Kto z kim przestaje, takim się staje. Chrześcijanin przestaje z Chrystusem. Z tym, który ma największy wpływ na człowieka. Chrystus przemienia nas od wewnątrz. Promieniowaniem swojej miłości prześwietla to wszystko, co w nas ciemne. Stajemy się podobni do Chrystusa, naszego brata w człowieczeństwie. On nas przebóstwia. (Andrzej Madej OMI, Dziennik wiejskiego wikarego)
Wszystko, co robisz, to czas twojego nawiedzenia i kilka myśli o Kościele dzisiaj
Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia. (Łk 19,41-44)
Kontynuacja tego, o czym Jezus mówił w ewangelii, której fragmentowi poświęciłem drugi wpisy wstecz. Jezus mówi co prawda o Jerozolimie, co może być rozumiane jako miasto, ale odnosi się oczywiście nie tyle do budowli i miejsca, co do ludzi, którzy się z nim utożsamiają. Tak, do Narodu Wybranego, który zlekceważył i nie uznał Jego, Syna Bożego, który przyszedł na świat.
W komentarzu na jednym z blogów napisałem, że z tym czasem nawiedzenia to jest tak jak z Zacheuszem (ten, co na drzewo wlazł, żeby Jezusa ujrzeć, i pod wpływem Jego wizyty nawrócił się) czy Bartymeuszem (który został uzdrowiony). Oni ten czas nawiedzenia rozpoznali. Czym on dla nich był? Tym wyjątkowym momentem, w którym Jezus w swojej ludzkiej postaci dosłownie przechodził przez ich życie – miasto, wieś. Namacalnie, fizycznie. Wykorzystali okazję, i odpowiedzieli na zaproszenie Boga, kierowane do każdego człowieka. Nic nadzwyczajnego – tak, do każdego, czy sobie z tego zdaje sprawę, czy nie. I dlatego oczywiście Bóg odpowiedział na ich prośby i tęsknoty odzwierciedlone nie tylko zachowaniem i słowami, ale także myślami serca.
Uciec nam może przez palce nie tylko okazja na spotkanie, a właściwie zaproszenie Boga do swojego życia (spotykamy Go przecież co rusz, obok, w drugim człowieku) – ale także okazja względem drugiego człowieka. Tak, każde złorzeczenie, oszczerstwo, nieuzasadniony wybuch gniewu, nieopanowane emocje, zranienie nie tylko dosłownie, co choćby werbalnie – to właśnie nic innego jak oddawanie pola Złemu. Świadomie czy nie – jesteśmy ludźmi wolnymi, mamy swój rozum i powinniśmy umieć się kontrolować. Wiem coś o tym, mam z wybuchami gniewu sam sporo kłopotów… To żadne usprawiedliwienie.
Każde nasze działanie na tym świecie to czas nawiedzenia. Od nas zależy czy go rozpoznamy i wykorzystamy – czy też nie zauważymy, albo wręcz celowo zmarnujemy. Warto o tym pamiętać – choćby po to, aby zdążyć się opamiętać w ostatnich momentach życia.
This is your time
This is your dance
Live every moment
Leave nothing to chance
Swim in the sea
Drink of the deep
And fall on the mercy
And hear yourself praying
Won’t you save me…
>>>
W tym kontekście na ciekawą rzecz zwraca uwagę Jan Turnau, a mianowicie porównuje Kościół do twierdzy, jaka pojawia się dzisiaj w ewangelii. Porównanie słuszne? Nie wiem. I dalej, sugeruje, iż Kościół powinien przemyśleć swoją dzisiejszą postawę w kontekście (braku) otwartości, postawy defensywnej jaką teraz prezentuje. Cóż, trudno się dziwić – skoro prawie wszędzie, włącznie z rzekomo tak chrześcijańską (chyba tylko z historii…) Europą, wiara w Boga chrześcijańskiego jest w najlepszym razie uważana za przejaw infantylizmu, zacofania, prostactwa i zabobonu, a poza Europą (vide Bliski Wschód) samo przyznanie się do Jezusa skutkuje często szykanami, utratą pracy, zagrożeniem zdrowia i życia wprost. Tak, w sensie doktryny konserwatyzm jest konieczny.
Ale chodzi autorowi, jak mniemam, bardziej o postawę Kościoła na zewnątrz, wobec innych. I tu – zgoda. Piękne przykłady dał nam sługa Boży Jan Paweł II – pielgrzymowanie po całym świecie, spotkanie w Asyżu w 1986, dni modlitw o jedność chrześcijan, dialog z judaizmem. To spore dziedzictwo i czytelny znak, w jakim kierunku Kościół powinien dążyć. Tak – Kościół w dzisiejszym świecie zmniejsza się ilościowo, i można mieć nadzieję, iż przejdzie to w jakość członków, że się tak wyrażę – w ich większą świadomość tego, kim są, w co wierzą, w dojrzałość wiary. Ale Kościół właśnie dzisiaj musi podkreślać, że jest otwarty dla każdego i Jego rolą nie jest tylko strzeżenie depozytu wiary w postawie obronnej, jakby w takiej twierdzy właśnie.
Kościół musi prowadzić dialog ze światem, starać się sprostać nowym wyzwaniom – a nie przed światem i tym, co nowe, uciekać do zakrystii. Musi być także gotowy, o zachodzi potrzeba, do rozmowy, wewnętrznej dyskusji o Nim samym (w zakresie, oczywiście, tego co nie podważa prawd wiary). Bo, niestety, dzisiaj czasami wygląda to tak, jakby Kościół po okresie otwartości – Sobór Watykański II, pontyfikat Jana Pawła II – przestraszył się… i nie bardzo wiedział, co dalej. Czy to słuszne? Według mnie – nie. Różne sytuacje – w Kościele za granicą, w Polsce – pokazują, jak krańcowo różne są poglądy czy to księży czy biskupów, co doprowadza niekiedy do zupełnie sprzecznych ze sobą działań czy oceny pewnych zachowań.
Tak, do dobrego kierowania Kościołem konieczna jest, poza znajomością teologii, znajomość problemów tak Kościoła, jak i świata i współczesnego człowieka. Tak, do głosu w tym zakresie – tak w parafiach, diecezjach ale i w Watykanie powinni być dopuszczani świeccy – duchowni nie mają w tym zakresie żadnego monopolu (poza tym, że tak się przyjęło), i bardzo często w wielu kwestiach świeccy po prostu pewne problemy rozumieją i znają lepiej, są lepszymi specjalistami w danej dziedzinie. Brakuje tego dzisiaj – księża i biskupi często tego nie rozumieją, i stąd brak wypowiedzi, gdzie pojawić się powinny (albo wypowiedzi niekiedy conajmniej niejednoznaczne, żeby nie powiedzieć, że wprost ze sobą sprzeczne). Rolą Kościoła nie jest bierna defensywa – ale musi starać się świat zrozumieć i odpowiadać na jego potrzeby, potrzeby ludzi, którzy w nim żyją. Mam wrażenie, że niektórzy duchowni naprawdę żyją w oderwaniu od rzeczywistości – bo z tego, co mówią i czym się zajmują, widać że po prostu nie wiedzą, jakie są problemy ludzi.
Heh, znów pan Jan – do którego myśli chciałem się odnieść – sprowokował dość długi tekst, kolejną dygresję 🙂
>>>
Tak wczoraj usiadłem i poprawiłem linki. W sumie, nie wiem, co mi na początku przyświecało i co miałem na myśli, gdy w linkach blogów nazwy i tytuły zrobiłem małymi literami. Od wczoraj – są dużymi.
>>>
Kolejny przykład świętości, wzięcia na serio powołania do poszanowania przez matkę życia dziecka nawet za cenę swojego? Piękne naśladownictwo choćby bł. Joanny Beretty Molli. Kolejna święta – czy ją beatyfikują, czy nie. Oczywiście, w żadnym większym serwisie nie było o tym słowa. Bo i po co.
>>>
Wyczytane dzisiaj u x Andrzeja Przybylskiego – niby nie w temacie, ale piękne uzasadnienie nie czczenia (bo to złe słowo) ale modlitwy (nie do) przy relikwiach tych, w których świętość wierzymy:
Kiedy mówiłem z zachwytem jakiemuś znajomemu studentowi, że będzie u nas serce św. Jana Marii Vianney’a – ten stuknął się w głowę i stwierdził ze zdziwieniem: “Czy wy, w tym Kościele, nie przesadzacie!? Dosyć, że człowiek męczył się za życia to jeszcze po śmierci dzielicie go na części i wozicie po świecie?” Trochę się nad tym zastanawiałem, ale w najmniejszym stopniu nie zachwiało to mojej wiary w sens oddawania czci relikwiom świętych. Przecież cała świętość Proboszcza z Ars właśnie na tym polegała, żeby umierać dla Boga nie tylko na jakiś duchowy sposób, ale konkretnie, materialnie i cieleśnie. Tak jak oddał swoje ciało do dyspozycji Panu Bogu za życia, tak pozwolił nim dysponować również po śmierci. Pielgrzymka relikwii ciała świętych ma nam przypomnieć, że nie ma świętości czysto duchowej. Skoro jesteśmy jednością duszy i ciała to nie ma świętości bez daru ze swojego ciała, bez oddania Bogu swojego ciała. Mocno to zrozumiałem patrząc na relikwie św. Jana Marii Vianney’a. Przypomniałem sobie zegar z plebanii w Ars, który pokazywał codzienny rozkład zajęć Proboszcza. Kilkanaście godzin spowiadania, kilka godzin modlitwy, czasem tylko trzy godziny snu. Przecież to świętość, która polegała na umieraniu ciała z miłości do Boga. Mamy czasem tak mocno uduchowioną wizję świętości, że zapominamy, że jej nigdy nie osiągniemy jeśli nasze ciało nie będzie nas wpierać na tej drodze. I oto przez trzy dni byłem blisko tego świętego ciała, i to samego serca oddanego całkowicie Bogu. “Gdybyśmy zrozumieli czym jest kapłaństwo, umarlibyśmy – mówił Jan Maria Vianney – ale nie ze strachu lecz z miłości. Kapłaństwo to miłość serca Jezusowego”. Kochać Jezusowe serce to umieć umierać dla Jezusa, ale nie ze strachu lecz z miłości!
>>>
W niedzielę w Polsce wybierać będziemy samorządowców – wójtów/burmistrzów/prezydentów miast, radnych, sejmiki. Poniższy spot kampanii Masz głos, masz wybór jest bardzo trafny. Raz, że prosty. Dwa, że jest obrazkowy dla rosnącej, co widać po drogach, ilości kierowców – trafia do wyobraźni.
Od tego, jak zagłosujemy, nie tylko zależy stan dróg w okolicy. Zależy wiele innych rzeczy. W końcu – nie chodzi o jakiegoś posła gdzieś tam w stolicy, tylko o tych, którzy będą decydowali o bardzo wielu kwestiach bezpośrednio dotykających tylko i wyłącznie mnie, rodziny, sąsiadów, mieszkańców wsi, miasta, województwa. Frekwencja pokazuje – problem jest nie tyle nawet z jakością głosowania, co z ilością. Mało komu się chce wybrać i poświęcić jakieś aż 10 minut na zagłosowanie. Za to do krytykowania – wszyscy, sami specjaliści, politologowie wszystkowiedzący o tym, kto jak i dlaczego nas okrada…
- Idź na wybory. Nie jest to wielka sztuka – a jest to prawo, o które wielu walczyło, i którego realizacja powinna i ma być przywilejem, a nie przykrym obowiązkiem.
- Poświęć trochę czasu – gazety, serwisy www – i zastanów się, na kogo zagłosować. Może masz problem tylko z osobą – wiesz, jaką opcję polityczną chcesz poprzeć – a może w ogóle nie masz pomysłu? To usiądź i przygotuj się – kogo reprezentują kandydaci, co w życiu robili (jeśli już zajmowali stanowiska w samorządzie, urzędach czy parlamencie – co wtedy zrobili, co sobą prezentowali, czy zrobili coś poza gadaniem?), co obiecują (choć i tak dzielić to należy na pół). Niech ten głos nie będzie bezsensownym skreśleniem pierwszej z brzegu osoby.
Nieskończenie miłosierna wyrozumiałość + refleksje ze stolicy
Wiedz zawsze, że zostało nam więcej jeszcze do zrobienia. Działaj z ufnością, że Bóg dopełni tego, co rozpocząłeś. Jego wkład jest zawsze większy, my tylko współpracujemy. Choćby mówili: idealista, nieżyciowy, marzyciel, ty chciej iść dalej, bo nie wystarczy na ziemi człowiekowi nic, tylko Bóg, który chce nam się udzielać coraz obficiej. Chodzi o to, by nie wymierzać miejsca Panu Bogu, bo Jego miarą jest bezmiar, a Jego miłość nieskończona. (Andrzej Madej OMI, Dziennik wiejskiego wikarego)
Chwilami rozmawiałem, szczególnie za starszymi z jadących w tym przedziale. Małżeństwo, na oko 70 lat lekko. Z rozmowy widać było, że ludzie oczytani, ze sporą wiedzą, pan wypowiadał się bardzo ładnym językiem i z bardzo dobrą dykcją. Ludzie u schyłku życia – podczas gdy ja zdecydowanie bliżej początku. O czym rozmawialiśmy? O tym, jaki świat jest dzisiaj – ludzie, priorytety, zainteresowania, sposób bycia, kultura. Mogli by być moimi dziadkami – a jednak w większości podzielałem ich zdanie i zaniepokojenie pewnymi masowymi zjawiskami. Oni się chyba z tego cieszyli. Nie, nie przytakiwałem bezmyślnie, żeby tylko już do mnie nie mówili i dali spokój – rozmowa była całkiem miła.
Byli umówieni, że córka miała odebrać ich na dworcu. Po drodze okazało się, że z jakiegoś powodu umówili się z córka dobra godzinę po planowym przyjeździe pociągu. Więc pan dzwonił do niej – ale okazało się, że o tej porze to ona nie może. Znad książki spojrzałem na panią – widać, przykro jej było, choć się chyba tego spodziewała. Powiedziała potem do niego Wiesz, jak zadzwoni jeszcze raz i powie, że przyjedzie jednak, to powiedz, że damy sobie radę. To musiało boleć.
Czasami, dla odpoczynku, podnosiłem głowę znad lektury – i patrzyłem na to, co za oknem. Pogoda, zanim się nie ściemniło, piękna była. Słońce, ciepło całkiem, łąki, lasy, pola, małe i większe miejscowości. Świat żyjący swoim własnym rytmem – i tylko ten mój czy jakiś inny pociąg czasami pędził obok. Jedna pozytywna obserwacja – wszędzie remonty i budowa, czy to dróg, czy torów. To dobrze. Coś nam po tym Euro 2012 zostanie – nawet jak (prawie na pewno) drogi dokończą już po mistrzostwach.
Główna hala Dworca Centralnego w remoncie, dokładnie w połowie – śmiesznie to wyglądało, bo dosłownie: pół już w nowych kafelkach i z nowymi lampami, a pół… Cóż, wczesny Gierek 🙂 Wystarczyło z dworca wyjść z dobrej strony, żeby zobaczyć Novotel, gdzie miałem rezerwację. Właściwie linia prosta: dworzec – PKiN – Novotel. No tak – ale jak tam dojść? Na skrzyżowaniach nigdzie nie uraczyłem przejść dla pieszych – pomysłowo, jest za to sieć przejść podziemnych. Trochę gimnastyki umysłowej połączonej z testowaniem orientacji w terenie to kosztowało – ale trafiłem i wyszedłem dokładnie przed wejściem do hotelu. Klaustrofobicznie pod ziemią – niskie stropy bardzo w tych przejściach; głową nie zahaczałem, ale nieprzyjemnie.
Hotel olbrzymi, jak w filmach. Pierwsza zagwozdka – jak ruszyć windą? Na 7 piętro z buta się nie wybieram. Okazało się, że potrzeba było skorzystać z karty z chipem. Analogicznie w pokoju – włożyć do gniazdka przy wejściu, żeby światła się odpaliły. Cóż, mnie dojście do tego ze 2 minuty zajęło 😛 Świetny widok z okna – na PKiN właśnie. Odświeżyłem się i poszedłem na miasto – szef był w siedzibie firmy, a ja byłem głodny. Z braku pomysłów – skończyło się na McDonaldzie – tak, junkfood, ale wiem, co dostanę mniej więcej. Obszedłem PKiN – świetnie oświetlony wieczorem. Szukałem kościoła – była pora mszy wieczornych, ale stwierdziłem, że nie będę się oddalał za bardzo, i żadnego nie znalazłem. Potem poszliśmy jeszcze na późną przekąskę, jak się zeszliśmy w hotelu. Trudno zasnąć z dala od domu, bez żony. Pewnie – telefony, smsy, ale to bardzo mało.
Straszna bieda w tej Warszawie. Tzn. kontrast. Uderzające w człowieka z każdej strony neony wielkich sklepów, obniżki, krzyczące plakaty… Ścisk ludzi. I w tym wszystkim bardzo wiele biedaków, żebraków czy naciągaczy. Naprawdę dużo. Przerażające to centrum trochę.
Rano szybkie i bardzo dobre śniadanko, i szybko do budynku PANu, gdzie szef na swoje szkolenie, a ja na konferencję. Miałem czasu trochę, porozglądałem się. Potem czas leciał bardzo szybko – leki poślizg czasowy, poszczególne referaty przeplatane krótkimi przerwami kawowymi i dłuższą, na lunch. Ciekawe wystąpienia, fajne prezentacje, prelegenci mówili ciekawe i czasami umiejętnie zachęcali do własnych rozważań. I, co najważniejsze, nie byli nienaturalnie zgodni – ale były kwestie, co do których się nie zgadzali, o czym mówili wprost. Na końcu – dyskusja, a właściwie okazja do zadania pytań przez obecnych. To był dobry czas, myślę że sensownie spędzony. Teraz, na potrzeby firmy, muszę to jakoś opisać – ale to już jutro, dzisiaj mi się nie chce.
Po zakończeniu dołączyło do nas jeszcze 2 pracowników, którzy też załatwiali coś w Wawie, i ruszyliśmy do Trójmiasta. Samochodem – szef nim przyjechał, bo nie było na żaden pasujący mu pociąg do W-wy miejscówek, więc tak przyjechał. Wyjazd ze stolicy – bagatela, 1,5 h. Masakra jakaś. Potem już, po przerwie w McDonaldzie – wszyscy dość głodni byli – śmigaliśmy całkiem żwawo, pomimo nawet mocno padającego deszczu. Po ok. 4 h byłem pod domem. Szybkie rozpakowanie, i byłem w łóżku.
Dopiero dzisiaj po pracy zobaczę żonkę – nie znosi sama w domu być, nie chciała sama spać, więc przeniosła się na te niespełna 3 dni do rodziców. Stęskniłem się za nią bardzo 🙂
Nie pytaj, kiedy – tylko wytrwaj i nie zdezerteruj
Gdy niektórzy mówili o świątyni, że jest przyozdobiona pięknymi kamieniami i darami, powiedział: Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony. Zapytali Go: Nauczycielu, kiedy to nastąpi? I jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie? Jezus odpowiedział: Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim imieniem i będą mówić: Ja jestem oraz: Nadszedł czas. Nie chodźcie za nimi. I nie trwóżcie się, gdy posłyszycie o wojnach i przewrotach. To najpierw musi się stać, ale nie zaraz nastąpi koniec. Wtedy mówił do nich: Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Będą silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie. Lecz przed tym wszystkim podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa. Postanówcie sobie w sercu nie obmyślać naprzód swej obrony. Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani się sprzeciwić. A wydawać was będą nawet rodzice i bracia, krewni i przyjaciele i niektórych z was o śmierć przyprawią. I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie. (Łk 21,5-19)
Doceń cud tam, gdzie jest, a nie szukaj go na siłę tam, gdzie go nie ma
Jezus zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo Boże, odpowiedział im: Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie; i nie powiedzą: Oto tu jest albo: Tam. Oto bowiem królestwo Boże pośród was jest. Do uczniów zaś rzekł: Przyjdzie czas, kiedy zapragniecie ujrzeć choćby jeden z dni Syna Człowieczego, a nie zobaczycie. Powiedzą wam: Oto tam lub: Oto tu. Nie chodźcie tam i nie biegnijcie za nimi. Bo jak błyskawica, gdy zabłyśnie, świeci od jednego krańca widnokręgu aż do drugiego, tak będzie z Synem Człowieczym w dniu Jego. Wpierw jednak musi wiele wycierpieć i być odrzuconym przez to pokolenie. (Łk 17,20-25)
To plemię jest plemieniem przewrotnym. żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz. (Łk 11, 29-32)
Bądź niezadowolony z tego, co dotychczas osiągnąłeś, i chciej czegoś więcej od siebie i innych. Nie zatrzymuj się na pochwałach i samouwielbieniu. (A. Madej OMI, Dziennik wiejskiego wikarego)
Bądź autentyczny w budowaniu swojego kościółka
Jesteście uprawną rolą Bożą i Bożą budowlą. Według danej mi łaski Bożej, jako roztropny budowniczy, położyłem fundament, ktoś inny zaś wznosi budynek. Niech każdy jednak baczy na to, jak buduje. Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus. Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście. (1 Kor 3,9b-11.16-17)
Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: Weźcie to stąd, a z domu mego Ojca nie róbcie targowiska! Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: Gorliwość o dom Twój pochłonie Mnie. W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz? Jezus dał im taką odpowiedź: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo. Powiedzieli do Niego Żydzi: Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni? On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy więc zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus. (J 2,13-22)
Jedno przeczuwam. Wieczność jest dana na zdziwienie. Zdziwienie nie może się skończyć. Ono się ciągle rodzi.
Papież na Camino i nie tylko – wspólny mianownik, o którym nie można zapomnieć
My, Hiszpanie, jesteśmy wdzięczni Waszej Świątobliwości za jego miłość do Hiszpanii, okazywaną przy tak wielu okazjach. Wiemy o Twoich planach poznania cudownego miasta Santiago de Compostela, aby modlić się przed grobem Apostoła. Miasta, które czeka na Ciebie z otwartymi ramionami, jak to już było przy dwóch niezapomnianych okazjach z Twoim poprzednikiem, Jego Świątobliwością Janem Pawłem II, który pozostawił nam swe głęboki ślad w postaci swego przesłania i miłości. Wasza Świątobliwość, przybywasz jako pielgrzym, aby przekazać nam orędzie wiary, pokoju i nadziei.
Nie można żyć jedną bez drugiej. Kościół, który chce służyć ze wszystkich swych sił osobie ludzkiej i jej godności, służy obydwu, prawdzie i wolności” – powiedział Ojciec Święty i przestrzegł, że bez dążenia do prawdy, sprawiedliwości i wolności, człowiek sam by się zagubi. (…) Pozwólcie, że z Composteli, duchowego serca Galicji, a jednocześnie szkoły powszechności bez granic zachęcę wszystkich wiernych tej drogiej archidiecezji oraz wszystkich wiernych Kościoła w Hiszpanii do życia w świetle prawdy Chrystusa, wyznawania wiary z radością, konsekwentnie i z prostotą, w domu, pracy i zaangażowaniu obywatelskim.
Kiedy wypłyniesz łodzią ku innym częściom świata, pamiętaj Ojcze Święty, że w Santiago jest mała łódź, która gotowa jest na każdy Twój znak, aby zarzucić sieci tam, gdzie wskażesz.
W homilii papież mówił o Hiszpanii, ale także w szerszym kontekście całej Europy i jej tożsamości:
Z tego miejsca, jako posłaniec Ewangelii, którą Piotr i Jakub przypieczętowali własną krwią, pragnę skierować spojrzenie ku Europie, która udała się z pielgrzymką do Composteli. Jakie są jej wielkie potrzeby, obawy i nadzieje? Jaki jest specyficzny i podstawowy wkład Kościoła do tej Europy, która w ciągu ostatniego półwiecza przebyła drogę ku nowym układom i projektom? Jego wkład skupia się na tym, co jest tak proste i rozstrzygające, jak to: że Bóg istnieje i że to On dał nam życie. Tylko On jest absolutem, miłością wierną i niezachwianą, nieskończonym celem, który przebija ze wszystkich wspaniałych dóbr, prawd i cudownego piękna tego świata; cudownych, lecz nie wystarczających dla ludzkiego serca. Dobrze to rozumiała św. Teresa od Jezusa, gdy pisała: „Bóg sam wystarczy”. (…) Europa musi otworzyć się na Boga, wyjść Mu na spotkanie bez lęku, współpracować z Jego łaską na rzecz tej godności człowieka, jaką odkryły najlepsze tradycje: obok biblijnej, mającej pod tym względem znaczenie podstawowe, również tradycje czasów klasycznych, średniowiecznych i nowożytnych, z których zrodziły się wielkie dzieła filozoficzne i literackie, kulturalne i społeczne Europy. (…) Europa nauki i technologii, Europa cywilizacji i kultury powinna być jednocześnie Europą otwartą na transcendencję i na braterstwo z innymi kontynentami, na Boga żywego i prawdziwego, poczynając od człowieka żywego i prawdziwego”. Kościół zaś pragnie przynieść Europie „troskę o Boga i troskę o człowieka, począwszy od zrozumienia, że zarówno jedna jak i druga jest nam dana w Jezusie Chrystusie.
I chciałbym, żeby to przesłanie dotarło przede wszystkim do ludzi młodych: właśnie wam ta istotna treść Ewangelii wskazuje drogę, abyście odrzucając egoistyczny sposób myślenia, na krótką metę, jak częstokroć wam się proponuje, a przyjmując sposób myślenia Jezusa, mogli osiągnąć pełną samorealizację i być ziarnem nadziei.
Mnie szczególnie urzekły słowa z końca tej homilii, jakby prośba papieża do Hiszpanów:
Pozwólcie, by stąd głosił on chwałę człowieka, by przestrzegał przed zagrożeniami dla jego godności z powodu utraty jego pierwotnych wartości i bogactw, wykluczenia lub śmierci zadawanej najsłabszym i najuboższym. Nie można czcić Boga, nie chroniąc człowieka, Jego dziecka i nie służy się człowiekowi bez zastanowienia się, kto jest jego Ojcem i bez odpowiedzi na pytanie o Niego. Europa nauki i technologii, Europa cywilizacji i kultury musi być jednocześnie Europą otwartą na transcendencję i na braterstwo z innymi kontynentami, na Boga żywego i prawdziwego, poczynając od człowieka żywego i prawdziwego. Właśnie to Kościół pragnie przynieść Europie: troskę o Boga i troskę o człowieka, począwszy od zrozumienia, że zarówno jedna, jak i druga jest nam dana w Jezusie Chrystusie.
Warunki życia bardzo się zmieniły a wraz z nimi dokonał się ogromny postęp w dziedzinie techniki, na płaszczyźnie społecznej i kulturalnej. Nie możemy zadowalać się tym postępem. Razem z nim winien dokonywać się zawsze postęp moralny, jak uwaga, ochrona i pomoc, okazywane rodzinie, gdyż wielkoduszna i nierozerwalna miłość mężczyzny i kobiety jest skuteczną ramą i podstawą życia ludzkiego w okresie jego ciąży, narodzin, wzrastania i naturalnego kresu. Tylko tam, gdzie istnieją miłość i wierność, rodzi się i trwa prawdziwa wolność. Dlatego też Kościół opowiada się za odpowiednimi środkami gospodarczymi i społecznymi, aby kobieta znajdowała w ognisku domowym i w pracy swe pełne urzeczywistnienie; aby mężczyzna i kobieta, zawierający małżeństwo i tworzący rodzinę, byli zdecydowanie wspierani przez państwo; aby bronić życia dzieci jako świętego i nienaruszalnego od chwili jego poczęcia; aby rozrodczość cieszyła się godnością, była doceniana i wspierana prawnie, społecznie i ustawodawczo. Dlatego Kościół sprzeciwia się wszelkim formom odrzucania życia ludzkiego i popiera to wszystko, co wspiera porządek naturalny w środowisku instytucji rodzinnej.
Teraz pragnę podkreślić, że wraz z wysiłkiem tej instytucji podobnie jak, innych analogicznych instytucji Kościoła – do których dołączy się nowa rezydencja, która jak tego chcecie będzie nosiła imię papieża – wyraźnie widać, że dla chrześcijan, każdy człowiek jest prawdziwym sanktuarium Boga; powinno być ono traktowane z najwyższym szacunkiem i miłością, zwłaszcza gdy znajduje się w potrzebie. Kościół pragnie w ten sposób realizować słowa Pana Jezusa z Ewangelii: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Na tej ziemi, te słowa Chrystusa skłoniły wiele dzieci Kościoła do poświęcenia swego życia nauczaniu, działalności dobroczynnej lub opiece nad chorymi i niepełnosprawnymi. Proszę was, abyście zainspirowani ich przykładem kontynuowali pomoc najmniejszym i potrzebującym, dając im to, co w was najlepszego. Wielki wkład w troskę o najsłabszych wniosły olbrzymie postępy służby zdrowia w ostatnich dziesięcioleciach, którym towarzyszyło rosnące przekonanie o znaczeniu dla dobrego wyniku procesu terapeutycznego głęboko humanistycznego podejścia do pacjenta. Istota ludzka wymaga więc, aby nowe osiągnięcia technologiczne w dziedzinie medycyny nigdy nie były osiągane kosztem poszanowania życia i godności człowieka, tak aby ci, którzy cierpią na choroby czy zaburzenia umysłowe lub fizycznie mogli zawsze otrzymać tę miłość i troskę, które pozwalają im czuć się docenianymi jako ludzie w ich konkretnych potrzebach.
Daj się Bogu odnaleźć – nawet na czubku sykomory
Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. (Łk 19,1-10)
Ta cała sytuacja jest bardzo charakterystyczna z powodu, który na pierwszy rzut oka może umykać uwadze. Tło tego wydarzenia. Nie ma o tym mowy wprost – ale można się domyśleć. Jezus już wówczas był powszechnie znany, i – najpewniej – przez zwykłych ludzi, nawet tych zamożnych, nieuprzedzonych i nie bojących się o popularność czy zdemaskowanie swojej obłudy (tj. faryzeuszy), szanowany czy nawet uwielbiany. Wszyscy przecież słyszeli, ile dobrego czynił, i też te Jego słowa przecież same cisnęły się do serca – mówił jakby dokładnie do każdego z osobna, choć gromadziły się, aby Go słuchać, całe masy i tłumy.
Na spotkanie Jezusa w Jerychu wyszli ci najlepsi – pobożni, o dobrej reputacji, szanowani, szlachetni, uczciwi, zacni. To tak, jak każdy z nas idzie na spotkanie z Bogiem – dosłownie, na mszę czy nabożeństwo, albo po prostu się do Niego zwraca. W tym, co najlepsze, najładniejsze, dobre, pozytywne, godne podziwu czy uznania. I tak jak wtedy, w Jerychu, zabrakło miejsca dla słabego, znienawidzonego pewnie celnika (w powszechnym mniemaniu – złodzieja, kolaboranta) Zacheusza – musiał wejść aż na drzewo, żeby Jezusa zobaczyć – tak każdy z nas, przed Bogiem stając, prezentuje to, co in plus, skrzętnie chowając to, jest wyrazem tej drugiej strony: słabości, grzeszności, małości, kruchości, niekonsekwencji, lekkości osądów i pobłażliwości dla samego siebie.
Czy Zacheusza ludzie celowo nie chcieli dopuścić do Jezusa? Nie sądzę. Tak samo, jak my – modląc się do Boga – może nie tak celowo prezentujemy dobrą stronę mocy czyli samego siebie, a nie tę drugą, bardziej grzeszną. Tacy już jesteśmy – gdy nam zależy, potrafimy przedstawić się z takiej strony, aby wypaść dobrze w oczach patrzącego. Mniej lub bardziej świadomie, oddala się to wszystko, co przysłania jakby tę dobroć. Ale – czy ma to znaczenie? Tak, grzeszę – jak każdy z nas – ale staram się być dobry, pomagam, nie kradnę, obgaduję tylko jak ktoś mnie sprowokuje, w pracy/szkole staram się świń nikomu nie podkładać… A że czasami się nie uda… Każdemu zawsze wszystko się udaje? Nie.
Czy Zacheusz był świadomy tego, że jego dotychczasowe życie było niewłaściwe, złe? Chyba nie. Dopiero to wyjście na spotkanie Jezusa odmieniło jego optykę. Musiał aż wleźć na drzewo, żeby to zrozumieć. Wyróżnieniem niesamowitym – i pewnie decydującym – było to, że Jezus sam zwrócił na niego, Zacheusza, uwagę. Nikt Mu go nie przedstawiał, sam zatrzymał się pod tą nieszczęsną sykomorą, i odezwał się do Zacheusza. Ten gest, a potem dalsze słowa i to, że Jezus poszedł i gościł właśnie u niego, uświadomiły Zacheuszowi coś, czego pewnie nigdy by się nie spodziewał. Że nie jest stracony. Że nie jest skazany na bycie we własnym narodzie taką czarną owcą, wytykaną palcami. Że Bóg także takiemu, jak on, chce dać szansę, uświadomić że ciągle może się zmienić i naprawić to, co dotąd było złe i niewłaściwe.
Być może komuś z wielkich tamtego miasta, dostojników czy co wybitniejszych mieszkańców zrobiło się nieswojo, że Jezus poszedł do Zacheusza akurat, tak go wyróżniając. To nie miało jednak znaczenia. Jezus poszedł do tego, zainteresował się tym, który Go najbardziej potrzebował. Nawet gdy ta osoba – Zacheusz – do momentu stanięcia twarzą w twarz z Jezusem w ogóle sobie z tej potrzeby nie zdawała sprawy. Potrzebował zrozumienia, miłości, nadziei, a przede wszystkim zauważenia. Ten gest – wejście na drzewo – dobitnie oddaje determinację Zacheusza, gdy on był jej nieświadomy.
Nie każdemu i nie zawsze udaje się zwrócić Boga na siebie – o ile tak można powiedzieć (przecież Bóg zawsze troszczy się o każdego) samymi tylko uczynkami. Prozaicznie – bo nam te uczynki dość często nie wychodzą po prostu. Ale zawsze Bóg widzi nasze pragnienia, tak często odstające zupełnie od tego, co finalnie robimy, jakie decyzje podejmujemy. Ładując się tam, na drzewo, mały Zacheusz… pomniejszył, uniżył siebie jeszcze bardziej. To było zachowanie po prostu dziecinne – dorosły łażący po drzewie? Kto to widział.
Nie ma znaczenia to, co w życiu robisz – może się okazać po chwili zastanowienia, że właściwie to albo już jesteś jak taki celnik, albo jesteś na najlepszej drodze. To nieważne. Jeśli jest w tobie pragnienie zmiany, wola bycia lepszym – to jest twój moment. Jezus przechodzi obok – jest okazja. Trzeba zrezygnować ze splendoru, prestiżu, konwenansów i tego, co krępuje – i uniżyć się, ile trzeba. Na pewno gdzieś – może nie dosłownie, ale metaforycznie – jest pod ręką sykomora. Tak jak Zacheusz musiał wleźć na jej czubek prawie – tak ty musisz dokonać czegoś równie niezrozumiałego i wymagającego. Żeby pokazać Bogu, jaki jesteś naprawdę – zwykły, prosty człowiek, z problemami i kompleksami, obciążony grzechami i słabościami. Po co? Pisze o tym genialnie o. Augustyn Pelanowski OSPPE:
Obecność Jezusa u każdego ze spotkanych powodowała, że stawało się widoczne to, co było w tych ludziach najprawdziwsze. Niekiedy nieprawość pewnych osób wcale nie jest ich naturą, lecz brzemieniem narzuconym przez krzywdy. Gdy spotykają się z Mesjaszem, wyzwala się w nich to, co najprawdziwsze, co jest ich zagłuszoną istotą. Budzi się w nich drzemiąca od dawna prawda, godna kanonizacji. Nigdy więcej niczego już o Zacheuszu nie napisano. Raz w życiu spotkał Jezusa i ten jeden raz wystarczył, by jego czyn określił całe jego życie i ukierunkował go na wieczność.
Można powiedzieć – tak jak wtedy Jezus wszedł do Jerycha być może tylko i przede wszystkim dla Zacheusza, tak jest i dzisiaj. Przychodzi do każdego, który musi poczuć się tak blisko Niego, aby wydobyć z siebie wolę do postąpienia jak Zacheusz. Wolę zostania przez Boga odnalezionym. Nawet w tak, z pozoru idiotycznej, sytuacji jak Zacheusz na czubku drzewa. Nie tylko w tym miejscu Jezus podkreślał – szukam tego, co zginęło – jak mówił choćby w przypowieściach o zagubionej owcy czy wdowie i drachmie.
Tak często, coraz bardziej anonimowy w biegnącym we wszystkie strony tłumie, człowiek jest nieszczęśliwy. Zacheusz był przecież człowiekiem sukcesu, choć nienawidzonym. Czy ten sukces nadał jego życiu sens? Najwyraźniej – nie, skoro szukał. Znalazł odpowiedź w Jezusie. Żeby sens znaleźć – trzeba go szukać, i wydostać się z tego tłumu. Zaistnieć indywidualnie – jako ja. Pokazać Bogu, że Go szukam i pragnę się z Nim spotkać, żeby przez życie iść dalej z sensem, który temu życiu tylko On może nadać. W przypadku Zacheusza – musiał wdrapać się aż na sykomorę – w twoim może być inaczej, może wystarczy kilka kroków. Nie zastanawiaj się, ile kroków ty robisz, a ile Bóg. Czasami wystarczy jeden. Ale tylko twój – Bóg go za ciebie nie zrobi.
>>>
O Komisji Majątkowej jest ostatnio bardzo dużo. Ja trafiłem na ten artykuł dzisiaj. Żal mi tej osoby. Dobrze, że w tej całej sytuacji nie odwraca się plecami i nie obwinia za wszystko Boga.
Nadzieja pełna nieśmiertelności
Dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju. Choć nawet w ludzkim rozumieniu doznali kaźni, nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności. Po nieznacznym skarceniu dostąpią dóbr wielkich, Bóg ich bowiem doświadczył i znalazł ich godnymi siebie. Doświadczył ich jak złoto w tyglu i przyjął ich jak całopalną ofiarę. Ci, którzy Mu zaufali, zrozumieją prawdę, wierni w miłości będą przy Nim trwali: łaska bowiem i miłosierdzie dla Jego wybranych. (Mdr 3,1-6.9)Jesteśmy przekonani, że Ten, który wskrzesił Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam i stawi nas przed sobą razem z wami. Wszystko to bowiem dla was, ażeby w pełni obfitująca łaska zwiększyła chwałę Bożą przez dziękczynienie wielu. Dlatego to nie poddajemy się zwątpieniu, chociaż bowiem niszczeje nasz człowiek zewnętrzny, to jednak ten, który jest wewnątrz, odnawia się z dnia na dzień. Niewielkie bowiem utrapienia naszego obecnego czasu gotują bezmiar chwały przyszłego wieku dla nas, którzy się wpatrujemy nie w to, co widzialne, lecz w to, co niewidzialne. To bowiem, co widzialne, przemija, to zaś, co niewidzialne, trwa wiecznie. Wiemy bowiem, że jeśli nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieli mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie. (2 Kor 4,14–5,1)
Jezus powiedział do swoich uczniów: Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę. Odezwał się do Niego Tomasz: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę? Odpowiedział mu Jezus: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. (J 14,1-6)
Choć nas zasmuca nieunikniona konieczność śmierci, * znajdujemy pociechę w obietnicy przyszłej nieśmiertelności. * Albowiem życie Twoich wiernych, o Panie, zmienia się, ale się nie kończy, * i gdy rozpadnie się dom doczesnej pielgrzymki, * znajdą przygotowane w niebie wieczne mieszkanie. (I prefacja za zmarłych)
Potem – drugi koniec miasta, S. Tu z kolei rodzina ze strony ojca. Dziadkowie obydwoje, kawałek dalej prababcia. Okazuje się, że wolne miejsce koło grobu dziadków to miejsce, jakie ojciec już wykupił z myślą o sobie i mamie. Hmm, dziwnie tak, jak się o tym mówi wprost… Nie mam z nim nie wiem jak dobrych relacji – ale ciężko by było, jakby odszedł. W końcu to ojciec. A jednak – czas leci, widać że rodzice się starzeją – dobitniej w przypadku teściów, ale i na moich też czas zaczyna się odznaczać. Trzeba być gotowym – śmierć jest bardziej pewna niż cokolwiek innego na tym świecie.
Podeszliśmy też na grób Arkadiusza Rybickiego. Niepozorny, drewniany szkielet i prosty krzyż. Fakt, blisko głównej arterii nekropolii. Śmiesznie nieco, bo nieopodal części… hm, zasłużonych poprzedniego systemu – jak się idzie, to wszędzie tow. XY i podobne inskrypcje. Ale widać, o Aramie wielu pamięta – sporo świeczek, kwiaty.
A we Wszystkich Świętych na największy trójmiejski cmentarz – Ł. – gdzie leżą rodzice teściowej. Rodzina teścia – w Pile, stamtąd pochodzi. Poza dziadkami żonki poszliśmy na grób jej wuja, ojca świadkowej na naszym ślubie.
Tak sobie uświadomiłem – mama nigdy nie poznała teścia (a mojego dziadka, ojca ojca), bo zmarł kiedy ojciec był kilkunastoletnim chłopakiem. Dziadek P. wnuków nie doczekał się. Babcie nas poznały – mnie i młodego, czy żonę (babcia S. – mama teściowej – odeszła 2 lata i 2 dni przed naszym ślubem…). Te odwiedziny na grobach były jakby symboliczne – nasi dziadkowie (i pradziadkowie, itp) poznali swojego (pra)wnuczka – maleństwo, które żonka pod sercem nosi.
Nazywają cię brzydulą
uciekają w te pędy po kolei
biorę ciebie na ręce
jak królika na szczęścieśmierci – chwilo największej nadziei
Wyzwanie – bądź szczęśliwy!
Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie. (Mt 5,1-12a)
