Nadzieja głośniejsza od strachu

Ten obrazek powyżej znalazłem chyba 01 listopada, tak sobie rozmyślając – jak to będzie. Nie, nie mam problemu z tym, czy „po drugiej stronie” odnajdę tych, których kochałem, za którymi tęsknię bo odeszli czy odchodzą – wierzę w to mocno. Ale w takich momentach powraca pytanie – no tak, ale co z pozostałymi? Co z innymi? A nawet… co, jeśli ktoś z tych mi bliskich nie osiągnął po śmierci zbawienia? 
I tu przychodzi z pomocą nieoceniony i uwielbiany przeze mnie „teolog nadziei” czyli o. Wacław Hryniewicz OMI w rozmowie z Marcinem Żyłą z jednego z ostatnich numerów TP pt. „Jasna strona śmierci” (polecam – na stronie TP udostępniają wiele tekstów w całości, w tym ten, wystarczy założyć konto). 
O tym, jak bardzo chcemy Boga upchnąć w nasze ramy ludzkich ograniczeń i postawić tamę dla Jego miłości, co do której równocześnie przyznajemy, że nie ma granic (sprzeczność dość oczywista, prawda?). O tej pięknej perspektywie, gdy człowiek – już po zamknięciu swojej drogi tutaj – sam zobaczy, jakby retrospekcję, to jaki był, co robił… i wtedy chyba nikt świadomie Boga nie odrzuci. O Bogu, który działa po coś, i jeśli uświadamia człowiekowi słabość i zło – to po to, aby ten mógł wyciągnąć wniosek i miał szansę dokonania dobrego wyboru, bo kara jako sama w sobie jest bez sensu. 
Kawałek tejże rozmowy poniżej (podkreślenia wyłącznie moje):
Te dwa światy – ziemski i wieczny – przenikają się, choć tego nie widzimy i nie możemy usłyszeć tak wyraźnie, jak słów Ewangelii. Jezus obiecał: „Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do końca świata” (Mt 28, 20). I mówił: „Zapewniam was, to, co uczyniliście jednemu z tych braci [i sióstr] moich najmniejszych, Mnie uczyniliście” (Mt 25, 40).
Tu jest właśnie ten styk życia i śmierci, wymiaru ziemskiego i boskiego. W drugim człowieku, który potrzebuje pomocy, spotykamy się z Niewidzialnym.
 

Dzieci jednak i tak nie przestaną pytać o zmarłych: gdzie oni są? 

Odpowiadajmy im: nie błąkają się. Człowiek zabłąkany to ktoś, kto stracił orientację, nie może znaleźć wyjścia, ma poczucie, że nikt nie wie, gdzie on jest. Zmarli są po stronie Boga, w nowym domu, gdzie „jest wiele mieszkań” (J 14, 2). Nie wydzielajmy im specjalnych miejsc. Może potrzebują jeszcze oczyścić się z tego, co złego uczynili? Muszą trochę poczekać?
 

Czy przeczuwają, jaki los ich czeka?

Czekają na Sąd. Ale wierzę, że będzie to Sąd życzliwy. Sędzią jest Bóg miłujący ludzi. Po śmierci każdy zobaczy, jakie było jego życie. Bóg, który jest Miłością i Światłością, pomoże mu je zobaczyć. Potępi to, co było niedobrego. Jeśli ukarze, to tak, aby kara nas uleczyła, poprawiła i nawróciła.
 

Kara nie będzie wieczna?

Bóg nie chce kary, która byłaby niegodna Jego samego. Kara, która nie ma żadnego celu – która wyczerpuje się w samej tylko czynności karania – do niczego nie prowadzi. To tylko my, ludzie, potrafimy karać i nie przebaczać. Ci, którzy odchodzą, pozostają w zasięgu Bożego wzroku, Jego niepojętej troski. Tam prawdziwie jednają się z tymi, których skrzywdzili. Przedzierają się do Bożego światła, są przez Boga przyciągani.
Teologowie uważali, że moment śmierci jest dla człowieka chwilą ostatecznej decyzji. Stoisz w obliczu śmierci, masz już większe rozeznanie niż za życia. Widzisz, że istnieje ta Niewidzialna Rzeczywistość. Decyduj się. W kościelnym nauczaniu ze śmierci uczyniono granicę możliwości nawrócenia.
Wiodący od początku chrześcijaństwa przez wieki nurt nadziei na powszechność zbawienia nie ogranicza decyzji do momentu śmierci. Przekonuje, że nawrócenie możliwe jest też później. Wierzę, że ze zmarłymi może być tak jak z niegrzecznym dzieckiem, któremu rodzice mówią: idź teraz do swojego pokoju, przemyśl, co niedobrego zrobiłeś lub zrobiłaś. Potem tata lub mama pukają do drzwi: następuje pojednanie, ucałowanie, łzy, radość. Nadzieja głosi, że spotkamy się wszyscy po drugiej stronie. To jest także moja życiowa nadzieja.
 

Spotkamy się tam wszyscy bez wyjątku?

Ten nurt myślenia ma w chrześcijaństwie swoich wielkich orędowników i poważne racje. Z biegiem lat widzę ich coraz więcej. Mowa w tym nurcie bowiem o nadziei, która ma swoje argumenty. Nie jest tylko ślepą, płytką nadzieją ufającą Bogu miłosiernemu i sprawiedliwemu. Nie jest wyrazem przekonania, że Bóg przebacza, „bo to jego zawód”. Bóg nie jest naiwnym tatusiem. Potrafi nie tylko przebaczać, ale i stawiać wymagania.
Jestem przekonany, że świadectw nadziei jest w Piśmie Świętym więcej niż tych o tzw. wiecznej Gehennie. Jeżeli Bóg dopuszcza jakąś karę, jest to kara w celu poprawy, nawrócenia, uzdrowienia. Inna kara naprawdę nie byłaby godna Jego miłosiernej sprawiedliwości i sprawiedliwego miłosierdzia.
Być może nie nadszedł jeszcze czas, który sprzyjałby takiemu życzliwemu spojrzeniu na myślenie o terapeutycznej karze dla grzeszników. Oficjalna doktryna Kościoła, opowieść o przerażającym piekle, pozostaje wciąż zawieszona nad wiarą i nadzieją chrześcijan. Ale nadzieja woła głośniej niż lęk i strach. Jestem tego pewien. Gdy było się blisko śmierci, pozostaje wtedy po prostu więcej ufności i zaufania dobremu Bogu.

Pragnienie obecności

Od wczoraj – radca prawny pełną gębą 🙂 Tak tylko na wstępie, bo ślubowanie złożone.

>>>
– Dobrze jest być w Bogu zakochanym.
– Terapeuci mówią, że jak kończy się zakochanie, to zaczyna się miłość. Ale do zakochania wracać trzeba. W życiu ojców duchowości Bóg często znika, milczy. Zapada ciemna noc wiary. To czas, którym interesują się i teologowie duchowości, i psychiatrzy. 
– Co wtedy dzieje się z człowiekiem?
– Cierpi z powodu milczenia Boga. Matka Teresa z Kalkuty mówiła, że to było trudne doświadczenie. Święta Teresa Wielka wiedziała, że niektórzy w ciągu tygodni przerabiali etapy duchowości, które ona przechodziła przez lata.
Czemu Bóg milczy? Jak to tłumaczy terapeuta?
Żeby dać szansę człowiekowi zdobycia się na bezinteresowną miłość. Ona jest po ludzku wbrew nadziei, nie niesie ze sobą gratyfikacji. I to jest doświadczenie Chrystusa na krzyżu. Najpierw dramatycznie woła: „Boże, czemuś mnie opuścił?”. Bóg milczy i w Jego życiu. Chrystus umiera i zdobywa się – już nie siłą emocji, ale swojej woli – by powiedzieć: „Pragnę”. Święty Augustyn mówił tu o akcie miłości: „Amo: volo ut sis” (Kocham: pragnę, abyś był). Chrystus, który umierając, nie doświadcza Boga, ostatnim aktem woli mówi: „Pragnę (abyś był)”. I w tym słowie spotykają się wiara, nadzieja i miłość.
– To „Pragnę” interpretujemy jako wolę zaspokojenia fizycznego pragnienia.
– To jest interpretacja żołnierzy rzymskich. A na krzyżu chodzi o akt miłości. W sytuacji, w której człowiek mógłby popaść w rozpacz i odwrócić się od Boga, Chrystus przekracza siebie i pragnie, by Dawca życia dalej był. Ojciec Richard Rohr, terapeuta, mówi, że „cierpienie, które nie uległo transformacji, ulega transmisji”.
– Czyli?
– Jeżeli nie przepracujemy cierpienia, naszych traum, to możemy ranić innych. Jeśli ktoś doświadczył przemocy, agresji, to będzie to odtwarzał w swojej rodzinie, Chrystus tak transformuje swoje cierpienie, że nikogo nie rani.
– A jak Chrystus przepracował rany?
W trakcie zmartwychwstania. Widzimy Chrystusa, który ma rany. One mu nie znikają, ale Go już nie bolą. Chrystus tymi ranami świeci. I to jest zaproszenie, żeby się swoich ran nie bać. Bo gdybyśmy nie mieli ran, nie mielibyśmy czym świecić po naszym zmartwychwstaniu. 

Kilka naprawdę ciekawych myśli z rozmowy Joanny Bątkiewicz-Brożek z dr. hab. n, med. Krzysztofem Krajewskim-Siuda pt. „Jak klucz do zamka” z GN. Z tym ranieniem innych – oj, z całą pewnością to prawda, bo pewne sprawy widzę po sobie. A przede wszystkich – genialne wytłumaczenie tego Jezusowego „Pragnę” na krzyżu – nie jako wyrazu zwątpienia, bezradności i porzucenia, ale wezwania i wyznania wiary z Boga, aktu miłości Boga-Człowieka do Boga Ojca. Kapitalna myśl. 

Przyzwoity

Już jakiś czas chciałem napisać coś o Władysławie Bartoszewskim – trudno było, bo przez pewnie 2 tygodnie od jego odejścia każdy o tym mówił i pisał. „Wielkim człowiekiem był”, jak to mówi poeta, i co do tego wątpliwości nie mam. Może i budził kontrowersje w ostatnich latach, szczególnie ze strony antagonistów Platformy Obywatelskiej. Na pewno natomiast był niezmordowanym człowiekiem, który poświęcił życie na propagowanie i dbałości pamięci o tym, co działo się w dramatycznych czasach II wojny światowej: to, czego on sam doświadczył na własnej skórze, co widział wśród najbliższych i tych obcych, a także może przede wszystkim postawy człowieka, który wyciąga prawidłowe wnioski i idzie dalej, będąc czytelnym świadkiem tej wyjątkowej karty historii.
Mnie urzekł – dosłownie – tekst Marka Zająca z TP pt. Zawody z historią (za darmo się rejestrujesz i bodajże 3 teksty w miesiącu można czytać w całości; ja polecam czytać całość TP, czy to na papierze czy na Kindle’u). Te cytaty poniżej to właśnie z tego wspomnienia. 

Lato 1942 r. Do mieszkania na Żoliborzu puka dwudziestokilkuletni mężczyzna. Sprężysty krok, wyprostowany jak struna, rozkazujący ton. To musi być przedwojenny oficer. Nie chce usiąść przy stole. Siada na parapecie, żeby z okna cały czas obserwować, co dzieje się na ulicy Słowackiego.
Jego rozmówca jest chudy jak przecinek. Nosi okulary z okrągłymi szkłami. Szybko i precyzyjnie odpowiada na pytania o rozplanowanie obozu Auschwitz. To ważny test. Potwierdzi, że chłopakowi można zaufać i dopuścić do konspiracyjnych tajemnic.
Ten starszy to Jan Karski. Emisariusz Polskiego Państwa Podziemnego, szykujący się do przerzutu do Londynu. Urodził się 24 kwietnia 1914 r.
Ten młodszy umrze 24 kwietnia 2015 r. Dokładnie w setną rocznicę początku rzezi Ormian, pierwszego z serii ludobójstw w koszmarnym XX wieku. Ludobójstwa, o którym wielu wciąż nie chce pamiętać. To Władysław Bartoszewski.  

Wiele osób – nie ukrywam, w tym ja sam – kojarzyłem go z hasłem „warto być przyzwoitym” (na swoją obronę dodam, że książkę pod tym właśnie tytułem kupiłem i już dość dawno przeczytałem). Tłumaczył i pokazywał swoim życiem, że to, co warto, nie znaczy, że będzie się opłacało. Doceniany w tej przyzwoitości – paradoksalnie – nawet w czasie uwięzienia, kiedy otrzymał 100% głosów w wyborach na tzw. starszego celi, pomimo wręcz kalejdoskopu ludzi, którzy w niej z nim siedzieli. 

Zanim na następnych kilkanaście dni straci przytomność, numer 4427 usłyszy jeszcze, jak lekarze naradzają się między sobą: – Weźmy go. Młody, może przeżyje. – Nie, nie mamy miejsc. – Mówię ci, bierzmy go. Jak przeżyje, to opowie.
I opowiadał. Aż do ostatnich dni Władysław Bartoszewski opętany był myślą o ocaleniu od zapomnienia wszystkiego, co tylko się da: wydarzeń, faktów, dat, adresów, nazwisk, rozmów. Przede wszystkim ludzi. Swą fenomenalną pamięć zamienił w gigantyczny serwer historii XX wieku. Jego dom na Mokotowie od piwnic po dach wypełniały książki, gazety, wycinki, dokumenty i fotografie. Gdy w październiku 1970 r. wkroczyło tam 18 funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, szukając dowodów jego współpracy z Radiem Wolna Europa, rewizja trwała… 27 godzin. Bezpieka wywiozła kilkaset kilogramów publikacji, maszynopisów, czasopism i notatek.
Kiedy po zwolnieniu z Auschwitz leży wycieńczony w łóżku, z obandażowanymi dłońmi, obozowe wspomnienia zaczyna dyktować harcerce Hance Czaki. Na podstawie jego relacji powstanie konspiracyjna broszura „Oświęcim. Pamiętnik więźnia”, pierwsza w historii relacja z miejsca, które zwać będą anus mundi. W następnych miesiącach, już jako pracownik Delegatury Rządu, Bartoszewski będzie skrupulatnie dokumentował okupacyjną codzienność i niemieckie zbrodnie. Po wojnie każdą chwilę na wolności, a potem każdy moment, gdy cenzura nieco popuści cugli – wykorzysta, żeby pisać o Polskim Państwie Podziemnym, o AK, o Zagładzie i pomocy Żydom, o Powstaniu Warszawskim. Przez wiele lat m.in. na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Zawsze zgodnie z maksymą jednego z jego mistrzów, prof. Stanisława Płoskiego: „Robić wszystko, co tylko się da, byle uczciwie”. Do legendy przejdą jego wykłady w opozycyjnym Towarzystwie Kursów Naukowych i na KUL, w latach 80. zaś na uniwersytetach w Monachium, Eichstätt i Augsburgu. Kisiel pół żartem, ale i pół serio napisze: „W Polsce wszyscy prócz Władka Bartoszewskiego wszystko zapominają”.
Jego książki to fundament wiedzy o wojnie i okupacji: „Ten jest z ojczyzny mojej” (wspólnie z Zofią Lewinówną), „Warszawski pierścień śmierci”, „1859 dni Warszawy”… Kolejną serię bestsellerowych publikacji zainicjuje, przede wszystkim we współpracy z redaktorką Małgorzatą Maruszkin i Michałem Komarem, u schyłku życia. Z pozoru to w większości przymiarki autobiograficzne – w istocie nieocenione źródło wiedzy o czasach i ludziach, którzy bez Bartoszewskiego rozpłynęliby się we mgle niepamięci.
Nie o wszystkich zdążył napisać. Pracował jeszcze nad jedną, dwiema książkami o bliskich sobie ludziach. Mówił, że po ich wydaniu może wreszcie umrzeć. Zresztą na śmierć szykował się od kilku lat. Krok po kroku porządkował archiwum. Co kilka dni, tygodni posyłał do Ossolineum we Wrocławiu kartony z dokumentami, książkami, listami, zdjęciami, obrazami, medalami, dyplomami, nagrodami… Kiedyś wiecznie tonął w papierach, ostatnio przyzwyczaił się do pustki.

Uznając za łaskę to, że dane mu było przeżyć obóz koncentracyjny, nie przestawał mówić o tych, którzy tyle, co on, szczęścia nie mieli, albo których bliscy tam zginęli. Nie potrafił pozwolić sobie na obojętność wobec dramatu wojny, który był jego udziałem. 
Przez ostatnie lata i miesiące powtarzał, że chciałby umrzeć w biegu, w pędzie. Jego życzeniu stało się zadość. Jeszcze w piątek przed południem pracował u siebie w gabinecie, w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Przygotowywał się do otwierających następny tydzień polsko-niemieckich konsultacji międzyrządowych. Miał wygłosić przemówienie podsumowujące. Po południu wrócił do domu. Zmarł wieczorem.
Kiedyś powiedział synowi: – Masz dopiero czterdzieści lat i możesz chodzić. Ja już nie mam tyle czasu. Dlatego muszę biec.
Jego pęd wszyscy widzieli, znali i zapamiętali. Ale właściwie nikt się nie zastanawiał, dokąd i po co Władysław Bartoszewski tak się spieszy? 
I tak gonił, co było widać w mediach, gdzie co rusz pokazywano go w kontekście zbliżeń a to z Niemcami, a to z Żydami – ciągle z poczuciem misji, ciągle wierząc w sens mówienia o tym, czemu poświęcił 70 z 90 lat swojego życia. Myślę, że to jeden z takich, o których można bez przesady powiedzieć: człowiek-instytucja. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Człowiek, który sam sobą – sposobem życia, tego, czemu życie poświęcił – był znakiem pamięci dla jednych, a wyrzutem sumienia dla innych.

Czuł, że musi zwolnić, ale nie potrafił. Książka do zredagowania, obrady kapituły Orderu Orła Białego, konsultacje polsko-niemieckie, obchody zakończenia II wojny na Westerplatte…
Dopiero Bóg musiał powiedzieć: dość.

Dość? Czy to właściwe słowo? Chyba tak – biorąc pod uwagę, ile Bartoszewski za życia zrobił – a starczyło by tego na kilka życiorysów. I pewnie robił by dalej, gdyby Bóg go do siebie nie przytulił. 
Nie napiszę nic więcej na ten temat – bo nie potrafię. Oddaję głos bp. Grzegorzowi i jego pięknym słowom pożegnania.  

Boży tytan

Wydarzenie niby niewiele znaczące, ale mną mocno wstrząsnęło. 

30 czerwca tego roku zmarł w Płocku ks. Piotr Błeński, 25-letni wikariusz tamtejszej parafii katedralnej. Śmiertelnie chory młody człowiek – tak, kilka lat młodszy ode mnie (rocznik 1989) – którego kapłaństwo, jak tak patrzę i czytam o tłumach na jego pogrzebie, dało lepsze owoce od tylu innych trwających latami. 
Pewnie w normalnych warunkach święceń mógłby nie dożyć – normalnie udziela się ich przecież w okolicy czerwca. Wyrozumiały biskup Piotr Libera dyspensował go od wymaganego wieku i wyświęcił w I dzień świąt Narodzenia Pańskiego AD 2013. Już wtedy ten biskup mówił w homilii: „Boże Narodzenie dokonało się w kruchości, w niepewności, w strachu… W kruchości ciała rodzisz się – Piotrze – do kapłaństwa… Zdałeś, wciąż zdajesz swoim cierpieniem, swoim STYLEM PRZEŻYWANIA CIERPIENIA,  wszystkie brakujące Ci jeszcze egzaminy. Nawet najbardziej wymagający profesor postawiłby Ci za ten styl „summa cum laude”. Ba, w ciszy serca przyznałby nawet: „Nie wiem, czy tak bym potrafił! Czy umiałbym tak zdać ten egzamin?”Boże Narodzenie dokonało się w kruchości, w niepewności, w strachu… W kruchości ciała rodzisz się – Piotrze – do kapłaństwa… Zdałeś, wciąż zdajesz swoim cierpieniem, swoim STYLEM PRZEŻYWANIA CIERPIENIA,  wszystkie brakujące Ci jeszcze egzaminy. Nawet najbardziej wymagający profesor postawiłby Ci za ten styl „summa cum laude”. Ba, w ciszy serca przyznałby nawet: „Nie wiem, czy tak bym potrafił! Czy umiałbym tak zdać ten egzamin? (…) Naszą największą radością jest: iść,  głosić zbawienie, służyć zbawieniu! Pragnę, Piotrze, abyś tej radości zaznał, abyś – jeśli taka będzie święta wola Boża – usłużył ludowi Bożemu swoim kapłaństwem przy ołtarzu, w konfesjonale, tam, gdzie będziesz mógł. I dlatego na koniec tej Eucharystii, jak każdy neoprezbiter, otrzymasz misję, zostaniesz posłany do konkretnej wspólnoty. Chcę bowiem, żebyś – jak już mówiłem na Pasterce – PRACOWAŁ SWOIM CIERPIENIEM PO KAPŁAŃSKU. Żebyś pomagał wzrastać swojemu Biskupowi, swoim braciom kapłanom, ludowi Bożemu”. 
Padły tam także jakże mocne słowa – że „Pełnia sił, władza może odstraszać, kruchość, cierpienie – budzi zaufanie. Zdrowie może niekiedy służyć utwierdzaniu własnego „ja”. Cierpienie, kruchość, brak sił może porywać bezinteresownością”. Z przepięknym zakończeniem: „Piotrze,Kościół Syna – udzielając Ci z wielka radością święceń kapłańskich – przytula Cię dzisiaj jak najgoręcej do swego serca…”. 
Niedługie to kapłaństwo było – nieco ponad pół roku. Ten człowiek z pewnością wiedział, że zbliża się do końca – dlatego chciał tak bardzo zdążyć przyjąć święcenia; choć, paradoksalnie, do seminarium wstępował jako człowiek zdrowy. Dlatego, chcąc jak najlepiej przeżyć ten króciutki czas, odmówił nowatorskiej czasochłonnej terapii, której podjęcie musiało by odizolować go od ludzi. 
I znowu piękne słowa bp. Libery nad trumną: „I nie powiedziałeś zbyt wielu tych kazań, a księdzem byłeś zaledwie pół roku. Ale Twoje „kazanie życia” zna dzisiaj cały Płock! (…) Nie musimy być wielcy. Nie musimy być mocni ani wpływowi. Nie musimy nawet być inteligentni. Musimy tylko pozwolić działać Zmartwychwstałemu Panu i Jego Duchowi. Być miłosiernymi. Stawać się małymi i służyć. Byłeś, jesteś, Piotrze, świadkiem, wymownym świadkiem tej prawdy pośród nas… (…) Wielu poznało Cię, Piotrze, po śladach gwoździ Twojego cierpienia, gdy przyszli tu do katedry i – może nawet przypadkowo – natrafili na Twoją z trudem odprawianą Mszę, na świadectwo podczas rekolekcji dla chorych, prowadzonych przez ks. profesora Ireneusza, albo na dziękczynienie za kanonizację Ja­na Pawia II i Jana XXIII. Mówiłeś tu wtedy, że w chorobie uczyłeś się powtarzać: „Bądź wola Twoja, bądź wola Twoja, Panie”! To stało się mottem Twojego kapłaństwa. „Ale przy­szła operacja – opowiadałeś – przyszedł ból. I wtedy cięż­ko było powiedzieć <Bądź wola Twoja>. Kiedy człowiek leżał w szpitalnej sali i nie mógł przewró­cić się z boku na bok, bo wszystko bolało, cięż­ko było powiedzieć <Bądź wola Twoja>”. „Jeśli nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”… Straszny realizm krzyża… Jego, Jezusa, Twój, Piotrze, i tylu milionów wędrowców przez ziemię. My, chrześcijanie, nie szukamy cierpienia… Ty też go nie szukałeś… Ale uczyłeś się i nauczyłeś się mówić z prostotą: „Bądź wola Twoja, Panie!”
„Ilu ludzi doznało łaski Bożego Miłosierdzia, klękając przy Twoim konfesjonale? Wdrapując się po stromych seminaryjnych schodach na Golgotę Jego cierpienia? Spotykając Cię na korytarzu „Caritasu” czy na Winiarach, żegnając się z Tobą w Szpitalu Świętej Trójcy? Ilu potrafi dzięki temu na nowo wyznać: „Pan Bóg i mój”? (…) Piotrze, wierzę, że jesteś w gronie błogosławionych w niebie. Mówiłeś mi: ofiaruję moje cierpienia za to, żeby z naszego seminarium wychodzili święci kapłani. Ofiaruję za jedność kapłanów. Pamiętaj o nas, Piotrze”. Piękna intencja i jakże potrzebna w naszych czasach. 
To był wielki człowiek. To jest piękne, że trafił do diecezji i na biskupa, który tę wielkość zrozumiał i pozwolił mu choć te pół roku z jednej strony cieszyć się, z drugiej zaś służyć swoim kapłaństwem w cierpieniu. Szkoda, że są takie miejsca w Polsce, gdzie dzisiaj to właśnie sposób bycia księży i biskupów odstrasza tych, którzy zastanawiają się nad wyborem takiej drogi…
Tak, są wśród duchowieństwa tacy właśnie arcybiskupi Wesołowscy – ale są przede wszystkim księża tacy, jak Piotr Błeński, dzisiaj mały święty. Dlatego właśnie jest nadzieja. Dlatego nikt mi nie wmówi, że wszystkich księży – jako z założenia pedofili, złodzieji, materialistów i leniuchów – należy wrzucać do jednego wora i za jednym zamachem potępić. 
Taki człowiek przywraca wiarę w ludzi. 

Dyskretnie kochająca obecność

W piątek minął rok czasu od odejścia Mamy. 
Dla mnie bardzo smutnym było to… że chyba się już pogodziłem z tym faktem i nauczyłem się z nm żyć. Na własnej skórze przećwiczyłem i to jest jakby jedno, natomiast nie wierzę w twierdzenie pt. „czas leczy rany” (coś jak to tischnerowskie „nie uszlachetnia” w odpowiedzi na porzekadło, jako by cierpienie miało uszlachetniać). No bo nie leczy. Działamy tylko tak, że o pewnych sprawach ciągle jakby nie pamiętamy – i jest ok; aż do momentu, kiedy ta kwestia powraca, i wtedy wszystko – przynajmniej u mnie – wraca ze zdwojoną siłą. 
Wierzę, że Mama jest święta – bo jest już tam, gdzie i ja, i większość z nas zmierza, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Dlatego bardzo często – szczególnie ostatnio – zadaję sobie w różnych sprawach pytanie: a co by Mam zrobiła? Pomijając jej – bardzo szczególne – podejście do wiary i niezwykłą uczciwość, z jaką stawiała sprawy z nią związane – chyba jestem do niej bardzo w tym podobny. I cieszę się z tego – bo na pewno dobrą jest wiara prosta, ale już co innego z wiarą bezmyślną, albo z przyzwyczajeniem maskowanym jako wiara. 
Pisałem niedawno, niecały miesiąc temu skończyła się wreszcie sprawa sądowa z pracodawcą Mamy. To było bardzo dużo emocji. I duża frajda – że co prawda nie tutaj, ale będąc tam także ona może się cieszyć z tzw. sprawiedliwości, której finalnie stało się zadość. Jak to powtórzyła w tych dniach jedna z Mamie bardzo życzliwych osób – ona by sama pewnie powiedziała: „i znowu sukces”. Dokładnie. Tak właśnie by powiedziała.
To jest dla mnie mocno dziwne i niezrozumiałe – ale jakby odeszła wczoraj. Bardzo dokładnie ją pamiętam. Mam takie przebłyski wspomnień, pewnie z okresu, kiedy byłem może ciut starszy od Domika dzisiaj (czyli dosłownie te 4-5 lat?) – pojedyncze obrazy. I potem tyle bardziej coraz świadomych, wspomnień z tych 24 lat wspólnego życia, a potem kolejnych 4 już osobno, ale przecież często razem. Nigdy się ze swoją obecnością nie narzucała. Zawsze wiedziała, że pewne rzeczy człowiek musi sam przetrawić – lepiej poczekać, być i wspierać na odległość. Że do ostatecznych wniosków zawsze trzeba dojść samemu – rodzic może pomóc, opowiedzieć o swoich doświadczeniach, coś zasugerować, ale nigdy nie narzucać czy wmuszać, bo to tylko zniechęca i niczego nie uczy. Taka dyskretna, ale bardzo kochająca obecność. I w przeciwieństwie do ojca – zawsze potrafiła okazać radość, dumę z jakiegoś nawet drobnego sukcesu – aż momentami nie mogłem uwierzyć, że takie byle co mogło sprawić tyle radochy. Jak bardzo cieszyła się, kiedy urodził się Domik – dzisiaj zaczynam dostrzegać, jak bardzo on jest do niej podobny… A w tym wszystkim zupełnie oderwana od kwestii materialnych, samowystarczalna, minimalistka. 
Pewnie już o tym pisałem, ale kiedy odeszła, to posypały się maile od ludzi bardzo jej życzliwych, wielu przyjaciół. I motywem przewodnim w nich było to, że była Mama po pierwsze zawsze autentyczna i lubiana za to, że – bez względu na cenę – „waliła między oczy” czyli nigdy nie owijała w bawełnę, a mówiła dokładnie to, co myśli. Po drugie, zawsze można było na nią liczyć – trzymała się swoich przekonań i dla ludzi bliskich potrafiła zrobić naprawdę bardzo dużo. 
 
Nikt nie spodziewał się, że odejdzie akurat wtedy – po chemioterapii w 2012 r. było dobrze, czuła się dużo lepiej; ja się podłamałem trochę, kiedy zaczęły się bóle głowy, a badania potwierdziły przerzuty do mózgu. Może nie świadomie, ale gdzieś tam z tyłu głowy bałem się – co będzie dalej? wiadomo, jak przebiega taka choroba. Były dni, kiedy Mama nie nadawała się do życia, leżała sobie, z powodu bólów głowy. Była trochę nieswoja, nie pamiętała pewnych rzeczy, widać było kłopoty ze skupieniem – ale nikt na to nie patrzył, bo liczyło się, że była z nami. I nagle wszystko się skończyło – mimo, że tego dnia była u lekarza, widziała się ze swoją dobrą przyjaciółką (a matką chrzestną mojego brata, walczącą od wielu lat z rakiem…), że poprosiła brata, żeby ją wysadził wcześniej, bo chciała się przejść do domu i spacer sobie zrobić. Po prostu umarła. Jak tata zadzwonił – siedziałem w pracy – jak tylko zobaczyłem numer, to wiedziałem, że coś jest nie tak… 
Zupełnie przypadkiem ten piątek mieliśmy teraz wolny. Można było spokojnie pojechać na cmentarz. Bardzo lubię to miejsce. I jak tam sobie siedzę, i rozmawiam z nią – tak samo, jak Mama, przychodząc z nami od małego na groby swojej mamy i babci, z nimi rozmawiała. Opowiadam o tym, co się dzieje, jak młody rośnie, co się udało, co się nie udało, na co brakuje cierpliwości, jakieś małe sukcesy czy porażki. Za każdym razem mam wrażenie – właściwie to jestem pewien – jakby ona była obok, usiadał, przytuliła się, i dawała znak: jestem z wami, nawet bardziej i mocniej niż wtedy, za życia, i kibicuję wam mocno.
Dzięki, Matuś, za wszystko. Tak, jak Ty mówiłaś babciom, tak ja dzisiaj mówię Tobie: żebyś tylko się nie musiała za nas tam z góry wstydzić. Damy sobie jakoś radę, chociaż bez Ciebie.

Piątek

Wielokrotnie zastanawiałem się – jak by to mogło być? Czemu było akurat tak? Jezus w sposób oczywisty narażał się wielu – od rzymskiej władzy poczynając, na władzy żydowskiej, faryzeuszach przede wszystkim kończąc. Czy musiał jednak dotrzeć w swojej historii do tak spektakularnego finału? Czy Jego koniec musiał być taki? Czy Jezusa musieli umęczyć i ukrzyżować? 
Wydaje mi się, że nie. Chociaż On sam, paradoksalnie, mówił o tym wprost – w przypowieści o winnicy i nieuczciwych rządcach, dzierżawcach. Bóg Ojciec to właściciel winnicy (ziemi obiecanej), dzierżawiący ją to właśnie Naród Wybrany. Wysłał po zapłatę swoje sługi – to prorocy – których Izraelici dzielnie kamienowali i zabijali na różne sposoby. Liczył Bóg, że uszanują Jego Syna – a oni zrobili w Wielki Piątek to, co zrobili. 
Mogło być inaczej. Jezus mógł dożyć sędziwej starości, umrzeć… i tak samo zbawić świat. Tylko mniej spektakularnie. Rozłożyć swoje zwycięstwo bardziej w czasie, nie przegrywając po drodze swojego życia na krzyżu. Ale i to miało swój symbol – jak kiedyś Bóg wyprowadził Żydów z Egiptu w święto Paschy, tak i Jego Syn zwyciężył ostatecznie w dniu święta Paschy. 
Fenomenalny jest, incydentalny i marginalny jakby w całej treści, zapis o pierwszej kanonizacji, dokonanej nawet nie przez Piotra jako „pierwszego papieża”, ale samego Jezusa, z wysokości krzyża. „Dziś ze Mną będziesz w raju”, czyli słowa do Dyzmy, Dobrego Łotra, umierającego tuż obok na takim samym krzyżu. Jak w przypowieści o robotnikach w (znowu!) winnicy – nagrodę główną dostaje także ten, który załapał się w ostatniej chwili. Może to właśnie jest największe z Bożego przesłania? Nie ważne kiedy – abyś się otrząsnął i wyciągnął wnioski? Mnie zastanawia też co innego – w żadnym momencie Jezus nie potępił tego drugiego, „Złego Łotra”. Ewangelia mówi, że tamten Mu złorzeczył, a potem jest dialog z Dyzmą. Nie wiemy, ile mu pozostało czasu życia – może i tamten wykorzystał swoją szansę? 
A do tego ten piękny, choć bardzo trudny, dialog Jezusa – a raczej ludzkiej części Jego natury – z Bogiem Ojcem w Ogrodzie Oliwnym. Fantastycznie pokazał to Gibson w „Pasji”, z motywem Złego kuszącego Jezusa. Syn Boży po ludzku się bał – ale wytrwał. 
Pewnie wiele osób w ferworze przygotowań do świąt nie ma dzisiaj czasu na nic – co akurat jest strasznie bez sensu, że powiem wprost. Przygotowanie – do czego? Do dwudniowego żarcia i picia, przeplatanego seansami średnich filmów w telewizji? Jeśli będzie w tym wszystkim czas na słowo „przepraszam”, na wyrażenie uczuć najbliższym, choćby spacer – to już dobrze. Bo jeżeli świętować – to co? Kogo? Jeśli świętować zwycięstwo Jezusa – to po pierwsze z czystym serem (w kościołach i kaplicach trwa maraton spowiadania, jest jeszcze czas – w święta w wielu kościołach spowiedzi nie ma!), po drugie poświęciwszy chociaż troszkę czasu na kontemplację tajemnicy (żadnej magii) tych dni, zgłębienie piękna Triduum. Żeby to, co w domu – na stole, dekoracjach, odświętnym stroju – było na swoim miejscu, czyli tylko dodatkiem do tego, co w sercu. Nigdy na odwrót!  

Moi błogosławieni

Dzisiaj zamiast tekstu – moja ulubiona interpretacja:

Ja te słowa przyrównuję sobie do 10 przykazań Bożych. Takie same, choć może nie zrównane „rangą”. Drogowskazy, wskazówki, dobre rady. Ubóstwo, umiejętny smutek, cichość, pragnienie i umiłowanie sprawiedliwości, miłosierdzie, czyste serce, wprowadzanie pokoju, cierpienie prześladowania – klucze do zdobycia Królestwa. I jak się tak tych słów słucha – aż dziw człowieka bierze. Przecież dzisiaj lansuje się i promuje postawy zupełnie inne, które skupiają się tylko na jednym, i czymś zupełnie innym: na mnie, na sobie. Boga wyrzucamy w kąt, zagłuszamy, wyłączamy. Takie tam, staroświeckie… 
A jednocześnie – uroczystość Wszystkich Świętych, nie da się ukryć, świętujemy i to mocno (nie mówię o Halloween). Korki na ulicach (a w nich ludzie bynajmniej nie życzący sobie błogosławieństwa…), tłumy płynące na cmentarze, wieńce, kwiaty, znicze. Nie odmawiam szczerości temu, że większość z tych ludzi autentycznie chce w ten sposób oddać hołd i wspomnieć, uhonorować swoich zmarłych, choć mam wrażenie że wiele osób robi to dla przysłowiowego uspokojenia wyrzutów sumienia, że jakoś przez cały pozostały rok, pomiędzy jednym listopadem a drugim, nie znajdują czasu żeby zatroszczyć się o odwiedzenie grobu (mam na myśli te w tym samym mieście, nie np. na drugim końcu Polski). Dla mnie od czasu odejścia Mamy to jest trudne, kiedy idę na cmentarz – staram się tam być co miesiąc. Stanąć nad grobem osoby, która była przy mnie od maleńkości… a dzisiaj mogę tylko (aż?) się za nią modlić i prosić o wstawiennictwo u Boga Ojca, mając nadzieję, że nie jest jej wstyd za bardzo za to, jaki jestem. 
Te błogosławieństwa mają się w nas zrealizować właśnie najpełniej wtedy, kiedy dojdziemy do kresu – tam, gdzie w dotarł kilka dni temu m.in. premier Tadeusz Mazowiecki. Mają nas inspirować i pobudzić do pragnienia nieba już dzisiaj, już tutaj. Żyć tak, aby na niebo być gotowym, a jednocześnie swój czas tutaj wykorzystywać jak najlepiej, najbardziej kreatywnie, robiąc użytek z Bożych darów. 
Kościół w liturgii rozróżnia uroczystość Wszystkich Świętych od wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych, także kolorem (biały a fioletowy). Niemniej jednak ja wierzę, że większość z tych, z którymi miałem do czynienia, a którzy o miłosierdziu Boga Ojca przekonali się już na własnej skórze w dniu śmierci, będąc wiernymi zmarłymi, należą także do grona wszystkich świętych, balujących w niebie (skoro ma to być kraina szczęśliwości, tak – inna, to chyba nie do końca będzie to tylko pobożne wznoszenie hymnów na cześć Boga, jak taki jeden wielki chór gospel). I liczę, że ku tej świętości zmierzają, często po cichu, nie zauważani, ludzie z pozoru zwykli: matka przez całe życie pielęgnująca niepełnosprawne dziecko, samotny człowiek z zamiłowaniem pracujący jako wolontariusz z chorymi dziećmi i starający się utrzymać z pracy ochroniarza (mimo 2 fakultetów i dużych perspektyw), małżonek który pomimo problemów nie idzie na łatwiznę i nie zostawia drugiego także czasami pomimo zdrady czy nieuczciwości, rodzic który czasami nieprzytomny ze zmęczenia nie spławia dziecka pieniędzmi na kino, ale rozmawia z nim, pomaga odrobić lekcje, bawi się, uczy, rozwiązuje problemy, jest z nim, misjonarz który siedzi gdzieś na końcu świata żeby być z ludźmi którzy tak naprawdę nigdy do końca nie zrozumieją Dobrej Nowiny ale chce im towarzyszyć, siostra klauzurowa która wyrzekła się świata tylko po to, aby cały świat ogarnąć swoją modlitwą. 
Można wymieniać długo. Świętość to postaci takie jak Jan Paweł II, Jerzy Popiełuszko, Pier Giorgio Frasati, zapaleńcy tacy jak Inigo de Loyola czy Franciszek z Asyżu, matka Teresa i jej siostry miłosierdzia, brat Roger – ale także s,. Małgorzata Chmielewska, Anna Dymna, brat Morris i  mali bracia, John Henry Newmann, G. K. Chesterton i tylu, tylu innych. Ostatnio wyniesionych na ołtarze 522 męczenników z praktycznie współczesnej nam wojny domowej w Hiszpanii. Recepta na świętość? Nie ma jednej jedynej. Są słowa Pisma Świętego i jest cała masa – nie tylko w hagiografiach – przykładów, jak ludzie odkrywali na przestrzeni tych 2000 lat swoje równanie, swój kod i sposób na osiąganie świętości. My z perspektywy czasu możemy powiedzieć – wiemy (co do tych wyniesionych na ołtarze) lub możemy zakładać i przyjąć (co do tak wielu innych), że im się udało. 
Nie wiemym, ile czasu nam zostało. Ile osóbh pożegnamy i będziemy wspominać w pierwszych dniach przyszłorocznego listopada. Starajmy się iść drogą błogosławieństw. Uczynić je swoją drogą. 

Pan Tadeusz

Dzisiaj odszedł – po niewątpliwie długim, pięknym i zasłużonym życiu po wieczną nagrodę – Tadeusz Mazowiecki. 
Ja oddaję głos Zbigniewowi Nosowskiemu:

Odszedł mądry i dobry człowiek, głęboko wierzący chrześcijanin, wielki Polak, przenikliwy intelektualista, wybitny polityk, mąż stanu. O Tadeuszu Mazowieckim myślę w takiej właśnie kolejności.

Jego życie osobiste naznaczone było wielkim dramatem. Dwukrotnie był żonaty i dwukrotnie przyszło mu przeżywać śmierć żony. Pierwsza żona Krystyna zmarła na gruźlicę już rok po ślubie. Druga żona Ewa zmarła, gdy najstarszy z ich trzech synów miał zaledwie 10 lat. Tadeusz sam później wychowywał Wojtka, Michała i Adama. Wychował ich na porządnych, dobrych ludzi. Relacje wzajemne panujące w rodzinie Mazowieckich można uznać za wzorowe. 

Zawsze myślał i żył według wartości. Miał ten „dyszel w głowie” – jak mawiali Jerzy Turowicz i Stefan Swieżawski – że decyzje w swoim życiu podejmował w imię niezmiennych wartości, a nie doraźnych interesów. Nawet gdy ktoś się z nim nie zgadzał (na co się nie oburzał), w argumentacji też trzeba było odwoływać się do wartości. To cecha mężów stanu. 

Był założycielem „Więzi” i wieloletnim redaktorem naczelnym naszego pisma. Gdy w 1981 roku przeszedł do innych zadań – najpierw redagując „Tygodnik Solidarność”, potem działając w podziemiu, później jako premier Niepodległej i wpływowy polityk – pozostawiał swoim następcom swobodę w redagowaniu pisma. Czasem coś mu się nie podobało, ale nie narzucał swojej wizji, powtarzał: „To wy decydujecie”. 

Nie lubił mówić o historii – dlatego nie pozostawił po sobie dzienników ani wspomnień. Pociągały go za to wciąż nowe wyzwania przyszłości. Tak też patrzył na swoją wiarę. Gdy go pytano, co jest najważniejsze w wierze, Tadeusz mówił albo o odpowiedzialności, albo o nadziei. Czyli zawsze o przyszłości. Gdy Jerzy Turowicz spytał go w 1990 roku o sposób pojmowania chrześcijaństwa, jako urzędujący premier odpowiedział: „Dla mnie jest ono ciągle czymś, co jest przede mną”. 

Dziś już za nim jest ziemskie życie. Za to rozciąga się przed nim wieczność – piękna, fascynująca przyszłość, która jest teraźniejszością.

Paradoks – odszedł w dniu swoich imienin. Szkoda, że nie dożył 25-lecia tych przemian, u których stanął początku.

Dla mnie – niech to nikogo nie urazi – taki żółwik z słynnego w latach 90. „Polskiego zoo”, w którym poszczególni politycy ze względu na ich cechy przedstawiani byli w postaciach zwierząt. Sam wtedy byłem za mały, aby go z kimkolwiek innym kojarzyć – ale z upływem lat, dzięki temu, co przekazali mi rodzice, dowiedziałem się wiele o jego roli w przełomowych okresie transformacji w naszym kraju. To on uczył tych, którzy wtedy byli opozycjonistami – zatem pokolenie moich rodziców – tego, co i jak robić, jak się „bawić w opozycję” (jak to mówiła moja śp. Mama), żeby to miało sens, żeby to było w duchu odpowiedzialności za życie publiczne w kraju, że strajk ma sens tylko wtedy, gdy walka następuje w imię konkretnych (nie byle jakich) wartości. Potrafił w ramach swojego rządu zjednoczyć ludzi bardzo różnych. Umiał nie tylko być twardym – ale przede wszystkim: mądrym, szukając porozumienia bo widząc wyższe dobro niż własne partykularne interesy.

Kolejna osoba, której możemy powiedzieć – a’Dieu – do zobaczenia w Bogu! Wszyscy się tak spotkamy. 

Piękne pożegnanie

Pogrzeb Janka był piękną uroczystością, o ile pogrzeb może być piękny.
Piękny nowy i nie kiczowaty (co jest rzadkością) kościół, a tym piękniejszy, bo pełen ludzi, dla których Janek był ważny i chcieli go odprowadzić w ostatnią drogę. 
Bardzo zróżnicowana oprawa muzyczna – organista, solista wokalny, a i 2 pieśni na gitarze (w tym przepiękna i nieznana mi jedna, na uwielbienie). 
Tak, jak się spodziewałem, przyjechał ks. Darek – nasz katecheta ze szkoły. Chyba znał podłoże problemu, bo niewiele mówił. 
Ale powiedział piękną krótką homilię, w której nawiązał do tekstów czytań (Mdr 4, 7-15 i któraś wersja przypowieści o gospodarzu, który wraca niespodziewanie, ale zastawszy sługę gotowego, „przepasze się i będzie mu usługiwał” – Łk 12, 35-40?). Mówił, że w takiej sytuacji wydaje się, że najlepiej jest zamilknąć i rozważać w sercu, że słowa to za mało albo za dużo – ale z drugiej strony trzeba wyraźnie i mocno podkreślić, jaką należy wyciągnąć z odejścia – w tym wypadku Janka – naukę, szczególnie kierując te słowa do młodych. Nie ma śmierci zbyt wczesnej, nie ma śmierci zbyt późnej – każda jest dokładnie w sam raz, o czasie, o ile tylko człowiek jest na nią gotowy (to myśl ze zmarłego ks. Kazimierza Kloskowskiego, który też bardzo młodo odszedł, a miał wypowiedzieć ją nad grobem swojego brata). I w tym wszystkim taka nasza bezmyślna lekkomyślność, brak umiejętności wyciągania wniosków – stąd te gorzkie słowa „a ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca, że łaska i miłosierdzie nad Jego wybranymi i nad świętymi Jego opatrzność” – i te słowa trzeba umieć odnieść do nas, którym tak bardzo często się wydaje – także w sytuacji konfrontacji z czyimś odejściem – że ja mam czas, ja zdążę, przecież mam życie przed sobą… No właśnie – mam albo nie mam. Tylko że tego nie wiem i nie dowiem się nijak (stąd Jezus mówi o „chwili, której się nie domyślacie”). Mam tylko jedną szansę, aby być gotowym. Jezus ciągle przychodzi, stuka i kołacze – a nadejdzie moment, kiedy będzie to zaproszenie nie do odrzucenia, na takie podsumowanie życia, które w tym momencie dobiegnie końca. 
I ja bardzo wierzę – bez względu na to, co doprowadziło Janka do śmierci – że nawet w swojej rozpaczy wierzył i wiedział, że Jezus był koło niego… choćby po to, aby go przeprowadzić dalej, na drugą stronę. Może niekoniecznie jako wzór człowieka wiary, „dobrego katolika” – Janek poprzedził nas w drodze tam, dokąd wszyscy zmierzamy i mniej lub bardziej świadomie pragniemy dotrzeć. On już nie ma wątpliwości – Bóg przytulił go do swego serca.
Adieu, Jasiu – do zobaczenia z Bogiem i w Bogu. Pilnuj nas z góry. 
Palec Boży? Tak, tym razem również. W poprzednim tekście wkleiłem linka do „Zdumienia” z oratorium Rubika. Które później usłyszeli wszyscy na zakończenie liturgii pogrzebowej, w bardzo pięknej aranżacji. To wszystko miało sens. Ma sens…

Boży uciekinier

W dość ciężkim okresie nauki do poprzedniego kolokwium sięgnąłem po książkę, którą kupiłem już kilka lat temu, a jednak jakoś jej nie czytałem – „Dziurawy kajak i Boże Miłosierdzie” Jana Grzegorczyka. Książka jakby składająca się z 2 części: najpierw „Każda dusza to inny świat” czyli świetnie napisana opowieść o św. Faustynie Kowalskiej i bł. Michale Sopoćce. I wreszcie „Dziurawy kajak” czyli kontynuacja zgłębiania tematu do części pierwszej książki przez autora, jego poszukiwania „miłosierdziowe” i rozmowy z ludźmi w pewien sposób z dziełem Miłosierdzia Bożego powiązanych, ale też historie o tym, jak Jezus Miłosierny działa i zaskakuje – dzisiaj, ale także przez szereg lat, po kolei realizując to, co obiecał w latach 30. XX wieku Faustynie. Bardzo ciekawie jest też opisany sam kult Miłosierdzia – trudny, torpedowany na początkowo przez hierarchów Kościoła, wręcz przez szereg lat zakazany, a także historia obrazu, a raczej obrazów (bo są 2) Jezusa Miłosiernego i związanych z nimi nieporozumień.
Kto już cokolwiek Grzegorczyka czytał – tego zachęcać nie trzeba. Kto nie czytał – warto tę książkę przeczytać, choćby dlatego, że może przekonać do zgłębienia Dzienniczka s. Faustyny Kowalskiej, lektury na pewno trudniejszej. Wreszcie, bo jest to książka napisana nie w jakiś górnolotny sposób, epatująca pustymi frazesami – ale konkretnymi doświadczeniami, tak autora jak i innych osób, działania Jezusa miłosiernego.
Kilka co lepszych cytatów (choć świetnych myśli jest tam o wiele więcej), z drugiej części książki:
Pan Jezus w Kazaniu na Górze beatyfikował całe rzesze ludzkie. Beatyfikował człowieka dla jednej cechy, którą nosi. Błogosławiony miłosierny, cierpiący dla sprawiedliwości, prześladowany, cichy. Pan Jezus nie powiedział: błogosławiony nieskazitelny. Dzięki Jego słowom widzimy świętość człowieka niezależnie od żmudnych procesów beatyfikacyjnych. 

Potrzebujemy świadectw o ludziach, którzy żyją pośród nas i dają wiarę w świętość życia. Jakże wielu :ubogich ewangelicznych” nie doczeka się promotorów beatyfikacji. Nie zostaną błogosławionymi, bo ich życie nie jest „nieskazitelne”. Ale poprzez te „szczeliny dobra” w nich prześwituje niebo – spogląda Pan Bóg. Błogosławione witraże. 

Mesjaszowi własna rana nie przeszkadza opatrywać ran bliźnich. Zajmuje się nią tak, aby nie przegapić chwili. Wznieść się ponad swoje rany i opatrzyć rany bliźniego, choćby był katem i oprawcą. Czy na tym polega wszechmoc? Miłosierdzie Boga?

Uwierzyć w miłosierną naturę człowieka jest tak samo trudno jak w to, że człowiek jest stworzony na obraz Boga. W jaki sposób morderca, oszust, bezlitosny wyzyskiwacz ma być obrazem Boga? Na początku pontyfikatu Jan Paweł II powiedział: „Nie może człowiek zrozumieć siebie bez Chrystusa”. Nie może dostrzec i zrozumieć swej miłosiernej natury, nie wpatrzywszy się w Jezusa – Zranionego Uzdrowiciela. Ilu ludzi przechodzi przez życie, nie ujrzawszy w sobie tego miejsca, w którym czeka na nich miłosierny Bóg? Świat dzieli się na tych, którzy pragną do tego miejsca w sobie dotrzeć, i takich, którzy od niego uciekają. Jezus powiada, że ściga swoim miłosierdziem wszystkich ludzi. Bóg szuka wszystkich i nikogo nie skreśla. Bogu zależy na „uciekinierach”. Chrystus chce mieszkać w każdym człowieku, także w tym, który zdaje się od Niego odwracać. W Bożym uciekinierze. 

Bóg jest zazdrosny o każdego, którego stworzył. To jest taniec Bożej miłości. 

Nie potrafię [się buntować]. Mam taką wrodzoną cechę, że raczej się dziwię niż buntuję. Zdziwienie – to jest moja droga do wiary. Jeśli ktoś umiera, to ja nie przestaję od razu wierzyć w Boga, tylko najwyżej mogę tego nie zrozumieć. Zdumienie, zdziwienie. Świat naprawdę jest bardzo dziwny, ale we wszystkim jest sens, który nie zawsze widzimy. Człowieka spotka coś okropnego, a po latach widzi, że to było mądre. Dziewczyna mówiła mi, że się otruje, bo ją rzucił chłopak, a za rok powiada: „Dzięki Bogu, że odszedł…”. Zaufanie… Wiara to jest zaufanie. Wiara nie polega na tym, że ja powiem, że Bóg jest. Dla człowieka wierzącego nie ma nieszczęść, są tylko cierpienia, doświadczenia. Cierpienie jest dziwne, ale Pan Bóg jest tak mądry, że kiedyś to wyjaśni. Bóg nie powiedział wszystkiego. Bóg, jak wielki artysta, nie dopowiada wszystkiego do końca. Ciekawe, że Pan Jezus niczego do końca nie tłumaczył. (śp. ks. Jan Twardowski)
>>>
I jeszcze ten tydzień temu – kiedy skończyłem czytać tę książkę – zastanawiałem się, czemu akurat wtedy, w tym czasie po nią sięgnąłem. Dzisiaj już wiem. 
W czwartek dowiedziałem się, że w środę samobójstwo popełnił kolega z klasy z liceum. 
Nigdy nie byliśmy blisko, nie widziałem człowieka od końca szkoły, czyli ok. 10 lat. Był mocno specyficzny. Widać było, że z majętnej rodziny (ubrania, gadżety), zresztą i niegłupi był, kiedy (rzadko) się do czegoś przyłożył i np. sensownie odpowiadał na jakiejś lekcji. Niestety, najczęściej robił z siebie przygłupa, takiego błazna klasowego – na dodatek nie bardzo widząc pewne granice czy umiar, co nie raz mu wyszło przysłowiowym bokiem. Nie zapomnę, jak kiedyś łaził po szkole z różańcem na szyi. No głupota, bo co innego? Paradoksalnie – nosił imię i nazwisko identyczne z tymi danymi osobowymi bardzo znanego świętego, zresztą patrona młodzieży. Psychologiem nie jestem, ale mam wrażenie, że brało się to z przemożnej potrzeby zwrócenia na siebie uwagi pozostałych – od rodziców chyba poczynając, żeby zyskać i przyciągnąć te uwagę, aby nie być samym, żeby poczuć się potrzebnym. A z drugiej strony, kiedy kilka razy rozmawialiśmy, chyba mocno szukał – może bardzo po omacku? – bo można było gdzieś tam pod warstwą tego wszystkiego, tych wygłupów, odczuć, że nie umie tego nazwać, ale brakuje mu czegoś, że robi dobrą minę do złej gry. 
Nie mam pojęcia, co się stało. Zszokowani są też ludzie, którzy byli z nim blisko – czemu w tych dniach dają wyraz na pewnym popularnym portalu społecznościowym. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak wielka rozpacz i pustka musiała popchnąć człowieka do targnięcia się na swoje życie. Podobno jakiś czas temu odnalazł w życiu Boga… Dlaczego więc tak się stało?  Nie wiem. Strasznie współczuję jego rodzicom – bez względu na to, jakie były ich relacje, czy dobrze wywiązali się ze swojej roli czy nie – większego dramatu niż konieczności chowania własnego dziecka nie potrafię sobie wyobrazić. 
To wszystko pozostanie tajemnicą i gdybanie nie ma sensu, strata czasu. Jest w tym sens, dla nas zakryty. Pozostaje niezmierzone Boże Miłosierdzie i prawda o tym, że to właśnie Janek przekonał się już na własnej skórze, jak wielkie ono jest – bo on jest już tam, po drugiej stronie, z tym Jezusem, który nie dopowiadał swoich myśli, ale każdego pragnął przytulić do swojego serca (co światu przypomniał duet Kowalska & Sopoćko). Nie mam żadnych wątpliwości, że on znalazł ukojenie w tym, który jest odpowiedzią na wszystko. Na pewno nie był nieskazitelny, ale wierzę że w choćby w ostatniej chwili życia, także w tak wielkiej rozpaczy, potrafił zaufać Temu, którego właśnie w tym momencie odnalazł naprawdę – i który na pewno po drugiej stronie się od Janka nie odwrócił. 
Jezus na pewno doścignął i tego Bożego uciekiniera. 
Dlatego bardzo proszę wszystkich, którzy to czytają, o modlitwę za Janka – o spokój jego duszy i za wszystkich, którzy przez jego odejście są pogrążeni w żałobie. 
Tak mi się to z powyższym zdumieniem ks. Jana Twardowskiego skojarzyło… 

Co też powiedzieć chcesz strumieniu
Kiedy spragnieni wodę piją
Kiedy z nazwiska i imienia
Mijają tak jak świat przemija 

Jak łza spod rzęs
Wypłakana skrycie
Tak śmierć ma sens
I ma sens życie