliwości, że pożegnaliśmy ich godnie i w sposób po prostu dobry. 
Teraz jest czas troski o ich dusze, o ich zbawienie – modlitwy w tej intencji – a nie prób dokopania władzy (nawet w części słusznie) czy zdobywania medialnego kapitału na pomyłkach przy identyfikacji zwłok. To nie tylko moje zdanie. Był taki jeden, Jezus się nazywał, który mówił, żeby pozostawić zmarłym grzebanie umarłych, a Ty idź i głoś Królestwo Boże. Myślę, że pierwszymi, którzy by przyznali rację tym słowom, byli by ci, o których mowa, zmarli – tak naprawdę zanurzeni w Bogu, do końca. 
(tekst jednoznacznie zainspirowany artykułem „Co będzie po śmierci” Jana Turnaua z Metra z 28.09.2012)

Karol – człowiek, który nie został papieżem

Tytuł banalny, przypisywany rzekomo x Adamowi Bonieckiemu z jego tekst sprzed lat, na dniach wykorzystany również przez Gazetę Wyborczą. Ale jakże bardzo trafnie opisujący wielkiego człowieka, który odszedł do Pana dokładnie tydzień temu.
+ kard. Carlo Maria Martini SI (1927-2012)
Mam na myśli Karola Marię Martiniego SI, kardynała tytularnego kościoła s. Cecilia, przeszło 20 lat metropolity Mediolanu. Rocznik 1927, w Towarzystwie Jezusowym od 17 roku życia. Doktor teologii i biblistyki – jednoznacznie kojarzony jako egzegeta. Wyświęcony w 1952 r., profesję wieczystą złożył 10 lat później. Wykładowca i rektor Papieskiego Instytutu Biblijnego, później rektor Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego. Rekolekcjonista papieski z 1978 r. W grudniu 1979 r. mianowany metropolitą Mediolanu, konsekrowany w święto Przemienienia Pańskiego następnego roku osobiście przez bł. Jana Pawła II. Wieloletni sekretarz generalny Światowego Synodu Biskupów, przewodniczący Rady Konferencji Episkopatów Europy, kilkukrotny specjalny wysłannik Papieża z Polski do różnych miejsc świata. Z uwagi na postępującą chorobę Parkinsona w 2002 r. odszedł na emeryturę, osiadając w ukochanej Jerozolimie w prostym jezuickim domu zakonnym. Ostatnie lata życia spędził we Włoszech, zmarł w domu swego zakonu jezuitów w Gallarate w północnych Włoszech.
Piękne i trudne słowa wybrał na swoje zawołanie biskupie: Pro veritate adversa diligere, Dla prawdy kochać przeciwności. Wiele tych ostatnich go spotkało w życiu, wiele doznał niezrozumienia. Jak podaje portal deon.pl, papież Benedykt XVI opisał zmarłego w sposób następujący: „całe życie zmarłego purpurata najtrafniej podsumowują słowa Psalmu: „Twoje słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce”. Tą ścieżkę wskazywał innym, nie ograniczając się tylko do diecezji mediolańskiej i tych, którzy przychodzili do kościołów, ale szukał dróg do dotarcia właśnie do całej reszty – obojętnych, porzuconych, czy nawet w ogóle nie mających z Kościołem nic wspólnego.
Słusznie jest uznawany za wielkiego orędownika dialogu między ludźmi wszelkich nacji, przekonań, bez względu na dzielące ich bariery. Rabin Rzymu 97-letni Elio Toaff w wydanym po jego śmierci oświadczeniu napisał, że włoski hierarcha był „jednym z najbardziej światłych głosicieli i zwolenników filozofii dialogu między chrześcijaństwem a judaizmem”.
Carlo Maria Martini szukał porozumienia ze światem na poziomie języka i komunikacji. Jego teologia wchodziła w interakcję z nowoczesnością. Pogadanki w Corriere della Serra, czyli odpowiedzi kardynała na pytania stawiane przez czytelników były popisem erudycji i kultury teologicznej. Duchowny w prosty sposób objaśniał najbardziej zawiłe kwestie dotyczące śmierci, dogmatów, liturgii czy seksualności. – Wielu z nas, obserwując wydarzenia ostatnich czasów, wielkie katastrofy naturalne, a także wojny i przejawy nienawiści – pisał – odnosi wrażenie, że zbliża się koniec świata. Ten świat – komentował – któregoś dnia musi się skończyć, zresztą potwierdza to nauka, ponieważ słońce zbliża się do swego nieuchronnego zachodu. Chrześcijanin ma pewność, że Bóg przyjdzie mu z pomocą – twierdził teolog wierząc, że otoczenie laickie nie jest wrogiem Kościoła, ale jego partnerem w postępie ludzkości. Kardynał tłumaczył braciom w biskupstwie, że rozumne przekonywanie i szanowanie reguł świeckości są gwarantem spokojnej i silnej obecności Kościoła. Odważnie poruszał najgorętsze tematy dialogu chrześcijaństwa ze światem laickim. Dzisiaj nie trudno podzielić pogląd Benedykta XVI, że Kościół zmierza w kierunku wspólnoty coraz mniejszej, ale bardziej zaangażowanej, czynnej, ludzi naprawdę żyjących wiarą; a kard. Martini chciał ten Kościół otworzyć, przybliżyć coraz dziwniejszemu i bardziej zlaicyzowanemu światu. 
Paradoksalnie, gdyby konklawe po śmierci Jana Pawła II odbyło się 10 lat wcześniej, w gdzieś w połowie lat 90., kard. Martini miał duże szanse na zostanie jego następcą. Wtedy jeszcze w sile wieku, w 2005 r. również typowany na jednego z papabili, zaprzeczał jednak wszelkim spekulacjom. Po prawdzie, wówczas nie miał już szans – po odejściu jednego papieża, który w dużej mierze zmarł z powodu choroby Parkinsona, kardynałowie nie zdecydowali by się raczej na wybór kolejnej osoby, cierpiącej na to schorzenie w stopniu bardziej już niż widocznym. 
Szerokim echem odbił się jego wywiad-rzeka z Umberto Eco, agnostykiem, zatytułowany „W co wierzy ten, kto nie wierzy?”. Mówił w niej: „Słusznie przywołuje Pan cel tej naszej epistolarnej rozmowy. Chodzi nam mianowicie o zakreślenie wspólnego dla laików i katolików pola dyskusji obejmującego również punkty, w których nie ma zgody. Zwłaszcza te, z których powstają głębokie nieporozumienia, znajdujące wyraz w konfliktach na płaszczyźnie politycznej i społecznej.”
Zaskakiwał otwartością, jednak – niestety, błędnie – zarzucano mu przekraczanie granic (tak jak tutaj – pomijając fakt, że – wbrew tytułowi – zmarłemu poświęcono niewielką część tekstu z kwietnia 2012 r.). Postulował dopuszczanie stosowania prezerwatyw w sytuacjach ekstremalnych, gdy jedno z małżonków jest zakażone („Z pewnością użycie prezerwatywy może w pewnych sytuacjach być mniejszym złem. Chodzi tutaj o szczególną sytuację małżonków, spośród których jeden małżonek jest zarażony AIDS. Każdy jest zobowiązany do ochrony drugiego współmałżonka, który z kolei powinien być zdolny do ochrony siebie”). Nazywał wprost dyskryminacją stosunek w Kościele do osób rozwiedzionych – trudno się z tym nie zgodzić, obecnie w Polsce rozkwitają duszpasterstwa takich osób, szczególnie pod egidą dominikanów i jezuitów, jednakże wydaje się to być kroplą w morzu potrzeb; nie chodzi tu o żadne uproszczenia i udawanie, że problemu w związku z rozwodami nie ma – brakuje jednak akcentowania tego, że rozwód nie przekreśla człowieka, że Bóg nadal jest dla niego, kocha go. Zarzucono mu pochwałę parad gejowskich – czego nigdy nie uczynił, sugerując jedynie, iż samo zjawisko homoseksualizmu i próby zaistnienia medialnego należy umieć zrozumieć (bynajmniej nie akceptować) jak fakt, i tylko w takim zakresie – jako faktu – mówił o związkach homoseksualnych. Bo istnieją, są faktem. Gdzie tu herezja, o którą zmarłego oskarżano? To fakt, a kwestia jego oceny to zupełnie inna sprawa. Wzywał do tolerancji, nie do akceptacji – czego wielu nie rozumiało. Otwarcie sprzeciwiał się postawieniu znaku równości pomiędzy homo związkami a rodziną. 
Jak to ujął o. Dariusz Piórkowski SI, „niektórzy, wyciągając wypowiedzi Kardynała z szerszego kontekstu, próbują go zdyskredytować, ośmieszyć i zaliczyć do ukrytych wrogów Kościoła, rozmontowujących go od środka. Najbardziej smutne jest to, pomijając brak szacunku dla zmarłego, iż nie próbują zrozumieć, co rzeczywiście Kardynał miał na myśli, lecz powtarzają obiegowe opinie i półprawdy, by mieć pożywkę dla swoich lęków. To jest wykwit mentalności, która działa zgodnie z zasadą „dajcie mi winnego, a ja znajdę paragraf”. Prawdą jest, zdarzały się uproszczenia – które osobom klasyfikującym na zasadzie: czarne albo białe, dobre albo złe, mogły wydać się znaczącymi coś innego niż to, co miał na myśli autor. 
Narażał się także hierarchom Kościoła o zamkniętych horyzontach. W opublikowanej niedawno niewielkiej książce «Biskup» kard. Martini pisze: «Niech żaden biskup nie sądzi, że będzie skutecznie kierował powierzonymi mu ludźmi wielością poleceń i dekretów, zakazów i negatywnych sądów. Niech skupi się raczej na duchowej formacji, rozbudzając zamiłowanie do Pisma Świętego, niech przedstawia pozytywne racje naszego działania według Ewangelii. Uzyska w ten sposób dużo więcej niż surowym nawoływaniem do przestrzegania norm». Sama prawda – ale czy każdy biskup chciał ją słuchać? 
W (niewydanej w Polsce) książce „Nocne rozmowy w Jerozolimie. O ryzyku wiary” wskazywał na negatywne efekty encykliki „Humanae vitae” Pawła VI – nie krytykując, ale wskazując, iż rozumiał zamysł papieża Montiniego, jednakże przyznać należy, iż przyniosła ona również zło w postaci choćby tego, że po jej wydaniu, na skutek tak a nie inaczej przedstawionego konkretnego stanowiska, Kościół przestał być postrzegany na serio. Stanowisko papieża było właściwe, jednak zabrakło wyjaśnienia, tłumaczenia. Nie każdy ją zrozumiał, wielu z tych, którzy jej nie zrozumieli, zdystansowała jeszcze bardziej od Kościoła. Stąd sugerował kontynuację i nową encyklikę, wyjaśniającą sprawę. 
Jego propozycja życia była bardziej niż prosta: cisza i modlitwa Pismem Świętym, bo – jak mówił – nie ma lepszego sposobu rozmowy z Bogiem aniżeli dialog z Jego słowem w Ewangelii. 
Przede wszystkim jednak był realistą. Te słowa mogą boleć i smucić, ale są po prostu prawdziwe. „Kiedyś miałem marzenia o Kościele. Marzył mi się Kościół, który postępuje swoją drogą w ubóstwie i pokorze, Kościół, który nie zależy od potęg tego świata. Marzyłem, że zniknie nieufność. Marzyłem o Kościele, który daje przestrzeń osobom zdolnym do myślenia w sposób otwarty. O Kościele, który daje odwagę tym przede wszystkim, którzy czują się mali albo grzeszni. Marzyłem o Kościele młodym. Dziś już nie mam tych marzeń. Kiedy osiągnąłem 75 lat, postanowiłem się za Kościół modlić”. Kościół jest, jaki jest, ale trzeba się za niego modlić… choćby właśnie po to, aby dla nas albo dla tych, co przyjdą po nas, był lepszy, bardziej otwarty na ludzi z ich problemami. 
On sam stoi już przed obliczem Pana, i nie mam wątpliwości, że jest tam szczęśliwy. To był wielki człowiek, na miarę Kościoła, i na miarę problemów tego Kościoła z jego (zmarłego) i naszych czasów; problemów, których nie bał się dotykać i z którymi mierzył się, zamiast udawać, że ich nie ma. Oby znaleźli się dzisiaj i w przyszłości ludzie o tak szerokich horyzontach, o podobnym spojrzeniu, wrażliwości i uporze – dla dobra zarówno Kościoła, jak i świata. Tacy ludzie są po prostu potrzebni. Kościół musi iść do przodu – nie tyle ścigać się z nowoczesnym światem, co próbować być przez niego zrozumianym, przede wszystkim wykazać wolę, chcieć temu światu coś zaproponować. Samo bycie to dzisiaj trochę mało. 

Odszedł biskup Jan Bernard

Jezus ukazawszy się Jedenastu rzekł do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie. Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły. 
(Mk 16,15-20)

Pierwotnie miałem pisać o czym innym, ale trudno – w momencie, kiedy odszedł człowiek takiego formatu co śp. bp Jan Bernard Szlaga, ordynariusz diecezji pelplińskiej, którego dzisiaj rano Pan powołał do siebie. 
Jego życiorys nieco odbiega od przyjętego dzisiaj (niestety…) biogramu biskupa. Bo był duszpasterzem, choć także naukowcem. Urodzony w Gdyni, ochrzczony zresztą w parafii bardzo nieopodal mojej obecnej, uczył się w tym mieście i Wejherowie. Studia seminaryjne odbył w WSD w Pelplinie, ówczesnej diecezji chełmińskiej (na czele której niespełna 30 lat później, już jako diecezji pelplińskiej, w 1992 r. miał stanąć jako biskup) i święcenia kapłańskie przyjął w 1963 r. Pracował w parafiach w Łęgu i Jabłonowie Pomorskim. Następnie studiował biblistykę na KUL (1965-1969) i Rzymie (Papieski Instytut Biblijny, 1972-73). Szybko zdobywał kolejne stopnie naukowe – doktorat w 1970 r., habilitacja już 6 lat później (nagrodzona nagrodą rektora KUL), w 1984 r. tytuł profesora. Pełnił ważne funkcje na uczelni – jako prodziekan i dziekan Wydziału Teologii KUL, a także prorektor. Wykładał także w WSD w Lublinie, WSD w Pelplinie, Uniwersytecie Toruńskim i Uniwersytecie Gdańskim. Od 1988 sufragan chełmiński jako biskup tytularny Masculi, po reorganizacji polskich struktur kościelnych w 1992 został pierwszym biskupem pelplińskim, którą to funkcję pełnił do końca swoich dni, przez 20 lat. Od kilku lat zmagając się z ciężką chorobą, która ostatecznie go pokonała. 
Ja biskupa Jana Bernarda pamiętam i kojarzę, poza uroczystościami święceń kapłańskich, w których brał udział, z corocznych (z wyjątkiem kilku ostatnich lat) Mszy Świętych dla studentów Trójmiasta, inaugurujących dany rok akademicki – na których wygłaszał niesamowite, proste, mówione z głowy homilie.  Urzekające i trafne, tak bardzo różniące się od tego, co coraz częściej zdarza się nam usłyszeć mówione/czytane z ambony. Nie bez powodu Msze te gromadziły takie tłumy. 
Czytając dzisiaj, w święto liturgiczne św. Marka, powyższe słowa Ewangelii, można uznać je za swego rodzaju piękne podsumowanie trudu i pracy życia śp. bp. Jana Bernarda, które dzisiaj dobiegło końca. On, wierny sługa Pana, połączył się dzisiaj z Tym, którego naukę całym życiem głosił. Nie da się ukryć, że swoje życie przeszedł naprawdę owocnie – wierzę, że otrzyma za nie obiecaną przez Boga nagrodę.