Czy tylko dura lex, sed lex?

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Słyszeliście, że powiedziano przodkom: „Nie zabijaj”; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu «Raka», podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego. Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar twój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj. Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie podał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę powiadam ci: nie wyjdziesz stamtąd, aż zwrócisz ostatni grosz. Słyszeliście, że powiedziano: «Nie cudzołóż*. A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już w swoim sercu dopuścił się z nią cudzołóstwa. Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła. Powiedziano też: «Jeśli kto chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy». A Ja wam powiadam: Każdy, kto oddala swoją żonę, poza wypadkiem nierządu, naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa. Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: «Nie będziesz fałszywie przysięgał*, «lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi*. A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie, ani na niebo, bo jest tronem Bożym; ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nie możesz nawet jednego włosa uczynić białym albo czarnym. Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi». (Mt 5,17-37)
To tekst bardzo ważny, pochodzi z niedzielnej liturgii słowa (jak zwykle jestem do tyłu). Ważny, bo ukazuje pewną wyraźną i jasną ciągłość. Jezus nie przychodzi ni stąd, ni zowąd, i nie wprowadza jakiegoś zupełnie nowego systemu praw, nakazów i zakazów, obcych dotąd człowiekowi, Narodowi Wybranemu. Jezus przychodzi wypełnić to wszystko, co o Mesjaszu zostało już powiedziane w pismach i tekstach proroków. Przychodzi jednak również, aby przypomnieć o prawie, o przykazaniach – a może przede wszystkim: wskazać, że nigdy nie straciły one na wartości czy znaczeniu, i nigdy nie stracą, tylko często wykorzystywane są przez niektórych instrumentalnie i zupełnie przeinaczane; że samo literalne odmienianie przykazań przez przypadki nie wystarczy, aby być wielkim w królestwie niebieskim.
Czy o same przykazania, o prawo chodzi, o to dokładne jego przestrzeganie? Gdzie indziej  (Mt 12, 1-8) przecież powie, że On sam jest Panem szabatu, a morał tamtej nauki będzie taki, że prawo jest dla człowieka, a nie człowiek dla prawa. Nie oznacza to jednak przyzwolenia na lekceważenie prawa jako takiego, na wybiórcze wyrywanie z kontekstu tych jego zapisów, które w danym momencie wydają się użyteczne i stanowią potwierdzenie dla mojego postępowania czy stanowiska, przy równoczesnym pomijaniu tych innych, wobec których moje zachowanie i decyzje stoją w sprzeczności. Chodzi o co? O mądrość, o której Paweł mówi w II czytaniu (1 Kor 2,6-10). Tą mądrością kierując się, musimy umieć zachować właściwe proporcje pomiędzy tym, co prawo nakazuje, a człowiekiem z jego potrzebami w konkretnej sytuacji, w jakiej się znajdziemy. 
Jezus poświęca te słowa postawie bardzo ważnej, o której dzisiaj chrześcijanie często zapominają – radykalizmowi. Chrześcijaństwo, przynależność do Kościoła, o wyzwanie i rola dla ambitnych, a nie byle jakich, bez ambicji i zapału. Owszem, do doskonałości każdemu z nas bardzo daleko, ciągle wytrwale ku nim dążymy – ale trzeba powiedzieć jasno: sam fakt tego, że nie robię czegoś bardzo złego, nie oznacza że jestem wybitnie dobry, święty. Zwyczajność najczęściej to bylejakość, stan w którym pewni właściwości swojego postępowania po prostu osiadamy na laurach, spokojni o swój los; przestajemy się starać, przekraczać siebie, zadowoleni z tego, jak jest, bo przecież nic złego nie robimy. 
Przykłady mamy podsunięte pod nos. Piąte przykazanie zakazuje zabijania – a Jezus idzie dalej: zakazuje gniewu i sporów, zakazuje wręcz posłużenia się wobec drugiej osoby sformułowaniem niegodziwiec (bo tak należy tłumaczyć owo raka), posługując się sformułowaniem odnoszącym się do rodziny, które należy rozumieć szerzej – rodziny Kościoła, rodziny wszystkich ludzi. Dzisiaj przecież coraz więcej waśni i sporów  rodzinach, o majątek, o pieniądze, o korzyści. To jest coś, o czym bardzo często zapominamy. Nie można modlić się do Boga w sposób Jemu miły, gdy gdzieś tam, nawet głęboko, w sercu płonie gniew, złość, złe emocje. Aby Bóg mógł mieć upodobanie w modlitwie człowieka – konieczny jest pokój w sercu modlącego się, pokój którego nic nie mąci. Dopiero modlitwa takiego człowieka ma jakikolwiek sens. Nie chodzi przecież o modlenie się dla samego modlenia. 
Szóste przykazanie zakazuje cudzołóstwo. Ktoś powie – jestem wierny żonie, nie spałem z inną, nie zdradziłem jej – więc o co chodzi? Cudzołóstwo to nie tylko fizyczne zbliżenie, akt płciowy. Składamy się przecież z ciała i myśli, emocji. Cudzołożyć można także myślą, kierując je w konkretnym kontekście pod adresem danej osoby. Zgadza się, są osoby, które swoim strojem, zachowaniem, sposobem bycia do pożądliwych myśli prowokują – ale to żadne usprawiedliwienie. Albo to, że większość ludzi tak właśnie dzisiaj żyje – na próbę, żeby się poznać, bo przecież np. data ślubu i tak ustalona. I co z tego? To ludzie próby usprawiedliwienia samego siebie – ale dalej cudzołóstwo. Jezus mówi o drastycznym rozwiązaniu – dosłownym usunięciu danego członka, który jest powodem grzechu. Nie wydaje mi się, żeby chodziło o to, abyśmy się okaleczali (np. uciąć rękę, jak ktoś ukradnie coś ze sklepu – kary mutylacyjne na szczęście mamy już za sobą) – a o zdecydowaną, znowu radykalną, postawę odcięcia się od grzechu. Gdzie, jak? Sakrament pokuty i pojednania. Klękam przed Tobą, Panie, w swojej słabości, unurany grzechami – i proszę, abyś na nowo mnie oczyścił, bo z tym całym syfem nic nie chcę mieć wspólnego, postanawiam poprawę. 
Na końcu jest mowa o wartościowaniu słów, przysiąg. Pewnie każdy z nas widział, jak różne osoby, mniej lub bardziej słusznie o coś oskarżane, zaklinają się na wszelkie świętości, na groby rodziców itp., próbując w ten sposób uwiarygodnić swoje stanowisko. Nie cenimy słów i lekkomyślnie się nimi posługujemy – a to przecież nic innego, jak wykroczenie przeciwko II przykazaniu. Bóg nie jest po to i od tego, aby potwierdzał nasze kłamstewka i podpierał to, co przez nas wypowiedziane samo w sobie jest tak mało spójne, że się po prostu sypie. Im bardziej ważna i delikatna materia – tym trudniej się przyznać, że znowu dałem ciała. Ale trzeba. Żeby być jednoznacznym, transparentnym, czytelnym. Albo tak, albo nie. Nie ma być nic pomiędzy, pośredniego. Bóg, sam i w swoim Synu, był tak wyrazisty i jasny, że Jego naśladowcy nie mogą być nijacy, niezdecydowani, po prostu mdli i niezrozumiali. 
Czy to jakieś nowe obostrzenia, nowe zakazy, które mają nas ograniczać? Nie! To nic nowego. To przypomniane, i dobrze, słowa jakie Mojżesz otrzymał na dwóch tablicach. A dokładniej – jakby instrukcja, w jakim (czyim – Bożym) duchu kierować się w ich interpretacji i stosowaniu, praktykowaniu. Tak naprawdę, my to wszystko wiemy, mamy je wyryte w sercu. To, że Bóg jasno o nich przypomina – to nie po to, aby nas dołować czy deprymować, ale aby przypomnieć o nich. W głębi serca sami mamy wyrzuty sumienia, czasami trudne do zrozumienia i zidentyfikowania – On pomaga nam je kreatywnie ukierunkować, zrozumieć i wyciągnąć wnioski. 
Czy Boże prawo jest trudne? Według mnie – nie – ale może nie jestem obiektywny jako osoba wierząca, która lepiej lub gorzej stara się tego prawa trzymać. Ale też mam problemy, też upadam, też mi głupio gdy raz po raz klękam przed Bogiem w konfesjonale, i nie raz muszę się powtarzać w stosunku tego, co wyznawałem przy poprzedniej spowiedzi, a przecież wtedy już obiecywałem poprawę… Boże prawo jest bardzo spójne i konkretne, choć wymagające. Bóg nic nam nie komplikuje. Wskazuje po prostu na to, w jakim – czyim, Jego – Duchu (dlatego z dużego D) interpretować przykazania i wszystkie inne wskazówki ewangeliczne. Pokazuje palcem – faryzeuszy – mówiąc nie tędy droga. To są ograniczenia, fakt, ale nijak nie przez Boga nałożone, ale przez ludzi, którzy prawa Bożego nie rozumieli i na swój sposób je wypaczali, kierując się tylko literą i umysłem, pomijając serce. Nie bez powodu Augustyn z Hippony powiedział: Kochaj, i rób co chcesz. Miłość jest potrzebna, jest ważna – także do czegoś tak typowo prawniczego jak przykazania.
Po co to wszystko? Bo mamy wybór. Bo Bóg, co podkreślam raz po raz, nigdy się nie narzuca i nie stawia człowieka przed murem. Jeśli myślę, że pod nim stoję – to źle widzę, albo sam się pod niego doprowadziłem.  Bóg wskazuje drogę, pokazuje czym się kierować – jednak decyzję, wybór, musimy podjąć sami, i to nie słowną deklaracją, ale tym, jak i dokąd przez swoje życie przejdziemy. Jeżeli zechcesz, zachowasz przykazania: a dochować wierności jest Jego  upodobaniem. Położył przed tobą ogień i wodę, co zechcesz, po to wyciągniesz rękę. Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się podoba, to będzie ci dane. (Syr 15, 15-17) To, co z przykazaniami zrobimy, w jakim duchu będziemy je odczytywać i jak będziemy stosować, no i czy w ogóle – od tego zależy, jakiego wyboru dokonamy. Życie czy śmierć? Tu jest prawdziwa mądrość, przejawiająca się w wyborze. Niby tak oczywisty – czy jednak na pewno?

Ani za bardzo, ani za mało – ale w sam raz. Zwietrzała sól i niewidoczne światło

Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie. (Mt 5,13-16)
Te słowa to nic innego, jak przypomnienie nam, ludziom wciąż upadającym, taplającym się w błotku naszych grzechów, że choć z naszą świętością tu na ziemi różnie bywa, to jednak to właśnie do niej i ku niej jesteśmy stworzeni. Jesteśmy jakby kwintesencją stworzenia (tutaj piszę o tekście z niedzieli – a o samym stworzeniu, stwarzaniu, w ramach lectio continua można było usłyszeć wczoraj i dzisiaj na Mszy), tymi którzy mają je rozświetlać i decydować o smaku, o walorach. Można soli jako takiej nie lubić, ale nikt nie zaneguje jej podstawowych walorów smakowych – bez soli mało co w ogóle smakuje. Zresztą, jak się coś przesoli – także nie jest dobrze. Sól jest konieczna w odpowiednich proporcjach, ilości, dodana we właściwym momencie. 
Także my sami mamy wolność decydowania o sobie – ale i wskazania, przykazania, naukę Jezusa i Kościoła, które wytyczają trasę, są swego rodzaju przepisem – co, jak, gdzie i kiedy zrobić, czego unikać, co ważne, a co zbędne. Żadne to bezsensowne i nieuzasadnione tylko zakazy i ograniczenia – ale coś, co wynika z całości nauczania Jezusa i jest spójną jego częścią wraz z tym, co Bóg nam proponuje w ramach realizowania i odkrywania swojego powołania, ze wszystkimi możliwościami. Możemy być za bardzo albo za mało, nie zrozumieć przypadkiem przepisu, jaki Bóg daje na szczęśliwe, spełnione i owocne życie, albo zupełnie celowo korzystać z tego przepisu zupełnie na opak, chcąc za wszelką cenę stworzyć coś zupełnie innego, swojego – w myśl nieśmiertelnego róbta, co chceta i ja wiem lepiej
To nigdy się nie zmienia z Jego strony – nasze wybranie, umiłowanie i stworzenie człowieka jest raz na zawsze, bezwarunkowo – trwa nadal. Tylko czasami ktoś z nas dochodzi do wniosku, że jest lepszy, mądrzejszy, dokładniej zna swoje potrzeby i sam najlepiej potrafi je zaspokoić, a ten cały Bóg to tylko wymysł, zabobon i w ogóle to przeszkadza. W tym ukochaniu jesteśmy wolni – możemy tak myśleć, możemy do takiego wniosku dojść i nim się kierować. Pół biedy, gdy człowiek sam zrozumie po czasie, że błądził. Wtedy może do Boga wrócić – a On zawsze czeka w tym samym miejscu. Dobrze, gdy sami dojdziemy do tego, że trzeba tam, do Niego wrócić. 
Człowiek, jak sól, może się zepsuć. Się – czyli sam siebie. Błądzenie jest naszą domeną, bo i słusznie mówi się, że człowiek najlepiej na własnych błędach się uczy, bo błędom innych i podanym przez nich na tacy wnioskom najczęściej nie dowierzamy. Może i dobrze – o te swoje doświadczenia jesteśmy bogatsi, bo przecież jesteśmy sumą wszystkiego, nie tylko tego, co nam się przytrafiło dobre, piękne i miłe. I ta konkretna forma, jakiej Jezus używa – jesteście – mówi wprost, że takie jest nasze powołanie. To żadne dążenie, staranie się, dorastanie – tylko stan faktyczny. Tacy po prostu jesteśmy, mniej lub bardziej dobrze. Możemy być zwietrzałą solą albo ledwo widocznym światłem – ale nimi jesteśmy. To, że my czasami nie dajemy rady, kończy się na nieudolnych staraniach – cóż, tak bywa, ale celem nie jest to jako proces, ale samo bycie tą solą i tym światłem. 
Mamy być w sam raz, tak jak trzeba. Punkty odniesienia – Słowo Boże, nauczanie Jezusa i Kościoła – są jasne. My mamy je stosować do tego, co się dzieje w nas i wokół nas, do ludzi z którymi się stykami, do sytuacji w jakich Boża Opatrzność nas stawia, do problemów jakim musimy stawić czoło. Tak jak to światło, które ma sens tylko właściwie ukierunkowane, w dany ciemny kąt – albo jak sól, której musi być mniej więcej określona ilość, aby potrawę poprawiła, a nie zepsuła. Dlaczego? Po co? Bo to jest właśnie świadectwo. Bo dobrze przyprawioną potrawę ma się ochotę próbować raz po raz, bo dobrze oświetloną drogą każdy idzie chętniej nić po omacku w ciemnościach. Niby zwykła potrawa i zwykła droga – ale inna, jedno dzięki soli, drugie dzięki światłu. 
Mamy powodować niedosyt dobra, piękna, miłości i tego wszystkiego, co jest Bożą solą i Bożym światłem. Mamy być tymi, przez których Bóg mówi do tych, którzy sami do Niego zwrócić się nie potrafią, bo nigdy tego nie robili, albo już zapomnieli, jak to zrobić. Mamy być tymi, którzy do Boga przybliżają, ale zarazem sami Go sobą nie zasłaniają. Mamy inspirować tych, co wokół nas, do tego, aby sami stawali się solą i światłem dla innych. Aby ta dobra sól i dobre światło się rozprzestrzeniały, by przez nie Bóg docierał jak najdalej, dodawał ludzkiemu życiu smaku i oświecał je.

Jedna ważna sprawa – jeśli uważam się za chrześcijanina, muszę uważać. To zobowiązuje. Nie wystarczy to, że pójdę do kościoła, noszę krzyżyk, widać czasem u mnie różaniec, albo na ścianie wiszą święte obrazki a na półce widać Biblię czy książeczkę do modlitwy. Dobre świadectwo to autentyczność. Jeśli jej brakuje – nikomu Boga nie przybliżę, a tylko stanę się dla takiego człowieka kolejnym (być może przy wielu niesłusznych i naciąganych, ale zawsze) dowodem na to, że Bóg, wiara i Kościół to pozoranctwo, brak konsekwencji pomiędzy słowami a czynami, i zwykła ściema. 
Jakaś wskazówka? Proszę bardzo – słowami Izajasza z niedzielnego pierwszego czytania: 
Dziel swój chleb z głodnym, wprowadź w dom biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On [rzeknie]: Oto jestem! Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem. (Iz 58,7-10)
Nie chodzi tu o postawę jakieś wielkiej zewnętrznej pewności siebie, która może zakrawać na pychę, gwiazdorzenia swoją wiarą – nic z tych rzeczy. Paweł w drugim czytaniu mówił: I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. (1 Kor 2, 3) Trzeba być wielkim duchem, wielkim Tym, kto mnie posłał, Bogiem, a nie sobą czy swoimi walorami. Wtedy Ten, który jest najważniejszy, może przeze mnie działać. W końcu właśnie o to chodzi, a nie o wywyższanie siebie samego. 

Bóg z pogranicza – powołanie dla każdego

Gdy Jezus posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei. Opuścił jednak Nazaret, przyszedł i osiadł w Kafarnaum nad jeziorem, na pograniczu Zabulona i Neftalego. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza: Ziemia Zabulona i ziemia Neftalegou, Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmierci światło wzeszło. Odtąd począł Jezus nauczać i mówić: Nawracajcie się, albowiem bliskie jest królestwo niebieskie. Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim. I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu. (Mt 4,12-23)
To tekst dosyć istotny, ponieważ pokazuje jakby początek publicznej działalności Jezusa. Nie wiem, jak w kontekście tego wydarzenia umiejscowić wesele w Kanie Galilejskiej, również uznawane za jedno z pierwszych wydarzeń po objawieniu się Jezusa, gdy zaczął nauczać – musiało to być mniej więcej w tym samym czasie. Autor natchniony sugeruje impuls, który spowodował to działanie – wskazuje jednoznacznie, że ma to miejsce w wyniku i pod wpływem uwięzienia Jana Chrzciciela. 

Jest taka tendencja – a przynajmniej ja się wiele razy z tym spotkałem – iż księża w kontekście tego tekstu mówią o czym? O powołaniu w rozumieniu kapłaństwa i życia zakonnego. Precyzując – przy fragmencie tym, i wielu innych, mówiących o powołaniu Dwunastu, innych uczniów, czy w ogóle o apostołach. Tak się utarło jakoś. Na pewno – tak, literalnie, to słowa o jednoznacznym i wprost wezwaniu konkretnych pierwszych ludzi do tego, aby podążyli za Synem Bożym, który sam ich wskazał i prosi, aby poświęcili się Jego misji. Nie wnikając – wiedzieli czy nie, w co się pakują, uwierzyli Mu i dosłownie zostawili nie tylko to, czym się nie tylko zajmowali w tym momencie, ale całe swoje dotychczasowe życie, zajęcie, dom i rodzinę (Piotr musiał mieć żonę – skoro Jezus później uzdrowił mu teściową). Poszli za Nim, łowić ludzi – oddać się na piękną, ale jakże trudną i wyczerpującą misję pokazywaniu ludziom Boga, przybliżania Boga ludziom i ludzi do Boga, aby w Jego imię chrzcić, odpuszczać grzechy, wiązać ludzi ślubujących sobie miłość, karmić Ciałem i Krwią Pana, nauczać prawd wiary.
Czy jednak tylko o tym jest tekst? Na pewno uderza od razu jedna rzecz – tempo, szybkość, z jaką ci ludzie, personalnie Jezusowi pewnie obcy, podjęli decyzję. Od razu, z miejsca, jak stali i byli czymś zajęci – tak to wszystko rzucili i poszli za Nim. Byli zdecydowani, byli dojrzali i gotowi. Pewnie nie przewidywali kiedykolwiek, że coś takiego się stanie. Ale wiedzieli, że tak należy postąpić. Nie poszli do domów, nie szukali rady u małżonek, starszych, rodziców – Jan i Jakub mieli Zebedeusza, ojca, obok siebie, a jednak równie szybko sami podjęli decyzję. Bóg zaproponował im coś i w tym samym momencie oni od razu udzielili odpowiedzi. Dali się Bogu zaprosić do podróży życia. 
To całe wydarzenie – a nawet szerzej, bo grono, grupa społeczna, z której Jezus wybrał pierwszych uczniów – bardzo pięknie i konsekwentnie wpisuje się w to, o czym mówi Narodzenie Pana, niedawno przeżywane. Bóg, choć największy, niezmierzony, Król królów i Pan panów, nie przyszedł na świat w zapierającym dech w piersiach pałacu, w jakimś wielkim i odpowiednio potężnym mieście (Jerozolima, Rzym), w zamożnej i stosownego pochodzenia rodzinie, w królewskim rodzie. Wybrał prostotę, a wręcz niedostatek, ubóstwo i biedę, rodząc się w zwykłej grocie, służącej za stajnię, w otoczeniu po prostu zwierząt, w małym Betlejem. Po co tak wymowny znak? Żeby pokazać, że Bóg – mimo wielkości i majestatu – jest dla każdego, i Jego Syn przychodzi zbawić i odkupić nie tylko tych, którzy w mniemaniu swoim własnym i innych są pobożni, dobrzy, szczodrzy i wielkoduszni, bo majętni, dobrze urodzeni – ale ludzi wszelkiego pochodzenia, grupy społecznej, narodowości, nie zważając na biedę, ubóstwo, prostolinijność, brak wykształcenia. Jezus mógł szukać swoich naśladowców najpierw pomiędzy uczonymi w piśmie, faryzeuszami, ludźmi wykształconymi – teoretycznie lepiej predysponowanymi do takiej roli. Widział jednak, jak wiele między takimi jest obłudy, bezmyślnego powtarzania rytuałów, zadufania, pewności siebie i pozycji, jaką posiadali – a równocześnie jak mało w nich wiary, nadziei, zrozumienia drugiego człowieka, a więc miłości nie tylko Boga, ale i tego, kto jest obok. 
Bóg wyruszył, aby szukać tych, którzy pierwsi pójdą za Nim, na pogranicze. Nie do wielkiego miasta, do światłych i wielkich tego świata. Wyszedł po prostu na prowincję, gdzie sam – On, Syn Boży, Zbawiciel – wychowywał się i dorastał. Ewangelista mówi wprost: Ziemia Zabulona i ziemia Neftalegou, Droga morska, Zajordanie, Galilea pogan! Lud, który siedział w ciemności – chodziło o ziemie postrzegane jako nadmiernie liberalne, które nie trzymały się prawa Bożego, gdzie dochodziło do mieszanych małżeństw, a nierzadko do bałwochwalczego czczenia różnych bóstw. Chodziło o ziemie, o ludzi zniewolonych. To, co powszechnie uznawane za złe, zepsute, nie rokujące w ogóle nadziei, skazane na potępienie. I tam właśnie Jezus Chrystus wyrusza, aby szukać tych, którzy za Nim pójdą, a po Jego odejściu – śmierci i zmartwychwstaniu – kontynuować będą Jego misję, staną się podwalinami Kościoła, którego bramy piekielne nie przemogą. Bóg idzie do tego, co najbardziej zniewolone – aby to uwolnić. 
Znamienne jest także to, kogo dzisiaj Jezus wybiera. Owszem, później w grupie Dwunastu znajdzie się także np. celnik Mateusz. Teraz wybór pada na rybaków. Czy to przypadek? U Boga nie ma przypadków. Rybacy zajmują się połowem ryb, zanurzają sieci, sięgają do głębi wód – jezior, mórz, oceanów. Wyszukują to, co potrzebne, znajdując pokarm, przy którego poszukiwaniu niekiedy trzeba się bardzo napracować. Nie poddają się łatwo, szukają głęboko – tak samo, jak Bóg, który jest gotów daleko iść i głęboko sięgać w człowieka, którego chce skierować na dobrą drogę, uzdrowić, uszczęśliwić. 
Bóg z pogranicza przychodzi do każdego. Szuka najbardziej właśnie tam, gdzie to, co najgorsze – czy tak naprawdę, czy tak tylko, czasami mylnie, postrzegane. Nie boi się pogranicza fałszu i prawdy, nie boi się tych, którzy Jemu samemu stawiają granice (Boże, ta część życia jest dla Ciebie – miłość, rodzina, niedzielna msza, czasem spowiedź i komunia; a od reszty wara – to jest moja własna, prywatna część). Bóg przychodzi w Jezusie i pragnie powołać każdego z nas – czy jesteśmy z rodziny mogącej się poszczycić szlacheckimi korzeniami, czy nie; czy jesteśmy majętni, czy ledwo wiążemy koniec z końcem; czy jesteśmy wykształceni, może naukowcy, czy ludzie żyjący z pracy własnych rąk, takiej fizycznej. To nie ma dla Boga żadnego znaczenia. Tak samo – to, co kiedyś gdzieś się wydarzyło, i może mnie samego zdeterminowało, i przez co od tamtej pory wątpię w siebie, wątpię w możliwość przebaczenia dla mnie. To wszystko jest we mnie – a On przecież jest Bogiem miłości i to miłosiernej. Jego przebaczenie nie mieści się w mojej ani niczyjej innej głowie – ale jest i czeka. Sam muszę najpierw jednak przebaczyć sobie.
Bóg z pogranicza przychodzi nie po to, aby obiecać lustrzane domy, roztoczyć piękne perspektywy i potem człowieka zostawić samemu sobie. Przychodzi, aby zaoferować przebaczenie – wszystkiego. O ile człowiek się nawróci. O ile zrozumie, że wiara w Niego, w tego prawdziwego Pana, to nie usłana różami piękne, bezproblemowa droga, gdzie manna spada z nieba, pieniądze się nie kończą, a człowiek się pławi tylko w luksusach – ale czasami ciężka, mozolna, trudna, momentami nawet beznadziejna droga życia ze zwykłymi ludzkimi problemami, brakiem pieniędzy, konfliktami, chorobami i słabościami. Bóg przychodzi do człowieka, aby Go ukochać takim, jaki jest – ludzki. Oferuje złote góry? Nie. Oferuje to, że człowiek, który Go do swojego życia zaprosi, nigdy w tym, co go czeka, nie będzie sam. Bez względu na to, co się w tym życiu wydarzy, Bóg z pogranicza będzie z nim, nie pozostawi go samemu sobie.
Tylko daj się powołać. Nie kombinuj, nie kalkuluj, nie zastanawiaj się. To, co Bóg proponuje, może wydawać się dziwne, niezrozumiałe. Ale nigdy na tym nie stracisz, i zawsze – choć może potrzeba na to czasu i odpowiedniej perspektywy – się w tym zrealizujesz. Bóg pisze prosto po krzywych liniach życia. O ile mu na to pozwolisz. 
Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków światło zabłysło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele. Rozradowali się przed Tobą, jak się radują we żniwa, jak się weselą przy podziale łupu. Bo złamałeś jego ciężkie jarzmo i drążek na jego ramieniu, pręt jego ciemięzcy jak w dniu porażki Madianitów. (Iz 9, 1-3)

Nie jestem pępkiem świata – o osądzaniu innych myśli kilka

Jezus przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak, że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: Odszedł od zmysłów. (Mk 3,20-21)
Dawno tak krótkiego tekstu nie czytałem. Ewangelista umiejscawia go tuż za opisem powołania Dwunastu uczniów (Mk 3, 13-19). Co ciekawe, o ile się oprzeć tylko na ewangelii Mateusza – Jezus niewiele, według jego opisów, zdołał uczynić – a wymienione jest to w Mk 2. Nauczał w Kafarnaum, wygnał złego ducha z opętanego, uzdrowił bliżej nieokreśloną liczbę osób, w tym jednego opisanego trędowatego, który został oczyszczony, przywrócił zdrowie uschniętej ręce (i to w szabat!). 
Jak to opisałem w poprzednim tekście – garnęli się do Niego różni ludzie, kierowani różnymi motywacjami i pobudkami, nie zawsze pozytywnymi. Nie wiemy dokładnie, o kim mowa, gdy autor przytacza tutaj u góry bliskich Jezusa. Wątpię, aby chodziło o Maryję – może zatem jakaś dalsza rodzina, nieświadoma Jego posłannictwa i roli, jaką – nie w ukryciu, a przecież publicznie – miał odegrać? Przypis w Biblii Tysiąclecia odsyła przy tym sformułowaniu do Mk 3, 31, czyli tekstu: Tymczasem nadeszła Jego Matka i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. Więc jednak – Maryja? Właściwie, nie jest to wykluczone. Przecież, zachowując w swoim sercu wszystkie sprawy, jakie Jezusa dotyczyły, nie jest powiedziane, że od razu wszystko, co się wokół Niego zaczęło tak gwałtownie dziać od momentu wesela w Kanie Galilejskiej i chrztu z rąk Jana w Jordanie, rozumiała. Zamieszanie wokół jej Syna mogło ją przerastać w tamtej chwili – a co dopiero dalszą rodzinę. Życie i los Jezusa dalej pokazały – byli w błędzie. Ani nie zwariował, ani nie odszedł od zmysłów – był Bogiem, Mesjaszem, który przyszedł zbawić ludzi – i pomimo tego, że bardzo się starał, większość z nich Go w ogóle nie rozumiała, a nawet uważała za wariata.
Ta sytuacja pięknie pokazuje jedną rzecz – bardzo szybko i z wielkim smakiem, a także pewnością, dokonujemy ocen i klasyfikacji innych osób. Jedno spojrzenie, jedno usłyszane zdanie, wypowiedź, rzut oka na wygląd, pochodzenie, zajęcie – i wszystko jasne. Ten jest taki, a tamten taki. Piękny i klasyczny przykład myślenia, a raczej braku myślenia (bezmyślności, innymi słowy), i posługiwania się stereotypami, czyli czymś bardzo niewłaściwym i krzywdzącym. Nawet gdy czegoś nie rozumiemy, nie znamy tła, pobudek, tego co spowodowało takie czy inne zachowanie osoby – jak rodzina Jezusa mogła go nie rozumieć w cytowanej sytuacji – wyrokujemy, oceniamy. 
A nie każdy, którego nie rozumiemy, od razu musi być osobą nienormalną, wariatem, kimś kto kwalifikuje się do leczenia. Może to geniusz? Może to ktoś, kto ma głęboką i uzasadnioną rację – a mnie po prostu nie chce się zastanowić nad tym, co mówi lub robi, albo po prostu palnąłem coś bez sensu od razu, zamiast się zastanowić, no i głupio potem z rzuconych już słów się wycofać, choć w głębi serca przyznaję mu rację? Może to po prostu moje ograniczenia powodują, że sytuacja mnie przerasta, że czegoś nie rozumiem. Nie jestem pępkiem świata, do którego wszyscy muszą się dostosować, w stosunku do którego wszyscy muszą wypowiadać się zrozumiale i usłużnie, żeby wszystko rozumiał. 
Głupio się przyznać, że czegoś nie rozumiem, co? No głupio, tym bardziej jak człowiek pozuje, no może nie na nieomylnego i wszechwiedzącego, ale co najmniej specjalistę od prawie wszystkiego. Ale trzeba. I powstrzymać się od krzywdzących słów czy myśli pod adresem kogoś, kogo właśnie nie rozumiem. Jest to normalne i oczywiste, że ludzi i zachowania oceniamy – przecież musimy to wszystko jakoś sklasyfikować, aby zestawić z wartościami, jakimi się kierujemy, ze swoimi poglądami. Nic w tym złego. Tylko niech ta opinia o drugim człowieku nie będzie powierzchowna, pod wpływem impulsu i pierwszej rzeczy, jakiej się o nim dowiem czy usłyszę – a wyważona, przemyślana, oparta na rzetelnych informacjach. Nie chodzi tylko o słowa – tak, one bolą najbardziej. Ale myślą można przecież też zgrzeszyć. 
Może i się doszukuję przysłowiowego palca Bożego za często, ale co mi tam. Od 3 dni myślałem o tym, aby właśnie nawiązać do braku krytyki wobec samego siebie, a lekkości i omylności ocen i krytyki wszystkich wokół. I co? Bóg sam podsuwa pod nos tekst, który o tym mówi. Pięknie. Bo ja sam mam z tym bardzo duży problem – może ze względu na swoją gwałtowność? Czasami coś palnę, i jeszcze nie skończę wypowiadać – a może wyrzucać z siebie w przypływie gniewu – kolejnego jedynego słusznego i nieomylnego osądu… a już wiem, że nie mam racji, że skrzywdziłem a to osobę będącą przedmiotem tych słów, albo ich adresata. Tak, to zdecydowanie pole do popisu gdy chodzi o nawracanie. Nie wszystkich wokół – siebie samego. 

Mnóstwo wielkie – a ty, po co za Nim idziesz? I dokąd?

Jezus oddalił się ze swymi uczniami w stronę jeziora. A szło za Nim wielkie mnóstwo ludu z Galilei. Także z Judei, z Jerozolimy, z Idumei i Zajordania oraz z okolic Tyru i Sydonu szło do Niego mnóstwo wielkie na wieść o Jego wielkich czynach. Toteż polecił swym uczniom, żeby łódka była dla Niego stale w pogotowiu ze względu na tłum, aby się na Niego nie tłoczyli. Wielu bowiem uzdrowił i wskutek tego wszyscy, którzy mieli jakieś choroby, cisnęli się do Niego, aby się Go dotknąć. Nawet duchy nieczyste, na Jego widok, padały przed Nim i wołały: Ty jesteś Syn Boży. Lecz On surowo im zabraniał, żeby Go nie ujawniały. (Mk 3,7-12)
Szło za Nim wielu – to pewne. Tekst powyżej to tylko jeden z wielu naprawdę obrazków, które to potwierdzają, a które znajdziemy na kartach każdej z ewangelii. A kto dokładnie?

Szli na pewno ludzie pozbawieni nadziei. Czy to przez całokształt swojego życia – bo biedni, urodzeni w rodzinie i środowisku bez perspektyw, bo bez pracy, bo bez wykształcenia, bez możliwości – czy przez jakiś dramat, który w jednej chwili mniej lub bardziej odmienił całkowicie ich egzystencję – może śmierć kogoś bliskiego, utrata pracy, majątku, albo po prostu choroba. Dlaczego szli za Nim? Bo może jeszcze tego nie rozumieli, albo nawet nie wierzyli w Niego – ale słyszeli o Jego czynach i widzieli w Nim kolejną szansę, alternatywę na zaradzenie ich problemom. O tym, ile dokonał, usłyszeć mogli wszędzie – niewykluczone, że Jego łaska dokonała cudu nawet i na kimś z ich, bliższej lub dalszej, rodziny. 
Szli ludzie spragnieni wrażeń, emocji, ujrzenia czegoś nadzwyczajnego, nieprzewidywalnego, niewytłumaczalnego, cudownego. Czy kierowała nimi wiara? Może. Na pewno sporo w tej grupie było zwykłych gapiów (nie neguję jednak, że w tej drodze z i za Jezusem nie odmieniło się ich serce, nie nawrócili się – wielu takiej łaski dostąpiło). Na pewno jednak sporo było ludzkiej ciekawości, która zwraca uwagę na to, co wyłamuje się od szarości codzienności. Nawet gdyby postać Jezusa sprowadzić tylko do Jego cudownych uzdrowień – pomijając Jego mądrość, roztropność, uczciwość i sedno tego, co zdziałał, czyli całe nauczanie, ewangelię – On się wyłamywał. Więc szli za Nim. Do tej grupy należałoby zaliczyć także tych, którzy usłyszeli o Jezusie i lgnęli do Niego – czasem z ukrycia, jak Nikodem,  incognito jak Józef z Arymatei , albo nawet z konarów drzewa, jak Zacheusz – choć nie mieli żadnych konkretnych dolegliwości, a nawet można by ich uznać za ludzi sukcesu. Jezus ze swoim Słowem przyciągał, bo stanowił odpowiedź na wszelkie pragnienia człowieka, nawet te niewypowiedziane, skryte niekiedy przede mną samym.
Szli wreszcie ci, którzy w Jezusie upatrywali wroga – czy to personalnie dla siebie (choć tacy pewnie wysyłali raczej za Nim sługi, szpiegów), czy dla swoich partykularnych interesów, stanowisk. O ile wśród pospólstwa, ludzi prostych i biednych, Jezus był bardzo popularny – w końcu głosił przecież sprawiedliwość społeczną, nakazywał miłość, wyrozumiałość, zakazywał ciemiężenia i wyzysku – to dla tych, którzy swoje majątki zbudowali właśnie na ludzkiej krzywdzie, niewolniczej pracy i oszustwach stanowił wyzwanie. Nawet bardziej – zagrożenie, które należy strategicznie: rozpoznać najpierw, później zlikwidować. Obserwowali, potem próbowali (faryzeusze, uczeni w piśmie) przyłapać na jakieś wypowiedzi, w której zająłby stanowisko niezgodne z prawem żydowskim – ośmieszał ich jednak, zawsze potrafiąc odpowiedzieć trafnie. Dlatego przeszli do czynów – których finał z Ogrójca, pałacu namiestnika, a potem Golgoty znamy. Po ludzku – dopięli swego, problem został zlikwidowany. Czy jednak?
Wielka masa ludzi – wtedy fizycznie, dzisiaj niekoniecznie, bardziej duchowo. Wszyscy podążają za Jezusem. Poza wspólnotą celu – On, Jezus – absolutnie różni, choćby dlatego, że kierujący się zupełnie różnymi pobudkami. A jednak – nawet ci, którzy mieli wobec Niego złe zamiary, oni też idą za Nim. Człowiek, czy chce, czy nie, zmierza do Boga – bardziej lub mniej świadomie. Nawet, gdy w życiu stara się za wszelką cenę temu Bogu dowalić, coś Mu udowodnić, i nawet gdy jest przekonany, że mu się udało. Dalej zmierza do Boga, ku Niemu. 
Co najważniejsze – zrozumieć to. Zrozumieć, dokąd ta droga prowadzi. Że to On jest na końcu, a nie jakieś ubóstwienie mnie samego. Że koniec końców – to On zawsze jest górą. Nie jako ten, który człowieka ubezwłasnowolnia – ale ten, który kocha.
>>>
Znalazłem dzisiaj nowe ciekawe miejsce dla ludzi wierzących – serwis InGod. Fajny design, z założenia, jak rozumiem, centrum informacji o wydarzeniach, jakie chrześcijanina mogą zainteresować – rekolekcje, spotkania, konferencje, wyjazdy, rekolekcje, kursy, ale też nabożeństwa. Kultura również – informacje o nowych wartych polecenia płytach, klipach itp. I to wszystko – ekumenicznie. Kilka słów o inicjatywie – czym jest, czemu ma służyć – tutaj.
>>>
Stamtąd właśnie dowiedziałem się o czymś mocno optymistycznym – zapowiedzi rychłego pojawienia się nowego krążka TGD pt. Liczy się każdy dzień. Cieszy regularność – nowa płyta co, jak dobrze liczę, mniej niż 2 lata. Czekam z niecierpliwością, mimo że mają tam się znaleźć także odgrzewane kotlety czyli utwory już znane. Przy inicjatywie Pawła Bzima Zareckiego wszystko może zabrzmieć inaczej w kolejnej aranżacji 🙂
>>>
Miałem już o tym napisać poprzednio, ale nie wyszło. W dniach 18-25.01.2011 trwa w Kościele katolickim (i nie tylko) Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Szczególny czas, w którym chrześcijanie różnych wspólnot – katolicy, prawosławni, kościoły wschodnie, wspólnoty protestanckie – modlą się o przywrócenie tej utraconej przed wiekami jedności. Modlitwa jest tu ważna – może dlatego, że, realnie patrząc, mówienie o powrocie do jedności po tak długim okresie podziałów wydaje się bardzo mało realne.
Zachęcam do pamięci o tej intencji w tych dniach – do modlitwy proponuję takie słowa, bardzo mi bliskie:

Panie, Ty obdarzyłeś Swój Kościół darami Ducha Świętego i obudziłeś w nim pragnienie jedności. Prosimy Cię, naucz nas wszystkich wsłuchiwać się w głos Ducha Świętego, abyśmy wszyscy umieli kiedyś ukazywać w sposób widzialny i w pełnej wzajemnej komunii łaskę Bożego synostwa, biorącego początek ze chrztu. Pomóż nam, abyśmy ukazywali światu, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Ojca. Niech świat nie widzi w nas obrazu jałowej ziemi, skoro otrzymaliśmy Słowo Boże, które jak deszcz zstąpiło z nieba. Tak modlił się przed wiekami św. Ireneusz z Lyonu, tak modlimy się dziś wszyscy wierzący, zanosząc do nieba wołanie z naszych domów, świątyń i kaplic:daj, abyśmy byli jedno. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

Kto ma czas – w większości, o ile nie wszystkich, diecezjach są przygotowane obchody tego tygodnia, wyjątkowa okazja do modlitwy w świątyniach różnych wspólnot (kolejny dzień – inna wspólnota) razem z osobami do tej wspólnoty należącymi. Rzecz zatem nie tylko interesująca, ale i słuszna – rzadko mamy okazję w gronie podzielonych uczniów Chrystusa modlić się razem. Warto to wykorzystać.

Chrzciciele po swojemu – Boże światełka

Jan zobaczył Jezusa, nadchodzącego ku niemu, i rzekł: Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi. Jan dał takie świadectwo: Ujrzałem Ducha, który jak gołębica zstępował z nieba i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego nad Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym. Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym. (J 1,29-34)
To z niedzieli, jak zwykle jestem do tyłu… O czym to tekst? O radykalizmie. Ktoś zaprzeczy – nie, przecież wyraźnie, o Janie Chrzcicielu i chrzcie Jezusa. Niby ma rację. To fragment, jeden z wielu, opowieści o Jezusie – ale trzeba umieć ją przełożyć, jak zawsze, na język współczesnego człowieka, aby zrozumieć. Co zrozumieć? Sens tego, co Bóg mówi i na co wskazuje, co stawia nam jako przykład – i jak ja mam ten przykład zastosować, wykorzystać w swoim życiu. Bo po co się starać, bo życie jest monotonne, bo wszystko jest przewidywalne. Bo za mało pieniędzy, za słabo płacą, za mało doceniają, za dużo wymagają (także najbliżsi, rodzina, przyjaciele – a człowiek by w domu pospał, poleżał przed tv albo z gazetą), doba za krótka, itp.
Wiesz, co jest naszym największym problemem? Mamy tendencję do bylejakości. Sporo z tego, co robimy, robimy na pół gwizdka, w pracy odwalamy fuszerki, byle szybciej, byle łatwiej, po najmniejszej linii oporu. Robimy, bo musimy – nie dlatego, że chcemy dobrze zrobić. Co najgorsze – jak człowiek zaczyna tak podchodzić do obowiązków mniej przyjemnych, ale koniecznych (np. praca) – to potem bardzo szybko takie podejście może przenieść się też na inne rzeczy, materie, sprawy. Takie wszechogarniające zniechęcenie.
Pewnym drogowskazem, znakiem że takie rozumowanie jest zupełnie złe, jest I czytanie niedzielne. Czy Izajasz był byle jaki, zanim go Bóg powołał na proroka? Można założyć, że nie – był człowiekiem pobożnym, ale także bardzo dobrze wykształconym  odznaczał się znajomością spraw publicznych, polityki, kwestii religijnych i społecznych oraz wielką kulturą; był osobą znaną na królewskim dworze. Współcześni mu pewnie by powiedzieli – wybitny. A jednak, Bóg stawia sprawę jasno – to za mało:
 Tyś Sługą moim, Izraelu, w tobie się rozsławię. Wsławiłem się w oczach Pana, Bóg mój stał się moją siłą. A teraz przemówił Pan, który mnie ukształtował od urodzenia na swego Sługę, bym nawrócił do Niego Jakuba i zgromadził Mu Izraela. A mówił: To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi. (Iz 49,3.5-6)
Wielkość po ludzku, znajomości, towarzystwo, referencje, wykształcenie – to za mało, nawet gdy człowiek jest bogobojny, pobożny, wierzący. To zbyt mało – słowa Boga. A na pewno za mało i źle, gdy byle jak wegetujemy z dnia na dzień, bez ambicji, marzeń, celów, starając się tylko przeżyć kolejny dzień, dożyć do weekendu. I tutaj Bóg znowu stawia nam przed nosem jakby dosłownie Jana Chrzciciela. Czy był on pewien tego, co ogłosił? Czy Bóg dosłownie wskazał mu Jezusa w sposób tak spektakularny, jak oddaje to Pismo Święte – otwarte niebo, gołębica, światło i głos Najwyższego? Może to tylko przenośnia, dodana aby uświadomić, że Bóg wprost, w sposób zdecydowany i dokładny wskazał Janowi Jezusa? Może to wszystko obyło się bez tak spektakularnych znaków – a sformułowano je, aby nam, czytającym po wiekach, łatwiej było zrozumieć: Bóg dał Janowi znak, wobec którego Jan nie miał żadnych wątpliwości?

Takie znaki są wszędzie wokół nas i dzisiaj. Zaproszeniem są choćby zacytowane wyżej słowa Izajasza. To nie tylko kawałek jego autobiografii – jak to sam został przez Boga wezwany i powołany – ale zaproszenie i zachęta, jaką Pan kieruje do każdego z nas. Światłość nie oznacza roli – proroka, chrzciciela grzeszników, mesjasza – ale postawy, sposobu życia. Tą światłością ma być każdy z nas – tam, gdzie aktualnie się znajduje. 
Nie da się ukryć, że Jan ryzykował. Nie mógł przewidzieć, co ludzie zrobią. Jak się poczyta cały ten 1 rozdział Janowej ewangelii, nie sposób niestety dojść do tego, wobec kogo wypowiedział te słowa o Jezusie, wskazując, iż jest On Mesjaszem – napisane jest, że rzekł. Do kogo, pod czyim adresem? Nie bał się jednak. Wiedział, pewny świadectwem i obietnicą Boga, że tak musi postąpić. Gwarantem, że to, co robi, ma sens – było nic innego jak zapewnienie Najwyższego (w tym wypadku – konkretne objawienie o osobie Jezusa). Czy wiedział, że jego misja doprowadzi go – jak i Tego, którego wskazał – do śmierci? Wiedział na pewno, że jego misją jest wzywanie do nawrócenia, i był jej wierny – do końca. W końcu, za to właśnie zginął, za uparte nazywanie grzechów grzechami i napominanie.
Czy to było łatwe zadanie? Pewnie, wiele osób szło za Janem – później wskazał im Jezusa, aby za Nim poszli – ale równie wiele, o ile nie więcej i potężniejszych miał wrogów i przeciwników. Grzechów i słabości, które nas drążą, ale do których sami przed sobą się nie przyznajemy, jest bardzo dużo – i bardzo nie lubimy, kiedy ktoś je wytyka palcami i nazywa po imieniu. To była ciężka praca. Jakaś analogia? Jak człowiek żyje uczciwie, wkłada siły w pracę, a serce w rodzinę, troszczy się o to wszystko i stara – to jest podobnie. Nie każdy z nas ma być Janem Chrzcicielem – ale każdy ma być taki, jak Jan: wytrwały, dobitny, zdecydowany i radykalny. 
 To jest ta światłość, którą mamy świecić, której chce dla nas Bóg, a o której mówi Izajasz. Nieprzypadkowo – światłość, bo pochodząca od pierwotnej Światłości – W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła (J 1, 4-5). Nie swoim własnym światłem, blaskiem własnych dokonań czy cnót mamy świecić – ale światłem Boga. Tego światła, realizowania się w ten sposób w głębi serca każdy z nas – czy sobie z tego zdaje sprawę, czy nie – pragnie. Pytanie brzmi – czy tylko na tęsknocie się skończy, czy spróbujesz wreszcie sam zaświecić?
>>>
Przykry przykład tego, że w imię poprawności politycznej Europie grozi zamykanie kościołów – i to z Barcelony, miejsca które bardzo lubię… I dlaczego? Bo papież ośmielił się przypomnieć w czasie zeszłorocznej pielgrzymki Hiszpanom o wartościach. A władze uniwersytetu, gdzie znajduje się kaplica, nie potrafią (a może nie chcą?) zapewnić modlącym się bezpieczeństwa. Brzmi dramatycznie – jakby mówić o jakimś miejscu na Bliskim Wschodzie, w Ziemi Świętej; a chodzi o środek cywilizowanej Europy. Widać nie tylko o tę cywilizowaność chodzi.

I to wszystko dzięki chrztowi

Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie? Jezus mu odpowiedział: Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe. Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie. (Mt 3,13-17)
Na początek – pytanie, które pewnie każdy z tych, którzy w niedzielę Chrztu Pańskiego (jakąkolwiek, nie tylko tą sprzed 2 dni) pojawili się w kościele, usłyszeli w jakieś tam formie. Czy pamiętasz datę swojego chrztu? Ja, tak się składa, tak. Większość ludzi nie pamięta, ale sam fakt zapamiętania tego detalu nie oznacza wiary i bycia na dobrej drodze. Jednak warto je sobie zadać. Bo to jest punkt odniesienia, początek człowieka jako członka wspólnoty Kościoła. Jak to powiedział, cytowany poprzednio, kard. Joachim Meisner, człowiek ma początek, ale nie ma końca – więc chrzest jest początkiem naszej wiary. A skoro na swojej drodze mamy wracać do źródła – warto umieć je umiejscowić, nie tylko jakoś abstrakcyjnie.
Dla kogoś, kto na tamtą sytuację patrzył z boku, mogła być ona co najmniej dziwna. Skoro Mesjasz – to bez grzechu. Więc co Mesjasz robi w kolejce grzeszników, czekających na obmycie z grzechów przez Jana Chrzciciela w wodach Jordanu? A to właśnie zobaczyli. Jan, jak zwykle, stał i chrzcił, pewnie czekała spora grupa ludzi – aż podchodzi do niego sam Jezus. Tak, daleki kuzyn, rodzina. Czy wcześniej zdawał sobie z tego sprawę? Pewnie nie. Jedno jest pewne – w tym momencie stało się to dla niego jasne: zapowiadany Zbawiciel, Pan stoi przed nim w ludzkiej postaci. Spełniły się słowa proroctw i pism – Mesjasz przybył!
Tekst ewangeliczny nie podaje wprost jednak, czy Jan jakkolwiek zwerbalizował, wypowiedział wobec ludzi to, co zrozumiał – czy powiedział coś w stylu Oto Mesjasz!, wskazał Go wprost. Nie musiał. Świadectwo o Jezusie dał sam Jego Ojciec, sam Bóg. To właśnie na Niego, na tego Człowieka czekacie. To w Jego głos i Jego nauki się wsłuchujcie. Żaden władca w ludzkim rozumieniu, bez wojska czy zaplecza politycznego koniecznego dla zorganizowania przewrotu (bo wielu, niestety, w ten sposób tylko rozumiało rolę i zadanie Mesjasza – wyzwolenie Izraela jako narodu, w ludzkim rozumieniu) – ale kto czyta ze zrozumieniem, ten widzi, że proroctwa w Nim samym się wypełniają. Inna rzecz – czy świadkami objawienia łaski Bożej w postaci gołębicy i wypowiedzianych słów był tylko sam Jan, czy też ujrzeli to wszyscy tam zgromadzeni – nie wiemy.
Po co Jezus pozwolił się ochrzcić? Po co na ten chrzest nalegał – widzimy to wyraźnie, że Jan nie chciał Go chrzcić, uświadomiwszy sobie, kim On jest. Może dlatego, że chciał wypełnić co do siebie wszystko to, co dotyczyło ludzi? Sam przecież był w pełni człowiekiem, pozostając jednocześnie Bogiem. Bez grzechu, choć ludzki. Może wiedząc o tym, że z tego gestu, z tego wydarzenia w Kościele, jaki pozostawi na świecie, czerpać będzie pierwszy i może przez to właśnie kluczowy sakrament, inicjacja chrześcijańska, czyli właśnie chrzest? Jesteśmy świadkami przełomu – ostatni prorok Starego Testamentu wskazuje na Tego, który jest początkiem Nowego Testamentu; Bóg zaś własnymi słowami jakby potwierdza to wskazanie.
Dla nas to wydarzenie jest jasną wskazówką. Nie ma znaczenia to, co się człowiekowi o Jezusie wydaje, kogo chciałby w Nim widzieć, jak bardzo On sam człowieka do siebie przekonał. Bóg sam potwierdza swoim słowem Jezusowe posłannictwo, poświadcza Jego rodowód. Bóg po prostu przyznaje się do tego, że sam posłał Jezusa, i nie jest On żadnym szarlatanem, fałszywym prorokiem czy uzurpatorem, jakich wielu wtedy i dzisiaj mami ludzi. Jest Zbawicielem, Odkupicielem, odpowiedzią na tęsknoty serca każdego człowieka. 

Co najważniejsze – Bóg przyszedł w swoim Synu na świat nie dla wybranej w jakiś sposób wyróżnionej grupy ludzi, ale dla każdego. Dał o tym świadectwo w pięknych słowach  (I czytanie z niedzieli) sam pierwszy następca Jezusa, czyli papież Piotr:

Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie. Posłał swe słowo synom Izraela, zwiastując im pokój przez Jezusa Chrystusa. On to jest Panem wszystkich. Wiecie, co się działo w całej Judei, począwszy od Galilei, po chrzcie, który głosił Jan. Znacie sprawę Jezusa z Nazaretu, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą. Dlatego że Bóg był z Nim, przeszedł On dobrze czyniąc i uzdrawiając wszystkich, którzy byli pod władzą diabła, dlatego że Bóg był z Nim. (Dz 10,34-38)

To nie był żaden spektakl czy show – to, co zdarzyło się nad Jordanem. To było preludium dla całego szeregu po ludzku niewytłumaczalnych zdarzeń – cudów, uzdrowień, wypędzeń złych duchów, a nawet wskrzeszeń. Bóg działał w Jezusie. Bóg był w Nim – On był Bogiem. Cuda miały ułatwić przekonanie do Niego ludzi – ale nie tylko na cudach polegała Jego misja. Pamięć o tym, co cudowne, pozostała – ale najważniejsze jest to, że pozostało Jego Słowo, Pismo Święte, najlepsze drogowskazy dla każdego człowieka każdych czasów. Dzięki niemu Bóg pozostaje z nami – ze wszystkimi ludźmi – nawet dzisiaj, 2000 lat po tym, gdy Jezus odszedł z tego świata, wcześniej zabity, ale zmartwychwstały.

W tych słowach, jakie padły nad Jordanem, Bóg jakby wskazuje misję Jezusa – choć w dużym skrócie. Nie precyzuje planu, założeń czy głównych celów – potwierdza całość tego, co zamierza Jezus; posługuje się – w tym przekładzie – sformułowaniem upodobanie, a więc można je interpretować jako akceptację, zgodę i bezgraniczne poparcie dla samego Jezusa i wszystkiego, co dokona.

Tak samo jest z moim, twoim – chrztem każdego człowieka. To taki przełomowy moment, gdy Bóg w uroczysty sposób zwraca się do każdego z nas, a my pierwszy raz otwieramy przed Nim serce. To pierwszy krok na życiowej drodze odpowiadania na Boże zaproszenia – czasami jakby wykonywany za nas przez rodziców, gdy jesteśmy jeszcze malutcy. Oni chcą, abyśmy wzrastali w Kościele, jako członkowie Mistycznego Ciała Chrystusa, i abyśmy swoje życie splatali z Bogiem i szli przez nie z Jego pomocą. Nie chodzi o żaden automatyzm – kolejny w wielkiej rzeszy anonimowych ludzi – ale o żywą i trwałą relację pomiędzy Nim a mną. O to, że Bóg zwracając się do mnie, uświadamia mi moją własną wyjątkowość, i pokazuje, proponuje, jak tę swoją indywidualność mogę twórczo i owocnie spożytkować, co z nimi mogę zrobić dobrego w ramach czasu danego mi w życiu.

Bóg przychodzi w swojej świętości, aby nas uświęcając sobą, przemienić jednocześnie w żywe świątynie Jego samego. Zasiewa po raz pierwszy ziarno, które umacniane kolejnymi sakramentami ma we mnie i ze mną wzrastać. To nie jest coś, co nastąpi potem jakby samo z siebie, poza mną, niezależnie ode mnie. Co się z tym stanie – zależy tylko i wyłącznie, czy i co ja zrobię, jak postąpię. Pragnie współpracy i tylko w niej mogę wydać dobry owoc, a ten dar otrzymany na chrzcie nie zostanie zmarnowany. Nie o żaden narcyzm chodzi – ale uświadomienie sobie własnej wyjątkowości w oczach Boga. To jest motywacja. Od tego można zacząć, na tym budować.

I to wszystko dzięki chrztowi – temu konkretnemu, mojemu. To jak, pamiętasz jego datę?

>>>

Zarejestrowałem się w konkursie Blog roku, kategoria Ja i moje życie.

Gdyby ktoś miał ochotę – może na tego bloga (nie tyle na mnie) oddać głos – sms o treści A00108 na numer 7122 (1,23 zł brutto). Głosowanie trwa do 20.01.2011 do 12:00.

Jak ciężko nam zgiąć kolana

Gdy Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon . Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok: A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela. Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy Je znajdziecie donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon. Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do swojej ojczyzny. (Mt 2,1-12)
Żadne wczoraj Trzech Króli było, a uroczystość Objawienia Pańskiego. Ten przydomek – pod którym większość naszego społeczeństwa identyfikuje ten dzień – to skrót myślowy, uproszczenie (odnośnie tekstu, zawartości wczorajszej Ewangelii). Szkoda, że jakby zapytać o nazwę fachową i prawidłową – Objawienie Pańskie – pewnie niewiele osób by wiedziało, co to. 
Kościół jaki jest, taki jest, i daleko dzisiaj do pierwotnej jedności. Co za tym idzie – w różnych chrześcijańskich wspólnotach i różne rzeczy świętowano – u nas właśnie Objawienie Pańskie, u np. luteran także (tylko że oni nazywają ten dzień Epifanią), a bracia prawosławni dopiero zaczynają świętować Narodzenie Pana (u nich Objawienie świętuje się 19.01 – tak to jest, jak niektórzy jadą wg kalendarza gregoriańskiego, a inni juliańskiego).
Jednak – co dzisiaj tak naprawdę świętujemy? Zafascynował mnie tekst o. Macieja Biskupa OP, który sugeruje, że współczesne rozumienie i oddźwięk wczorajszej uroczystości jakby rozmija się z założeniem i tym, co symbolizowała ona pierwotnie. Cytuje on dwie starożytne antyfony na ten dzień:
W tym dniu tak świętym trzy cuda wysławiamy: dziś gwiazda przywiodła mędrców do żłóbka; dziś podczas godów woda stała się winem; dziś Chrystus dla naszego zbawienia przyjął od Jana chrzest w Jordanie. Alleluja. 

Dzisiaj się Kościół złączył z Chrystusem, swoim Oblubieńcem, który go z grzechów obmył w Jordanie; biegną mędrcy z darami na królewskie gody, a woda przemieniona w wino cieszy biesiadników. Alleluja.
W pierwszej – ani słowa o żadnych królach/magach – za to jednoznacznie o Chrzcie Pańskim (obchodzić będziemy go już w najbliższą niedzielę) oraz o cudzie przemiany wody w wino. Coś świta? Tak! Kana Galilejska, początek publicznej działalności Jezusa. W drugiej – owszem, pojawiają się jacyś mędrcy, ale z kontekstu można wnioskować, że chodzi o gości weselnych (pytanie – czy dosłownie: gości weselników z Kany, czy może gości na zaślubinach nieba z ziemią, jak można interpretować narodzenie się Mesjasza?). Czyżby więc dzisiejsze teksty liturgiczne i główny akcent – osoby królów/magów/mędrców – to jakby opowieść dodana dla zobrazowania, ubogacenia obchodów Narodzenia Pana, a nie relacja kronikarska? Jan Turnau używa tu nawet sformułowania – midrasz. 
W tym klimacie można się zastanowić także – ilu było mędrców? Przyjmuje się – trzech, ochrzczono ich nawet imionami Kacpra, Melchiora i Baltazara – co jest akurat praktycznie na pewno wymysłem – bo po prostu pasuje do KMB pisanego na drzwiach. Ciekawe, czy ktokolwiek z piszących – sam wczoraj widziałem – wie i rozumie, co te litery znaczą. Z apokryfów można się doliczyć ich nawet dwunastu. Nie, nie imiona mędrców – a Christus mansionem benedicat czyli jakby prośbę, a może i swego rodzaju pewność, że Chrystus mieszkanie błogosławi (dopełnienie – kolęda, wizyta duszpasterska, gdy kapłan dokonuje pobłogosławienia mieszkania). Skąd pomysł – akurat trzech, poza tym że pasuje do w/w słów? Skoro przynieśli trzy dary – kadzidło, mirrę i złoto (Mt 2, 11) – to pasuje. 
Ale to wszystko tak naprawdę nie ma znaczenia – ani to, że być może pierwotnie liturgia tego dnia akcentowała coś zupełnie innego, inne były teksty, ani też to, ilu było mędrców, skąd przyszli. Symbolika tego obrazka jest bardzo czytelna – i podkreśla dobitnie, że Bóg nie podlega ograniczeniom, że ani narodzenie Pana jako Bożego Syna, ani Jego działalność, a tym bardziej śmierć i zmartwychwstanie nie dokonały się z myślą o jakimś jednym konkretnym narodzie, kraju, rasie ludzkiej – ale o wszystkich, o ludzkości jako całości, o każdym z osobna i wszystkich razem ludziach. Bóg jest transgraniczny, i bez względu na to, jak bardzo my sami tkwimy w ksenofobicznych uprzedzeniach, On  wyciąga rękę także (a może przede wszystkim) do tych, których ja sam czy ktokolwiek inny z mniej lub bardziej uzasadnionego powodu przekreśla lub dyskredytuje. 
Historycznie na pewno można się dowiedzieć, że owa scena – powszechnie zwana pokłonem mędrców – to nic innego jak dowód na to, że także poza Narodem Wybranym (co z perspektywy czasu wygląda śmiesznie  nieco – na Mesjasza czekali, Mesjasz przyszedł i w ogóle Go nie zauważyli, co więcej, następne 2000 lat czekają i doczekać się nie mogą) poganie przybywają, aby uczcić prawdziwego Króla. Stąd ładnie pasuje nazywanie przybyszów właśnie królami – co można bardzo ładnie zestawić: zły król Herod vs. dobrzy, poświęcający się i podróżujący przez pół świata pogańscy królowie, spieszący z darami do Mesjasza. 
Wyżej wspomniałem – to ciekawostki, zagwozdki historyczne, najpewniej z tej perspektywy nie do rozwikłania, choć interesujące. Tak, lubimy pospekulować. Zestawienie trójki przybyszów z Mesjaszem jest tym bardziej wymowne, że trudno chyba o większy kontrast. Oni – uosabiający rozum, wiedzę, naukę, władzę, bogactwo – i On, leżący w żłobie, w jaskini, w środku nocy, bez żadnych atrybutów władzy, a jednak o ileż od nich wszystkich większy. Można nawet dojść do wniosku – ludzie nauki, a do tego poganie, potrafią uszanować i uhonorować Boga lepiej (bo w ogóle) niż rzekomo wierzący. Mesjasz Pan w ciele noworodka, jakby bezradnym, ufnie wyciągającym dłonie do tych, którzy do Niego przychodzą. Tak bardzo boski, a zarazem najbardziej ludzki – dziecko przecież nie potrafi kłamać, jest otwarte, ufne i szczere. Paradoks niezmierzonego Boga, przychodzącego jako mały człowiek, którego każdy może unicestwić.
Bez względu na to, czy kierowała nimi tylko chęć sprawdzenia, czy przepowiednie i proroctwa są prawdziwe, czy coś na nich czeka tam, gdzie wskazuje gwiazda, czy też prowadziło ich serce i poszukiwanie prawdy – są dla nas wzorami. Dali z siebie bardzo wiele po to, aby tam właśnie dotrzeć. Wykazali się wytrwałością i pasją w dążeniu do celu, który sobie obrali. Można zaryzykować – wyruszali na pewno jako poganie, do Tego, który miał być światłem na oświecenie pogan (Łk 2, 32), ale być może do swoich domów powracali już jako wierzący. W końcu, jak mówi Jan, była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi (J 1, 9) – i oni właśnie ową Światłość odnaleźli, pozwolili jej w sobie zajaśnieć.
Nie wszyscy się jednak cieszyli – Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Stereotypowo przyjmuje się – ten zły Herod. Tak, on miał teoretycznie najwięcej do stracenia – bo władzę w całej prowincji, gdyby zbuntowany naród zdetronizował go, a Mesjasza obwołał królem. Prawda jest taka, że – jak to bywa – w każdym takim miejscu jest sobie jakaś tam miejscowa elita, która posiada odpowiednie koneksje i powiązania z władcą, z którego żyje, i w oparciu o którego wypracowała sobie pozycję i majątek. Tak, oni również mieli wiele do stracenia. Im również ten nowy Mesjasz był nie w smak.

Morał? Bóg przychodzi do człowieka, ale człowiek sam musi się w kierunku Boga także pofatygować. Nie chodzi o to, że musimy Mu naznosić złota, kadzidła, mirry czy różnych innych symboli bogactwa. Mamy iść – tacy, jacy jesteśmy, z tym, co mamy. Tak naprawdę – my nie mamy nic, co godne jest i co mogłoby być wspaniałe wobec wielkości Boga. Możemy próbować oczywiście uhonorować Go na ludzki sposób, ludzkimi przejawami tego, co wartościowe. Ale nie o wyścig prezentów tu chodzi. Sednem i jedynym wartym świeczki celem dążenia do Jezusa jest to, aby oddać Mu hołd. Przyjść w pełni mojego człowieczeństwa – radości i smutków, sukcesów i porażek, nadziei i tęsknot – i złożyć to wszystko w Jego miłosierne ręce, wierząc mocno i ufnie, że On jest odpowiedzią. Na wszystko. 
Nie ma znaczenia status majątkowy, wykształcenie, pozycja społeczna, tytuły i stanowiska. To się liczy tylko u ludzi. Bóg patrzy dalej, głębiej. Bóg czeka na każdego, a Jego słowo i łaska nie docierają do żadnej konkretnej grupy społecznej, narodowości czy klasy – a do każdego, kto z czystym sercem uczciwie Go poszukuje i pragnie. To decyduje o tym, czy podróż i droga mają sens, czy przyniosą efekt – czy jestem na Niego otwarty i naprawdę Go pragnę, czy też idę i niby to szukam Go, a tak naprawdę nie wiem, po co, na co, dokąd i dlaczego zmierzam. Jeśli chcę w sobie pielęgnować i święcić własny obrazek Jezusa – to najpierw muszę pozbyć się wszelkich stereotypów, w które my sami Boga i Jego Syna wtłaczamy, a dopiero potem się w Niego zapatrzeć. 
A gdy już znajdę? Wtedy mam być sobą. Nie zgrywać, nie stwarzać pozorów, nie robić z siebie lepszego, mądrzejszego niż jestem. Oddać cześć – uklęknąć, uznać wyższość. O ile jest to bardzo niewłaściwe, gdy człowiek czci samego siebie, kogoś innego, albo jakąś wartość materialną – o tyle w takich sytuacjach jakoś bardzo łatwo przychodzi nam ustąpić, oddać hołd czemuś takiemu. Tutaj, inaczej, gdy jest jedyny moment, jedyna Osoba tak naprawdę godna tej czci – jakoś nie bardzo się do takiej postawy garniemy. Zbyt dumni jesteśmy, za bardzo pewni siebie, za twarde karki. Nie można jednak przed Bogiem klękać i oddawać Mu pola tylko w wybranych sferach i sprawach życia. Bóg chce przeniknąć mnie całego – ze wszystkim, co we mnie, co mnie dotyczy. 
Skąd wiadomo, że spotkanie doszło do skutku, że się udało, że odnalazłem Boga? Bo człowiek z takiego spotkania powraca odmieniony, z odnowionym sercem, z postanowieniami co do zmiany samego siebie. Bo ze spotkania z Bogiem nie wraca się na dotychczasową drogę błędów i grzechów – ale wchodzi się już na nową drogę. Tak, grzechów się nie ustrzeżemy, nie unikniemy ich. Ale Bóg napełnia siłą i pokazuje, że można żyć inaczej, lepiej, pełniej w ten właściwie rozumiany sposób. Od betlejemskiej stajenki wracamy jakby do domu, niby tacy sami i tą samą drogą – ale odmienieni, na nowo posłani, umocnieni nadzieją. 
Na czym polega sztuka? Żeby te wszystkie łaski, których zaczerpnęliśmy od Maleńkiej Miłości, chcieć i umieć zagospodarować. Żeby ich nie zmarnować.
Piękne podsumowanie – Jan Turnau ułożył nową wersję kolędy Mędrcy świata. Dla mnie – bomba:
Mędrcy, mędrcy, nie królowie,
władzy im nie trzeba.
Korona im nic nie powie
o tym, co jest z nieba.
A jest stamtąd gwiazdka mała,
podobna do krzyża.
A jest krzyża wielka chwała,
że sam się poniża.
Prawdziwy nie przypomina
berła ani miecza.
Betlejemska to nowina,
Boża, nie człowiecza.

>>>

Lekarze uznali cud, dokonany za wstawiennictwem Sługi Bożego Jana Pawła II – uzdrowienia francuskiej zakonnicy Marie Simon-Pierre z zaawansowanej choroby Parkinsona. Duży krok naprzód. Czyżby beatyfikacja jeszcze w tym roku? Dla mnie to w sumie bez znaczenia – wierzę, iż osiągnął świętość, czy to się ogłosi formalnie, czy nie.

Ten, który jest, który był i który przychodzi. I ciągle pyta – czego szukacie?

Jan Chrzciciel stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: Oto Baranek Boży. Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: Czego szukacie? Oni powiedzieli do Niego: Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz? Odpowiedział im: Chodźcie, a zobaczycie. Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: Znaleźliśmy Mesjasza – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa. A Jezus wejrzawszy na niego rzekł: Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas – to znaczy: Piotr. (J 1,35-42)
Człowiek tak ma, że szuka Boga. Można się tego wypierać, można twierdzić inaczej – można. Ale nie ma to sensu. Czy sobie z tego zdajemy sprawę, czy nie – Bóg jest odpowiedzią na podstawowe potrzeby człowieka, odpowiedzią na nasze pragnienia i nadzieje. Nie – cudownym rozwiązaniem, ale odpowiedzią, drogowskazem. Bóg zawsze o człowieka się troszczy i poprowadzi najlepszą drogą.
Dla Jana misja się skończyła, i wiedział o tym. Miał chrzcić, wzywać do nawrócenia, być takim publicznym ówczesnym wyrzutem sumienia dla ludzi, którzy od Boga się odwrócili i pomimo pozorów, ignorowali Jego samego, Jana jako Bożego proroka i to wszystko, co Bóg czynić kazał i czego zakazywał. Najważniejszym zadaniem Jana, do którego te wcześniejsze były jakby tylko wstępem, było wskazanie Mesjasza. Musiało być to dla niego dość dziwne – bądź co bądź, daleki, ale zawsze kuzyn. On Mesjaszem? Jan nie tracił czasu na coś, co my dzisiaj bardzo lubimy – rozważania, dywagacje, zastanawianie się. Bóg miał mu Go wskazać, i wskazał w Jordanie. On jest Barankiem Bożym, który przyszedł, aby zgładzić grzechy wszystkich ludzi. 
Czy reakcja uczniów Jana była przemyślana? Nie wiem. Skoro Jan de facto wszystkich prowadził do Mesjasza, to oni sami za Nim ruszyli, skoro tylko Jan Go wskazał. Jezus na pewno wiedział, czuł, że podążają za Nim. Czy się chowali, jakby szpiegowali Go? A może szli po prostu jawnie? Nie wiemy, i nie ma to większego znaczenia. Przeszedł od razu do sedna – czego człowiek chce od Boga? Nie zapytał ogólnikowo, ale personalnie, te konkretne osoby. Czego szukacie? Idąc dalej – czego potrzebujecie? Jakie są wasze potrzeby? Za czym tęsknicie? Co jest waszym celem? 
Ich odpowiedź może wydawać się dziwna. Wydawałoby się, że to miejsce na jakieś głębokie, egzystencjalne pytanie – o sens życia, przyszłość, Jego mesjańską misję. Widzę tu pewną analogię do momentu Przemienienia, na Górze Tabor. Wtedy, gdy trzej uczniowie – Piotr, Jakub i Jan – widzą Pana rozmawiającego z Mojżeszem, jakby głupieją – i proponują postawienie dla nich namiotów. Zachowanie dość dziwne, ale takie i okoliczności. Człowiek zaskoczony zdaje się nie wiedzieć, co mówi. Tu – podobnie – Jan nagle, w kontekście pewnie przechodzącego po prostu obok człowieka mówi: oto Mesjasz. Nic dziwnego, że jego uczniom brakuje w takiej sytuacji przysłowiowego języka w gębie, nie wiedzieli co powiedzieć. Bo co ma zrobić człowiek, co będzie odpowiednie i właściwe, gdy staje twarzą w twarz z Bogiem?

Za dużo emocji, zbyt wielka radość i zdziwienie. Na razie potrafią z siebie wykrztusić tylko proste pytanie – o miejsce zamieszkania. Nic nie rozumieją, ale jedno wiedzą – chcą iść z Nim, chcą z Nim przebywać. Niby nic, jednakże wyraźny pierwszy krok, konkretna deklaracja – pierwsze posunięcie w kierunku naśladowania Pana. Wiedzieli, że nie mogą Go stracić z oczu, że chcą przy Nim trwać. To było najważniejsze. W końcu On sam jest źródłem. 
Tak powstawał Kościół – jeszcze za życia Jezusa, i potem, po Jego śmierci. Ludzie, którzy Jezusa poznali, zafascynowani Mesjaszem, Zbawicielem przyprowadzali do Niego kolejnych. Wtedy – tak po prostu, jak w tym dzisiejszym obrazku. Potem – przykład jednych motywował i zaciekawiał po prostu drugich, sami przychodzili i najczęściej do Kościoła dołączali, zafascynowani bezinteresownością, miłosierdziem, prostotą i uczciwością wiary tych, którzy Kościół już tworzyli. Wiara to ciągle żywa fascynacja, zapatrzenie i zakochanie się w Bogu. Chrześcijanie nie czczą ubranego w złotko świątka w obrazie czy figurze, kamyczka czy drzewka. Wierzą w żywego, choć zabitego, bo zmartwychwstałego Boga-Człowieka. On Kościół stworzył, i On od początku (do końca) sam Go spaja. On sam jest źródłem, a człowiek wierzący to nikt inny jak ten, kto z Nim utrzymuje prawdziwą i żywą relację.
W tych dniach ten właśnie Kościół bardzo często wraca do słów z prologu ewangelii Jana o Słowie (J 1, 1-14) – liturgia nie tylko samej Niedzieli Narodzenia Pańskiego, ale też drugiej niedzieli tego okresu. Nie jakieś słowo, które od człowieka pochodzi, jest ludzkim wytworem, i jak sam człowiek – jest omylne. Słowo, które daje życie. Słowo, które jest u początku wszystkiego. To Słowo, którym jest sam Jezus. Słowo – odpowiedź, wyjaśnienie, rozwiązanie. Słowo jako Źródło. Dzisiaj nie mamy już Jezusa między nami namacalnie – ale pozostał w Swoim Słowie, w Chlebie Eucharystii.
Ciągle ten sam, przychodzi zawsze od nowa, choć niezmienny. Nie zmienia się, Jego propozycja jest zawsze aktualna. Pragnie szczęścia człowieka – nie tylko tutaj, na ziemi, ale też dalej, gdy ziemskie życie przeminie. Człowiek jednak musi sam wybrać, uświadomić sobie tę potrzebę, zapragnąć tego. Wtedy On jest zawsze obok – dyskretnie czuwający, i pytający Czego szukacie? Może to przekornie zabrzmi (ja jestem tego pewien) – jeśli na tym świecie ktoś może znać odpowiedź na wszystko, co siedzi w człowieku, to tylko On, Bóg-Człowiek. Ten, który jest, który był i który przychodzi. Warto przejść z Nim – nie tylko nowy rok.

Pozwólmy się Bogu poznać i doświadczyć!

Narodził się Bóg, narodził się Król,
ku Niemu sny i marzenia płyną

Już jutro, jak co roku, w gronie najbliższych, tych których kochamy, będziemy łamać się opłatkiem, składać sobie życzenia, z nadzieją, ufnością i optymizmem patrząc w przyszłość, w to wszystko co czeka nas i w te święta, i w nowym 2011 roku.

Może dla niektórych te święta to przykry obowiązek albo wręcz męcząca monotonia. Właśnie im – ale i każdemu z nas, sobie samemu również – życzymy dobrego i owocnego przeżycia tego czasu. Żeby to nie był kolejny długi weekend (w tym roku i tak dość krótki) w całości zmarnowany na (choć raz w roku usprawiedliwione) obżarstwo, symbiozę z telewizorem czy komputerem, czy coś równie bezproduktywnego. Żeby to nie były święta spędzone tak, jak na – smutnym, ale prawdziwym – obrazku z poprzedniej notki, jak to dla wielu wyglądał Adwent, czas rzekomo przygotowania na te święta.

Bóg przychodzi do każdego z nas, czy nam się to podoba, czy nie; czy w Niego wierzymy, czy nie. Tylko od nas zależy, co z tym zrobimy. Możemy skończyć na zrobieniu z własnego domu po prostu szopki, poprzez przesadne przygotowania zewnętrzne, stworzenie czegoś bliżej nieokreślonego nazywanego klimatem świąt – jednocześnie będąc zupełnie nieprzygotowanym wewnętrznie (wersja pt. opakowanie ładne, a w środku pusto; piękna forma, zero treści). A możemy przygotować w domu to, co konieczne (z umiarem), nie zapominając i przygotowując z równym wysiłkiem siebie samych – swoje serca, to co najważniejsze; wtedy unikniemy właśnie robienia z siebie szopki, a sama szopka – ta betlejemska – będzie tylko naprawdę radosnym celem, do którego w tych dniach fizycznie, do kościołów, i duchowo, w sercu, będziemy zmierzać; nie dlatego, że trzeba, wypada – ale dlatego, że chcemy.

Im bardziej poznajemy i doświadczamy siebie samych, tym bardziej mamy szansę poznać i doświadczyć Boga. On przychodzi do nas w tych dniach w najbardziej prostej, ufnej a zarazem bezbronnej postaci – małego dziecka, które nie wie, co to zło, które potrafi tylko z uśmiechem wyciągać ręce do człowieka. Tak, zaufanie Mu nie oznacza rozwiązania z dnia na dzień wszystkich problemów – ale On sam daje każdemu z nas nadzieję, z której płynie siła i inspiracja do stawiania czoła temu, co trudne, bolesne i czasami bardzo ciężkie. Bóg jest zawsze z nami, nikogo z nas na krok nie odstępuje – i to czasami my sami po prostu w Niego nie wierzymy albo nie chcemy Go zauważyć. Bo zamiast zaufać, współdziałać z Nim, rozmawiać a czasami i kłócić – wolimy po prostu wszystkie sukcesy przypisać sobie, a na Niego zwalić winę za całe zło wokół nas.

Pozwólmy się Bogu poznać i chciejmy poznać także Jego. Żeby nasza wiara i modlitwa nie była pustym recytowaniem czy oddawaniem czci obrazkom, posążkom czy innym podobiznom – ale jedynemu prawdziwemu Bogu, którego Syn przychodzi na świat, i chce wejść w życie każdego z nas, aby uczynić je i nas samych lepszymi, szczęśliwymi, spełnionymi i pełnymi nadziei. On zna nasze myśli, pragnienia i porywy serc – wystarczy tylko nie zamykać tego przed Nim, nie chcieć za wszelką cenę być panem samego siebie, a zaufać Mu i zapragnąć, aby On nas poprowadził, wskazał drogę.

Życzymy Wam świąt naprawdę autentycznej radości, która promieniować będzie nie tylko przez te kilka dni, ale na cały nadchodzący rok. Życzymy Bożego błogosławieństwa i Jego opieki dla Was i dla Waszych najbliższych, tych których kochacie, rodzin, dzieci. Życzymy prawdziwego pokoju serca, który nie tylko zagości na chwilę, ale stanie się trwałym fundamentem. Otwórzcie się przed Nim, nie bójcie i nie wstydźcie się pokazać mu samych siebie – z tym, co dobre i piękne, ale i ze wszystkim, co wymaga zmiany, boli, stanowi problem. On nas kocha nie jako wyidealizowane obrazki – ale takich, jacy jesteśmy naprawdę: prości, niekonsekwentni i słabi, z bagażem różnych doświadczeń.

Żeby Bóg, który do nas przychodzi w wigilijną noc, nie tylko narodził się gdzieś tam, obok, w stajence, w bliżej nieokreślonym miejscu – ale w naszym, Waszym sercu. I żeby świadomość Jego narodzenia, Jego miłości do nas coś w nas zmieniła. Choć trochę.

Poprzez ciszy mgłę z dala słychać śpiew,
Dziś wszystkim z nas Bóg narodzi się.
Tego życzę z serca Wam z moją rodzinką 🙂

Może piosenka poniżej nie jest to szczyt umiejętności wokalnych (w końcu śpiewają dziennikarze), ale piękne słowa i fajne przesłanie – Kolęda dla zmęczonych Roberta Kasprzyckiego i redakcji Tygodnika Powszechnego (tekst tutaj, ale nie daje się skopiować).
Najlepszego!