Wyjdź z siebie… i przyjdź

Jezus przyszedł nad Jezioro Galilejskie. Wszedł na górę i tam siedział. I przyszły do Niego wielkie tłumy, mając z sobą chromych, ułomnych, niewidomych, niemych i wielu innych, i położyli ich u nóg Jego, a On ich uzdrowił. Tłumy zdumiewały się widząc, że niemi mówią, ułomni są zdrowi, chromi chodzą, niewidomi widzą. I wielbiły Boga Izraela. Lecz Jezus przywołał swoich uczniów i rzekł: Żal Mi tego tłumu! Już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść. Nie chcę ich puścić zgłodniałych, żeby kto nie zasłabł w drodze. Na to rzekli Mu uczniowie: Skąd tu na pustkowiu weźmiemy tyle chleba żeby nakarmić takie mnóstwo? Jezus zapytał ich: Ile macie chlebów? Odpowiedzieli: Siedem i parę rybek. Polecił ludowi usiąść na ziemi; wziął siedem chlebów i ryby, i odmówiwszy dziękczynienie, połamał, dawał uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do sytości, a pozostałych ułomków zebrano jeszcze siedem pełnych koszów. (Mt 15,29-37)
Człowiek szuka Boga – czy się do tego przyznaje, czy temu zaprzecza. Może nie bardzo widać to, kiedy jest wszystko ok – zdrowy, pracujący, mający dach nad głową, stabilna sytuacja w życiu – wtedy jestem samowystarczalny, Bóg najczęściej kojarzy się z przykrym obowiązkiem pójścia do kościoła, modlitwy od czasu do czasu, dawaniem na tacę czy księdzem z kolędą, którego wypada przyjąć, żeby później problemu przy chrzcie/komunii/bierzmowaniu/ślubie nie było. Ale widać to jak na dłoni, gdy tego wszystkiego brakuje – gdy zdrowie się sypie, tracisz pracę, problem z mieszkaniem, niepewność jutra. To momenty w życiu, kiedy człowiek wydaje się bezradny – bo po ludzku może i robił wszystko, co mógł, starał się, a jednak – nie wyszło. To nie wystarczyło. Co dalej? Wyjść z siebie i…? 
Wtedy zaczynasz szukać Jezusa. Wtedy kierujesz się ku Bogu. W powiedzeniu jak trwoga, to do Boga nie ma wcale przesady. Paradoksalnie, bo to przejaw strasznej z naszej strony niekonsekwencji. Jak jest fajno – przecież sam na to zapracowałem, tymi rękami, własnym wysiłkiem, a Ty, Panie Boże, nie mów mi tu o przykazaniach, o grzechach, bo ja tego nie potrzebuję. Jestem samowystarczalny – i właściwie to powinieneś się cieszyć, że w ogóle czasami sobie o Tobie przypomnę, pójdę na mszę, zmówię paciorek.  Supermen, nie ma co. Jak się wszystko sypie, jak domek z kart – wtedy w najlepszym wypadku zaczynamy szukać odpowiedzi na swoje pytania i wątpliwości u Boga właśnie, dopiero, a w najgorszym wypadku najpierw tego Boga obwiniamy za całe zło i niesprawiedliwość, jakie nas właśnie dotykają. Jest w tym jakaś logika, konsekwencja? Wg mnie – nie, bo to nic innego, jak przypisywanie sobie wszelkich sukcesów, a przy porażkach szukanie kozła ofiarnego. Bóg się do tej roli świetnie nadaje, prawda? Nie postawi się, nie przyjdzie z awanturą, bronić się… 
W Jezusowych czasach ludzie byli na pewno dużo bardziej prości, mniej wysublimowani, niewykształceni w większości. Ale nie przeszkadzało im to we właściwym zrozumieniu, z kim mają do czynienia. Widzieli, co On dokonywał, jak uzdrawiał, leczył, pocieszał. Nie kończyło się na słowach – nie tylko że potrafił wyleczyć, to zdarzyło Mu się nawet ożywić umarłego! Wniosek? Jest dobry. Pomaga. Wspiera. Więc idziemy do Niego z tymi wszystkimi, którzy tej pomocy, wsparcia i uleczenia potrzebują. I szli – tak jak w obrazku ewangelicznym. I doznawali uleczenia z tych fizycznych, namacalnych słabości. Czy tylko? Ja myślę, że Jezus uzdrawiał w nich o wiele więcej, czy sobie z tego sprawę zdawali, czy też nie. A na pewno – fakt uleczenia zwracał uwagę uleczonego na Tego, który okazał mu tak wielką łaskę. Skoro takie cuda czyni – może warto posłuchać, zastanowić się nie tylko nad tym, co robi i dziękować za uzdrowienie, ale zasłuchać się także w to, co On mówi, czego naucza? 
Bóg w Jezusie nie ograniczył się do zapewnienia ludziom strawy, pokarmu duchowego, czy do uleczenia ich fizycznych słabości. Więcej – martwił się nawet o potrzeby tak prozaiczne, jak pokarm dla tych, którzy za Nim szli! Nawet z punktu widzenia tych uzdrowionych – kwestia czegoś takiego, jak burczenie w brzuchu, zwyczajny głód (pewnie powszechny dla wielu) była problemem marginalnym, szczególnie wobec łaski, jaka ich dotknęła, gdy na słowo Jezusa stali się zdrowi. Jednak i to nie umyka uwadze Boga. Człowiek jest obiektem Jego zainteresowania w każdej płaszczyźnie, każdym aspekcie swojego istnienia. Bóg chce człowieka uleczyć – fizycznie i duchowo – i pokazać, że z Jego pomocą człowiekowi tego, co najważniejsze, nigdy nie zabraknie. Może być tego, co potrzebują, bardzo mało, prawie że nic – tak jak te kilka rybek i chlebów. Dla Boga to wystarczy – jest od czego zacząć, na czym budować. A człowiek przy okazji może się nauczyć, że prawdziwa radość jest nie tylko w napchaniu swojego żołądka – ale w zatroszczeniu się o to, żeby ktoś jeszcze zaspokoił swoje potrzeby.
Adwent to czas, kiedy jesteśmy jakby szczególnie wezwani do tego, aby uświadomić sobie te swoje prawdziwe potrzeby, pragnienia i tęsknoty. Bez tego nie da się rozwiązać dręczących mnie problemów. Najpierw – diagnoza, dopiero potem – leczenie. Jakie by one nie były, czego by one nie dotyczyły – Bóg jest w stanie zaradzić. Pewnie – nie będzie to raczej cudowne uleczenie z dnia na dzień (chociaż, kto wie?), nie trafię szóstki w Totka albo nie ześle mi z nieba nowej, pięknej, młodej żony. Ale znajdę w Nim i z Nim odpowiedź. Wskazówkę, drogowskaz – co robić, jak iść, żeby było lepiej, żeby na tej drodze się zrealizować, żeby moja egzystencja miała sens. Ona go ma cały czas – tylko czasami sam nie jestem w stanie tego zauważyć. Ważne jest, aby wtedy zwrócić się do Boga – On zawsze ten właściwy kierunek wskaże. Tylko trzeba do Niego przyjść. I nie trzeba z tym czekać, aż wszystko się posypie. 

>>>

Zaczął się adwent, to i w linkach dodałem dział tematyczny temu okresowi poświęcony.

Przede wszystkim polecam rozważania o. Pawła Kozackiego OP na każdy dzień tego okresu, zatytułowane Marana Tha – kontynuację bardzo fajnego projektu (z założenia – na okresy Adwentu i Wielkiego Postu) W stronę słowa.

>>>

Tak w kontekście myśli adwentowych – zerknąłem przedwczoraj wieczorkiem do takiej książeczki z krótkimi rozważaniami na każdy dzień autorstwa + x Jana Twardowskiego. Opisał świetnie różnicę pomiędzy zmarnowaniem adwentu a dobrym jego wykorzystaniem. Jaka to różnica? Taka sama, jak pomiędzy czuwaniem a czekaniem. Pozornie – sformułowania podobne. Ale jakże inne znaczenie! Czuwanie to postawa aktywna, skupiona, radośnie skoncentrowana na gotowości przed tym, co ma nastąpić. Postawa na adwent, taka właściwa. A czekanie? Najczęściej w zniecierpliwieniu, niechęci, poczuciu przykrego obowiązku wobec tego, co jednak musi nastąpić. Temu ma służyć adwent? Zdecydowanie nie.

Więc niech będzie to czas czuwania, a nie bezmyślnego czekania.

>>>

Po prawej stronie, poniżej zdjątka ruin kościółka w Ic Kale w Alanyi, wkleiłem wczoraj taki bardzo piękny tekst. Znalazłem go w artykule x Adama Bonieckiego MIC, poświęconego osobie autora tych słów, kard. Carla Marii Martiniego SI (notabene, tytuł tekstu – do znalezienia w archiwum Onetu – ciekawy: Karol, człowiek który nie został papieżem). Pochodzi z, niestety nie wydanej dotąd po polsku, książki-wywiadu Nocne rozmowy w Jerozolimie. O ryzyku wiary.

Kiedyś miałem marzenia o Kościele. Marzył mi się Kościół, który postępuje swoją drogą w ubóstwie i pokorze, Kościół, który nie zależy od potęg tego świata. Marzyłem, że zniknie nieufność. Marzyłem o Kościele, który daje przestrzeń osobom zdolnym do myślenia w sposób otwarty. O Kościele, który daje odwagę tym przede wszystkim, którzy czują się mali albo grzeszni. Marzyłem o Kościele młodym. Dziś już nie mam tych marzeń. Kiedy osiągnąłem 75 lat, postanowiłem się za Kościół modlić.

Bądźcie odważni. Ryzykujcie coś, ryzykujcie życie, bo kto chce zachować swoje życie, straci je… Kocham małe słowo: Amen, które w czterech znakach zamyka całą naszą wiarę i modlitwę. Pochodzi z hebrajskiego i znaczy mniej więcej: ufam, wierzę, mam pewność.

Jezus jest królem. Tak naprawdę.

Nadrabiając ostatnio zaległości czytelnicze – a raczej wywnętrzając się na tę okoliczność w poprzednim wpisie – nie wspomniałem minionej niedzieli. A nie jest to zwykła niedziela – ponieważ w kalendarzu liturgicznym kończy ona rok liturgiczny. Tak – Kościół kieruje się innymi niż świat wartościami, ale też mierzy czas jakby inaczej. Dzisiaj mamy środę 34. tygodnia okresu zwykłego – 34 na 34, ostatniego. Już w najbliższą niedzielę rozpoczniemy Adwent – nowy rok liturgiczny AD 2011.
W niedzielę czciliśmy Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata. Tego prawdziwego, Tego który zwyciężył. Nie tego, którego niektórzy wspominają tylko wtedy, gdy kampania wyborcza, gdy trzeba wkupić się w łaski kogoś o konkretnych poglądach, gdy trzeba pozować na dobrego Polaka-katolika. Tak, Tego który był opluwany, biczowany, krzyżowany, umęczony i złożony w grobie – ale też Tego, dla którego droga w ten sposób nie skończyła się. Przecież zmartwychwstał – zwyciężając śmierć i to wszystko/tych wszystkich, którzy taki los mu zgotowali. Parafrazując – Jego było na wierzchu. Tyle, że nie chodziło o jakieś dywagacje, kłótnie czy spory w sprawach banalnych – a o kwestię fundamentalną. O to, co ze mną i z tobą stanie się, gdy skończy się nasz czas na ziemi. 
Może niektórych zdziwię – ale jakoś nigdy nie przemawiał do mnie obrazek Jezusa z koroną. Naprawdę. W tym sensie muszę pod każdym względem zgodzić się z Haliną Bortnowską. Dlaczego? Bo to jest… takie nasze, ludzkie. Przełożenie, przetłumaczenie sobie majestatu Boga z Jego na nasze. Podczas gdy bynajmniej nie o to chodzi i nie o takie królowanie chodzi. Tak, nie chodzi Bogu o to, aby Jezus – czy On sam (w końcu jest Bogiem Ojcem, prawda?) – zostali intronizowani, a zatem w formie ceremonii wyniesieni do godności królewskiej (co postuluje Stowarzyszenie Przyjaciół Służebnicy Bożej Rozalii Celakówny). Nie wiem, o co tak naprawdę samej Celakównie chodziło – mam nadzieję, że nie o to, wokół czego szum, głównie medialny, robią osoby mieniące się jej przyjaciółmi w ramach w/w stowarzyszenia. Nie wierzę, aby Bogu na tym zależało. Tak samo, jak rolą Jezusa jako człowieka nie było dokonanie rewolucji, przewrotu i przywrócenia królestwa Izraela, na którego czele by stanął (np. jako król taki właśnie) – tak samo dzisiaj nie zależy Bogu na tym, żeby formalnie, ustrojowo i z prawnego punktu widzenia tworzyć paradoksy w stylu… republiki (jaką jest nasza RP) z prezydentem… i koronowanym królem Polski w osobie Jezusa. Pomieszanie z poplątaniem, choćby na gruncie prawa. 
Władza Jezusa, Jego królewskość (o ile jest takie pojęcie?) nie pochodzi z naszego świata, nie jest z czyjegokolwiek ludzkiego nadania. To nie jest tak, że możemy Bogu zrobić dobrze i obwołać Go królem, a On powinien się cieszyć. On jest ponad wszystkim tym, co ludzkie, i Jego władza nad światem, ludzkością istnieje niezależnie od tego, czy ktokolwiek ją uznaje i Mu ją przyznaje, czy też nie. Nie można obwołać królem kogoś, kto tym królem jest i tak. Tym bardziej więc nie rozumiem inicjatywy wspomnianej, nakręcanej i nagłaśnianej przez osoby mieniące się wierzącymi katolikami – taka ich postawa świadczy o pomieszaniu pojęć i nie rozumieniu, na czym polega władza Boga, w którą rzekomo wierzą. 
 
Cieszę się bardzo, że w podobnym tonie – poza panią Bortnowską – wypowiadają się także bardzo cenieni przeze mnie o. Grzegorz Kramer SI czy niejednokrotnie cytowany Jan Turnau. Nie jest sztuką, jak to sformułował pierwszy z w/w, postawić figurę, namalować obraz i ogłosić Chrystusa, Królem. Pamiętasz obrazek starotestamentalny, jak Izraelici postawili sobie też figurkę? Tylko że nie z kamienia – a ze złota, i nie Jezusa – a cielca. Jak się skończyło? Pamiętamy. Nie o figurki, nie o koronowanie chodzi. Zupełnie nie o to. 
Prawdziwe królowanie Jezusa jest w środku, w sercu. Tylko ono ma jakiekolwiek znaczenie dla Niego, dla Boga, i tylko ono powinno mieć znaczenie dla mnie. Jeśli Jezus będzie prawdziwym – nie tylko z obrazka i z deklaracji – królem w sercach ludzkich, to nie będzie potrzeby inicjatyw w stylu powracających raz po raz prób formalnego koronowania Go na króla Polski. Jemu nie o formalną władzę chodzi – a o to, aby człowiek, deklarując wiarę w Niego i poddanie się Jego władzy, Jego nauce, faktycznie tak postępował i nimi żył. To jest prawdziwe królowanie Boga i Jezusa – nienamacalne. Pewnie, sprawdzalne choćby na zasadzie tego, co się w kraju dzieje – jakie ludzie decyzje podejmują, jak rządzą ludzie u władzy, co się w mediach promuje, o czym jest głośno, a co jest przemilczane regularnie jako niewygodne i krępujące, czy moralność jest punktem odniesienia czy nie, na co istnieje społeczne przyzwolenie a na co nie, czy naukę Boga i Kościoła odnosi się do całokształtu życia czy tylko do kącika życia ludzkiego pt. msza niedzielna i czasem od święta. 
 
Może i, mierząc tymi kryteriami, okazuje się, że to Jezusowe królowanie nie wygląda dobrze, a prawdę mówiąc – prawie wcale nie wygląda. I co z tego? Czy to znaczy, że trzeba stanąć na głowie, żeby formalnie obwołać Go królem, dopiąć celu, podeprzeć się dumnie pod boki i stwierdzić No, udało się? Nie, bo to samo w sobie nie zmieni nic. Zmienić możemy tylko my sami – to, jak żyjemy, co wybieramy, co sobą prezentujemy, jakie zajmujemy w różnych sprawach stanowiska. Królestwo Boże jest w nas, królowanie Jezusa zaś może tylko w ten sam sposób faktycznie nastąpić – poprzez nasze postępowanie, nasze świadectwo, nasze odwołanie do wiary i do Boga. 
Znamienne jest to, o czym niedzielna liturgia – wg mnie, nie przypadkiem – mówi moim zdaniem. Czy słyszeliśmy tekst o zmartwychwstaniu czy innym równie tryumfalnym momencie z życia Jezusa? Bynajmniej. W tekście z Łk 23,35-43 mowa o… krzyżowaniu, męce i dialogu z Dyzmą vel Dobrym Łotrem, można powiedzieć pierwszym i jedynym człowiekiem nie dość, że kanonizowanym za życia, to jeszcze przez samego Zbawiciela. Jezus to król, który nie przyszedł na świat, aby zrobić show, uleczyć niektórych, powiedzieć kilka wzniosłych słów, po czym w kluczowym momencie uniknąć strasznego losu i zwyciężyć. Tak, namawiali Go do tego – ile razy pod krzyżem padło Zejdź z krzyża… Tylko że On nie chciał, bo wiedział, że musi wytrzymać, bo nie ma zbawić siebie od cierpienia, a nas ludzi od potępienia. 
Jakby powiedzieć niektórym w twarz, że my sami jesteśmy takimi łotrami – to by się na pewno świętym gniewem unieśli i oburzyli – Jak to… Ja? Po czym by zasypali zupełnie bezsensownym monologiem, który miałby na celu im samym bardziej niż słuchaczom udowodnienie, że są naprawdę cnotliwymi i dobrymi katolikami, a takie sformułowanie to nic, tylko okrutne oszczerstwo, za które autor z pewnością smażyć się będzie w czeluściach piekielnych. Aha. Mało to było takich, których Jezus zbijał z pantałyku, kiedy mniej lub bardziej wyraźnie dawał im do zrozumienia, że nie są tak wspaniali, jak im samym się wydawało? A takiemu Zacheuszowi czy celnikowi, a także właśnie Dyzmie dał szansę – ostatniemu wręcz wprost, wobec jego postawy w tej konkretnej sytuacji, obiecał niebo. Płynie z tego piękna nauka – nawet człowiek u kresu tej swojej ziemskiej drogi, jaka by ona nie była, ma szansę, aby zwrócić się do Boga, który nigdy nikogo nie odtrącił. Tak jak Dyzma. Na Boga to my sami się zamykamy i my sami siebie dyskredytujemy. To jest nasz, a nie Jego problem, nasza słabość. 
 
W kontekście tego wszystkiego – z pewną dozą nieśmiałego zdziwienia obserwowałem pompatyczną uroczystość odsłonięcia rekordzisty świata pod względem wielkości w Świebodzinie. Tak – postumentu Jezusa, choć w mediach więcej było o tym, że on będzie NAJwiększy, większy niż posąg w Rio de Janeiro. Tylko nie wielkość posągu, jego rozmiar, decydują o potędze Jezusa. Bardzo chcę wierzyć, że pomysłodawcom i twórcom tego posągu przyświecały zbożne cele i kierowała nimi wiara. Tylko wtedy może być on Bogu miły. Że stanie się punktem odniesienia dla ludzi, którzy tam żyją, którzy będą w drodze na niego spoglądać, którzy może dzięki niemu zastanowią się nad pewnymi sprawami. Tylko wtedy będzie miał sens. 
Jezus już w nas króluje, od momentu narodzenia i chrztu. Jest w nas i pragnie nas prowadzić. Dał nadzieję, która zawieźć nie może – On zwyciężył, cała reszta nie ma znaczenia, nic nam nie grozi. O ile uwierzymy Mu i postaramy się na Jego łaskę odpowiedzieć, swoje życie uczynić polem dla Jego królowania. Jeśli to spartaczymy – to sami z siebie, na własne życzenie, i tylko do siebie możemy mieć o to pretensje. Krzyż stał się z narzędzia zbrodni symbolem śmierci i zmartwychwstania, niezawodnej nadziei. Nadziei i dowodu na to, że Jezus jest jedynym i prawdziwym królem. Tak naprawdę – nie po ludzku.
Odpowiedział Jezus: – Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi walczyliby, abym nie był wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. (J 18, 36)

Nie pytaj, kiedy – tylko wytrwaj i nie zdezerteruj

Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, powiedział: Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony. Zapytali Go: Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie? Jezus odpowiedział: Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: Ja jestem oraz: Nadszedł czas. Nie chodźcie za nimi. I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec. Wtedy mówił do nich: Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie. Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie. (Łk 21,5-19)
Łatwo, oj jak łatwo przychodzi nam pusty zachwyt nad różnego rodzaju monumentami. Pałac Kultury i Nauki, dwie wieże World Trade Center, Złote Tarasy, pałace… Z Żydami było podobnie – tak samo w majestacie świątyni jerozolimskiej widzieli potwierdzenie: Bóg tak chce, Bóg nas wybrał, świątynia będzie wieczna, bo sam On w niej mieszka. Co życie pokazało? Że ani wieczna nie była, ani też Bóg w niej nie mieszkał (bo co – gdzie miałby się, biedak, podziać, kiedy runęła?), i niespełna 40 lat po scence, którą niedzielna ewangelia prezentuje nie było po niej śladu. Przepraszam – był i jest: ściana płaczu. Tak, ta świątynia była piękna i niesamowita – z pewnością. Ale Bóg powiedział jasno – i tak się stało. Nigdy nie została już odbudowana. Pozostała – no właśnie… jako niemy świadek i dowód na to, że Bóg nigdy się nie myli. WTC też, od 9 z górą lat, jest dowodem na kruchość tego, co ludzkimi rękoma wzniesione.
Tacy już jesteśmy – jak ktoś czymś zagrozi, to najchętniej od razu głowa w piasek. Nie da się? To trzeba zapobiegliwie dowiedzieć się jak najwięcej, żeby być gotowym. Skoro On tak mówi… Boją się, więc pytają Jezusa – kiedy? Chciało by się wiedzieć, kiedy, co? Można by to zobrazować na przykładzie – ludzie dowiadują się, że Sąd Ostateczny nastąpi za godzinę, przyjmijmy. Co robią? Jeden leci do spowiedzi, inny idzie się pogodzić z bratem czy rodzicem, jeszcze inny klęka i zaczyna się modlić, następny z kolej postanawia większość majątkiu przekazać na jakiś zbożny cel. 
Piękne, prawda? Tak. Tylko nie tędy droga. To znaczy – tędy, ale inaczej. Cały czas. Bo daty Dnia Sądu nie jest dane dowiedzieć się ani mnie, ani tobie, ani nikomu innego. Bóg to zaplanował – nie bój się, nastąpi we właściwym momencie. To wszystko mamy robić – ale cały czas. Tak, aby zawsze i w każej sytuacji być gotowym. Nie tylko wtedy, kiedy ktoś postraszy, uświadomi, przypomni – ale ciągle. 
Zresztą – co by mi ta wiedza, data Sądu czy też swojej śmierci – dała? Nic. A właściwie – dała by, a raczej zabrała – spokój. Czy człowiek umiałby żyć równie dobrze, pełną piersią i normalnie, znając moment swojego odejścia ze śiata z dużym wyprzedzeniem? Według mnie – nie. Bo ta wiedza by go zdeteminowała, przerażała, uniemożliwiała bycie normalnym, cieszenia się z tego co radosne. Tacz jesteśmy. Z jednej strony tyle się mówi, zabobonni wydają góry pieniędzy na wróżbitów, wróżki, czarodziejki czy jasnowidzów – byle tylko coś się o tym dowiedzieć. Czy warto, nawet gdyby się dało? Nie, nie da się. I nie – nie warto. 
Ten obrazek z dalszej części – brzmi znajomo? Nie wiem, czy żyjemy w czasach ostatecznych – jak to niektórzy już zawyrokowali, mniej lub bardziej trafnie. Ale faktem jest – czasy są niespokojne. To, co dzieje się naokoło ma prawo i wręcz powinno napawać niepokojem – nie dlatego, że może oznaczać zbliżanie się Dnia Pańskiego, ale dlatego że się dzieje i jak się dzieje. Wojny? Kilka permanentnych, w niektórych rejonach świata – co chwilę nowe. Trzęsienia ziemi? Proszę bardzo – Haiti i jej zmagania z epidemią cholery, wystarczy tv włączyć. Straszne zjawiska – tsunami, powodzie? Tak, także w naszym kraju. Głód, zaraza? Też, w ilu miejscach świata. 

Tyle opisów zjawisk zewnętrznych – ale bolesna jest bardziej część mówiąca o tym, co się ludzkiego wnętrza tyczy. Tego, co Jezus prorokuje odnośnie sytuacji w Niego wierzących. To sprawdza się, i to z pewnością. Wojny na tle religijnym. Zabijanie się nawzajem, ludzi jednego narodu tylko dlatego, że ktoś wierzy inaczej. W myśl w chory sposób pojmowanego prymatu jednego wyznania (najczęściej, niestety, dotyczy to ekstremistów muzułmańskich – zaznaczam, ekstremistów) marginalizowanie chrześcijan, zastraszanie, okaleczanie czy po prostu zuchwałe mordowanie! To się dzieje. To jest fakt. Słowa Jezusa w tym zakresie już się spełniły i spełniają się nadal – co widać na Bliskich Wschodzie, w Iraku, Ziemi Świętej i tylu innych miejscach.
Jaki z tego wszystkiego morał? Ano, dwojaki. Po pierwsze – gotowość, warunek podstawowy, zawsze i wszędzie. Tak, jesteśmy tylko ludźmi, grzeszymy, upadamy, obiecujemy Bogu po czym słowa nie dotrzymujemy – zgadza się. Ale stawaj na głowie i bądź tak gotowy, jak tylko jesteś w stanie, i nie usprawiedliwiaj się. To podstawa. Po drugie – wytrwałość, która ocala życie. Ostatnie zdanie. Wytrwałość, którą Jezus nagradza. Wytrwałość, która będzie miarą tego, na ile jesteśmy gotowi.  Tu i w innym miejscu Jezus uspokaja wręcz mówiąc Nie bójcie się, u was nawet wszystkie włosy na głowie są policzone
Tak, nie mamy się czego bać. Bać można się i warto tylko tego, co mogło by pozbawić na zawsze obecności Boga, oddzielić od Niego. Śmierć to tylko moment, który czeka nas tak czy siak, i może być po ludzki momentem wielkiego cierpienia. Życie jest ceną najwyższą? Tak, ale to życie – wieczne, mimo, że świat bardzo często wmawia nam inaczej, że liczy się to życie tu i teraz, na ziemi. Bóg chce i Bóg daje siłę, aby w tym momencie śmierci wytrwać z Nim w sercu. Nie zdezerterować.
Tak, prześladowcy mogą zrobić mi wszystko. Wyśmiać, opluć, znieważyć, podeptać, okaleczyć, a nawet zabić. Sztuka – aby nie dać się w tym złamać. To jest przesłanie Jezusa. Nie liczy się forma zewnętrzna – tak, za wiarę można zginąć, i nie jest sztuką za wszelką cenę męczeństwa uniknąć. Liczy się duch – który ma tryumfować, nawet gdy ciało leży połamane i sponiewierane. Jezus też – po ludzku umarł. I to niekoniecznie na 3 dni – chodzi o to, że tego 3 dnia był już żywy, zmartwychwstały. I, po mimo ludzkiej śmierci, zwyciężył. To jest wyzwanie i zaproszenie dla nas – zwyciężyć za wszelką cenę, ale nie po ludzku, tylko sercem i wiarą. 
Prędzej czy później, nadejdzie dzień, o którym Malachiasz mówi (Ml 3,19-20a) – kiedy tych, którzy innych krzywdzili, spotka kara. Mimo ich pewności siebie, pewności swojej siły i władzy. Pewny był Herod – i upadł. Pewni byli Żydzi, stojąc w majestacie cienia świątyni jerozolimskiej – została zburzona. Na każdego pysznego i zadufanego w sobie, który krzywdzi innych, Bóg zawsze ześle takich czy innych Rzymian (a’propos burzenia świątyni), którzy dosadnie pokażą, jaki ten ktoś jest kruchy i słaby tak naprawdę. Słoma pali się bardzo szybko.
Skąd w tekście Pałac Kultury i Nauki? A, bo właśnie z okna w hotelu, w którym to piszę w poniedziałkowy wieczór, widzę piękną panoramę na tenże 🙂

Daj się Bogu odnaleźć – nawet na czubku sykomory

Tak jakoś wcześniej w tygodniu pisałem o tych dniach refleksji nad świętymi i zmarłymi… I przegapiłem jedną z moich ulubionych postaci ewangelicznych – konusa Zacheusza :)czyli głównego bohatera zeszłej niedzieli.

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. (Łk 19,1-10)

Ta cała sytuacja jest bardzo charakterystyczna z powodu, który na pierwszy rzut oka może umykać uwadze. Tło tego wydarzenia. Nie ma o tym mowy wprost – ale można się domyśleć. Jezus już wówczas był powszechnie znany, i – najpewniej – przez zwykłych ludzi, nawet tych zamożnych, nieuprzedzonych i nie bojących się o popularność czy zdemaskowanie swojej obłudy (tj. faryzeuszy), szanowany czy nawet uwielbiany. Wszyscy przecież słyszeli, ile dobrego czynił, i też te Jego słowa przecież same cisnęły się do serca – mówił jakby dokładnie do każdego z osobna, choć gromadziły się, aby Go słuchać, całe masy i tłumy.

Na spotkanie Jezusa w Jerychu wyszli ci najlepsi – pobożni, o dobrej reputacji, szanowani, szlachetni, uczciwi, zacni. To tak, jak każdy z nas idzie na spotkanie z Bogiem – dosłownie, na mszę czy nabożeństwo, albo po prostu się do Niego zwraca. W tym, co najlepsze, najładniejsze, dobre, pozytywne, godne podziwu czy uznania. I tak jak wtedy, w Jerychu, zabrakło miejsca dla słabego, znienawidzonego pewnie celnika (w powszechnym mniemaniu – złodzieja, kolaboranta) Zacheusza – musiał wejść aż na drzewo, żeby Jezusa zobaczyć – tak każdy z nas, przed Bogiem stając, prezentuje to, co in plus, skrzętnie chowając to, jest wyrazem tej drugiej strony: słabości, grzeszności, małości, kruchości, niekonsekwencji, lekkości osądów i pobłażliwości dla samego siebie.

Czy Zacheusza ludzie celowo nie chcieli dopuścić do Jezusa? Nie sądzę. Tak samo, jak my – modląc się do Boga – może nie tak celowo prezentujemy dobrą stronę mocy czyli samego siebie, a nie tę drugą, bardziej grzeszną. Tacy już jesteśmy – gdy nam zależy, potrafimy przedstawić się z takiej strony, aby wypaść dobrze w oczach patrzącego. Mniej lub bardziej świadomie, oddala się to wszystko, co przysłania jakby tę dobroć. Ale – czy ma to znaczenie? Tak, grzeszę – jak każdy z nas – ale staram się być dobry, pomagam, nie kradnę, obgaduję tylko jak ktoś mnie sprowokuje, w pracy/szkole staram się świń nikomu nie podkładać… A że czasami się nie uda… Każdemu zawsze wszystko się udaje? Nie.

Czy Zacheusz był świadomy tego, że jego dotychczasowe życie było niewłaściwe, złe? Chyba nie. Dopiero to wyjście na spotkanie Jezusa odmieniło jego optykę. Musiał aż wleźć na drzewo, żeby to zrozumieć. Wyróżnieniem niesamowitym – i pewnie decydującym – było to, że Jezus sam zwrócił na niego, Zacheusza, uwagę. Nikt Mu go nie przedstawiał, sam zatrzymał się pod tą nieszczęsną sykomorą, i odezwał się do Zacheusza. Ten gest, a potem dalsze słowa i to, że Jezus poszedł i gościł właśnie u niego, uświadomiły Zacheuszowi coś, czego pewnie nigdy by się nie spodziewał. Że nie jest stracony. Że nie jest skazany na bycie we własnym narodzie taką czarną owcą, wytykaną palcami. Że Bóg także takiemu, jak on, chce dać szansę, uświadomić że ciągle może się zmienić i naprawić to, co dotąd było złe i niewłaściwe.

Być może komuś z wielkich tamtego miasta, dostojników czy co wybitniejszych mieszkańców zrobiło się nieswojo, że Jezus poszedł do Zacheusza akurat, tak go wyróżniając. To nie miało jednak znaczenia. Jezus poszedł do tego, zainteresował się tym, który Go najbardziej potrzebował. Nawet gdy ta osoba – Zacheusz – do momentu stanięcia twarzą w twarz z Jezusem w ogóle sobie z tej potrzeby nie zdawała sprawy. Potrzebował zrozumienia, miłości, nadziei, a przede wszystkim zauważenia. Ten gest – wejście na drzewo – dobitnie oddaje determinację Zacheusza, gdy on był jej nieświadomy.

Nie każdemu i nie zawsze udaje się zwrócić Boga na siebie – o ile tak można powiedzieć (przecież Bóg zawsze troszczy się o każdego) samymi tylko uczynkami. Prozaicznie – bo nam te uczynki dość często nie wychodzą po prostu. Ale zawsze Bóg widzi nasze pragnienia, tak często odstające zupełnie od tego, co finalnie robimy, jakie decyzje podejmujemy. Ładując się tam, na drzewo, mały Zacheusz… pomniejszył, uniżył siebie jeszcze bardziej. To było zachowanie po prostu dziecinne – dorosły łażący po drzewie? Kto to widział.

Nie ma znaczenia to, co w życiu robisz – może się okazać po chwili zastanowienia, że właściwie to albo już jesteś jak taki celnik, albo jesteś na najlepszej drodze. To nieważne. Jeśli jest w tobie pragnienie zmiany, wola bycia lepszym – to jest twój moment. Jezus przechodzi obok – jest okazja. Trzeba zrezygnować ze splendoru, prestiżu, konwenansów i tego, co krępuje – i uniżyć się, ile trzeba. Na pewno gdzieś – może nie dosłownie, ale metaforycznie – jest pod ręką sykomora. Tak jak Zacheusz musiał wleźć na jej czubek prawie – tak ty musisz dokonać czegoś równie niezrozumiałego i wymagającego. Żeby pokazać Bogu, jaki jesteś naprawdę – zwykły, prosty człowiek, z problemami i kompleksami, obciążony grzechami i słabościami. Po co? Pisze o tym genialnie o. Augustyn Pelanowski OSPPE:

Obecność Jezusa u każdego ze spotkanych powodowała, że stawało się widoczne to, co było w tych ludziach najprawdziwsze. Niekiedy nieprawość pewnych osób wcale nie jest ich naturą, lecz brzemieniem narzuconym przez krzywdy. Gdy spotykają się z Mesjaszem, wyzwala się w nich to, co najprawdziwsze, co jest ich zagłuszoną istotą. Budzi się w nich drzemiąca od dawna prawda, godna kanonizacji. Nigdy więcej niczego już o Zacheuszu nie napisano. Raz w życiu spotkał Jezusa i ten jeden raz wystarczył, by jego czyn określił całe jego życie i ukierunkował go na wieczność.

Można powiedzieć – tak jak wtedy Jezus wszedł do Jerycha być może tylko i przede wszystkim dla Zacheusza, tak jest i dzisiaj. Przychodzi do każdego, który musi poczuć się tak blisko Niego, aby wydobyć z siebie wolę do postąpienia jak Zacheusz. Wolę zostania przez Boga odnalezionym. Nawet w tak, z pozoru idiotycznej, sytuacji jak Zacheusz na czubku drzewa. Nie tylko w tym miejscu Jezus podkreślał – szukam tego, co zginęło – jak mówił choćby w przypowieściach o zagubionej owcy czy wdowie i drachmie.

Tak często, coraz bardziej anonimowy w biegnącym we wszystkie strony tłumie, człowiek jest nieszczęśliwy. Zacheusz był przecież człowiekiem sukcesu, choć nienawidzonym. Czy ten sukces nadał jego życiu sens? Najwyraźniej – nie, skoro szukał. Znalazł odpowiedź w Jezusie. Żeby sens znaleźć – trzeba go szukać, i wydostać się z tego tłumu. Zaistnieć indywidualnie – jako ja. Pokazać Bogu, że Go szukam i pragnę się z Nim spotkać, żeby przez życie iść dalej z sensem, który temu życiu tylko On może nadać. W przypadku Zacheusza – musiał wdrapać się aż na sykomorę – w twoim może być inaczej, może wystarczy kilka kroków. Nie zastanawiaj się, ile kroków ty robisz, a ile Bóg. Czasami wystarczy jeden. Ale tylko twój – Bóg go za ciebie nie zrobi.

>>>

O Komisji Majątkowej jest ostatnio bardzo dużo. Ja trafiłem na ten artykuł dzisiaj. Żal mi tej osoby. Dobrze, że w tej całej sytuacji nie odwraca się plecami i nie obwinia za wszystko Boga.  

Faryzejska mentalność Kalego – a jednak człowiek ważniejszy

Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. A oto zjawił się przed Nim pewien człowiek chory na wodną puchlinę. Wtedy Jezus zapytał uczonych w Prawie i faryzeuszów: Czy wolno w szabat uzdrawiać, czy też nie? Lecz oni milczeli. On zaś dotknął go, uzdrowił i odprawił. A do nich rzekł: Któż z was, jeśli jego syn albo wół wpadnie do studni, nie wyciągnie go zaraz, nawet w dzień szabatu? I nie mogli mu na to odpowiedzieć. (Łk 14,1-6)
Dalsze rozważania na kanwie tego, o czym było i w niedzielę, i we wtorek (dwa poprzednie teksty). Wybitnie faryzejski dylemat – wolno, czy nie wolno? Co ma pierwszeństwo – najbardziej słuszne nawet prawo, czy dobro drugiego człowieka, któremu w tej konkretnej chwili można pomóc, skoro właśnie teraz Ten, który może uzdrowić, był koło niego? 
Z punktu widzenia faryzeuszy – nie, nie wolno. Bo narusza to spoczynek szabatu – jak właściwie wszystko.  Litera mówi jasno: nie wolno, i tyle, pracować ani nic z tych rzeczy. Prawo przede wszystkim. Jezus wskazuje im brak konsekwencji. Gdy ktoś ich zapyta – jako uczonych, przedstawicieli stronnictwa – to, oczywiście, taką właśnie otrzyma odpowiedź: nie wolno, i już. Tyle, że sami pytani się do tego nie stosują – co im udowodnił. Świetny obrazek do tej sytuacji to tzw. mentalność Kalego – jak ktoś Kalemu ukraść krowa to zło, ale jak Kali komuś ukraść krowa to dobrze (dla Kalego). Innym nakazują poszanowanie dla tego przepisu prawa, podczas gdy sami nie zwracają nań uwagę, gdy chodzi o którąś z sytuacji, jaką Jezus wymienił. Ja rozumiem – ratowanie syna ze studni, to jeszcze. Ale bydło? Nie da się tego inaczej wytłumaczyć jak tylko stawianiem swoich korzyści (inaczej – potencjalnych strat) przed prawem Bożym. 
Ta sytuacja, wbrew pozorom, nieco różni się – nie wiem, czy zauważyliście – od innych, przytaczanych przez ewangelie, gdy faryzeusze coś przeciwko Jezusowi kombinowali. Czym? Zamianą ról. W większości (o ile nie wszystkich innych – głowy nie dam…) to faryzeusze atakują, podejmują działania i wystawiają Jezusa na próbę, jak to zwykle jest sformułowane. Tutaj – odwrotnie. Zaproszenie na obiad, i pojawia się okazja, aby udowodnić małość tych, którzy się za wielkich uważali wówczas – więc Jezus, powiedzmy, testuje ich zrozumienie prawa.
Rezultat – do przewidzenia. Nie, nie wściekłe wrzaski czy oburzenie. Nawet na to im pary nie starczyło – choć może i dobrze. Cisza. Oni milczeli. Języków w gębach, za przeproszeniem, zabrakło. Nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Może w tym właśnie jest dla nich nadzieja – że nie chodziło tu jedynie o to, że nie chcieli się skompromitować czy pogrążyć, lawirując pomiędzy brzmieniem tamtego przepisu prawa a tym, co sami robili, jak go omijali… ale że w głębi serc czuli, że nie postępują jak trzeba, wstyd i głupio im było, a jednocześnie uświadomili sobie, że ten Jezus z Nazaretu nie pokazuje im właśnie wtedy właśnie tego bez powodu, ale aby się nad tym zastanowili. Chcę wierzyć, że nie miało to być – ze strony Jezusa – tylko takim daniem faryzeuszom nauczki, ale podprogowym jakby wezwaniem do zmiany sposobu życia. 
Człowiek zawsze powinien być w centrum, a wszystko inne, co w społeczeństwie funkcjonuje, wszelkie regulacje sfer życia powinny podporządkowane być temu, aby człowiekowi służyć. Ale oczywiście – nie wszystkim zachciankom (w myśl oczywistej zasady: nie wszystko, co wolno, jest dobre czy w ogóle potrzebne), ale tym faktycznie podstawowym potrzebom, kwestiom mającym decydujące i kapitalne znaczenie dla tego, jak człowiek żyje, jakie jest jego życie. Chyba zgodzicie się, że uzdrowienie to właśnie coś takiego?
Jedno Jezus chciał faryzeuszom pokazać na pewno. Prawo nie ma pierwszeństwa przed człowiekiem. Prawo zawsze ma służyć człowiekowi, być mu pomocą i chronić go. Jak to jest? Cóż, każdy widzi – i nie trzeba mieć do tego studiów prawniczych (choć to pomaga). Coraz częściej i wyraźniej widać, że prawo w bardzo jaskrawy, nieudolnie maskowany sposób, służyć ma partykularnym grupom, celom, nawet interesom konkretnych osób. I to wcale nie tych, którzy tego wsparcia tak naprawdę potrzebują – tylko do napychania kieszeni tych, którzy i tak nie mają pomysłu, co ze swoimi dobrami zrobić, ale dla zasady chcą więcej. Co więcej – nie cofną się wcale przed wciskaniem ludziom kitu w stylu krętactw na temat zalet, jakie dana nowa ustawa tym zwykłym ludziom przyniesie. 
To jest pomysł też dla każdego z nas. Gdy ktoś – nie ważne, w dobrej czy złej woli – wytknie jakiś błąd, mniejsza o formę czy wagę problemu, to zamiast rozedrzeć się na niego czy unieść świętym oburzeniem… zamilknąć. Choćby po to, żeby nie wyrzucić z siebie w gniewie czy złości czegoś, czego człowiek później będzie żałował, a co jednak dotrze już do adresata i być może wiele bólu sprawi. Zamiast tego – policzyć w duszy do dziesięciu, choćby jakimś wezwaniem – np. Jezusie, Synu Dawida, miej litość nade mną, grzesznikiem (tak, to słowa celnika z niedzieli). Zamilknąć i się zastanowić – może on ma rację? I nie zatrzymać się tylko na tym, ale drążyć. I zmieniać to wszystko, co zmiany wymaga. Zawsze jest coś takiego – czasami tylko potrzebujemy ludzi, którzy pomogą nam to zauważyć. 
>>>
>>>
Zmęczony jestem. Do środy włącznie pisałem, po 3-4 h w ciągu tygodnia (w niedzielę też trochę wieczorem) odwołanie, w czwartek je dopracowałem, a dzisiaj zawiozłem i złożyłem. Fakt – termin do wtorku 02.11 miałem, ale przecież 03.11 mam egzamin na prawo jazdy, i trzeba się przygotować, a jeszcze testów się pouczyć, 02.11 wieczorem ostatnia jazda. Za dużo naraz – kwestię odwołania trzeba było zamknąć, żeby przejść do prawka, i do tamtego nie wracać. Zresztą, co miałem napisać, jakie argumenty podnieść – podniosłem, podparłem tezami orzecznictwa i komentarzami, opisałem, 36 stron mi wyszło (aż to zbindowałem wczoraj, żeby nie zgubili nic). Poszło. Jak wyślą, MS ma 30 dni na decyzję w przedmiocie odwołania. Zobaczymy, czy przyjdzie pisać skargę do WSA, czy nie będę musiał.
Ta sytuacja mi uświadomiła, że jest w ludziach coś dobrego. Na jednym z serwisów rozwinęła się bardzo fajna dyskusja (przeszło 700 wypowiedzi – teraz już zwalnia, większość napisała i złożyła odwołania), gdzie ludzie, którym niewiele zabrakło na tym samym egzaminie, z całej Polski, dzielili się pomysłami – co, jak, gdzie, z jakiej strony ugryźć, podważyć. Podsuwaliśmy sobie pomysły, skazywaliśmy na interesujące i pasujące odpowiedzi. Dochodziło nawet do polemik – co tym lepsze – gdy pojawiał się ktoś, kto wskazywał na jakąś lukę w rozumowaniu, albo zbijał jakoś argumenty. Na pewno się to przydało, i jestem tym osobom bardzo wdzięczny – dużo mi pomogli. 
No i wreszcie wszystko jasne – po USG w środę z żonką już wiemy, iż jesteśmy posiadaczami nienarodzonego, ale żyjącego i świetnie, dobrze i zdrowo rozwijającego się w jej brzuszku – synka! Mimo, że większość świata (z tej, która dzieliła się ze mną swoimi typami co do płci) stawiała, że będzie to dziewczynka 🙂 Radocha, duma i wszystko mnie rozpiera! Módlcie się, żeby wszystko dobrze się układało, bo żonka mi się podziębia troszkę… 

Kto, z kim i po czyjej stronie – wyrzucanie palcem Boga czy Złego?

Gdy Jezus wyrzucał złego ducha niektórzy z tłumu rzekli: Przez Belzebuba, władcę złych duchów, wyrzuca złe duchy. Inni zaś, chcąc Go wystawić na próbę, domagali się od Niego znaku z nieba. On jednak, znając ich myśli, rzekł do nich: Każde królestwo wewnętrznie skłócone pustoszeje i dom na dom się wali. Jeśli więc i szatan z sobą jest skłócony, jakże się ostoi jego królestwo? Mówicie bowiem, że Ja przez Belzebuba wyrzucam złe duchy. Lecz jeśli Ja przez Belzebuba wyrzucam złe duchy, to przez kogo je wyrzucają wasi synowie? Dlatego oni będą waszymi sędziami. A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże. Gdy mocarz uzbrojony strzeże swego dworu, bezpieczne jest jego mienie. Lecz gdy mocniejszy od niego nadejdzie i pokona go, zabierze całą broń jego, na której polegał, i łupy jego rozda. Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza. Gdy duch nieczysty opuści człowieka, błąka się po miejscach bezwodnych, szukając spoczynku. A gdy go nie znajduje, mówi: Wrócę do swego domu, skąd wyszedłem. Przychodzi i zastaje go wymiecionym i przyozdobionym. Wtedy idzie i bierze siedem innych duchów złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I stan późniejszy owego człowieka staje się gorszy niż poprzedni. (Łk 11,15-26)

Na początku dzisiejszej ewangelii, Jezus używa argumentacji, która powinna trafić do każdego, a szczególnie do tych wszystkich, którzy racjonalnie, rozkładając na części pierwsze, naukowo chcą podejść do kwestii wiary, istnienia Boga czy w końcu tego: jest ten Jezus Mesjaszem, czy nie jest. Pozory – pozorami, udawanie – udawaniem – ale wewnętrzna sprzeczność nigdy nie może stanowić podstawy budowania czegokolwiek, czy to przez Boga (ale On takimi metodami nie posługuje się), ani przez człowieka, zatem także przez Złego.

Piękny argument (prawniczy prawie :D) – skoro Jemu, Jezusowi, zarzucali, że mocą władcy demonów wyrzucał złe duchy z opętanych, to czemu analogicznie nie podchodzili do tego, co robili – z ich rodzin, wspólnot, miast, wsi wywodzący się – uzdrowiciele i kapłani? Im byli wdzięczni, okazywali podziw i szacunek – bezkrytycznie podchodząc do tego, czyją mocą i w czyim imieniu tego dokonywali (no właśnie…). Jezusa – wyzywali od najgorszych. Jak to czasem w życiu bywa – prawda okazuje się dokładnie odwrotna niż to, na co wskazując pozory i ocenianie drugiej osoby na ich podstawie.

Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza. No właśnie, mnie to trochę dziwi. Bo nie tak dawno, w nieco innym fragmencie padły słowa jakby odwrotne:

Wtedy Jan rzekł do Niego: Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zabranialiśmy mu, bo nie chodził z nami. Lecz Jezus odrzekł: Nie zabraniajcie mu, bo nikt, kto czyni cuda w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie.  Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami. (Mk 9, 38-40)

Chociaż… Właściwie, to zgadza się. Dzisiaj Jezus mówi o tym, że kto nie działa w Jego imię – działać musi w imię tego, który jest Jego przeciwnikiem, czyli Złego. A w tym zacytowanym fragmencie z Marka, mówiąc Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami Jezus mówił o tym, że jeśli ktoś – nie chodząc (dosłownie) z Nim i Jego uczniami działa w Jego imię, nie będzie mógł od razu działać w imię Złego.

Proste, prawda? 🙂

Ostatni fragment dzisiejszego tekstu jest także bardzo ciekawy – choćby ze względu na to, że jest…Czym? Najpewniej, o ile nie pierwszym, to jednym z pierwszych, skróconym bardzo, podręcznikiem demonologii (nauka Kościoła o Szatanie), wskazówkami dla pierwszych (i nie tylko) egzorcystów. I co najważniejsze – dowodem, wprost (choć na przykładzie pokazanym) z ust Jezusa, dla tych wszystkich niedowiarków, którzy ułatwiają Złemu zadanie, wpychając go między bajki dla niegrzecznych dzieci i mitologię. Tak, właśnie dzięki temu tak łatwo Zły działa i tak skutecznie – bo dzisiaj mało kto wierzy (nie, nie w niego :]) w to, że on w ogóle istnieje, że działa, zwodzi i kusi. Trzeba się mieć na baczności.

Pięknie – dzisiaj na rannej mszy, niewiele osób w kościele, pewni państwo obchodzili 49. rocznicę zawarcia sakramentu małżeństwa. Cieszyłem się po pierwsze dlatego – że wytrwali. Tacy ludzie, szczególnie od momentu mojego ślubu, są dla mnie inspiracją, motywacją i dowodem – że można wytrwać razem dosłownie całe życie, do późnej starości. Cieszyłem się także dlatego, że to swoje eucharystyczne dziękczynienie Bogu za to, co już było, i prośba o Jego błogosławieństwo na to, co będzie, nawet u schyłku pewnie już życia, miało miejsce w takk kameralnych warunkach – żadna pompatyczna uroczystość na sumie niedzielnej (żeby wszyscy sąsiedzi i pół parafii widziało), siedząc na środku kościoła przed ołtarzem, z Bóg wie jaką oprawą. Piękna prostota.

Może dlatego właśnie tyle małżeństw się rozlatuje, że ludzie za bardzo skupiają się na tym, co zewnętrzne, na pozorach, na opakowaniu i oprawie – że zapominają o tym, co najważniejsze, co pozwala być razem, trwać, kochać się coraz mocniej (chociaż też inaczej – w sposób bardziej dojrzały)? A nawet, jeśli formalnie się nie rozlatują – nie dochodzi do rozwodu, separacji – to żyją obok siebie, w tym samym domu, a każdy chodzi swoimi drogami, obok siebie…

A jeśli Ja palcem Bożym wyrzucam złe duchy, to istotnie przyszło już do was królestwo Boże. Królestwo Boże w nas jest. Nie samo z siebie – ale dzięki łasce Boga, którą otrzymaliśmy w sakramencie chrztu. A nawet – zaryzykowałbym stwierdzenie – ci, którzy z jakiś tam przyczyn Boga chrześcijańskiego nie znają, Dobra Nowina do nich nie dotarła, a żyją w sposób prawy, kochając i szanując innych, w zgodzie ze swoim sumieniem i z drugim człowiekiem. I od nas zależy, czy ten dar wykorzystamy, czy go zmarnujemy. Syn Boży umarł za każdego z nas i to zbawienie ma być darem. Tylko trzeba chcieć ten dar przyjąć.

Dwa wiosła – na jednym daleko nie dopłyniesz

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła. A Pan jej odpowiedział: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona. (Łk 10,38-42)

Niedawno było o tym, a wczoraj w kościele na mszy rano usłyszałem te słowa znowu.

I tak mi się to z benedyktyńskim ora et labora skojarzyło. Jak ktoś nie zna – modlitwa i praca, to znaczy. Mądre i proste słowa Benedykta, świętego z ciemnego i prostego średniowiecza – do dzisiaj bardzo aktualne. Na marginesie – wspólnota zakonna niesamowita, przetrwała właściwie tak, jak została założona; żadnych tarć i podziałów wewnątrz właściwie (jak np. u franciszkanów). Wracają do meritum – jedno bez drugiego specjalnie sensu nie ma. Praca sama w sobie szczęścia nie daje, a modlitwa może być  jedyną treścią życia chyba tylko w przypadku osób w zgromadzeniach klauzurowych – w pozostałych, nawet duchowni, w jakieś tam formie pracują (szkoła, parafia, najprostszy nawet braciszek zakonny jest furtianem, zakrystianinem czy w ogródku albo infirmerii pracuje). 
Kiedyś czytałem taką krótką historyjkę. Dwójka ludzi wybiera się popływać łodzią. W łodzi – 2 wiosła, jedno z napisem modlitwa, drugie z napisem praca. Jeden wziął jedno wiosło, drugi drugie. Za każdym razem, gdy wiosłował tylko jeden – nic się nie działo, a konkretnie łódka się kręciła w miejscu. Dopiero, gdy zaczynali działać razem, gdy modlitwa i praca współdziałały jednocześnie, wtedy łódka zaczynała płynąć w żądanym przez nich kierunku. 
W życiu jest czas tak na modlitwę, jak i na pracę. Nie jest sztuką wpadać w modlitewny szał i spędzać nawet i tydzień na ciągłej modlitwie, po czym olewać Boga przez resztę roku. I odwrotnie – lenić się, nawet pod pretekstem modlitwy, większość czasu, i pracować krótko w jakimś zrywie. Wytrwałość, systematyczność, konsekwencja. Są trudne – na pewno – ale tego wymaga tak Bóg w modlitwie, jak i każdy pracodawca w pracy właśnie. Pod tym względem sfera modlitwy z życiem codziennym są spójne bardzo – co pokazuje, że oczekiwanie takiej a nie innej stabilności, czy to w pracy, czy w modlitwie, jest jak najbardziej słuszne i uzasadnione. 
Marta nie do końca rozeznała – co należy kiedy zrobić. Na przygotowania czas był wcześniej, i w tych przygotowaniach z pewnością Maria jej pomagała. Ale to Maria właśnie wiedziała: teraz Gość przybył, należy poświęcić Jemu czas, być przy Nim, wykorzystywać Jego obecność, a nie zajmować się sprawami, które winny być prawidłowo przygotowane (i najpewniej były) wcześniej. Wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Rozeznanie tego to duża sztuka, a brak tej umiejętności może prowadzić do pewnego nieuporządkowania, którego ofiarą stała się Marta. W jej wypadku – Jezus był obok, od razu ją wyprostował, wskazał właściwą postawę. Dzisiaj nie zawsze człowiek się zastanowi, nie mówiąc o wsłuchaniu się w głos Boga – co teraz należy zrobić. Warto więc o tym pamiętać – działać we właściwej formie, we właściwym czasie. 
>>>
Wczoraj było wspomnienie św. Faustyny Kowalskiej. Aż trudno uwierzyć… To przeszło 10 lat od jej kanonizacji, zresztą byłem wtedy w Łagiewnikach, tego samego dnia, w ramach jednego z punktów pielgrzymki bierzmowanych. Nie raz i nie dwa razy tam wracałem – choć nowa bazylika wielka, jakby przytłacza (i tak dziwnie – bo stoi… na polu właściwie), to jednak urzeka mnie prostotą wnętrza i bardzo dobrze się tam czuję. Na marginesie – ciekawy pomysł na zakrystię: schować ją… za prezbiterium. 
Wyobraźnia miłosierdzia – fajne sformułowanie, często używane jako takie słowo-klucz. Ale bardzo trafione. Wyobraźnię mamy najczęściej tylko do wymyślania tego, co dobre, przydatne – dla siebie. W kontekście drugiej osoby, właśnie przede wszystkim w sytuacji, gdy to miłosierdzie może mieć miejsce? Po co? Nagrabił sobie, zasłużył – to niech cierpi. Od miłosierdzia to Bóg jest, a nie ja. 
Ale do miłosierdzia powołany jest każdy z nas. Wyobraźnię mamy do wielu nieważnych i drugorzędnych spraw, warto z niej w kontekście tego miłosierdzia korzystać. Może się okazać, że brak tego miłosierdzia zaważy kiedyś o tym, co się stanie ze mną samym – czy to poprzez decyzję kogoś, od kogo będę zależny, tu na świecie; czy to w Dniu Sądu. A może Miłosierdzie Boga sięga dalej niż nam się wydaje, dalej niż przyjęte rozumowanie – piekło jako kara…? Któż to wie? Tylko Bóg. 
>>>
Jakiś czas temu czytałem książkę o bł. Pier Giorgio Frassatim. W zeszłym tygodniu Kościół na ołtarze wyniósł nie dość, że świecką, żyjącą nam współcześnie, to jeszcze nastolatkę. Gdyby żyła – miała by dzisiaj 39 lat. Chiara Badano – zwykła włoska dziewczyna o dużej wrażliwości na potrzeby innych, wierze, miłości, zapale do życia i wielu pomysłach, co z tym życiem zrobić. 
Jeden upadek podczas gry w tenisa, przejmujący ból – i diagnoza jak wyrok. Zaawansowany nowotwór kości. Rok później już nie żyła. Nie złorzeczyła, nie czepiała się za wszelką cenę życia. Pogodziła się z tym, co dał jej Bóg, i ten swój krzyż chciała jak najlepiej przeżyć. 
Czegóż więcej chcieć gdy chodzi o dowody dla niedowiarków na to, że świętość jest dla każdego, także dzisiaj? 
>>>
Zachęcam do przeczytania, z ostatniego GN:
  • bardzo optymistycznego tekstu odnośnie przyszłości i możliwości pojednania Kościoła katolickiego z prawosławnym
  • interesującego reportażu na temat wiary Cyganów – m.in. o tym, że Cygan modli się nawet… chcąc coś ukraść
  • jednego z niewielu sensownych tekstów na temat tego, o co chodzi w aferze rozdmuchanej wokół Komisji Majątkowej, na kanwie aresztowania pełnomocnika kilku podmiotów kościelnych ubiegających się o zwrot majątku