Mnóstwo wielkie – a ty, po co za Nim idziesz? I dokąd?

Jezus oddalił się ze swymi uczniami w stronę jeziora. A szło za Nim wielkie mnóstwo ludu z Galilei. Także z Judei, z Jerozolimy, z Idumei i Zajordania oraz z okolic Tyru i Sydonu szło do Niego mnóstwo wielkie na wieść o Jego wielkich czynach. Toteż polecił swym uczniom, żeby łódka była dla Niego stale w pogotowiu ze względu na tłum, aby się na Niego nie tłoczyli. Wielu bowiem uzdrowił i wskutek tego wszyscy, którzy mieli jakieś choroby, cisnęli się do Niego, aby się Go dotknąć. Nawet duchy nieczyste, na Jego widok, padały przed Nim i wołały: Ty jesteś Syn Boży. Lecz On surowo im zabraniał, żeby Go nie ujawniały. (Mk 3,7-12)
Szło za Nim wielu – to pewne. Tekst powyżej to tylko jeden z wielu naprawdę obrazków, które to potwierdzają, a które znajdziemy na kartach każdej z ewangelii. A kto dokładnie?

Szli na pewno ludzie pozbawieni nadziei. Czy to przez całokształt swojego życia – bo biedni, urodzeni w rodzinie i środowisku bez perspektyw, bo bez pracy, bo bez wykształcenia, bez możliwości – czy przez jakiś dramat, który w jednej chwili mniej lub bardziej odmienił całkowicie ich egzystencję – może śmierć kogoś bliskiego, utrata pracy, majątku, albo po prostu choroba. Dlaczego szli za Nim? Bo może jeszcze tego nie rozumieli, albo nawet nie wierzyli w Niego – ale słyszeli o Jego czynach i widzieli w Nim kolejną szansę, alternatywę na zaradzenie ich problemom. O tym, ile dokonał, usłyszeć mogli wszędzie – niewykluczone, że Jego łaska dokonała cudu nawet i na kimś z ich, bliższej lub dalszej, rodziny. 
Szli ludzie spragnieni wrażeń, emocji, ujrzenia czegoś nadzwyczajnego, nieprzewidywalnego, niewytłumaczalnego, cudownego. Czy kierowała nimi wiara? Może. Na pewno sporo w tej grupie było zwykłych gapiów (nie neguję jednak, że w tej drodze z i za Jezusem nie odmieniło się ich serce, nie nawrócili się – wielu takiej łaski dostąpiło). Na pewno jednak sporo było ludzkiej ciekawości, która zwraca uwagę na to, co wyłamuje się od szarości codzienności. Nawet gdyby postać Jezusa sprowadzić tylko do Jego cudownych uzdrowień – pomijając Jego mądrość, roztropność, uczciwość i sedno tego, co zdziałał, czyli całe nauczanie, ewangelię – On się wyłamywał. Więc szli za Nim. Do tej grupy należałoby zaliczyć także tych, którzy usłyszeli o Jezusie i lgnęli do Niego – czasem z ukrycia, jak Nikodem,  incognito jak Józef z Arymatei , albo nawet z konarów drzewa, jak Zacheusz – choć nie mieli żadnych konkretnych dolegliwości, a nawet można by ich uznać za ludzi sukcesu. Jezus ze swoim Słowem przyciągał, bo stanowił odpowiedź na wszelkie pragnienia człowieka, nawet te niewypowiedziane, skryte niekiedy przede mną samym.
Szli wreszcie ci, którzy w Jezusie upatrywali wroga – czy to personalnie dla siebie (choć tacy pewnie wysyłali raczej za Nim sługi, szpiegów), czy dla swoich partykularnych interesów, stanowisk. O ile wśród pospólstwa, ludzi prostych i biednych, Jezus był bardzo popularny – w końcu głosił przecież sprawiedliwość społeczną, nakazywał miłość, wyrozumiałość, zakazywał ciemiężenia i wyzysku – to dla tych, którzy swoje majątki zbudowali właśnie na ludzkiej krzywdzie, niewolniczej pracy i oszustwach stanowił wyzwanie. Nawet bardziej – zagrożenie, które należy strategicznie: rozpoznać najpierw, później zlikwidować. Obserwowali, potem próbowali (faryzeusze, uczeni w piśmie) przyłapać na jakieś wypowiedzi, w której zająłby stanowisko niezgodne z prawem żydowskim – ośmieszał ich jednak, zawsze potrafiąc odpowiedzieć trafnie. Dlatego przeszli do czynów – których finał z Ogrójca, pałacu namiestnika, a potem Golgoty znamy. Po ludzku – dopięli swego, problem został zlikwidowany. Czy jednak?
Wielka masa ludzi – wtedy fizycznie, dzisiaj niekoniecznie, bardziej duchowo. Wszyscy podążają za Jezusem. Poza wspólnotą celu – On, Jezus – absolutnie różni, choćby dlatego, że kierujący się zupełnie różnymi pobudkami. A jednak – nawet ci, którzy mieli wobec Niego złe zamiary, oni też idą za Nim. Człowiek, czy chce, czy nie, zmierza do Boga – bardziej lub mniej świadomie. Nawet, gdy w życiu stara się za wszelką cenę temu Bogu dowalić, coś Mu udowodnić, i nawet gdy jest przekonany, że mu się udało. Dalej zmierza do Boga, ku Niemu. 
Co najważniejsze – zrozumieć to. Zrozumieć, dokąd ta droga prowadzi. Że to On jest na końcu, a nie jakieś ubóstwienie mnie samego. Że koniec końców – to On zawsze jest górą. Nie jako ten, który człowieka ubezwłasnowolnia – ale ten, który kocha.
>>>
Znalazłem dzisiaj nowe ciekawe miejsce dla ludzi wierzących – serwis InGod. Fajny design, z założenia, jak rozumiem, centrum informacji o wydarzeniach, jakie chrześcijanina mogą zainteresować – rekolekcje, spotkania, konferencje, wyjazdy, rekolekcje, kursy, ale też nabożeństwa. Kultura również – informacje o nowych wartych polecenia płytach, klipach itp. I to wszystko – ekumenicznie. Kilka słów o inicjatywie – czym jest, czemu ma służyć – tutaj.
>>>
Stamtąd właśnie dowiedziałem się o czymś mocno optymistycznym – zapowiedzi rychłego pojawienia się nowego krążka TGD pt. Liczy się każdy dzień. Cieszy regularność – nowa płyta co, jak dobrze liczę, mniej niż 2 lata. Czekam z niecierpliwością, mimo że mają tam się znaleźć także odgrzewane kotlety czyli utwory już znane. Przy inicjatywie Pawła Bzima Zareckiego wszystko może zabrzmieć inaczej w kolejnej aranżacji 🙂
>>>
Miałem już o tym napisać poprzednio, ale nie wyszło. W dniach 18-25.01.2011 trwa w Kościele katolickim (i nie tylko) Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. Szczególny czas, w którym chrześcijanie różnych wspólnot – katolicy, prawosławni, kościoły wschodnie, wspólnoty protestanckie – modlą się o przywrócenie tej utraconej przed wiekami jedności. Modlitwa jest tu ważna – może dlatego, że, realnie patrząc, mówienie o powrocie do jedności po tak długim okresie podziałów wydaje się bardzo mało realne.
Zachęcam do pamięci o tej intencji w tych dniach – do modlitwy proponuję takie słowa, bardzo mi bliskie:

Panie, Ty obdarzyłeś Swój Kościół darami Ducha Świętego i obudziłeś w nim pragnienie jedności. Prosimy Cię, naucz nas wszystkich wsłuchiwać się w głos Ducha Świętego, abyśmy wszyscy umieli kiedyś ukazywać w sposób widzialny i w pełnej wzajemnej komunii łaskę Bożego synostwa, biorącego początek ze chrztu. Pomóż nam, abyśmy ukazywali światu, że wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Ojca. Niech świat nie widzi w nas obrazu jałowej ziemi, skoro otrzymaliśmy Słowo Boże, które jak deszcz zstąpiło z nieba. Tak modlił się przed wiekami św. Ireneusz z Lyonu, tak modlimy się dziś wszyscy wierzący, zanosząc do nieba wołanie z naszych domów, świątyń i kaplic:daj, abyśmy byli jedno. Który żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

Kto ma czas – w większości, o ile nie wszystkich, diecezjach są przygotowane obchody tego tygodnia, wyjątkowa okazja do modlitwy w świątyniach różnych wspólnot (kolejny dzień – inna wspólnota) razem z osobami do tej wspólnoty należącymi. Rzecz zatem nie tylko interesująca, ale i słuszna – rzadko mamy okazję w gronie podzielonych uczniów Chrystusa modlić się razem. Warto to wykorzystać.

2 komentarzy do “Mnóstwo wielkie – a ty, po co za Nim idziesz? I dokąd?”

  1. Zim pisze:

    A ja się tym razem nie zgodzę… Po pierwsze, sam Chrystus mówił, że kto nie jest z Nim, ten jest przeciw Niemu. W świecie duchowym nie ma stanów pośrednich, są tylko dwie drogi wyboru – albo brama wąska, albo szeroka. A wiadomo, drogą szeroką właśnie idzie większość… Bo jest szeroka. A ta szeroka wbrew pozorom wcale nie prowadzi do Boga. Po drugie – jeśli ktoś świadomie odrzuca Chrystusa i nie chce przyjąć daru, jakim jest zbawienie – to jak inaczej ma do Niego przyjść? To by było nawet wbrew woli tych ludzi, takie wsadzanie ich na siłę "do nieba"… Pozdrawiam 🙂

  2. admin pisze:

    Tylko nie bardzo rozumiem, w jakim kontekście to napisałaś. Bo ja nigdzie nie twierdzę, że oni wszyscy dojdą do celu, jaki Jezus wskazuje – tylko że za Nim idą, z różnych pobudek.

    Co do pytania: "jeśli ktoś świadomie odrzuca Chrystusa i nie chce przyjąć daru, jakim jest zbawienie – to jak inaczej ma do Niego przyjść?" – przyjść może tą samą drogą, jaką odszedł, o ile zrozumie swój błąd; zawsze ma na to czas.

Dodaj komentarz