W Bożych rękach, na Jego dłoni

Wtedy Maryja rzekła:
Wielbi dusza moja Pana,
i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy.
Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej.
Oto bowiem błogosławić mnie będą
odtąd wszystkie pokolenia,
gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.
Święte jest Jego imię
a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia
[zachowuje] dla tych, co się Go boją.
On przejawia moc ramienia swego,
rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich.
Strąca władców z tronu,
a wywyższa pokornych.
Głodnych nasyca dobrami,
a bogatych z niczym odprawia.
Ujął się za sługą swoim, Izraelem,
pomny na miłosierdzie swoje
jak przyobiecał naszym ojcom
na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki.
Maryja pozostała u niej około trzech miesięcy; potem wróciła do domu. (Łk 1,46-56)

Dalsza kontynuacja zwiastowania i ciąg dalszy, jakby odpowiedź Maryi na słowa, jakie usłyszała z ust Elżbiety, gdy stanęła przed nią. Jednocześnie piękna modlitwa, znana szczególnie wszystkim, którzy pochylają się nad codzienną modlitwą Kościoła – liturgią godzin – bo przecież powtarzana w każdych nieszporach (modlitwie wieczornej).
W pewnym sensie, od momentu rozmowy z Gabrielem, Maryja jest samotna, choć obdarzona szczególnym Bożym błogosławieństwem, które przyjmuje w niej postać malutkiego człowieka, rozwijającego się Boga-Człowieka, Jezusa. Samotna wśród ludzi, ale otoczona stałą obecnością i miłością Boga. To, co powiedział jej anioł, zaczyna się układać w spójną całość, dochodzą kolejne puzzle układanki jej życia – faktycznie, Bóg nie tylko dokonał cudu poprzez poczęcie się w niej Jego Syna, ale także obdarzył łaską rodzicielstwa bezpłodną i po prostu starą już jej krewną Elżbietę. Miłość Boża widziana w małych, ale jakże wymownych znakach. Bóg nie tylko postawił przed Maryją zadanie i zostawił ją z nim samą, ale pokazuje, że działa także wobec innych. 
Jesteśmy ludźmi, których czasy, w jakich żyjemy, odwracają się od Boga, starają się Jemu i sobie udowodnić własną samowystarczalność. Zawiedzeni życiem, materializmem, konsumpcją, gonieniem za kasą i zbytkiem, paradoksalnie tracimy zaufanie do Boga właśnie – podczas gdy On jest jedynym, który może temu życiu, temu naszemu byciu tu i teraz (ale też w dłuższej, całej perspektywie) nadać sens, odnowić je. Jesteśmy ludźmi, którzy nie potrafią się cieszyć tak naprawdę – zamykamy się w czterech ścianach, uciekamy od relacji z sąsiadami, rodziną, więzi przyjacielskie są coraz bardziej luźne. Zadowalamy się bezcelowym i przypadkowym pływaniem po powierzchni swojego życia. 
To wszystko zmienia się, gdy człowiek spotyka Boga – tak jak Maryja spotkała Jezusa, który w niej się kształtował. Wbrew pozorom, to nie ona nosiła pod swym sercem Boga – ale przyjmując rolę Matki Syna Bożego pozwoliła się Bogu unieść na Jego dłoni. Kiedy człowiek raz odnajdzie radość, jakiej Maryja dała wyraz w swoim Magnifikacie, wystarczy mu jej nie tylko do spraw pięknych i radosnych (święta, opłatek, kolędowanie, ucztowanie), na krótko, ale także do tego, co przyjdzie dalej, później, będzie trudne, będzie wymagało wyrzeczeń i kosztowało cierpienie. Boży entuzjazm zaraża na dobre. Pozwól się nim zarazić w stajence betlejemskiej.

Dobra czy radosna?

Pojawił się człowiek posłany przez Boga – Jan mu było na imię. Przyszedł on na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego. Nie był on światłością, lecz posłanym, aby zaświadczyć o światłości. Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: Kto ty jesteś?, on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: Ja nie jestem Mesjaszem. Zapytali go: Cóż zatem? Czy jesteś Eliaszem? Odrzekł: Nie jestem. Czy ty jesteś prorokiem? Odparł: Nie! Powiedzieli mu więc: Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie? Odpowiedział: Jam głos wołającego na pustyni: Prostujcie drogę Pańską, jak powiedział prorok Izajasz. A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zadawali mu pytania, mówiąc do niego: Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem? Jan im tak odpowiedział: Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała. Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu. (J 1,6-8.19-28)
Adwent, wbrew pozorom, to trudny czas. Dlaczego? Bo na każdym kroku – samym sobie i wszystkim wokół – staramy się udowodnić, że jesteśmy samowystarczalni, potrafimy zapewnić sobie sami wszystko co naprawdę jest potrzebne, nikt ani nic nie jest nam do szczęścia potrzebne. I jak tu, tak uczciwie, szczerze i autentycznie, oczekiwać Kogoś, kto okazuje się być jedyną prawdą, właściwą drogą i wiecznym życiem – czyli odpowiedzią na wszystkie pragnienia i porywy ludzkiego serca? Ciężko. Trzeba się zdecydować. 
Ewangelista zaczyna dzisiaj w miejscu, gdzie kończy się prolog do ewangelii Janowej, który usłyszymy – ci, którzy będą uczestniczyli we Mszy Świętej w dzień – w uroczystość Narodzenia Pańskiego, już za 2 tygodnie (J 1,1-18). O Światłości Kościół odczyta, gdy ta Światłość nadejdzie. Dzisiaj skupia swój wzrok na tym, który ową Światłość zwiastował – na Janie. Wielkim proroku, ostatnim Starego Przymierza (wbrew temu, jak zaprzecza dzisiaj, gdy zostaje zapytany o to czy jest prorokiem), a jednak nie o Światłości – lecz posłanym, by o Niej świadczyć. To dobitne potwierdzenie, rozróżnienie, w zestawieniu z zadawanymi Janowi dzisiaj wieloma pytaniami pokazuje, jak bardzo ludzie pragnęli i wyczekiwali Mesjasza. Jan dał nadzieję, że być może to właśnie On. 
Pytający chyba się zawiedli. Ani Mesjasz, ani Eliasz, ani prorok. Więc kto? Tylko tak naprawdę – Eliasz przyszedł, wypełnił swoją misję dawno i odszedł. Jaki miało sens czekanie na niego? Nierealnie, mijające się z rzeczywistością. Ludzie tak bardzo wyczekiwali obiecanego Zbawiciela, że chcieli Go zobaczyć tam, gdzie Go nie było. Np. w Janie. Trzeba jednak uważać – szukać szczerze i uczciwie, a nie za wszelką cenę dopasować swoje oczekiwania do człowieka, a może na odwrót, byle by tylko się zgadzało. Nie każdemu dane było żyć w czasach, gdy Mesjasz miał nadejść. Czy to znaczyło, że mieli sobie Go wymyślić albo obwołać Nim kogoś, kto do Jego wyobrażenia pasował? Nie. 
Jan był prorokiem doskonałym, żeby zapowiedzieć „tego, który pośrodku nich stał, a którego oni nie znali”, właśnie dzięki swojej bezkompromisowości, wręcz brawurze w napominaniu i wzywaniu do nawrócenia, także w formie piętnowania nadużyć władzy (co ostatecznie doprowadziło go do śmierci – jedyny przykład w historii Kościoła, gdzie wspomina się osobno zarówno narodzenie, jak i śmierć świętego). Mógł być odbierany jako dewocyjny dziwak, a jednak to właśnie w nim zajaśniała Światłość prawdziwa, która na świat przyszła – dzięki temu, że był przezroczysty, a nie skupiał się na własnym blasku, który wtedy by przesłonił Boga. Był bardzo… no właśnie. Wytrwały. Ktoś by powiedział – monotonny. Do znudzenia mówił o tym samym. Niby proste i oczywiste, a przede wszystkim fundamentalne sprawy – a ile z nimi problemów tamci mieli wtedy, i my dzisiaj mamy. Po ludzku może się wydawać, że nie spełnił swojego celu – bo czy „wszyscy uwierzyli przez niego”? Ci, którzy naprawdę chcieli – tak. W końcu tylko Jan wskazał Go po prostu palcem. Ten jest Mesjaszem. Dokładniej się nie dało. 
Nie sposób nie nawiązać do słów Izajasza z I czytania: „Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim, by opatrywać rany serc złamanych, by zapowiadać wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę; aby obwieszczać rok łaski Pańskiej” (Iz 61,1-2a). To jest sedno Jezusowej misji, którą Jan zapowiadał. A w tych słowach – kluczowe – wyzwolenie. Nie jakieś formalne, państwowe, w postaci rewolucji w Jerozolimie, ani też jakieś magiczne, metaforyczne. Wyzwolenie człowieka – wszystkich, każdego konkretnego, wtedy i dzisiaj – mnie i ciebie. Nie kiedyś w wieczności – tam nie będzie to już potrzebne. Tu i teraz. 
Gdyby tak zapytać przypadkowe osoby, załóżmy nawet – które zadeklarują się jako wierzący katolicy – po co Jezus przyszedł na świat i co chciał zdziałać, usłyszelibyśmy różne odpowiedzi, ale mniej lub bardziej sprowadzające się do tego, że nas zbawił, że dał przykazania. I w sumie się zgadza. Tylko z brzmienia tych słów pewnie mało by brzmiało, że to wszystko są wielkie i wspaniałe, a zarazem absolutnie darmo dane dary. Wielu ewangelie – serce Biblii – sprowadza do przypowieści, nauk, nakazów i zakazów. A to prawdziwe sedno, sens, jest tutaj właśnie, w słowach Izajasza: głosić dobrą nowinę ubogim, opatrywać rany serc złamanych, zapowiadać wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę, obwieszczać rok łaski Pańskiej.
To jest Ewangelia. εὐαγγέλιον, euangelion. Dobra Nowina? Tak. Ale bardziej pasuje – radosna nowina. Radosna, jak to oczekiwanie nasze adwentowe. 

Staranie o wszystko – gotowość na wszystko

Jezus powiedział do swoich uczniów: Uważajcie, czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy czas ten nadejdzie. Bo rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie! (Mk 13,33-37)
Nie wiem, jak ty, ale ja bardzo lubię adwent. Jest w tym okresie coś, co bardzo przyjemnie przywołuje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy człowiek z radością, nawet bez budzika, zrywał się w środku nocy prawie, żeby na tę 6:00 być w kościele pełnym ludzi, w ciemności, wpatrywać się w procesję w bieli i potem radośnie śpiewać Chwała na wysokości Bogu, kiedy w kościele zabłysną światła. 

Zaczyna się nowy rok liturgiczny, AD 2012. Pozostawiamy za sobą tamtą rzeczywistość, tamten czas, to co było słabe i niedoskonałe. Z nadzieją, wpatrując się w mrok, kroczymy w kierunku Betlejem, gdzie już niebawem ma stać się cud. 
Oczywiście, w braku dobrej woli może być tak, że ktoś dojdzie do prostego (acz błędnego) wniosku – „znowu w tym Kościele straszą i rozstawiają po kątach”. Ani o strach, ani o dyscyplinowanie nie chodzi. Bóg nie uważa nas za bezmózgie tłumoki, które nie rozumieją, co się do nich mówi – kocha nas i szanuje, ale jednocześnie wie i pamięta, jak często i łatwo zapominamy o tym, co najważniejsze. Bóg zaprasza do czujności i uwagi. To nie jest tak, że powinniśmy po prostu siedzieć i patrzeć się w niebo, nic nie robią. Życie tutaj – rodzina, przyjaciele, praca, zainteresowania, pasje – są ważne. Chodzi o to, aby nie tracić z oczu tego, do czego zmierzamy i nie pogubić perspektywy. Jesteśmy tutaj, dzisiaj żyjemy po ludzku – ale zmierzamy do tego, co po ludzku niezrozumiałe i niewytłumaczalne, ale po stokroć lepsze i piękniejsze, bo wieczne. 
Ludzie są tak dziwnie skonstruowani, że czasami im się myli Adwent z Wielkim Postem. Obydwa to okresy wyciszenia, ale jak bardzo inne. Owszem, postanowienia i wyrzeczenia w obydwu są bardzo mile widziane i na pewno z pobożnych pobudek podjęte mogą wiele pomóc. Ale w Adwencie jest jedna rzeczywistość, o której łatwo zapomnieć – radość. Adwent to radosne oczekiwanie. Więc tej właśnie radości zabraknąć nie powinno, i ona powinna być jakby naturalnym tłem tego czasu. 
Mamy wielkie zadanie do wypełnienia na świecie. Każdy – swoje własne, jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne. Bóg zostawił nam „staranie o wszystko”, a tym „wszystkim” jest zarówno świat jako całość, jak każdy z nas. Zajęcie, jakie nie tyle wyznaczył, co ofiarował każdemu z nas, to nasze powołanie oraz talenty złożone w nasze ręce. Nie jest tak, że Bóg wziął i zaprogramował nas jakoś odgórnie i jesteśmy tylko małymi biegającymi terminatorkami z aureolką. To „wszystko” odkrywamy właśnie w Bogu, dzięki Niemu i przez Niego. To staranie się to nic innego jak tylko to, jak żyjemy – w pełni wolni i swobodni, mogący podejmować nieskrępowanie decyzje. Szkoda, że tak często zapominający, że wiążą się z nimi konkretne konsekwencje. Może właśnie dlatego punktem wyjścia dla sensownego przeżycia tegorocznego Adwentu będzie zastanowienie się – czemu poświęcam swój czas? Czy mam jakieś pasje? Czy naprawdę mocno, dobrze i sensownie przeżywam swoje życie? Jeśli nie – to jest czas, który Pan daje ci do pracy nad tym. Wtedy także czuwanie stanie się bardziej radosne. 

W naszej diecezji nie ma zbyt wielu kontemplacyjnych, klauzurowych zgromadzeń zakonnych – tylko żeńskie, i chyba tylko 3. Adwent to dla nich czas jeszcze głębszego, o ile to możliwe, zamknięcia się i wyciszenia. Cały czas adorują Boga z Najświętszym Sakramencie – w Adwencie w ogóle nie rozmawiają, nie spotykają się z osobami z zewnątrz, nic. Swoją radość oddają Temu, któremu służą. Przygotowują się na Jego narodzenie, i chcą zrobić to jak najlepiej – właśnie trwając przed Nim samym. To kolejny sposób – jeśli nie masz pomysłu, co z sobą zrobić, jak ten czas wykorzystać, idź po prostu przed tabernakulum albo wystawiony Najświętszy Sakrament, i zasłuchaj się w Niego. Tam znajdziesz odpowiedź, gdzie dla ciebie jest pole do popisu – aby czuwać lepiej, owocniej i sensowniej. 
Głowa do góry (o tym było niedawno). Obudź się – bo prześpisz ten jedyny w swoim rodzaju czas i wyjątkowy dzień Narodzenia. Otwórz oczy – nie po to, aby się gapić po kolorowych wystawach, plastikowych aniołkach, kolędach i Last Christmas puszczanych chyba od 3 listopada (sic!) – aby żyć uważnie, lepiej, bardziej i mocniej. Nie wiemy, kiedy On przyjdzie powtórnie – dlatego musimy być gotowi. Wiemy, kiedy przyjdzie tutaj, do betlejemskiej stajni, od wieków wyczekiwany – i tu mamy kolejną w życiu okazję, aby sprawdzić to, czy i jak nam to czuwanie wychodzi. Jeśli nie wychodzi – próbuj dalej. Kolejny Adwent pewnie przeżyjesz za rok – ale Jego powtórne przyjście będzie tylko jedno, bez prób i powtórek. 

Daj się Bogu odnaleźć – jak owca i drachma

Zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie. Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła. Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. Albo jeśli jakaś kobieta, mając dziesięć drachm, zgubi jedną drachmę, czyż nie zapala światła, nie wymiata z domu i nie szuka staranne, aż ją znajdzie. A znalazłszy ją, sprasza przyjaciółki i sąsiadki i mówi: Cieszcie się ze mną, bo znalazłam drachmę, którą zgubiłam. Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca. (Łk 15,1-10)

Taka refleksja natury liturgicznej.

Jezus, kolejny raz „odbijając piłeczkę” ze strony faryzeuszy, przedstawia jedną z wielu przypowieści. Powszechnie znaną pod nazwą przypowieści o zagubionej drachmie czy zagubionej owcy. Motyw znany każdemu, kto do kościoła zagląda i cokolwiek pamięta z katechezy szkolnej. Tylko że tak naprawdę ten tekst mówi przede wszystkim o autentycznej radości. 
Bardzo umiejętnie do Jezus zestawił. Mówił do osób, rzekomo, bardzo bogobojnych, skromnych, wzorów cnót wszelkich, etc. A jednak celowo, znając ich prawdziwe zamiary i fałsz postępowania, posłużył się przykładem jak bardzo materialnym. Bo mówi o własności w obydwu przypadkach. Jakby taki pasterz czy właściciel stada gubił co rusz po jednej owcy, to by zbyt wiele na życie nie zarobił. Zarobi tyle, ile uda mu się sprzedać – a to z przetworów mleka owczego, a to skór z samych owiec, a to mięsa z ubitych zwierząt. Dlatego powinien się o owce troszczyć i nic dziwnego, że raduje się, kiedy znajdzie owcę zagubioną, chce świętować z przyjaciółmi. 
Tak samo kobieta, w tamtych czasach na pewno zajmująca się domem i dbająca o jego budżet – od jej gospodarności (fakt, najpewniej tym, co w ramach wypłaty przyniósł do domu mąż) zależało, czy będzie co zjeść, czy będzie na zaspokojenie potrzeb małżonka i dzieci. Dzisiaj, w czasie kiedy pojęcie drachmy kojarzy się głównie źle i z Grecją, grożącą wszystkim, że opuści strefę euro i powróci do tej waluty, możemy nie wiedzieć, o jaką dokładnie sumę chodziło – można jednak założyć, że dla niezbyt zamożnego domu dość znaczną. Stąd także tutaj – najpierw smutek z powodu zguby, potem wielka radość z odnalezienia – kończąca się, po prostu, dzisiaj byśmy powiedzieli „babską imprezą”. 
Jezus posłużył się tak bardzo materialnymi, przeliczalnymi i prostymi do zrozumienia przykładami. Pewnie nie tylko dlatego, że wiedział, do kogo wtedy mówił – ale domyślał się, że późniejsi słuchacze Jego słów, więc i my dzisiaj, będą najczęściej mieli te same priorytety. Mieć, posiadać. Więc obrazek przypowieści trafia. I przekłada to na radość metafizyczną, jaką sprawiał Bogu Ojcu tym właśnie, co tak bardzo się nie podobało faryzeuszom. W ich mniemaniu – taki nauczyciel, prorok, cudotwórca, to powinien otaczać się najlepiej „tymi lepszymi”, czyli nimi, uczonymi w Piśmie i faryzeuszami (nie mówiąc o tym, że powinien się od nich odczepić – skoro z uporem demaskował ich obłudę). A Ten, co? Szło za Nim coraz więcej „podejrzanych typów” – prostytutki, celnicy, prostactwo. 
Ale Jezus miał rację, że do nich szedł. Bo oni chcieli Go słuchać. Może dlatego, że nie mieli nic do stracenia? Może (ale przecież i Józef z Arymatei, i Łazarz, i Nikodem, i Zacheusz i tylu innych, dobrze sytuowanych, także lgnęło do Pana). Bo oni potrafili się z Niego zasłuchać, i z tego zasłuchania wyciągnąć wnioski, i dalej wydać dobre owoce tego, co Jezus zasiał w ich serca. Dali się Bogu na nowo odnaleźć. 
I taka dygresja, może w formie wyrzutu. Sporo ludzi przychodzi do kościoła, nawet w tygodniu. Czy jesteśmy wtedy radośni? Czy tą radość okazujemy? Czy ją po nas widać? Skoro ludzie potrafią cieszyć się autentycznie ze zwykłego znalezienia owcy czy jakiejś monety – to o ile większa powinna być radość, gdy odpowiadam na zaproszenie żywego Boga i przychodzę na spotkanie z Nim? A różnie to bywa. A przecież On, jak sam powiedział, chce aby radość Jego w nas była, i aby radość nasza była pełna (J 15, 11). 

Radosne świętowanie

(refleksja nagrana na komórce, gdy wychodziłem kilka dni temu z cmentarza)
Najlepszym punktem wyjścia, początkiem świętowania dnia jutrzejszego – uroczystości Wszystkich Świętych – jest uświadomienie sobie, kogo świętujemy, kogo wspominamy. 
Nie zmarłych. Żadne święto zmarłych! 1 listopada wspomina się i świętuje (masło maślane) wszystkich świętych. Czyli tych, którzy we współpracy z Bogiem przeżyli swoje życie. Tych, których życie po ludzku się skończyło, a jednak, które ma swój ciąg dalszy. Swoją lepszą część, która trwa nadal. I nigdy się nie skończy. Jak takie punkty na osi czasu, dążącej ku nieskończoności. Mają swój punkt powstania, moment narodzin, ale się nie kończą. 
Życie trwa dalej. Zmienia się, ale się nie kończy, jak mówi jedna z prefacji na msze za zmarłych. Nie wiemy, jak to jest, nie wiemy, jak to wygląda. I pewnie się dowiemy. Kościół pozostawia to jako tajemnicę. Tajemnicę świętych obcowania. Świętych, którzy duchowo są tutaj z nami, ale tak naprawdę są już tam, z Bogiem. Zakorzenieni w Bogu w taki sposób, że nic nie jest już w stanie ich od Niego rozdzielić. Nie tak jak my, którzy mamy swoje problemy, grzechy, brudy, upadki – ale w Bogu tak naprawdę, na maxa, do końca. 
I choć ten dzień dla wielu, siłą rzeczy, jest trudny, bo wspominamy – niektórzy pradziadków, niektórzy dziadków, ale wielu z nas też rodziców, rodzeństwo, ciotki, wujów, niektórzy przeżywają dramat tego, że kiedyś pochowali i w tych dniach stają nad grobem czy to współmałżonka, czy nawet dziecka. Ale to jest piękny czas. Bo głęboko wierzymy, że nie tyle pamiętamy o nich jako tych, którzy wiernie żyli i zmarli – ale jako tych cichych i często anonimowych świętych z naszych podwórek, z naszych rodzin i środowisk. Anonimowych świętych, ale przez to w żaden sposób mniej świętych. Świętych – więc dlatego wspominamy ich już jutro. Sam nie wiem, dlaczego, ale ja zawsze, kiedy wchodzę na cmentarz, nie czuję strachu, tylko ogarnia mnie taki niesamowity spokój. Spokój, jakby ci wszyscy, których doczesne szczątki kiedyś zostały tam złożone, byli takim niemym, ale bardzo mocnym potwierdzeniem. To wszystko ma sens. To wszystko, w co wierzysz, to prawda, a my jesteśmy tego najlepszym dowodem.
Bywa, że łza się w oku zakręci, za tą czy tamtą osobą, na wspomnienie wspólnych chwil, ale to przecież normalne. Tym większe przed nami zadanie. Uwierzyć w to obcowanie świętych. Uwierzyć i świętować to, tak naprawdę. Niech tern jutrzejszy dzień, ani Dzień Zaduszny, nie będą smutnym rozpamiętywaniem tych, którzy kiedyś byli, a teraz już odeszli – ale radosnym wspomnieniem tego, co było w nich dobre, radosne i piękne, za co ich kochaliśmy, za co nam ich tak bardzo brakuje. I też takim radosnym oczekiwaniem. Na spotkanie w wieczności. My ze sobą, my między sobą, my z nimi – ale przede wszystkim: my z Bogiem. Wtedy już święci tak, jak On tego pragnie.

Po prostu bądź – mocą Ducha Świętego

Przychodzisz Panie mimo drzwi zamkniętych.
Jezu Zmartwychwstały ze śladami męki.
Ty jesteś z nami, poślij do nas Ducha.
Panie nasz i Boże, uzdrów nasze życie.

Dwie piękne wersje tego utworu – jazzowa (moja ulubiona) i bardziej klasyczna

Wieczorem w dniu Zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, gdy drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. (J 20,19-23)
No właśnie. Nad Zesłaniem jako takim, czy też nad Duchem Świętym w ogóle zastanawiałem się wiele razy, w różnych sytuacjach. I żaden tekst nie trafił do mnie w taki sposób, jak ta krótka, czterowersowa piosenka. Dlatego od tych słów, nie od Ewangelii, chcę wyjść. 
Dlaczego my się tak zamykamy? Nie wiem. Ale to fakt. Pisałem o tym nawet nie tak dawno – choćby w kontekście tego, że dla nas radość Zmartwychwstania właściwie kończy się wraz ze świątecznym obżarstwem, piciem i leżeniem przed telewizorem – a co dalej przez bite 7 tygodni liturgicznego okresu wielkanocnego, nie mówiąc o dalszym życiu i tym, co prawda o Bogu Zwycięzcy winna w nie wnieść? (gra słów niezamierzona) Siedzimy sobie w tych swoich skorupkach, pozamykani na cztery spusty. Dlaczego? Bo jesteśmy mali i słabi. Bo wiemy, jak wiele nam brakuje. Bo wiemy, że bardzo łatwo nie tyle my kogoś możemy zranić – co sami możemy zostać zranieni, szczególnie gdy żyjemy w sposób uczciwy, mając kręgosłup moralny i zasady nie tylko deklarowane, ale przede wszystkim wyznawane. 

Po to jest właśnie Duch Święty Pocieszyciel. Ten, który ma rozrywać kajdany, i najpierw wyzwolić tych wszystkich, którzy chcą wierzyć i żyć Ewangelią, bo dopiero wtedy i w takim stanie mogą sami wyzwalać dalej innych. To On, jak Jezus w wieczerniku, przychodzi mimo tych pozatrzaskiwanych drzwi naszych serc, potrząsa nas, gdy trzeba – strzela kuksańca, otrzeźwia i dodaje sił. Musimy tak naprawdę uwierzyć, żeby przejść z tego wielkopiątkowego zapatrzenia na krzyż w to wszystko, co stało się dalej. Krzyż jest symbolem zwycięstwa – ale na nim chrześcijaństwo się nie kończy, a zaczyna. Krzyż nie może stanowić usprawiedliwienia dla zamykania się i ucieczki przed tym, co trudne, ryzykowne, bolesne i wymagające – a tak bardzo często bywa. Paraklet to kolejny, wyjątkowy dar od Zbawiciela, który ma to potwierdzić, podkreślić i wyraźnie zaznaczyć – stając się dla wierzących początkiem nowego, dojrzałego życia ochrzczonych Duchem i Mocą.

To ważne, szczególnie w kontekście zarzutu, że Kościół chowa się w zakrystii. Niestety, zarzutu nierzadko trafnego. Na to nie ma i nie powinno być miejsca. Kościół to już nie tamta grupa przerażonych Jedenastu, przemykających cichcem i gromadzących się w ciągłym strachu przed Żydami. Ten Pokój, który przyniósł Zbawiciel, to nie tylko dar, ale przede wszystkim zadanie i misja. Bo to pokój, który uzdalnia do stania się człowiekiem na miarę człowieczeństwa, na miarę swoich możliwości. Tu już nie ma miejsca na użalanie się nad sobą, taplanie się w bajorku swojej małości i beznadziei, która czasami ogarnia. 

Duch Święty to żaden substytut Zbawiciela. Jezus przychodzi, i przekazując ten pokój – uwiarygadnia się jednoznacznie. To On, ten sam, który umarł, i cały czas – Zmartwychwstały – nosi znaki tamtego wydarzenia na swoim zmartwychwstałym ciele. Kolejny dowód na to, że te wydarzenia – krzyż, zmartwychwstanie – nie mają sensu jedno bez drugiego; stanowią sensowną całość i logiczną kontynuację, jedno po drugim. Widać to jednoznacznie i w tekście pieśni, i w Ewangelii. 

Co zatem zrobić? Jak żyć? Tak, jak tamci – z radością. Rozradować się! Tylko ta prawdziwa radość jest odpowiedzią i postawą człowieka, który cieszy się ze zbawienia, które na niego czeka. Tak, nie zawsze musi być do śmiechu, pięknie, wspaniale, idealnie. Czasami życie daje kopa – normalka. Sztuką jest to, aby owej radości także w takich okolicznościach przyrody nie tracić. Jest trudno? Żal się Bogu. Masz problem? Módl się o pomyślne rozwiązanie, o wskazanie drogi. Uważasz, że zostałeś skrzywdzony? Wykrzycz to Panu – w sersu, albo dosłownie – i bądź w tym jak najbardziej naturalny, a nie tylko w formie Oj, Boziu… Po prostu bądź – mocą Ducha Świętego. Tak jak tamci w wieczerniku byli – tacy sami, pełni wątpliwości, ale obdarzeni Duchem, w świetle którego cała reszta schodziła na dalszy plan, stawała się nieistotna. I to jest właśnie wyzwanie dla nas. 
Nie można siedzieć z założonymi rękami, wpatrywać się w niebo i czekać, aż odpowiedź na każde pytanie i wątpliwość przyjdzie sama. Bo nie przyjdzie. Bo to strata czasu. Bo te odpowiedzi masz w zasięgu ręki – o ile w Duchu Świętym zaczniesz ich szukać. Wykorzystaj dary Ducha.

Radość – niby jest, a tak naprawdę?

Jezus powiedział do swoich uczniów: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Wy będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość. Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat. Także i wy teraz doznajecie smutku. Znowu jednak was zobaczę, i rozraduje się serce wasze, a radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać. W owym zaś dniu o nic Mnie nie będziecie pytać. (J 16,20-23a)
Ten tekst mnie zastanawiał zawsze. Bo bardzo, niestety, dobitnie pokazuje i dowodzi, jak wybiórczo bierzemy do serca i realizujemy to, czego Jezus uczył. Bo chrześcijaństwo powinno cechować się radością, uśmiechem, pełnią nadziei i wiary. Tak? Jakoś w kościołach tego nie widzę. Bo zakładam, że do kościoła przychodzą wierzący, a nie ludzie przypadkowi. Ja rozumiem – skupienie w modlitwie, zaduma itp. Ale tej radości brakuje bardzo często także w tym przeżywanym teraz czasie, okresie wielkanocnym! Najważniejszy czas, świętowanie tryumfu Zbawiciela – i co? Przelatuje I i II dzień świąt wielkanocnych – wraca monotonia pracy/nauki, zaczyna się maraton komunijno-bierzmowaniowy. Radość i wesele? Panie, a kto ma na to czas…
Tu nie chodzi o głupi uśmiech, śmianie się jak przysłowiowy głupi do sera. Chodzi o radość wewnętrzną, która promieniuje, emanuje na to wszystko, z czym i z kim stykam się na zewnątrz. Teoretycznie – radość, o której nie powinno się mówić, bo powinna być po prostu widoczna i oczywista. Chodzi o tę radość, która zawsze pozostaje, choćby na drugim planie, ale jest i przenika, nie pozwala aby zły cień położył się nawet na najtrudniejszych momentach życia – gdy boli, gdy ktoś cię rani, gdy coś znowu nie wychodzi, gdy zawaliłeś. Radość – bo ciągle jest czas, od Boga dany, bo jutro wstanie kolejny dzień, w który mam wejść pełen zapału i pomysłów, a nie z przymusu, bo nie mam innego wyjścia.

To porównanie z kobietą rodzącą – nie da się ukryć, mocno do mnie przemawia. Pomimo porodu poprzez cesarskie cięcie, widziałem ile żona się nacierpiała, ile ją to kosztowało. Ale już po 2 dniach nie miało to znaczenia, bo liczył się tylko ten przerażony, zawinięty w beciku maluszek, który swoimi wielkimi oczami po raz pierwszy oglądał świat. 
My jesteśmy stworzeni do radowania się, i powołani do tej radości. Jeśli siedzisz i użalasz się nad swoim losem – nie dość, że marnujesz czas, to jeszcze przeciwstawiasz się Bogu. On nie po to nas zbawił, żebyś ty był wiecznie nieszczęśliwy. My już otrzymaliśmy tę obiecaną przez Pana radość, i co z nią robimy? Pewnie mało kto, zapytany, w ogóle by powiedział – radość? Jaka radość? Przecież on wygląda, jakby tu był za karę. 
No właśnie. To jak ktoś miałby odebrać nam radość, z której albo nie zdajemy sobie w ogóle sprawy, albo nawet jeśli zdajemy sobie sprawę – w ogóle nie okazujemy? Trudno zabrać coś, czego praktycznie nie ma.

Miłość dla radości, radość dla miłości

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. (J 15,9-17)

I znowu – dzisiejsze i jutrzejsze – dospołu tworzące naszą ewangelię ślubną 🙂 

Miłość to podstawa. Bez miłości nic nie jest trwałe, nie ma punktu odniesienia. Nie chodzi o miłość małżeńską nawet tylko – nie każdy przecież powołany jest do realizacji w związku i rodzinie – ale miłość do drugiego człowieka, tę właśnie, jakiej wzór i przykazanie, ustanawiając je największym, pozostawił Jezus. Co w tych słowach przypomina. 
Nie miłość dla miłości. Miłość dla radości. Radości, która musi być, i która musi być prawdziwa, pełna. Tzn. być nie musi – ale czym jest człowiek smutny? Człowiek prawdziwie wierzący jest szczęśliwy, bo dla człowieka, który jest pewny zbawienia, nie ma miejsca na smutek. Czas dany przez Boga jest cenny, każda chwila – wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju, każdy moment – unikatową okazją do czynienia dobra – czyli? Do miłowania właśnie. Do dawania przykładów miłości. 
Ta miłość nie ma być byle jaka, nie może nawet być. To musi być miłość zakorzeniona w Bogu i zeń czerpiąca. Dokładnie taka, jak Jezusowa. On kochał, bo wcześniej ukochał Bóg Ojciec – a nasza miłość ma być jakby przedłużeniem tamtego ukochania, realizowaniem go w codzienności – względem siebie nawzajem. Za to i dla tego oddał Jezus swoje życie. Nie była to żadna tylko wzniosła idea, teoria bez pokrycia – przecież jej głoszeniu poświęcił bez reszty te 3 lata swojej publicznej działalności, raz po raz do tej prawdy potrzeby miłości powracając. Co więcej – dla tej prawdy umarł, wynosząc ją i wywyższając na drzewie krzyża. Miłość została ukrzyżowana, aby mogła królować także po śmierci. 
Bóg wybiera każdego z nas z osobna, indywidualnie – nie w żaden sposób taśmowo czy wg rozdzielnika – i pragnie naszego szczęścia, w miłowaniu właśnie. Każdy z nas inaczej się realizuje, inną drogę brnie przez życie, w czym innym się specjalizuje, ma inne pasje i zainteresowania. Ale we wszystkim tym jesteśmy wybrani i ukochani, aby iść i przynosić dobre, obfite i długotrwałe (o czym się często zapomina) owoce. Owoce miłości właśnie, które poprzedzą nas, które zaniesiemy jak te naręcza kwiatów, zmierzając po śmierci na Sąd.
Szkoda czasu na życie bez miłości.

Pycha światowa i wytężanie serca

Kiedy Jezus umył uczniom nogi, powiedział im: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Sługa nie jest większy od swego pana ani wysłannik od tego, który go posłał. Wiedząc to będziecie błogosławieni, gdy według tego będziecie postępować. Nie mówię o was wszystkich. Ja wiem, których wybrałem; lecz potrzeba, aby się wypełniło Pismo: Kto ze Mną spożywa chleb, ten podniósł na Mnie swoją piętę. Już teraz, zanim się to stanie, mówię wam, abyście, gdy się stanie, uwierzyli, że Ja jestem. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto przyjmuje tego, którego Ja poślę, Mnie przyjmuje. A kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. (J 13,16-20)
Jezus na początku tych słów przypomina uczniom o czymś, o czym – i oni wtedy, i my dzisiaj – bardzo często zapominamy. Można być dobrym człowiekiem, wierzącym, praktykującym, a mimo wszystko – grzeszyć pychą. Przed tym Jezus wystrzega. Chwilę wcześniej, przed obmyciem nóg, mówił o pokorze – obmywając On, Mesjasz, im nogi, i przykazując aby tak samo oni postępowali (udało się, jest taki obrzęd w liturgii Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek). Na zakończenie tamtych słów mówi: Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. Teraz, przestrzegając przed pychą, używa jakby innego argumentu – nie na zasadzie jak Ja wam, tak i wy – ale składa swego rodzaju obietnicę – obiecuje błogosławieństwo, a więc szczęście tym, którzy te Jego słowa zachowają. 

Szkoda, że nie wszystko zrozumieli. Mimo tego wprost powiedzianego teraz, zanim się to stanie, mówię wam, abyście, gdy się stanie, uwierzyli, że Ja jestem. Niestety, nic to nie dało. Tego, co kryło się w sercu i umyśle Judasza wiedzieć nie mogli, to przecież zakamarki tylko Bogu znane. Mogli się czegoś domyśleć, przy założeniu że faktycznie był on złodziejem (czego taki pewien nie jestem). Jezus ich wprost ostrzegł – tak to właśnie będzie. Wiedział, że na fali uwielbienia i zachwytu nad cudami ludzie na rękach Go będą nosili. Ale rozumiał, że wszystko wypełni się zgoła zupełnie inaczej, wręcz dramatycznie. Ta Jego popularność jako proroka, uzdrowiciela – to było takie złowieszczo spokojne preludium do, po ludzku, spektakularnej klęski; z której jednak Bóg wyprowadza największą łaskę, największy dar dla człowieka – zbawienie. 
I jeszcze o tym przyjmowaniu, na które Jezus zwraca uwagę na końcu. Wiesz, co jest naszym (ludzi) strasznym problemem? Jesteśmy mało konsekwentni, a jednocześnie strasznie kreatywni nie w tym, co trzeba, a mianowicie w dobieraniu słów i faktów w zależności od tego, co nam jest potrzebne, co pasuje do naszej aktualnej sytuacji albo uzasadnienia takiej czy innej, mniej lub bardziej pokrętnej/słusznej teorii. I mimo że komuś się może wydawać, że tak sobie ze skarbca Bożego Słowa wybierać może – a, dzisiaj to, jutro tamto, a jeszcze czegoś innego to w ogóle nie, bo mi nie pasuje… – oznacza tylko tyle, że mu się wydaje. Nic więcej. Bóg pewnie nie zamieni go za to w kamień, nie przeklnie do piątego pokolenia i nie ukarze niczym na wzór plagi egipskiej. 
Tamci, chodzący za Jezusem, mieli trudniej, wbrew pozorom. Mieli Jego samego, na wyciągnięcie ręki – i mnóstwo rozterek: kim jest ten Człowiek? My mamy pamiątki Jego bytności na ziemi, Eucharystię, i kompletny zbiór tego, co jest potrzebne – Pismo Święte, spisane od A do Z, jak to z tym Jezusem było. Wszystko jest spójne, wszystko do siebie pasuje, wszystko się zazębia – o ile się nad tym przysiądzie, wykaże dobrą wolę, i poza wytężeniem oczu, wytęży także serce. Wtedy usłyszysz, że Bóg mówi także do ciebie, dokładnie ciebie, i to nie na zasadzie jak do wszystkich, to do niego też, ale bezpośrednio, bo jesteś Mu wyjątkowy, tak jak każdy inny. Kocha nas tak samo, choć różni jesteśmy. Prawdziwa wiara to przyjęcie tego wszystkiego, co Jezus nauczał. Nie chodzi o absolutny brak wątpliwości i bezmyślność – nie, pytania trzeba zadawać i szukać odpowiedzi. Ale w tym szukaniu wiedzieć, że Bóg wiedział lepiej, i nie bez powodu postawił sprawy tak, a nie inaczej. Wybór jest twój. Kościół to nie supermarket, gdzie korzystasz z promocji, omijając to, co niepotrzebne, drogie – prawdziwa wiara to przyjęcie sercem wszystkiego, co Bóg do wierzenia pozostawił. Ten Bóg, który w Jezusie przyszedł także do ciebie, i umarł dla zbawienia każdego z nas. Najważniejsze – nie na śmierci skończyła się Jego historia, przede wszystkim – zmartwychwstał. To jest dopiero apogeum.  
Trwamy cały czas w radości zmartwychwstania – tak, ciągle jeszcze okres świętowania go, choć, jak to fajnie zostało opisane w jednym z ostatnich GN, u nas w Polsce to jest takie huczne-ludyczne umartwianie się, zainteresowanie nabożeństwami pasyjnymi, uczestnictwo w liturgii Triduum… i co? I nic. Po Niedzieli Zmartwychwstania, niby z tym Alleluja na ustach rozchodzimy się do swoich spraw, wracamy do szkoły, pracy; zaczynają się I komunie, bierzmowania… A świętowanie tej radości? Jakoś ucieka. Może dlatego teraz właśnie, już po zmartwychwstaniu, Kościół – tak jak sam Jezus uczniom zmierzającym do Emaus – wyjaśnia, pokazuje palcem, jak krowie na rowie, że to nie był żaden Boży spontan, ale rzeczy i wydarzenia zapowiedziane przez Boga? 
Pytanie, kiedy do nas to dotrze. I poza zachwytem, od czasu do czasu, nad doskonałością Bożego planu, przedstawioną na kartach Biblii, zaczniemy tego Boga zauważać wokół siebie, w swoim życiu, w odniesieniu do siebie.

Świętowanie świętości – prawdziwe, czy nadmuchane frazesy?

Sporo – żeby nie powiedzieć, że większość – ludzi od piątku trwa w dziękczynieniu za dar beatyfikacji Sługi Bożego Jana Pawła II. Papież Benedykt XVI w piątek 14.01.2011 podpisał dekret o uznaniu autentyczności cudu, dokonanego za przyczyną Jana Pawła II na s. Marie-Simone Pierre, uzdrowionej – o ironio – z zaawansowanej formy choroby Parkinsona – co de facto zamyka proces beatyfikacyjny i pozwala ustalić i przygotować samą uroczystość beatyfikacji. 

Abstrahując od sytuacji wyjątkowej – ktoś wyliczył, że przez blisko 1000 lat nie było przypadku aby papież osobiście wynosił do chwały ołtarzy własnego poprzednika na Tronie Piotrowym – czy też uchylenia przez papieża wymogu upływu 5 lat od śmierci kandydata na ołtarze, aby móc otworzyć proces beatyfikacyjny, Benedykt XVI jakby zaskoczył nieco datą, wybraną dla dokonania uroczystości beatyfikacyjnej. Jak wiemy, nastąpi ona 1 maja – co z pozoru może być datą nic nie mówiącą. Gdy sięgnąć jednak do katolickiego kalendarza liturgicznego – biorąc pod uwagę, jak w tym roku późno obchodzimy uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego – sprawa staje się jasna: jest to II niedziela po Wielkanocy, czyli ustanowione właśnie przez Jana Pawła II święto – Niedziela Miłosierdzia Bożego. Data więc pięknie wpasowuje się w to, na co szczególny akcent kładł w swoim pontyfikacie Sługa Boży – a więc przypomnienie, odkrycie na nowo przesłania Bożego Miłosierdzia, otwartego na każdego człowieka w każdym czasie. Papież mówił bowiem: 
Nic tak nie jest potrzebne człowiekowi, jak miłosierdzie Boże – owa miłość łaskawa, współczująca, wynosząca człowieka ponad jego słabość ku nieskończonym wyżynom świętości Boga. (Łagiewniki, 7 VI 1997)
W bazylice św. Piotra rozpoczęto prace nad przeniesieniem ciała Jana Pawła II z Grot Watykańskich do kaplicy św. Sebastiana, w prawej nawie świątyni, między Pietą Michała Anioła a kaplicą Najświętszego Sakramentu – informuje agencja I-Media. Przeniesienie ciała Jana Pawła II nastąpi po beatyfikacji. 
Taka ciekawa uwaga – może smutna nieco. Przeglądałem blogi, patrzę na wpisy na nich od piątku właśnie, i co? Niewiele osób poświęciło temu wydarzeniu w ogóle miejsce, zwróciło na nie uwagę – może z 5. A ile zostało od tamtej pory napisane? Sporo – widać wyraźnie (blogi mam uszeregowane wg kolejności najnowszych wpisów). 

Nie chcę wchodzić w detale – ale nie podoba mi się bardzo medialna niby to ogólnonarodowa tendencja do wzniosłych słów i haseł, jaka powróciła w momencie ogłoszenia publicznie nowiny o zakończeniu procesu beatyfikacyjnego. Powróciła? Tak, widzieliśmy prawie to samo, gdy Jan Paweł II odchodził w kwietniu 2005, niespełna 6 lat wstecz. Wyglądało to pięknie, rodziło nadzieję na trwałą przemianę w ludzkich sercach – w naszym kraju i nie tylko – na zmianę języka debaty publicznej, polityki, na odnalezienie na nowo szacunku dla siebie nawzajem, wyjście ponad nasze własne uprzedzenia, małostkowe uczucia, które tak często nami kierują i prowadzą do głupot, których własna duma nie pozwala potem naprawić… i naprawienie wielu innych spraw.
Dlaczego mi się nie podoba? Bo jest sztuczna. Bo jest bez pokrycia. Bo, niestety, nic na trwałe nie zmieniła, co widzimy do dzisiaj. Pada wiele pięknych i wzniosłych słów, wszyscy sobie przytakują, ściskają się nawzajem, obiecują wielkie zmiany… a prędzej czy później i tak wracają do robienia swojego, tak samo jak wcześniej. Piękne pustosłowie. No tak – bo przecież dzisiaj wszyscy się cieszą, KEP wzywa do modlitwy i dziękczynienia. 
Może to i ostre słowa – nie neguję jednak radości biskupów, księży, i części z nas świeckich… Ale tak naprawdę – czy w ogóle i z czego cieszy się teraz przeciętny człowiek? Czy dla niego to w ogóle coś znaczy, poza obowiązkowym tematem w wiadomościach, serwisach informacyjnych w radiu i internecie? W końcu – cieszymy się przecież także, i to w skali kraju, narodu, jak reprezentacja piłkarska wygra jakiś mecz (fakt – rzadkość w ostatnich latach), albo np. Adam Małysz wygra jakiś turniej. Czy to jest prawdziwa radość? Moim zdaniem – nie, bo to zwykłe odczucie jakby przyjemności, zadowolenia, z radością nic nie mające wspólnego. 
Jeżeli się cieszymy – to przyczyna musi być głęboko, w środku, w nas. Nie dlatego, że – jak pewnie większość świata – uważaliśmy Jana Pawła II za dobrego człowieka. Jeśli radość – to wdzięczność Bogu za osobę Jana Pawła II, za jego pontyfikat, za jego życie, za wszelkie dzieła które zainspirował, za nadzieję jaką dał wszystkim ludziom i każdemu z osobna tym, co pisał, mówił, robił, jaki dawał przykład. Jeśli radość – to dlatego, że cenimy Jana Pawła II jako wzór świętości, człowieka dobroci i modlitwy, orędownika pokoju, sprawiedliwości i miłosierdzia. 
Nie dlatego, że fajnie się na taką osobę patrzy – tylko że ta osoba ma być i staramy się, aby dla nas samych była inspiracją. Staramy się, aby jego idee – a właściwie idee i przesłanie Kościoła, Boga, Jezusa – żyły w nas, były przez nas realizowane. Jan Paweł II inspiruje i wskazuje drogę – ale nie do biernej radości i przyklaskiwania, ale konkretnych działań i decyzji, jakie sam podejmuję. Radość z wyniesienia go na ołtarze wtedy może być i jest prawdziwa, gdy to, co łączy mnie ze Sługą Bożym to coś więcej niż przynależność do  tej samej wspólnoty Kościoła czy nawet ta sama narodowość.
Niestety, nie ma co liczyć na jakieś wielkie zmiany w skali kraju, Europy czy świata… To przykre, ale tak jest. Ludzie pogadają sobie, pozachwycają się – i będą dalej robili swoje, jak dotychczas. Ważne jest to, czy wydarzenie – beatyfikacja – mnie samego zmieni. Osobiście uważam i wierzę w świętość Jana Pawła II, bez względu na to, czy Kościół ją formalnie zatwierdzi (a raczej – stwierdzi), ale cieszę się bardzo, iż tej sprawiedliwości stało się zadość, wbrew bardzo licznym, po śmierci papieża z Polski, głosom krytyki pod adresem jego personalnie i jego posunięć. 
Nie o obraz z aureolą (takie już od 6 lat sprzedają), czy tony świętych obrazków jakie lada moment zasypią każdego w każdym kościele, jako dodatki do katolickich tytułów, książek – nie o nie chodzi. Chodzi o uświadomienie sobie znaczenia prawdziwej świętości – nie tyle samego Jana Pawła II, co tego, że świętość jest wyzwaniem i zadaniem dla każdego z nas, i nie trzeba być papieżem, aby ją osiągnąć. I do tej świętości wytrwałe i z przekonania dążenie – we własnym życiu, własną drogą, realizując własne powołanie. Dokładnie tak, jak ten, którego Kościół otrzymał jako papieża przełomów tysiącleci, i którego niebawem Kościół wyniesie do chwały ołtarzy.

Jest trudno? Upadamy? Babramy się – czasami w tych samych, często w coraz to nowych – grzechach i swoich słabościach. Ale właśnie Jan Paweł II pięknie wskazuje na nadzieję. Dla każdego: 

Człowiek – każdy człowiek – jest tym synem marnotrawnym: owładnięty pokusą odejścia od Ojca, by żyć niezależnie; ulegający pokusie; zawiedziony ową pustką, która zafascynowała go jak miraż; samotny, zniesławiony, wykorzystany, gdy próbuje zbudować świat tylko dla siebie; w głębi swej nędzy udręczony pragnieniem powrotu do jedności z Ojcem. jak ojciec z przypowieści, Bóg wypatruje powrotu syna, gdy powróci, przygarnia go do serca i zastawia stół dla uczczenia ponownego spotkania, w którym Ojciec i bracia świętują pojednanie. (Reconciliatio et Paenitentia)

Może warto się do czegoś zdeklarować, obiecać coś – nie tyle sobie – co Bogu? Każdy moment jest dobry na zmiany.