Chrzciciele po swojemu – Boże światełka

Jan zobaczył Jezusa, nadchodzącego ku niemu, i rzekł: Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi. Jan dał takie świadectwo: Ujrzałem Ducha, który jak gołębica zstępował z nieba i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego nad Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym. Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym. (J 1,29-34)
To z niedzieli, jak zwykle jestem do tyłu… O czym to tekst? O radykalizmie. Ktoś zaprzeczy – nie, przecież wyraźnie, o Janie Chrzcicielu i chrzcie Jezusa. Niby ma rację. To fragment, jeden z wielu, opowieści o Jezusie – ale trzeba umieć ją przełożyć, jak zawsze, na język współczesnego człowieka, aby zrozumieć. Co zrozumieć? Sens tego, co Bóg mówi i na co wskazuje, co stawia nam jako przykład – i jak ja mam ten przykład zastosować, wykorzystać w swoim życiu. Bo po co się starać, bo życie jest monotonne, bo wszystko jest przewidywalne. Bo za mało pieniędzy, za słabo płacą, za mało doceniają, za dużo wymagają (także najbliżsi, rodzina, przyjaciele – a człowiek by w domu pospał, poleżał przed tv albo z gazetą), doba za krótka, itp.
Wiesz, co jest naszym największym problemem? Mamy tendencję do bylejakości. Sporo z tego, co robimy, robimy na pół gwizdka, w pracy odwalamy fuszerki, byle szybciej, byle łatwiej, po najmniejszej linii oporu. Robimy, bo musimy – nie dlatego, że chcemy dobrze zrobić. Co najgorsze – jak człowiek zaczyna tak podchodzić do obowiązków mniej przyjemnych, ale koniecznych (np. praca) – to potem bardzo szybko takie podejście może przenieść się też na inne rzeczy, materie, sprawy. Takie wszechogarniające zniechęcenie.
Pewnym drogowskazem, znakiem że takie rozumowanie jest zupełnie złe, jest I czytanie niedzielne. Czy Izajasz był byle jaki, zanim go Bóg powołał na proroka? Można założyć, że nie – był człowiekiem pobożnym, ale także bardzo dobrze wykształconym  odznaczał się znajomością spraw publicznych, polityki, kwestii religijnych i społecznych oraz wielką kulturą; był osobą znaną na królewskim dworze. Współcześni mu pewnie by powiedzieli – wybitny. A jednak, Bóg stawia sprawę jasno – to za mało:
 Tyś Sługą moim, Izraelu, w tobie się rozsławię. Wsławiłem się w oczach Pana, Bóg mój stał się moją siłą. A teraz przemówił Pan, który mnie ukształtował od urodzenia na swego Sługę, bym nawrócił do Niego Jakuba i zgromadził Mu Izraela. A mówił: To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi. (Iz 49,3.5-6)
Wielkość po ludzku, znajomości, towarzystwo, referencje, wykształcenie – to za mało, nawet gdy człowiek jest bogobojny, pobożny, wierzący. To zbyt mało – słowa Boga. A na pewno za mało i źle, gdy byle jak wegetujemy z dnia na dzień, bez ambicji, marzeń, celów, starając się tylko przeżyć kolejny dzień, dożyć do weekendu. I tutaj Bóg znowu stawia nam przed nosem jakby dosłownie Jana Chrzciciela. Czy był on pewien tego, co ogłosił? Czy Bóg dosłownie wskazał mu Jezusa w sposób tak spektakularny, jak oddaje to Pismo Święte – otwarte niebo, gołębica, światło i głos Najwyższego? Może to tylko przenośnia, dodana aby uświadomić, że Bóg wprost, w sposób zdecydowany i dokładny wskazał Janowi Jezusa? Może to wszystko obyło się bez tak spektakularnych znaków – a sformułowano je, aby nam, czytającym po wiekach, łatwiej było zrozumieć: Bóg dał Janowi znak, wobec którego Jan nie miał żadnych wątpliwości?

Takie znaki są wszędzie wokół nas i dzisiaj. Zaproszeniem są choćby zacytowane wyżej słowa Izajasza. To nie tylko kawałek jego autobiografii – jak to sam został przez Boga wezwany i powołany – ale zaproszenie i zachęta, jaką Pan kieruje do każdego z nas. Światłość nie oznacza roli – proroka, chrzciciela grzeszników, mesjasza – ale postawy, sposobu życia. Tą światłością ma być każdy z nas – tam, gdzie aktualnie się znajduje. 
Nie da się ukryć, że Jan ryzykował. Nie mógł przewidzieć, co ludzie zrobią. Jak się poczyta cały ten 1 rozdział Janowej ewangelii, nie sposób niestety dojść do tego, wobec kogo wypowiedział te słowa o Jezusie, wskazując, iż jest On Mesjaszem – napisane jest, że rzekł. Do kogo, pod czyim adresem? Nie bał się jednak. Wiedział, pewny świadectwem i obietnicą Boga, że tak musi postąpić. Gwarantem, że to, co robi, ma sens – było nic innego jak zapewnienie Najwyższego (w tym wypadku – konkretne objawienie o osobie Jezusa). Czy wiedział, że jego misja doprowadzi go – jak i Tego, którego wskazał – do śmierci? Wiedział na pewno, że jego misją jest wzywanie do nawrócenia, i był jej wierny – do końca. W końcu, za to właśnie zginął, za uparte nazywanie grzechów grzechami i napominanie.
Czy to było łatwe zadanie? Pewnie, wiele osób szło za Janem – później wskazał im Jezusa, aby za Nim poszli – ale równie wiele, o ile nie więcej i potężniejszych miał wrogów i przeciwników. Grzechów i słabości, które nas drążą, ale do których sami przed sobą się nie przyznajemy, jest bardzo dużo – i bardzo nie lubimy, kiedy ktoś je wytyka palcami i nazywa po imieniu. To była ciężka praca. Jakaś analogia? Jak człowiek żyje uczciwie, wkłada siły w pracę, a serce w rodzinę, troszczy się o to wszystko i stara – to jest podobnie. Nie każdy z nas ma być Janem Chrzcicielem – ale każdy ma być taki, jak Jan: wytrwały, dobitny, zdecydowany i radykalny. 
 To jest ta światłość, którą mamy świecić, której chce dla nas Bóg, a o której mówi Izajasz. Nieprzypadkowo – światłość, bo pochodząca od pierwotnej Światłości – W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła (J 1, 4-5). Nie swoim własnym światłem, blaskiem własnych dokonań czy cnót mamy świecić – ale światłem Boga. Tego światła, realizowania się w ten sposób w głębi serca każdy z nas – czy sobie z tego zdaje sprawę, czy nie – pragnie. Pytanie brzmi – czy tylko na tęsknocie się skończy, czy spróbujesz wreszcie sam zaświecić?
>>>
Przykry przykład tego, że w imię poprawności politycznej Europie grozi zamykanie kościołów – i to z Barcelony, miejsca które bardzo lubię… I dlaczego? Bo papież ośmielił się przypomnieć w czasie zeszłorocznej pielgrzymki Hiszpanom o wartościach. A władze uniwersytetu, gdzie znajduje się kaplica, nie potrafią (a może nie chcą?) zapewnić modlącym się bezpieczeństwa. Brzmi dramatycznie – jakby mówić o jakimś miejscu na Bliskim Wschodzie, w Ziemi Świętej; a chodzi o środek cywilizowanej Europy. Widać nie tylko o tę cywilizowaność chodzi.

3 komentarzy do “Chrzciciele po swojemu – Boże światełka”

  1. Fk pisze:

    Światło – jego boskie znaczenie niewątpliwie jest nie tyle czymś widzialnym, co cechą, którą faktycznie chcielibyśmy posiadać.
    Życzę dużo światła wokół 🙂

  2. Zim pisze:

    Ostatnio ze znajomą z którą służymy w tym klubie dla dzieci u nas w zborze rozmawiałyśmy właśnie o Janie Chrzcicielu. Z punktu widzenia czysto ludzkiego jego życie nie miało żadnego sensu, bo przecież nie pracował (a przynajmniej Biblia nic o tym nie pisze), niczego nie wytworzył, niczego po sobie nie zostawił. Urodził się po to, by dać świadectwo o Jezusie i by wskazać ludziom drogę do Niego. A jednak z punktu widzenia Boga jego życie było bardzo cenne. To nas uczy, że nie należy oceniać po pozorach, a Boża perspektywa jest nieraz zupełnie inna niż ludzka. Pozdrawiam 🙂

  3. Bardzo fajny tekst, zgadzam się. Potrzeba nam tego radykalizmu i oddania. Do jakiejkolwiek posługi nas wzywa Pan Bóg, czy to praca, czy studia czy jeszcze inna forma – powinniśmy starać się dać z siebie tyle ile potrafimy. I służyć innym przez to co robimy. "Obyś był zimny albo gorący". Pozdrawiam serdecznie, z Panem Bogiem! 🙂

Dodaj komentarz