Skala problemu

Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka tkwi w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata. (Mt 7,1-5)

My lubimy bardzo oceniać innych, łatwo przychodzi nam wyrokowanie i opiniowanie tego, który stoi obok. Przecież wszystko widać, przecież to lekkie, łatwe i przyjemne. No, i co najważniejsze, przecież zawsze robię to w imię dobrej sprawy, z takiej troski. Naprawdę?

Czytaj dalej →

Quasi-katolickie zacietrzewienie z gromnicą w tle

Czy ja jestem jakiś zacofany, czy dzisiaj w modzie jest hejtowanie?
Co więcej – czy hejtowanie musi mieć miejsce w sprawach wiary (to jeszcze da się zrozumieć, aaale..) i to ze strony osób, które w sposób dorozumiany uważają się za osoby wierzące, a jednak hejtują tekst pisany przez osobę równie wierzącą?
Nie muszę się ze wszystkim zgadzać. Bo np. nie uważam, żeby przyniesienie do poświęcenia w w/w dzień do kościoła świecy tzw. gromnicy było folklorem – raczej wyrazem wiary i chęci, aby taki poświęcony przedmiot, sakramentalium, mieć w domu na wypadek jakiejś trudnej sytuacji losowej. Jeśli to działanie wypływa z wiary – to jest według mnie ok. Jeśli to tylko puste przyzwyczajenie, „bo tak się zawsze robiło” – to raczej bez sensu. 
Co jest złego w tym, że człowiekowi – praktykującemu – świece i lampiony kojarzą się z Adwentem? Nic. Mam wrażenie, że gdyby pobawić się w (świętą) statystykę – okazało by się, że ludzie odpowiadali by właśnie o Adwencie, a nie o Matki Bożej Gromnicznej (której to prawidłowej nazwy, czyli święto Ofiarowania Pańskiego, pewnie w ogóle by nie znali). Co jest złego w tym, że człowiek się przyznaje, że nie znał takiego zwyczaju, takiej tradycji katolickiej? Tego już w ogóle nie wiem – w kontekście tekstu chyba trzeba się cieszyć, że Jola mogła się o tym dowiedzieć, i że teraz już wie – jest progresja, coś nowego. Co więcej, Jola pisze o tym i dodatkowo krótko przytacza, skąd pomysł z tą świecą, do jakiego biblijnego zdarzenia zwyczaj nawiązuje. 
Mało kto chyba zauważył, że to jest jakby główna myśl tekstu – nie wiemy wiele o tradycji katolickiej, nie interesuje nas to, bo nam się nie chce, bo jesteśmy leniwi – a takich tradycji i zwyczajów jest bardzo wiele (ot choćby dzień później, 03 lutego, błogosławieństwo [także świecami] gardeł we wspomnienie liturgiczne św. Błażeja). Tymczasem warto się zainteresować, warto wiedzieć – skoro to mój Kościół, należę do Niego i z założenia chyba chciałbym być Jego członkiem jak najbardziej świadomie, prawda? Takie założenie autorki wynika, w mojej ocenie, wprost z ostatniego zdania tekstu: „Przykładowo, wystarczy trochę poczytać i już się wie, że 2 lutego mamy Święto Ofiarowania Pańskiego – Matki Bożej Gromnicznej”. A to, że pisze ona w dość ciekawym stylu, trochę prowokując – cóż, tym lepiej, zresztą styl wpisuje się ładnie w cały pomysł deon.pl jako medium, które tworzone jest z myślą o młodych, żeby ich zachęcić – więc czasami trzeba podejść, zaciekawić (mistrzem w tym rzemiośle jest dla mnie Szymon Hołownia). Szkoda, że ludzie nie rozumieją. 
Mimo wszystko to, że się czegoś nie rozumie, nie uprawnia w żadnym wypadku do oceniania (co samo w sobie jest bez sensu – nie wiem, nie rozumiem, ale ocenię…), a już tym bardziej z wybitnie kretyńskimi i niegrzecznymi wnioskami.
A co można wyczytać w komentarzach? „Żenujący ignorant” (w sensie – autorka), „obciachowy tekst” i inne. „Ale jak mama Panią wychowywała (a podobno dobrze), że przez całe dotychczasow życie nie trafiła Pani w Święto Ofiarowania  Pańskiego do kościoła?” – czyli po prostu obraźliwy i chamski zarzut wobec Mamy autorski, co w ogóle nie przystoi. Stwierdzenie, że z gromnicami tego dnia idą „wszyscy, którzy uważają się za praktykujących katolików” – zatem piękna i na pewno bardzo zasadna ocena, że np. nie tylko Jola, ale i ja (bo ja nie szedłem z gromnicą) w ocenie autora do Kościoła nie należę; dzięki. Krótką historię życia autorki – „pani Jolanta wychowywała sie wjednym z poprawnych krajów zachodniej Europy gdzie ze względu na obrazanie uczuć innych zaniechano  bądź zakazano wszelkich takich „pokazówk” jak procesje, gromnice, czy wilkanocne palenie ognia” – ciekawe, co na to Jola? 🙂 I moje ulubione: „Kto ma oczy ten widzi, że artykuł jest paskudną próbą zdegradowania czcigodnej tradycji Kościoła do rangi wiejskiego folkloru, wegetującego jeszcze w miastach za sprawą nielicznych „starszych pań”, ale już zupełnie nieznanego „młodym, wykształconym, z wielkich miast” – bez komentarza. 
Jak się człowiek bierze za czytanie czegoś – a twierdzi, że jest wierzący, praktykujący i w ogóle – to potrzeba przede wszystkim dobrej woli. To chyba zrozumiałe, że nią właśnie (i miłością, i jeszcze wieloma innymi) winien się kierować dobry katolik, prawda? Bez względu na to, o czym się wypowiada. Więc skąd te komentarze? Skąd tyle złości, negatywnych słów, krzywdzących ocen? 
Nie rozumiem.  
Żal mi tych wszystkich ludzi – zarówno tych, którzy takie głupoty nawypisywali, jak i innych, którzy nie napisali, ale w ten sposób myślą. Po pierwsze – dlatego, że nie zrozumieli sensu i celu powstania tekstu. A po drugie – dlatego, że w swoim zacietrzewieniu uzurpują sobie prawo do rozdzielania ludzi na „dobrych katolików” (oni!) i… „złych (?) katolików” (tym razem np. Jola jako autorka tekstu, ale pewnie wiele innych osób też). Szkoda czasu na dyskusję z takimi, niestety. Nawiązując do, słynnej swego czasu na Youtubie, rozmowy Szymona Hołowni z Wojciechem Cejrowskim, powtórzę pytanie Szymona: a czy w tym kościele [celowo małe „k”] jest miejsce dla kogokolwiek innego poza tym, który z niego wyklucza wszystkich naokoło?
Jola – nie przejmuj się 🙂

I tak sobie szufladkujemy

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry? I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał. (Mk 6,1-6)
To takie nasze, ludzkie. Powątpiewać, drwić, naigrywać się, lekceważyć. Patrzeć na człowieka przez pryzmat tego, kim nam się wydaje, a nie tego co i jak robi. Jezusa znali jako „swojego” – jednego z mieszkańców miasta, znanego i kojarzonego (jego samego i rodziców), o znanej dalszej rodzinie. Wszyscy wiedzieli, że to syn cieśli – więc pewnie każdy Jego zdolności i umiejętności plasował, szeregował mniej więcej na poziomie wykształcenia technicznego, jakim mógł dysponować człowiek, od którego pewnie nikt nie oczekiwał więcej niż to, aby został dobrym cieślą i przejął obowiązki swojego ojca, Józefa.
A tu? Przychodzi do synagogi, i to w szabat, i zaczyna nauczać. Skąd ten pomysł? Jak On śmie! Kto Mu pozwolił? Chociaż z tonu tych wypowiedzi, które Marek cytuje, raczej pobrzmiewa lekceważenie niż złość. Co więcej – nawet zazdrość: skąd On to ma? Nie mogli zanegować – mówił pięknie, a zarazem prosto, w sposób trafiający do serca, w sposób zrozumiały dla prostych ludzi. Mówił… jakby to sam Bóg mówił do nich, do każdego z nich. Wystarczy dodać do tego te cuda, których już dokonał – aby zrozumieć: jego sąsiedzi musieli mieć nie lada zagwozdkę. 
Dzisiaj pewnie nie znajdziemy Jezusa chodzącego wśród nas, tak namacalnie, po ludzku. Nie mamy tej łaski, którą tamci mieli… i w piękny sposób ją zmarnowali, podśmiewając się z Niego. Nie przeszkadza to jednak nam nadal oceniać innych i szeregować, klasyfikować bardzo pobieżnie: czy to nieznanych a napotkanych na ulicy ludzi (po pozorach, chwilowym zachowaniu, wyglądzie – czyli pozorach), czy to osoby – jak tamci znali Jezusa – znane po prostu z widzenia, z okolicy, sąsiadów, znajomych ze szkoły/uczelni/pracy. Mamy te nasze małe i głupie kryteria, i tak sobie szufladkujemy. 
Bez sensu to jest, i tyle. W ten sam sposób wygradzamy miejsce Bogu – tu możesz (masz!) pomóc i ratować mnie, tu też, ale w te sfery (seksualność, moralność, uczciwość, wierność) wara, to moja własna sprawa. I żyjemy sobie w błogim przekonaniu, że Bóg jest skrępowany tymi naszymi płotkami. Skrępowany to pewnie jest, tylko naszą naiwnością i dwulicowością. On to wszystko, miłosiernie, ale na końcu podsumuje. A my, tak sobie wszystkich oceniając na prawo i na lewo jesteśmy na najlepszej drodze, żeby źle zaszufladkować kogoś, kto może być naszym prezentem od Boga, drogowskazem i konkretną pomocą. Nic to. Bóg nie pomoże nikomu na siłę, nawet On. Najpierw trzeba tej pomocy chcieć. Jak człowiek jest zbyt zajęty autorytarnym rozstawianiem innych po kątach – pewnie nie będzie miał na taką „pierdołę” czasu.

Nie jestem pępkiem świata – o osądzaniu innych myśli kilka

Jezus przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak, że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem: Odszedł od zmysłów. (Mk 3,20-21)
Dawno tak krótkiego tekstu nie czytałem. Ewangelista umiejscawia go tuż za opisem powołania Dwunastu uczniów (Mk 3, 13-19). Co ciekawe, o ile się oprzeć tylko na ewangelii Mateusza – Jezus niewiele, według jego opisów, zdołał uczynić – a wymienione jest to w Mk 2. Nauczał w Kafarnaum, wygnał złego ducha z opętanego, uzdrowił bliżej nieokreśloną liczbę osób, w tym jednego opisanego trędowatego, który został oczyszczony, przywrócił zdrowie uschniętej ręce (i to w szabat!). 
Jak to opisałem w poprzednim tekście – garnęli się do Niego różni ludzie, kierowani różnymi motywacjami i pobudkami, nie zawsze pozytywnymi. Nie wiemy dokładnie, o kim mowa, gdy autor przytacza tutaj u góry bliskich Jezusa. Wątpię, aby chodziło o Maryję – może zatem jakaś dalsza rodzina, nieświadoma Jego posłannictwa i roli, jaką – nie w ukryciu, a przecież publicznie – miał odegrać? Przypis w Biblii Tysiąclecia odsyła przy tym sformułowaniu do Mk 3, 31, czyli tekstu: Tymczasem nadeszła Jego Matka i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. Więc jednak – Maryja? Właściwie, nie jest to wykluczone. Przecież, zachowując w swoim sercu wszystkie sprawy, jakie Jezusa dotyczyły, nie jest powiedziane, że od razu wszystko, co się wokół Niego zaczęło tak gwałtownie dziać od momentu wesela w Kanie Galilejskiej i chrztu z rąk Jana w Jordanie, rozumiała. Zamieszanie wokół jej Syna mogło ją przerastać w tamtej chwili – a co dopiero dalszą rodzinę. Życie i los Jezusa dalej pokazały – byli w błędzie. Ani nie zwariował, ani nie odszedł od zmysłów – był Bogiem, Mesjaszem, który przyszedł zbawić ludzi – i pomimo tego, że bardzo się starał, większość z nich Go w ogóle nie rozumiała, a nawet uważała za wariata.
Ta sytuacja pięknie pokazuje jedną rzecz – bardzo szybko i z wielkim smakiem, a także pewnością, dokonujemy ocen i klasyfikacji innych osób. Jedno spojrzenie, jedno usłyszane zdanie, wypowiedź, rzut oka na wygląd, pochodzenie, zajęcie – i wszystko jasne. Ten jest taki, a tamten taki. Piękny i klasyczny przykład myślenia, a raczej braku myślenia (bezmyślności, innymi słowy), i posługiwania się stereotypami, czyli czymś bardzo niewłaściwym i krzywdzącym. Nawet gdy czegoś nie rozumiemy, nie znamy tła, pobudek, tego co spowodowało takie czy inne zachowanie osoby – jak rodzina Jezusa mogła go nie rozumieć w cytowanej sytuacji – wyrokujemy, oceniamy. 
A nie każdy, którego nie rozumiemy, od razu musi być osobą nienormalną, wariatem, kimś kto kwalifikuje się do leczenia. Może to geniusz? Może to ktoś, kto ma głęboką i uzasadnioną rację – a mnie po prostu nie chce się zastanowić nad tym, co mówi lub robi, albo po prostu palnąłem coś bez sensu od razu, zamiast się zastanowić, no i głupio potem z rzuconych już słów się wycofać, choć w głębi serca przyznaję mu rację? Może to po prostu moje ograniczenia powodują, że sytuacja mnie przerasta, że czegoś nie rozumiem. Nie jestem pępkiem świata, do którego wszyscy muszą się dostosować, w stosunku do którego wszyscy muszą wypowiadać się zrozumiale i usłużnie, żeby wszystko rozumiał. 
Głupio się przyznać, że czegoś nie rozumiem, co? No głupio, tym bardziej jak człowiek pozuje, no może nie na nieomylnego i wszechwiedzącego, ale co najmniej specjalistę od prawie wszystkiego. Ale trzeba. I powstrzymać się od krzywdzących słów czy myśli pod adresem kogoś, kogo właśnie nie rozumiem. Jest to normalne i oczywiste, że ludzi i zachowania oceniamy – przecież musimy to wszystko jakoś sklasyfikować, aby zestawić z wartościami, jakimi się kierujemy, ze swoimi poglądami. Nic w tym złego. Tylko niech ta opinia o drugim człowieku nie będzie powierzchowna, pod wpływem impulsu i pierwszej rzeczy, jakiej się o nim dowiem czy usłyszę – a wyważona, przemyślana, oparta na rzetelnych informacjach. Nie chodzi tylko o słowa – tak, one bolą najbardziej. Ale myślą można przecież też zgrzeszyć. 
Może i się doszukuję przysłowiowego palca Bożego za często, ale co mi tam. Od 3 dni myślałem o tym, aby właśnie nawiązać do braku krytyki wobec samego siebie, a lekkości i omylności ocen i krytyki wszystkich wokół. I co? Bóg sam podsuwa pod nos tekst, który o tym mówi. Pięknie. Bo ja sam mam z tym bardzo duży problem – może ze względu na swoją gwałtowność? Czasami coś palnę, i jeszcze nie skończę wypowiadać – a może wyrzucać z siebie w przypływie gniewu – kolejnego jedynego słusznego i nieomylnego osądu… a już wiem, że nie mam racji, że skrzywdziłem a to osobę będącą przedmiotem tych słów, albo ich adresata. Tak, to zdecydowanie pole do popisu gdy chodzi o nawracanie. Nie wszystkich wokół – siebie samego. 

Trudno nie wierzyć w nic (1) i o błyskotliwych ocenach

Obiecywałem, więc dotrzymać słowa trzeba – ten wpis i pewnie jeszcze jeden poświęcę genialnej książce Trudno nie wierzyć w nic – zapisowi trzech rozmów dr. Cezarego Sękalskiego z Adamem Nowakiem, wokalistą i autorem tekstów grupy Raz, dwa, trzy. Czy jego wiara jest prosta? Czy zawsze wierzył? Czy wierzy świadomie? To tylko kilka pytań, na które w książce można znaleźć odpowiedzi. A warto do niej zajrzeć – wystarczy posłuchać jakiegokolwiek kawałku kapeli, wsłuchać się w teksty. Dziwne? Na pierwszy rzut… oka, choć właściwie to raczej ucha, pewnie tak. Ale w pewnym sensie bardzo głębokie.
Zupełnie przypadkiem (idę przez książkę po kolei), w tych cytatach poniżej przewija się temat – czego? Tak, Adwentu i Bożego Narodzenia. A w ogóle – to przypadków nie ma, jest tylko czasami brak umiejętności rozpoznania woli Bożej, zauważenia jej w tym, co nas dotyka. 
Wszelkie wytłuszczenienia, oczywiście, moje. Każdy akapit to osobny, wycięty z całości książki, fragment.
– Jak zatem określiłbyś siebie, jako człowieka wierzącego?
– Wierzący to ten, kto zdaje sobie sprawę z tego, że wszystko, co posiada, dostał od Osoby, w którą wierzy. W moim przypadku jest to Pan Bóg. 

Od dzieciństwa było we mnie marzenie przeżycia takiej Wigilii i takich Świąt, podczas których odczułbym prawdziwą radość. Ponieważ jednak cały czas myślałem przede wszystkim o sobie i tej radości poszukiwałem dla siebie, nie mogłem jej odczuć. Kiedy jednak pojawiły się na świecie moje dzieci i w ich oczach zobaczyłem błysk radości związanej z choinką i z całą świąteczną aurą, okazało się, że ona mi się udzieliła. Doczekałem tej chwili i wtedy dopiero, po długim czasie, zrozumiałem, że radość przychodzi wtedy, gdy przestaje się myśleć o sobie.

– W Twoich tekstach często piszesz o cudach. Wierzysz w cuda? To takie dzisiaj niepopularne…
– Nie muszę wierzyć w cuda, bo dla mnie one najzwyczajniej w świecie istnieją. Inaczej: zdaję sobie sprawę z istnienia cudów. Mało tego. Nie trzeba ich udowadniać, bo one same sobą udowadniają się w każdej chwili i każdego dnia. (…) Wierzę w zjawisko od człowieka niezależne, a mimo to warte tego, aby je afirmować. Wiem, że na cud, cuda, trzeba się otworzyć, można i trzeba o nie prosić i jeszcze bardziej – konieczne – za objawione, wypełnione, dziękować. To moja wiedza. Niewielka i nie chcę większej.

– W Twoim repertuarze są też takie piosenki, które mogą niepokoić pobożnych katolików, np. Raka.
– Mają niepokoić! Ta piosenka mówi o tym, że jeżeli uznamy, że to my jesteśmy osią swojego życia, bo posiedliśmy wszelkie mądrości, to zaczniemy traktować Jezusa Chrystusa w taki właśnie sposób, jak to jest ukazane w tej piosence. To nie jest tekst o tym, że ja tak traktuję Jezusa. Ta piosenka musi niepokoić. Słowo raka jest wręcz zakazane i nie powinno się go używać. Sięgając po nie chciałem pokazać, że jeżeli my stawiamy się w miejsce Boga, to będziemy Go traktowali jak głupca, jak kogoś. kto umarł na próżno.

Wierzę w Pana Boga i wierzę Panu Bogu, ale mam też swoje wątpliwości, które mnie nie opuszczają. Im bardziej się gdzieś zapędzę, tym bardziej się boję. Nie potrafię jednak tak się otworzyć (może nie dostałem jeszcze takiej łaski), żebym mógł całkowicie postępować według woli Bożej. Ale cierpliwie na to czekam.

Kilka razy rozmawiałem z osobami duchownymi, które mówiły do mnie językiem, który znam, ale którego nie rozumiem, bo jest to język gotowy, martwy. Zdaję sobie sprawę z konsekwencji używania tego języka. Bardzo bym chciał, i chyba nie tylko ja, żeby komunikat dotyczący wiary zawsze był jasny i przystosowany do wrażliwości odbiorcy i do czasu, w jakim on żyje. Czy to możliwe? Nie wiem. Trzeba szukać. Biblia zawiera pewne stałe słowa. Oczywiście ich rozumienie zmienia się w zależności od tłumaczeń i od czasu, w którym żyjemy, ale w pierwotnej wersji są to słowa niezmienne. Natomiast cała reszta komunikatu dotyczącego wiary polega na wyciąganiu odpowiednich wniosków z Biblii i w świetle tych wniosków nazywaniu tego, co się z nami dzieje i tego, w jaki sposób żyjemy. Trzeba pytać: jak nasze życie odnosi się do Biblii i jak Biblia odnosi się do naszego życia? Biblia jest czymś stałym, a tylko w historii pojawiają się coraz to nowi ludzie, którzy przeżywają ciągle te same sytuacje i problemy, z którymi nie potrafią sobie poradzić. 

Dla mnie w jakiś sposób mistrzem w tej dziedzinie [filozofii] był ks. Józef Tischner. To był filozof, który umiał mówić językiem prostych ludzi. To jest jedna z większych umiejętności, jaką w ogóle można posiąść. Mając taką wiedzę, jaką miał ks. Tischner, bardzo łatwo jest przekroczyć próg wyższości, uznać, że ja, ponieważ wiem więcej, jestem przez to ważniejszy od ciebie, który wiesz mniej. Pierwszym obowiązkiem osoby posiadającej dar wiedzy jest przekazywanie jej. Każdy na swój sposób poszukuje odpowiedzi na podstawowe pytania. Ale jednocześnie wszyscy jesteśmy tak dziwnie skonstruowani, że zamiast żyć w prawdzie i być prawdziwymi raczej domagamy się jej mówiąc „chcemy prawdy”, ale jak przyjdzie co do czego, to kłamiemy jak z nut każdą cząstką własnego ciała. W rzeczywistości wszyscy boimy się prawdy, bo ona jest straszna i groźna. Jesteśmy absolutnie na nią nieprzygotowani. Wyznaję zasadę, że – jak mówią górale – lepiej mieć przyjaciół, niż poznać prawdę i umrzeć samotnie. Na szczęście śmierć dotyczy tylko naszego ziemskiego życia. W ogóle myślę, że umieramy dlatego, że w stanie, w którym, jesteśmy,z naszymi zdolnościami percepcyjnymi, nie potrafimy w pełni spotkać Boga. Musimy umrzeć, żeby móc znieść Jego widok. W tym czasie i w tym miejscu nasze opakowanie i nasze wnętrze nie jest do tego przygotowane. Istnieją wybrani ludzie, którzy mieli łaskę ujrzeć cząstkę Boga, ale tylko cząstkę. Pan Bóg nie ukazuje się nikomu na ziemi w całej okazałości, bo ktoś, kto by tego dostąpił, zostałby raczej starty w proch. 
Ja obiecałem sobie parę rzeczy, do których zachęciły mnie słowa Papieża i próbuję je jakoś realizować. A piosenki są dla mnie na razie jedną z technik, które pozwalają mi to robić. Robię to, co obiecałem sobie, Panu Bogu, Papieżowi, moim dzieciom i mojej żonie: będę realizował coś, co pomoże mi w świecie przetrwać. Nie wiem, czy będą przez to szczęśliwi, ale dla mnie, według wiedzy, jaką posiadam, jedyną rzeczą, jaka potrafi pomóc drugiemu człowiekowi przetrwać, jest miłość do drugiego człowieka. Miłość i przebaczenie. Nie wiem czy jest coś ważniejszego od miłości i przebaczenia.

Mówić o Bogu w jakimś programie czy wywiadzie to tak, jakbyśmy wszyscy ubrali się w przyciasne garniturki. Prezenterom jest niewygodnie, bo boją się, że jeszcze widz zacznie ich podejrzewać o to, że oni są religijni. Przecież oni są religijni! Bycie religijnym dla wielu ludzi oznacza bycie zamkniętym. Ale tu nie chodzi o żadnych „religijnych” i „niereligijnych”. Tu daje o sobie znać stereotyp. Wszyscy potrafimy być zamknięci: religijni i niereligijni, wierzący i niewierzący. Pytanie, jak sprawić, by te dwa światy mogły się ze sobą spotkać, żeby z takich spotkań nie było „religijnych bitew” i żebyśmy mogli wspólnie egzystować. Ale ja nie jestem od walki o religijność mediów. Nie życzmy sobie sytuacji, w której telewizja jest „kościołem”, choć przez wielu z nas jest traktowana jak „ołtarz”. Posiedliśmy niestety piękną zdolność do zamiany ważności miejsc i pojęć. Ale też nie wmuszajmy „boskiej” tematyki za pomocą telewizji, bo odwrócą się od nas plecami ci, do których się zwracamy. Tu potrzebny jest wielki takt i wyczucie. I jeszcze większa pomysłowość. 

Niewiara jest wiarą we własną niewiarę. Tak czy siak mamy zakodowane to, że wierzymy. Nawet kiedy nie rodzimy się w środowiskach katolickich, to i tak jesteśmy ludźmi w coś wierzącymi.

Podejrzewam, że gdyby dzisiaj [Jezus] narodził się u nas, to byśmy Go nie zauważyli. Nie miałby u nas szans. My cały czas nieustannie zmagamy się z tym samym, z czym zmagali się Żydzi. I nie wiem, czy gdybyśmy znaleźli się w ich położeniu, nie zrobilibyśmy z Jezusem dokładnie tego samego, co zrobili oni? Niech jedyność tej historii stanowi dla nas przykład. Bo historia Jezusa jest teologicznie wymienna. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za Jego mękę i śmierć. Dla wszystkich jest Jego zmartwychwstanie.
Ciąg dalszy nastąpi 🙂
Jezus powiedział do tłumów: Z kim mam porównać to pokolenie? Podobne jest do przebywających na rynku dzieci, które przymawiają swym rówieśnikom: Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wyście nie zawodzili. Przyszedł bowiem Jan: nie jadł ani nie pił, a oni mówią: Zły duch go opętał. Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije. a oni mówią: Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników. A jednak mądrość usprawiedliwiona jest przez swe czyny. (Mt 11,16-19)
Człowiekowi bardzo ciężko jest dogodzić. Osiągamy mistrzostwo w ocenianiu i punktowaniu… każdego, poza sobą. Jak ktoś jest zbyt rozrywkowy, rozwiązły nawet, niesmaczny – to unosimy się świętym oburzeniem: no jak tak można. Za to jak ktoś ze znajomych żyje na kocią łapę, bez ślubu – to zakładamy maskę wybitnej tolerancji: przecież dzisiaj wszyscy tak robią, nie ma co się czepiać… I odwrotnie – jak ktoś inny odznacza się religijnością, aktywnie uczestniczy w nabożeństwach i liturgii, nie wstydzi się dekorować okien mieszkania z okazji uroczystości religijnych, otwarcie demonstruje przywiązanie do katolickich wartości – to jasne: dewot, ciemnogród, moherowy beret. 
Błyskotliwość osądów, trafność spostrzeżeń – a co! Szkoda, że tak samo, jak taksujemy i szufladkujemy innych, nie bierzemy się za siebie. Choć w sumie łatwo to zrozumieć – okazało by się, że nie dość, że raz jesteśmy sami dewotami, a kiedy indziej rozpustnikami – to jeszcze nie potrafimy być, w jednym lub drugim, konsekwentni nawet, skoro skaczemy ze skrajności w skrajność. Warto modlić się o dar mądrości. Nie tylko tej, która pozwoli dobrze wybierać i właściwie postępować w życiu, ale też tej, która ustrzeże przed pochopnymi i powierzchownymi sądami.