Zbawienna bezradność Króla

Tekst opisu Męki Pańskiej na Niedzielę Palmową – za długi, żeby wklejać – ale zdecydowanie warto się nad nim pochylić – tutaj

Zupełnie tego nie rozumiem. Po co wersja krótka? Czy raz w roku – no dobra, dwa razy (w Wielki Piątek w Liturgii Męki Pańskiej, też) nie można tego tekstu przeczytać w całości? I tak sukces – Niedziela Palmowa to jedyny dzień, kiedy kazanie jest zawsze trafne, dobitne, mocne, bolesne i prawdziwe tak, że bardziej się nie da. Bo mówi je z krzyża sam Jezus. Nie trzeba słuchać, mniej lub bardziej polityczno-smoleńsko-uprzedzeniowo-dziwacznych (w większości, niestety), albo po prostu na odwal przeczytanych z kartki tzw. homilii, które z homiliami niewiele wspólnego mają. Może to brzmi jak Gorzkie Żale (nabożeństwo, do którego nie udało mi się nigdy przekonać…), ale takie są moje, w większości, ostatnie doświadczenia z mszy niedzielnych. Wyjątek – parafia obecnie jeszcze rodzinna, gdzie krótkie słowo jest głoszone na każdej mszy, świątek-piątek, także rano. Nic dziwnego – praktyka czyni mistrza, w tej materii także. Co do Niedzieli Palmowej – raz w ciągu roku liturgicznego księża robią miejsce wymownej ciszy Golgoty.  

Tyle razy – nawet w ostatnim tekście – pisałem, nie bez pewnej dumy i radości, że Jezus robił w konia i niweczył kolejne knowania plany faryzeuszów, aby podłożyć się im, pozwolić sobie na słowa, które im z kolei pozwolą na oskarżenie Go przed ludem, starszyzną, Sanhedrynem. Paradoks więc – czemu tak bardzo dał się podejść? Nie, nie dał się. Można się spierać, na ile był świadomy tego, co się z Nim stanie, w Wielki Czwartek, gdy wszyscy przygotowywali się do święta Paschy. Czytając ewangelistów – emocje można wyczuć w powietrzu, z perspektywy czasu i historii. I Jezus, i uczniowie musieli zdawać sobie sprawę, że Jezus stąpał po coraz bardziej cienkim gruncie, że prędzej czy później faryzeusze się do Niego dobiorą. Z tego wynika motywacja Judasza – nie rozumiał, albo rozumiał opacznie, misję Jezusa, chciał widzieć w Nim władcę, ale ziemskiego, który przywróci państwowe królestwo Izraela, stanie na czele powstania i wyrzuci z Palestyny Rzymian. Liczył, że w sytuacji narażenia Jego życia, Jezus okaże swoją wielką moc, i Naród Wybrany zatryumfuje. 

Jak bardzo się mylił. Zrozumiał to jednak zbyt późno. To znaczy – dla niego, jak dla każdego, za późno nie było. Jego jednak zjadły wyrzuty sumienia. W bardzo podobnej sytuacji był Piotr – Skała, Opoka, która padła i rozsypała się, gdy trzykrotnie zaparł się Jezusa. On jednak nie poddał się, nie zwątpił – przede wszystkim w miłosierdzie Pana – i tak stanął na czele Kościoła, jako ten, który ma paść baranki i owce, i który trzy razy (jakby dla zmazania zaparcia się) potwierdził później, że tak, że miłuje, i to bardziej niż inni. Judasza zgubiło nie brak miłosierdzia czy przebaczenia ze strony Boga – ale to, że on sam sobie nie potrafił wybaczyć. To doprowadziło go do samobójstwa.
A Jezusa? Najpierw przed Najwyższego Kapłana. Nie wyparł się swego rodowodu. Starali się, jak mogli, aby oskarżać Go fałszywie na różne sposoby. W końcu pytanie zostało sformułowane tak, że odpowiedź mogła być tylko jedna. Tak, Ja nim jestem. Krótkie słowa, krótkie zdanie – które przecież tak jasno wynikało i pobrzmiewało ze wszystkiego, co w trakcie swej publicznej działalności dokonał. A w Wielki Czwartek doprowadziły Go z Ogrójca, przez lochy arcykapłana, do Piłata i na Kalwarię. 

Ważna postać to sam Piłat – najlepszy dowód na to, że niezdecydowanie może także być winą. Brak odwagi może niszczyć, może być – i w jego wypadku był winą. On nie chciał Jezusa skazywać. Tak, przeszkadzał Mu jako potencjalny powód zamieszek w prowincji, za którą odpowiadał. Ale nie bez powodu żona go uprzedzała – nie miej nic wspólnego z tym sprawiedliwym. Skoro sprawiedliwy – za co Go zabijać? Przede wszystkim Piłat się bał, a Żydzi nacisnęli na czuły punkt – brak zdecydowanej, ostatecznie okrutnej reakcji mógłby oznaczać pobłażliwość i brak dbałości o kult cesarza. Wszyscy wiedzieli, że pozycję zawdzięczał nie swojemu urodzeniu, a wżenieniu się w dobrą rodzinę. Nie mógł ryzykować. Teatralny gest umycia rąk, a nawet deklaracja zebranych krew Jego na nas i na dzieci nasze nie zmieniły tego, że los Jezusa przypieczętował piłatowy strach.
To, co działo się z Jezusem w tym czasie, to najlepszy dowód dla niedowiarków, kwestionujących Jego ludzką naturę. Czy Bóg bałby się tak, jak Jezus w Ogrójcu? Czy prosił by Ojca, aby oddalił to, co było tuż przed Nim, jako nieuchronna przyszłość? Na pewno nie. Był jednak człowiekiem, jak każdy z nas. I poza świadomością wyjątkowości swojej misji, tego że musi w niej wytrwać za wszelką cenę do końca – bał się po ludzku męki, której zapowiedź wieszczyły wszystkie znaki na niebie i na ziemi, w tym pisma proroków. Ból, strach, smutek, a nawet przerażenie – On to wszystko odczuwał, one przejmowały Go przez te dramatyczne ostatnie dni życia. Niektórzy chcą w tych słowach, i wołaniu z krzyża, widzieć utratę wiary, zwątpienie. Ale to po prostu wołanie człowieka, który niesłusznie osądzony i skazany umiera na krzyżu za wszystkich innych, dalece bardziej od Niego winnych. Człowieka, który będąc równocześnie Bogiem, ofiarowywał swój pot, ból i łzy za zbawienie świata. Bo wiedział, że musi. Że za Niego nikt tego nie zrobi. Że ludzie mają tylko w Nim nadzieję. Nawet, gdy sobie z tego nie zdawali sprawy.
Ten moment odczytywania słów Męki Pańskiej – czy to w Niedzielę Palmową, czy w Wielki Piątek – jest bardzo symboliczny. Tłumy w kościołach, mniej lub bardziej wierzących, najpierw wychodzą z Jezusem w symbolu zakrytego krzyża, w procesji, jak wiwatujące wtedy tłumy w Jerozolimie, gdy On na osiołku wjeżdżał do miasta na tydzień przed Paschą. Potem, przecież niewiele później – w kościele kilkadziesiąt minut, oni wtedy kilka dni później – stoją w milczeniu, niemi świadkowie. A może bardziej – jako ten tłum, który skandował, czy to u arcykapłana, czy u Piłata, żeby Go ukrzyżować? To bez znaczenia. 

Ważne, żeby uświadomić sobie jedno. On jedyny – Ten, którego ukrzyżowali – był bez winy, a został umęczony za winy nas wszystkich. Miał moc, mógł zejść z krzyża, mógł wezwać zastępy anielskie, które rozniosły by ich wszystkich na cztery wiatry. Te kilka ostatnich dni – czy to do środy, czy przez Triduum do Niedzieli Zmartwychwstania – to ostatnia okazja, aby poza byciem niemym świadkiem, pozwolić, aby ta prawda coś we mnie zmieniła. Żeby w Wielki Piątek zostać pod krzyżem, jak Maryja i Jan – a nie uciekać od niego jak pozostali apostołowie. Żeby w niedzielę rano biec do pustego grobu nie jak ci, którzy bali się, że ktoś wykradł ciało fałszywego mesjasza – ale ci, którzy zaczynali rozumieć, o czym On mówił, co zapowiadał. Że zmartwychwstał.

Nie ma Jezusowego widzimisię

Żydzi porwali kamienie, aby Jezusa ukamienować. Odpowiedział im Jezus: Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować? Odpowiedzieli Mu Żydzi: Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga. Odpowiedział im Jezus: Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli Pismo nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże – a Pisma nie można odrzucić to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: Bluźnisz, dlatego że powiedziałem: Jestem Synem Bożym? Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie wierzcie. Jeżeli jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu. I znowu starali się Go pojmać, ale On uszedł z ich rąk. I powtórnie udał się za Jordan, na miejsce, gdzie Jan poprzednio udzielał chrztu, i tam przebywał. Wielu przybyło do Niego, mówiąc, iż Jan wprawdzie nie uczynił żadnego znaku, ale że wszystko, co Jan o Nim powiedział, było prawdą. I wielu tam w Niego uwierzyło. (J 10, 31-42)
No chociaż raz – powiedzieli wprost i bez owijania w bawełnę przysłowiowego, co im leżało na wątrobie, czego od Jezusa chcieli. Że nie chodziło o to, że im przeszkadzało łuskanie kłosów w szabat. Że nie mieli nic w sumie (poza zazdrością) przeciwko temu, że wielu ludzi różnego pochodzenia, znajdujących się w różnych sytuacjach życiowych, w różnych okolicznościach uzdrawiał, ba, nawet wskrzeszał. Że nie chodziło o to, że choćby dosłownie na głowie stanęli, nie potrafili w żaden sposób złapać Go za słówko, przyłapać Go na niefortunnej czy możliwej do opatrznego zrozumienia wypowiedzi. Był uzurpatorem, fałszywym mesjaszem. 
Problem polega na tym, że w tej prawdziwości swojego oskarżenia i zarzutu przeciwko Jezusowi… byli kompletnie w błędzie. Ani Jezus fałszywy, ani tym bardziej mesjasz przez małe m pisane. Trudno na świecie o kogoś bardziej od Niego prawdziwego; a na pewno nie znajdzie się na świecie – wtedy, dzisiaj, kiedyś w przyszłości – inny Mesjasz. Jeden, jedyny, prawdziwy, Syn Boga żywego, Bóg-Człowiek. Nawet w tej sytuacji Pan potrafi udowodnić faryzeuszom, że ich zarzut jest błędny – wskazuje bowiem na miejsce w Piśmie Świętym, w którym mowa jest o bóstwie Narodu Wybranego (a de facto – wszystkich ludzi, do których Jezus został posłany). Skoro tak mówi Pismo – to gdy każdy z nich był bogiem, jak zatem można bóstwa odmówić Jezusowi, posłanemu przez Boga Ojca? 
Nie kończy jednak na tym. Deklaracje, rodowody nie mają tu znaczenia – bo poza nimi są także czyny. Nie bez powodu Pan nauczał, że po owocach ich poznacie (Mt 7, 16), i nie zamierzał innej miary stosować do Siebie samego. Jeśli nie wierzycie w moje posłanie – uwierzcie, widząc, czego dokonuję. A dokonał bardzo wiele. Nie o wiarę w Jezusa już chodziło, ale zrozumienie, że to Bóg przez Niego działa, i wiarę w Niego – tego prawdziwego Boga miłości, miłosiernego i kochającego Ojca, a nie Boga-krwiopijcę, mściwego, okrutnego (bo tak często w Starym Testamencie mógł się jawić). To, czego dokonał Jezus, dokonał sam Bóg, który w Nim był. 
Kłania się tajemnica Trójcy Świętej – wspólnoty istot Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego. Żydzi wtedy tego nie rozumieli – nic dziwnego, dzisiaj, po 2000 latach istnienia Kościoła wielu ma z tym problem. Jezusa nie można czytać, obserwować i rozumieć w oderwaniu od istoty Boga Ojca. Oni są jednością. Nie ma Jezusowego widzimisię – tylko wypełnianie woli Ojca, aż do krzyża, aż do Ogrodu Oliwnego i dramatycznego Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie! (Łk 22, 42) Jezus był tak samo w pełni Bogiem, pozostając w pełni człowiekiem – stąd ludzki strach przed tym, co jako Bóg z pewnością widział i rozumiał. Wiedział, że Bóg tak chce, i nie będzie bardziej czytelnego świadectwa od tego, gdy Jego Syn, nawet jakby wbrew swej ludzkiej naturze, wypełni wszystko do końca. 
Na koniec – ciekawa, może jakby przemycona, wskazówka (zakończenia zdarza się traktować po macoszemu). Jak Go szukać? Jak śledzić losy Jezusa Chrystusa, od początku? Jak je dobrze, prawidłowo odczytywać? Od Jana Chrzciciela. Więzy pokrewieństwa pozostają tu bez znaczenia – liczy się to, że właśnie Jan Go wskazał palcem innym. Dzisiaj te słowa, jako retrospekcja swego rodzaju, powracają. Ludzie, którzy poszli za Nim – mniej lub bardziej świadomie – własnymi, choć anonimowymi, świadectwami potwierdzają. On jest Synem Bożym.

Za chwilę, w Niedzielę Palmową Męki Pańskiej, zacznie się ostatnia prosta Wielkiego Postu. Ostatni, wcale nie najgorszy, moment, aby coś ze sobą zrobić. Ot, choćby uczciwie przyjrzeć się życiorysowi Jezusa. I równie uczciwie wyciągnąć wnioski. To bardzo dobry początek.

Oskarżać to każdy może i potrafi

Na wygnaniu w Babilonie zgromadzenie Izraela skazało na śmierć Zuzannę, fałszywie oskarżoną przez dwóch starców. Wtedy Zuzanna zawołała donośnym głosem: Wiekuisty Boże, który poznajesz to, co jest ukryte, i wiesz wszystko, zanim się stanie. Ty wiesz, że złożyli fałszywe oskarżenie przeciw mnie. Oto umieram, chociaż nie uczyniłam nic z tego, o co mię ci złośliwie obwiniają. A Pan wysłuchał jej głosu. Gdy ją prowadzono na stracenie, wzbudził Bóg świętego ducha w młodzieńcu imieniem Daniel. Zawołał on donośnym głosem: Jestem czysty od jej krwi! Cały zaś lud zwrócił się do niego, mówiąc: Co oznacza to słowo, które wypowiedziałeś? On zaś powstawszy wśród nich powiedział: Czy tak bardzo jesteście nierozumni, synowie Izraela, że skazujecie córkę izraelską bez dochodzenia i pewności? Wróćcie do sądu, bo ci ją fałszywie obwinili. Cały lud powrócił śpiesznie. Starsi zaś powiedzieli: Usiądź tu wśród nas i wyjaśnij nam, bo tobie dał Bóg przywilej starszeństwa. Daniel powiedział do nich: Oddzielcie ich, jednego daleko od drugiego, a osądzę ich. Gdy zaś zostali oddzieleni od siebie, zawołał jednego z nich i powiedział do niego. Zestarzałeś się w przewrotności, a teraz wychodzą na jaw twe grzechy, jakie poprzednio popełniałeś, wydając niesprawiedliwe wyroki. Potępiałeś niewinnych i uwalniałeś winnych, chociaż Pan powiedział: Nie przyczynisz się do śmierci niewinnego i sprawiedliwego. Teraz więc, jeśli ją rzeczywiście widziałeś, powiedz, pod jakim drzewem widziałeś ich obcujących ze sobą? On zaś powiedział: Pod lentyszkiem. Daniel odrzekł: Dobrze! Skłamałeś na swą własną zgubę. Już bowiem anioł Boży otrzymał od Boga wyrok na ciebie, by cię rozedrzeć na dwoje. Odesławszy go rozkazał przyprowadzić drugiego i powiedział do niego: Potomku kananejski a nie judzki, piękność sprowadziła cię na bezdroża, a żądza uczyniła twe serce przewrotnym. Tak postępowaliście z córkami izraelskimi, one zaś bojąc się obcowały z wami. Córka judzka jednak nie zgodziła się na waszą nieprawość. Powiedz mi więc teraz, pod jakim drzewem spotkałeś ich obcujących ze sobą? On zaś powiedział: Pod dębem. Wtedy Daniel powiedział do niego: Dobrze! Skłamałeś i ty na swoją własną zgubę. Czeka bowiem anioł Boży z mieczem w ręku, by rozciąć cię na dwoje, by was wytępić. Całe zgromadzenie zawołało głośno i wychwalało Boga, że ocala tych, co pokładają w Nim nadzieję. Zwrócili się następnie przeciw obu starcom, ponieważ Daniel wykazał na podstawie ich własnych słów nieprawdziwość oskarżenia. Postąpiono z nimi według miary zła, wyrządzonego przez nich bliźnim, zabijając ich według Prawa Mojżeszowego. W dniu tym ocalono krew niewinną. (Dn 13, 41-62)

Jezus natomiast udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On usiadłszy nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę którą pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: Nauczycielu, tę kobietę dopiero pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz? Mówili to wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus nachyliwszy się pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień. I powtórnie nachyliwszy się pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta, stojąca na środku. Wówczas Jezus podniósłszy się rzekł do niej: Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił? A ona odrzekła: Nikt, Panie! Rzekł do niej Jezus: I Ja ciebie nie potępiam. – Idź, a od tej chwili już nie grzesz. (J 8, 1-11)

Aż dwa teksty, z poniedziałku. Dlaczego oba czytania? Bo bardzo do siebie pasują, choć nie przesadzałbym z tym, jak są do siebie podobne. W obu jest bowiem mowa o oskarżeniach – czymś, co jest ludzką domeną, w których rzucaniu (najczęściej bezpodstawnych) wielu się lubuje, nie bacząc na tego konsekwencje. Różnica zasadnicza polega na tym – o jakich oskarżeniach mowa, jakie widzimy w każdym z tych tekstów. 

Los Zuzanny wydawał się przypieczętowany. Szczególnie bowiem w tamtych czasach – kto uwierzy kobiecie, gdy swoje słowo stawia przeciwko słowu starszych, którzy najpewniej byli do tego sędziami, zatem sami ferowali wyroki, decydując o losie innych? Nikt. Bóg jednak czuwa i widzi, że wszystko to prowadziło by do wielkiej niesprawiedliwości – za chwilę zabito by niewinną kobietę. Pojawia się nagle młody prorok, Daniel, który sprzeciwia się takiemu stanowi rzeczy, zwracając na siebie uwagę zapewne wszystkich, którzy tłumnie szli za tym, dzisiaj można by powiedzieć eventem, widowiskiem, jakim niewątpliwie było publiczne stracenie nierządnicy. 
Samo zwrócenie uwagi nic nie znaczy. Duch Pański podpowiedział jednak Danielowi, jak wykazać fałszywość twierdzeń starców. Na marginesie – piękny przykład także z zakresu techniki prowadzenia śledztwa 🙂 Postanawia, obrazkowo, dokonać ich przesłuchania na osobności, nie jednocześnie, aby uniemożliwić jakiekolwiek ustalenie wspólnej wersji zdarzenia. Wychodzi wówczas na jaw – niby widzieli ten sam czyn nierządu, i rzekomo zgorszeni, donieśli na Zuzannę, jednakże w ich relacjach, wysłuchanych osobno, nie zgadza się rzecz podstawowa – miejsce, gdzie miało do nierządu dojść. 
Z ust Daniela pod adresem jednego i drugiego starca padają bardzo ostre słowa. Natchniony łaską Bożą, jakby wygarniał im wszelkie ich przewinienia, akcentując, jak na swoich stanowiskach, gdzie winni być obywatelami przykładnymi, wzorowymi i prawymi, kłamali, dopuszczali się niegodziwości, świadomie i z rozmysłem szafowali ludzkim życiem, wydając oczywiście niesłuszne wyroki, uwalniając winnych a skazując na ciężkie kary niewinnych. Co więcej – swoje stanowiska wykorzystywać mieli także dla wymuszania… właśnie nierządu, na który tutaj donieśli, czyli zmuszali po prostu młode kobiety do świadczenia usług seksualnych. Można zapytać – po co tak mocne słowa? Aby się opamiętali. Mogli się wówczas wycofać, mogli się ukorzyć, odwołać oskarżenie i prosić o litość. Bóg w tak ostrych słowa, wypowiedzianych przez Daniela, pokazał im, że wie dokładnie, jak naprawdę wyglądało ich życie, i ostrzegał, do jakiego końca ich doprowadzi, o ile nie zmienią postępowania. Oni jednak zdecydowali się na zatwardziałość, w której wytrwali. Do smutnego końca. 
Nieco inaczej wygląda sytuacja z drugiego, ewangelicznego, obrazka. Z opisu, kontekstu i całości wynika jasno – tu nie było mowy o fałszywych oskarżeniach. Tę kobietę faktycznie ktoś przyłapał na cudzołóstwie. Zresztą, jej postawa jakby to potwierdza – postawa smutnej świadomości swojego upadku, i tego, jaki czeka ją niebawem już tragiczny koniec, konsekwencja tego czynu. Jezus nie prosił się o rozstrzyganie tej sprawy – nauczał, a faryzeusze, niestrudzenie szukający na Niego haka, przyprowadzili do Pana właśnie tę nieszczęśnicę, czekając, jak w stosunku do niej postąpi. W prawie było jasno – kamienować; a skoro On taki miłosierny, to jak każe zostawić ją w spokoju, to będzie można Go oskarżyć o łamanie prawa. O to przecież chodzi, o pretekst – a nie o człowieka, o to że ta kobieta by zginęła czy nie. 
Znowu, nie pierwszy i nie ostatni raz, się zawiedli. Jezus kolejny raz mistrzowsko potrafi wybrnąć z sytuacji. Nie każde sprzeciwić się prawu, zakazując kamienowania, ale zmienia optykę całej sytuacji. Zwraca uwagę nie na samą oskarżoną – a na tych, którzy ją oskarżają. Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień. Skoro chcesz oskarżać i interpretować prawo, czasami skazując na najwyższe kary drugiego człowieka, wymierzać tak zwaną sprawiedliwość, sam powinieneś być w porządku (na marginesie – wyzwanie i punkt odniesienia, o jakim winni pamiętać wszyscy prawnicy, a przede wszystkim sędziowie).
Pięknie ta scena została pokazana w Pasji Gibsona. Co Jezus takiego pisał? Tradycja i biblistyka mówi – grzechy tych, którzy oskarżali tę kobietę. Czy oni to wiedzieli? Czy może widzieli, patrząc na piszącego Jezusa, każdy swoje grzechy – czarno na białym, opisane od początku do końca na ziemi, pomiędzy Nim i kobietą, a nimi? Nie wiemy. Pod wpływem tych słów – kto jest bez grzechu – nie został tam nikt z oskarżycieli. Ewangelista, jakby ironicznie, dodał nawet, że kiedy to usłyszeli, wszyscy jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych – najwięcej za uszami mieli właśnie ci starsi, którzy tu unosili się honorem i moralnością w obliczu cudzołóstwa. Schizofrenia moralna? Chyba tak.
Ta kobieta (mylnie utożsamiana z Marią z Magdali, Marią Magdaleną – nie, to nie ona) nie była bez grzechu. Można się spierać, na co zasługiwała – zgodnie z obowiązującym prawem (uwaga, Jezus w innym miejscu wyraźnie powiedział: nie przyszedłem tego prawa znieść, ale je wypełnić, mówiąc też, że ani jota, ani kreska w tym prawie nie zostanie zmieniona – Mt 5, 14-19) czekała ją kara śmierci. Jezus w tej sytuacji chciał pokazać i zwrócić uwagę – jak łatwo, samokrytyczni wobec siebie, bierzemy się za potępianie, sądzenie i skazywanie od razu innych. Im gorszy jego czyn – tym łatwiej. Szkoda, że jednocześnie, gdy sami zgrzeszymy, na tysiąc sposobów potrafimy się usprawiedliwić, a na pewno przytoczyć multum okoliczności łagodzących, bagatelizujących wszystko. 
Ta kobieta na pewno zasługiwała na miłosierdzie, a opisana sytuacja miała jej pokazać, że tego miłosierdzia Bóg nikomu nigdy nie poskąpił. Co więcej – z tego miłosierdzia wynika, że Bóg sam nigdy nikogo nie potępił ani nie potępi. Jeśli do tego dochodzi – to przez nas, każdy sam to na siebie sprowadza tym, co robi. To my sami siebie – albo siebie nawzajem – potępiamy, nie Bóg. Bóg jest tym, który stoi pomiędzy nami i pokazuje – wszystkich naokoło odsądziłeś od czci i wiary, a ty? Lepszy jesteś od nich? Skoro nie – to po co się bierzesz na potępianie i wyrokowanie? Zacznij od siebie. 
Jest tylko jeden warunek – zmień coś w sobie. Poza tym, że przestaniesz być pierwszym wyrywającym się do osądzania innych – nie grzesz już. Gdy zabraknie grzechu – wtedy też opinie, sądy będą bardziej przejrzyste, dobrze zakorzenione i po prostu sprawiedliwe. Żeby móc dobrze i obiektywnie ocenić, trzeba samemu być wolnym od tego, co złe, małe, słabe. Wtedy taki osąd, opinia mogą być coś warte. Podpowiedź – jeśli nasze osądy są słuszne, nie musimy sami ich wykrzykiwać i zwracać na siebie uwagę; ludzie sami przyjdą, poproszą o radę i pomoc. 
Dwie sytuacje. Dwie kobiety. Bezpodstawne oskarżenie i ewidentna co do winy sytuacja. Jedna prosi głośno Boga o pomoc, bo wie, że jest niewinna; druga milczy, świadoma swojej winy, ale pewnie w tak trudnej sytuacji jej myśli już tylko ku Niemu zmierzają. Bóg jest i w jednej sytuacji, i w drugiej – daje nadzieję. Co dalej? Idź i nie grzesz więcej.

Zmartwychwstanie to On

Był pewien chory, Łazarz z Betanii, z miejscowości Marii i jej siostry Marty. Maria zaś była tą, która namaściła Pana olejkiem i włosami swoimi otarła Jego nogi. Jej to brat Łazarz chorował. Siostry zatem posłały do Niego wiadomość: Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz. Jezus usłyszawszy to rzekł: Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą. A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza. Mimo jednak że słyszał o jego chorobie, zatrzymał się przez dwa dni w miejscu pobytu. Dopiero potem powiedział do swoich uczniów: Chodźmy znów do Judei. Rzekli do Niego uczniowie: Rabbi, dopiero co Żydzi usiłowali Cię ukamienować i znów tam idziesz? Jezus im odpowiedział: Czyż dzień nie liczy dwunastu godzin? Jeżeli ktoś chodzi za dnia, nie potknie się, ponieważ widzi światło tego świata. Jeżeli jednak ktoś chodzi w nocy, potknie się, ponieważ brak mu światła. To powiedział, a następnie rzekł do nich: Łazarz, przyjaciel nasz, zasnął, lecz idę, aby go obudzić. Uczniowie rzekli do Niego: Panie, jeżeli zasnął, to wyzdrowieje. Jezus jednak mówił o jego śmierci, a im się wydawało, że mówi o zwyczajnym śnie. Wtedy Jezus powiedział im otwarcie: Łazarz umarł, ale raduję się, że Mnie tam nie było, ze względu na was, abyście uwierzyli. Lecz chodźmy do niego. Na to Tomasz, zwany Didymos, rzekł do współuczniów: Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć. Kiedy Jezus tam przybył, zastał Łazarza już do czterech dni spoczywającego w grobie. A Betania była oddalona od Jerozolimy około piętnastu stadiów i wielu Żydów przybyło przedtem do Marty i Marii, aby je pocieszyć po bracie. Kiedy zaś Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta rzekła do Jezusa: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga. Rzekł do niej Jezus: Brat twój zmartwychwstanie. Rzekła Marta do Niego: Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym. Rzekł do niej Jezus: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to? Odpowiedziała Mu: Tak, Panie! Ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat. Gdy to powiedziała, odeszła i przywołała po kryjomu swoją siostrę, mówiąc: Nauczyciel jest i woła cię. Skoro zaś tamta to usłyszała, wstała szybko i udała się do Niego. Jezus zaś nie przybył jeszcze do wsi, lecz był wciąż w tym miejscu, gdzie Marta wyszła Mu na spotkanie. Żydzi, którzy byli z nią w domu i pocieszali ją, widząc, że Maria szybko wstała i wyszła, udali się za nią, przekonani, że idzie do grobu, aby tam płakać. A gdy Maria przyszła do miejsca, gdzie był Jezus, ujrzawszy Go upadła Mu do nóg i rzekła do Niego: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Gdy więc Jezus ujrzał jak płakała ona i Żydzi, którzy razem z nią przyszli, wzruszył się w duchu, rozrzewnił i zapytał: Gdzieście go położyli? Odpowiedzieli Mu: Panie, chodź i zobacz. Jezus zapłakał. A Żydzi rzekli: Oto jak go miłował! Niektórzy z nich powiedzieli: Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł? A Jezus ponownie, okazując głębokie wzruszenie, przyszedł do grobu. Była to pieczara, a na niej spoczywał kamień. Jezus rzekł: Usuńcie kamień. Siostra zmarłego, Marta, rzekła do Niego: Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie. Jezus rzekł do niej: Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uwierzysz, ujrzysz chwałę Bożą? Usunięto więc kamień. Jezus wzniósł oczy do góry i rzekł: Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. Ja wiedziałem, że mnie zawsze wysłuchujesz. Ale ze względu na otaczający Mnie lud to powiedziałem, aby uwierzyli, żeś Ty Mnie posłał. To powiedziawszy zawołał donośnym głosem: Łazarzu, wyjdź na zewnątrz! I wyszedł zmarły, mając nogi i ręce powiązane opaskami, a twarz jego była zawinięta chustą. Rzekł do nich Jezus: Rozwiążcie go i pozwólcie mu chodzić. Wielu więc spośród Żydów przybyłych do Marii ujrzawszy to, czego Jezus dokonał, uwierzyło w Niego. (J 11,1-45)
Dziwne są słowa, jakie Jezus wypowiadał do swoich uczniów. Jednoznacznie wynika z nich, iż wiedział, co się w tym czasie działo z Łazarzem. Że umiera – i że umarł. Na pewno była między nimi – Jezusem a rodzeństwem Marii, Marty i Łazarza – relacja prawdziwej przyjaźni, a zatem i miłości, bez której o prawdziwej przyjaźni nie ma mowy. To była swego rodzaju próba. W tym doświadczeniu, w tej tragedii śmierci przyjaciela miała objawić się Boża chwała. Inaczej nie można wytłumaczyć tej zwłoki, jakby do bólu celowej. 
Ciekawe jest też znowu nawiązanie – śmierć a sen. Tak samo Jezus wyraził się, gdy szedł uzdrowić dziewczynkę, córkę przełożonego synagogi Jaira (Mk 5, 35-43). Sam ów człowiek wyszedł po Jezusa, błagać o pomoc dla chorego dziecka. Gdy już z Nim szli do domu, dotarła wiadomość – dziecko zmarło. Ludzie wręcz mieli Jairowi za złe, że trudził Jezusa jakby bez celu – bo po co? Uzdrowienie chorego to jedno – a co On miałby pomóc, skoro chora zmarła? Ale on wierzył – zgodnie z Jezusowymi słowami: Nie bój się, wierz tylko! Wiara dokonała cudu. A w dzisiejszym obrazku – tak samo, jak wtedy Jezus powiedział o zmarłej, że śpi, tak i dzisiaj deklaruje, że idzie zbudzić Łazarza. Nie wskrzesić, obudzić. Śmierć dla Boga-Człowieka to tylko sen, z którego tylko On ma moc wyrwać człowieka. 
Gdy docierają do Betanii – obraz rozpaczy i żałoby, ludzie składają siostrom kondolencje z powodu odejścia ich brata. Nic dziwnego – skoro upłynęły 4 dni od zgonu, przygotowania do pogrzebu z pewnością były w toku. Nawiązuje się interesujący dialog pomiędzy Martą a Panem. A właściwie – deklaracja wielkiej i nieustannej, pomimo straty brata, wiary w mesjaństwo Jezusa, w Jego Bóstwo. I niesłabnąca nadzieja, która wyraża się w tym błagalnym jakby: Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga. Znali Jezusa od dawna, wiedzieli, ile Bóg może uczynić przez Jego ręce. Wierzyła, że ta łaska może stać się także ich udziałem. Wiedziała, że gdyby Jezus był z nimi w godzinie śmierci Łazarza, nie dopuściłby do niej. Ale to nic nie zmienia – jest tam dzisiaj, i nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych. Zmartwychwstanie to On sam, i nikt inny. 

Co zadecydowało o tym, że stał się cud? Myślę, że ludzka natura Jezusa – dla którego Łazarz był przyjacielem, sojusznikiem i wiernym wyznawcą. Wydaje mi się, że nie ma innego miejsca w ewangelii, gdzie Jezus by zapłakał. Ludzkie łzy Boga-Człowieka otwierają niebo i zlewają łaskę Boga na człowieka, który od kilku dni leży martwy, pewnie rozkładając się. Padające w tym momencie pytania w stylu – Czy Ten, który otworzył oczy niewidomemu, nie mógł sprawić, by on nie umarł? – są jak najbardziej uzasadnione i zrozumiałe. Byli tam pewnie przypadkowi ludzie, znajomi zmarłego i jego sióstr, ale także sporo osób, które wiedziały o Jezusie więcej, może same były świadkami którego z Jego cudów, a na pewno o którymś słyszeli. 
Przed samym grobem dochodzi do jakby małego upadku wiary Marty – Jezus każe odsunąć kamień, ona zaś boi się tego, co tam zobaczą. Widok rozkładającego się ludzkiego ciała to nic przyjemnego w ogóle – a co dopiero, ciała ukochanego brata? To zbyt wiele jak dla niej. Zbyt dużo emocji – ale czy to zachwianie wiary? Myślę, że nie. To emocje związane z bratem, a nie zwątpienie w Tego, który wszystko może, i stoi przy niej przed grobem zmarłego. Cud już się dokonał – jeśli by chcieć umiejscowić go w czasie, to po wyznaniu wiary, tym dialogu Marty z Jezusem, zanim podeszli do grobu. To, co dokuje się teraz, po otwarciu pieczary, to tylko formalność – Łazarz wstaje i żyje. Stąd Jezusowe słowa – Ojcze, dziękuję Ci, żeś mnie wysłuchał. On już wie, że prośby Marty i Marii, w które włączył się Jego głos, zostały przez Boga wysłuchane.
Wczorajsze pierwsze czytanie było bardzo krótkie, więc przytoczę je w całości:

Tak mówi Pan Bóg: „Oto otwieram wasze groby i wydobywam was z grobów, ludu mój, i wiodę was do kraju Izraela, i poznacie, że Ja jestem Pan, gdy wasze groby otworzę i z grobów was wydobędę, ludu mój. Udzielę wam mego ducha po to, byście ożyli, i powiodę was do kraju waszego, i poznacie, że Ja, Pan, to powiedziałem i wykonam”, mówi Pan Bóg. (Ez 37,12-14)

To jest wielka i piękna obietnica. A przede wszystkim – obietnica skierowana do każdego, kto sam z siebie nie wyłączy się z Ludu Bożego. Tu nie chodzi już tylko o Naród Wybrany, ale o pojęcie szersze – Lud Boży, do którego należeć może każdy człowiek, bez względu na narodowość, pochodzenie, język. Tak jak dosłownie i namacanie wyprowadził, prawie za rękę, Łazarza z tego grobu – taka sama obietnica jest dana i nam, którzy w Niego wierzymy. Grób nie będzie naszym końcem, śmierć nigdy nad nami nie zatryumfuje – bo On sam na drzewie krzyża ją pokonał. Nasze życie nie kończy się w grobie, gdy położą na mogile płytę nagrobną – ale zmienia się, i trwa dalej. Mamy swój początek, ale nie mamy końca.

Inna sprawa – po ludzku umieramy. Nie raz, i nie dwa razy – dziennie, w tygodniu, miesiącu, roku. Tak często uchodzi z nas życie. Nic się nie chce, nie mamy weny, pomysłu, siły. Tak często, jakby nawet wbrew sobie, robimy coś złego, czego przy głębszym zastanowieniu robić nie powinniśmy, na co się nie godzimy. A jednak – dzieje się tak, i to raz po raz. Czasami odkrywamy to dopiero przy kratkach konfesjonału (inna sprawa – ile czasu zajmuje nam dotarcie do niego?) – że, de facto, powtarzamy się przy kolejnej z rzędu spowiedzi. Więc co z tą poprawą? Tak łatwo pozwalamy w sobie umierać temu, co dobre – a tryumfować temu, co w najlepszym wypadku byle jakie, nijakie, a najczęściej jednoznacznie złe, błędne, grzeszne.

Wielki Post to czas umierania – ale innego. Umrzeć ma w tobie wszystko to, co słabe, nędzne, mizerne, beznadziejne, nijakie, byle jakie. Umrzeć ma w tobie to wszystko, co zaciemnia i zasłania to, co pozwala lepiej i pełniej żyć – miłość, dobroć, radość, szczerość, odwagę, uczciwość, miłosierdzie, współczucie. One nie mogą w tobie, tobą, błyszczeć, gdy coś je zasłania. A nam jest bardzo często wygodniej – bylejakość nie wymaga wysiłku, i świetnie sama siebie usprawiedliwia.

Jezus stoi dziś z wyciągniętą ręką przed grobem twoich słabości. Dasz się z niego wyciągnąć?

>>>

O tym, że wczoraj była 1. rocznica katastrofy smoleńskiej przypomniałem sobie, gdy próbując usypiać synka, usłyszałem syreny o 8:41. I jakby fakt absorbowania nas przez miesięcznego (dokładnie wczoraj) szkraba nie pozwolił jakoś na zadumanie nad tą rzeczywistością – mimo, że 2 osoby z ofiar były mi prywatnie dobrze znane. Wierzę, że pomimo dramatu odejścia, cieszą się już oni gościną w Królestwie Bożym.

I tylko szlag mnie trafia, jak widzę, co się dzieje w kraju. Jak niektórzy nawet w dniu rocznicy, gdzie o spokój i uszanowanie tego dnia apelowali chyba wszyscy, nie potrafią wyjść ponad ludzkie i partyjne podziały i przejawy takowych poprawności. Owszem, cała sprawa wyjaśniania tej tragedii od początku była z polskiej strony prowadzona niestarannie i niedokładnie, oddano bezmyślnie pola Rosjanom – ale nie oznacza to, że pewna grupa polityczna, która poza graniem na emocjach tej tragedii po prostu nie ma Polakom nic innego do zaproponowania, może nawet w takim dniu stawać w opozycji do wszystkich i wszystkiego.

Szkoda, że nawet obchody wspomnienia tragedii i śmierci, które jakby na krótką chwilę zjednoczyły Polskę, nie potrafiły być wspólne, razem. Niestety, słowa o. Ludwika Wiśniewskiego OP o antyżałobie są bardzo trafne.

Pora wstać i otworzyć oczy

Jak zwykle, jestem do tyłu – to tekst niedzielny (a dziś? czwartek). 

Jezus przechodząc ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: „Idź, obmyj się w sadzawce Siloe”, co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. A sąsiedzi i ci, którzy przedtem widywali go jako żebraka, mówili: „Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze?”. Jedni twierdzili: „Tak, to jest ten”, a inni przeczyli: „Nie, jest tylko do tamtego podobny”. On zaś mówił: „To ja jestem”. Zaprowadzili więc tego człowieka, niedawno jeszcze niewidomego, do faryzeuszów. A dnia tego, w którym Jezus uczynił błoto i otworzył mu oczy, był szabat. I znów faryzeusze pytali go o to, w jaki sposób przejrzał. Powiedział do nich: „Położył mi błoto na oczy, obmyłem się i widzę”. Niektórzy więc spośród faryzeuszów rzekli: „Człowiek ten nie jest od Boga, bo nie zachowuje szabatu”. Inni powiedzieli: „Ale w jaki sposób człowiek grzeszny może czynić takie znaki?”. I powstało wśród nich rozdwojenie. Ponownie więc zwrócili się do niewidomego: „A ty, co o Nim myślisz w związku z tym, że ci otworzył oczy?” Odpowiedział: „To jest prorok”. Na to dali mu taką odpowiedź: „Cały urodziłeś się w grzechach, a śmiesz nas pouczać?”. I precz go wyrzucili. Jezus usłyszał, że wyrzucili go precz, i spotkawszy go rzekł do niego: „Czy ty wierzysz w Syna Człowieczego?”. On odpowiedział: „A któż to jest. Panie, abym w Niego uwierzył?”. Rzekł do niego Jezus: „Jest nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie”. On zaś odpowiedział: „Wierzę, Panie!” i oddał Mu pokłon. (J 9,1.6–9.13–17.34–38)
Zacznę od strony zawodowej – do czego czepiają się faryzeusze? Nie tyle byli świadkami cudu, co niewątpliwie stał przed nimi człowiek cudownie uzdrowiony; ewangelista wprost mówi, że ów biedak był znany w okolicy i rozpoznawany, a po odzyskaniu wzroku ludzie spierali się, czy to on, czy nie on. Faryzeusze czepiają się szabatu, czyli prawa. Skoro szabat – zakaz jakiejkolwiek pracy. Jezus odbił tę piłeczkę dość skutecznie, gdy również zarzucono mu łamanie szabatu przy uzdrowieniu kobiety (Łk 13, 10-17), kiedy odpowiedział: „Obłudnicy, czyż każdy z was nie odwiązuje w szabat wołu lub osła od żłobu i nie prowadzi, by go napoić? A tej córki Abrahama, którą szatan osiemnaście lat trzymał na uwięzi, nie należało uwolnić od tych więzów w dzień szabatu?”. 
No właśnie. Co jest ważniejsze – prawo dla prawa, czy prawo dla dobra człowieka? Już o tym pisałem. Wtedy także padł z ust przełożonego synagogi konkretny zarzut, pewnie w niedzielnej sytuacji powtórzony: „Jest sześć dni, w których należy pracować. W te więc przychodźcie i leczcie się, a nie w dzień szabatu!”. Prawo ma wypływać z serca i być usankcjonowaniem zasad, które pochodzą nie tylko z ludzkiego nadania, i służą zawsze dobru człowieka. Pytanie jest zatem proste – czy Jezus temu niewidomemu zaszkodził? Na pewno nie. Faryzeuszom zaś nie pasował – On sam i uzdrowiony ślepiec, który o Nim zaświadczył – bo Jego czyny plus świadectwo uzdrowionego wskazywały na niewytłumaczalną wielkość, łaskę jaka przeszła przez Jezusowe ręce. Oni zaś przecież tępili Go, a nie zamierzali stać się Jego uczniami. Świadectwo niewidomego, który Pana uznał za proroka, było zupełnie nie po ich myśli. 
Budujące jest, że nie wszyscy oni byli tak zaślepieni. Owszem, jedni twierdzili – skoro, uzdrawiając, naruszył szabat, to nie czynił tego mocą i za wolą Boga; co więcej, czyniąc coś takiego w czas szabatu, Jezus zgrzeszył. Inni jednak, bardziej ostrożni i otwarci na to, co się dokonało, rozumieli – grzesznik uzdrawia i to na oczach całego miasta? Nie, to się przysłowiowej kupy nie trzyma. Mieli rację. Nie wiemy, czy oni wierzyli w Jezusa, czy byli wśród nich uczniowie Pana incognito (jak Józef z Arymatei), czy po prostu czuli w sercach, że zrzucenie wszystkiego na złe moce jest wyjaśnieniem tej sytuacji. Zły uzdrawia? Nie. Uzdrawia Bóg. A więc Ten człowiek – prorok? A może…?
Jezus dokonuje cudu. Znowu, kolejny raz okazuje wielkość Boga, wobec której nie jest ograniczeniem słabość i ułomność człowieka. Dziwny może – magiczny? – gest zrobienia i nałożenia na oczy ślepca błota. A może Bóg, któremu nie zależy na tym, aby człowiek go chwalił (nie jest Mu to do niczego potrzebne), chce aby ludzie nie mieli wątpliwości, że to Jego mocą dokonał się cud. W tej sytuacji staje się to widoczne i oczywiste – nałożył błoto, kazał się obmyć, a ślepiec powraca, widząc! Co więcej – przyznają to nawet sami faryzeusze, wprost pytając jeszcze niedawno ślepego o Tego, który otworzył mu oczy; potwierdza to sam uzdrowiony.
W pełnym (zacytowałem wersję skróconą) fragmencie tej ewangelicznej opowieści jest też dyskusja o tym, czyją winą było kalectwo owego ślepca – jego samego, czy też jego rodziców? Ludzie zastanawiali się – czy został pokarany za swoje grzechy (dziwna teoria – zgrzeszyć miał przed urodzeniem?) czy za grzechy rodziców (jeszcze dziwniejsza…). Z pewnością jego życie nie było łatwe – na marginesie społeczeństwa, skazany na tułaczkę i litość, jałmużnę ludzi zdrowych. Można powiedzieć – wegetował, żywy, ale niezbyt żyjący. I to wszystko w jednej chwili się odmieniło – kiedy? Gdy w jego życie wszedł Jezus. Dynamicznie, sam z własnej woli – w przeciwieństwie do np. obrazka spod Jerycha z Bartymeuszem (także niewidomym) w roli głównej, który wołał Jezusa. Bóg widzi cierpiących, i zbliża się do nich, chce im pomóc. 
Najcenniejsze jest jednak nie to, co spotkało owego bezimiennego dotąd ślepca – ale to, co dokonało się w nim już po tym, gdy zrozumiał to, co go spotkało. Jezus przyniósł mu światło, a nawet rozświetlił jego życie na dwa sposoby. Dzięki Niemu człowiek odzyskał wzrok – stał się samodzielny, mógł żyć normalnie, nie tylko zdany na łaskę innych. Ale przede wszystkim – światło zajaśniało w Nim samym; światło Boga, który dotarł do następnego nieszczęśnika, uzdrowił, przyniósł nadzieję i sens. Tak, jedno przyszło po drugim – nic dziwnego, że po tak spektakularnym uzdrowieniu chciał on uwierzyć w Jezusa. My mamy dzisiaj może trudniej – trudno o tak wielkie cuda (co nie znaczy, że nie zdarzają się – może czegoś nam brakuje, aby ich dostąpić? jest wiele wspólnot w których dochodzi do uzdrowień), ale mamy całą historię zbawienia, ewangelie. Gdy ktoś szczerze szuka – to wystarczy, w nich znajdzie Boga, który uzdrowi to, co najważniejsze. 
Może nie tak namacalnie, dosłownie, ale do każdego z nas Bóg podchodzi raz po raz. Wczoraj potrzebowaliśmy tego, dzisiaj czegoś innego, jutro pewnie jeszcze czegoś innego. Te podstawowe potrzeby widzimy. I złorzeczymy Bogu, gdy nie zadziała jak złota rybka. A czy w ogóle zastanawiamy się, czy prosi o to, co trzeba? Najczęściej chcemy rzeczy, które są na wyciągnięcie ręki i do zdobycia po ludzku – albo jakieś zachcianki, albo coś, do czego trzeba się po prostu bardziej wysilić (a nie zwalać wszystko na Boga). Może Bóg już dawno zaradził temu duchowemu kalectwu, które jest we mnie, a ja po prostu nie chcę tego zauważyć? Otrzymałem nową szansę, nowe możliwości – i skutecznie je marnuję. Bóg przyniósł mi światło, a ja go nie chcę zauważyć.
Pora wstać i otworzyć oczy.

Non abbiate paura – 33 lata później

Nie bójcie się, otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi.

Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się! Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie!

Dzisiaj często człowiek nie wie, co kryje się w jego wnętrzu, w głębokości jego duszy i serca. Tak często niepewny sensu życia na tej ziemi i ogarnięty zwątpieniem, które zamienia się w rozpacz. Pozwólcie więc, proszę was, błagam was z pokorą i zaufaniem! Pozwólcie Chrystusowi mówić do człowieka! On jeden ma słowa życia, tak, życia wiecznego. Właśnie dzisiaj cały Kościół obchodzi dzień misyjny, modli się, rozmyśla, działa, ponieważ Chrystusowe słowa docierają do wszystkich ludzi i są przez nich przyjmowane jako posłanie nadziei, ocalenia, całkowitego wyzwolenia. (Homilia podczas inauguracji pontyfikatu, Plac św. Piotra, 22.10.1978)

To papieskie wołanie, to głośne, wymowne i wyraźne Non abbiate paura Jana Pawła II stało się jakby kluczem, programem jego pontyfikatu. Wypowiedział je, mocno akcentując poszczególne słowa, blisko 33 lata temu – z których następne 27 dzielnie, do kresu swych ziemskich sił wcielał w czyn, niósł światu i ludziom w nim żyjącym, bez względu na pochodzenie, wyznanie, prezentowane poglądy, status majątkowy. 
Kto by pomyślał, że odszedł już 6 lat temu. Dla mnie to jak rok wstecz. Czas bardzo szybko leci – a my z nim, nawet bardzo często jeszcze szybciej. A im szybciej biegniemy, pędzimy, wiecznie zasapani, spóźnieni, zagubieni – tym łatwiej się pogubić, tym łatwiej o lęk i zwątpienie. Goniąc zaś, zdobywając różne dobra, coraz bardziej w nie zapatrzeni, boimy się. Czego? Tego, że nas ich ktoś pozbawi. Że nas ktoś prześcignie i następnej gonitwy nie uda się skończyć na równie dobrej, premiowanej pozycji – czy chodzi o sprawy zawodowe, ambicje, plany, czy nawet kwestie relacji międzyludzkich, więzi rodzinnych przyjacielskich (które przecież tak bardzo inne są – ale zagonieni zrównują sobie ich postrzeganie z tym, jak postrzegają i działają w pracy). 
Chrystus wie, co nosi w swoim wnętrzu człowiek. On jeden to wie! Właśnie. Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek, nie jest alternatywą, jedną z wielu równie dobrych dróg. Jest tym, który swoje bóstwo napełnił po brzegi człowieczeństwem, który przez swoje człowieczeństwo dokonał odkupienia wszystkich ludzi, żyjących zarówno przed, jak i po Nim. Człowiek może się prawdziwie i w sposób pełny zrealizować tylko idąc tą drogą, którą On wskazuje. 
Nie bójmy się. Albo inaczej – bo strach jest ludzki: bójmy się tego, czego bać się warto, czego bać się można. Wiele jest takich spraw. Ale nie bójmy się Boga, jedynego który stanowi pełną i dokładną odpowiedź na wszystkie pragnienia, lęki i porywy serca. Tej odpowiedzi często szukamy po omacku, pragniemy – a jesteśmy zbyt zaślepieni albo pewni siebie, aby poszukać jej właśnie u Boga. Wystarczy, choć to czasem trudne, się w Niego zasłuchać. Nie zagłuszyć Go, ale pozwolić Mu przemówić do serca człowieka. Tak jak przez cały swój pontyfikat mówił do ludzi, już niebawem, za niecały miesiąc, błogosławiony – Jan Paweł II.

Błogosławiona dwukierunkowość

Zbliżył się także jeden z uczonych w Piśmie i zapytał Go: Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? Jezus odpowiedział: Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jeden. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych. Rzekł Mu uczony w Piśmie: Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznieś powiedział, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary. Jezus widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: Niedaleko jesteś od królestwa Bożego. I nikt już nie odważył się więcej Go pytać. (Mk 12,28b-34)
Chrześcijaństwo jest zdeterminowane przez swego rodzaju dwoistość, dwukierunkowość. Najważniejsze i pierwsze jest bowiem przykazanie miłości – kogo? Ani tylko Boga, ani tylko bliźniego. Boga i bliźniego. Boga przez bliźniego, a bliźniego w Bogu. 
Można być człowiekiem wierzącym, a mimo wszystko zachwiać proporcje – poświęcając czas jedynie Bogu samemu, modląc się, a pomijając i nie zauważając bliźniego z jego potrzebami i troskami. Jeśli prawdziwie kochasz Boga i chcesz wypełniać Jego wolę, to nie oznacza ona zapatrzenia tylko w Niego samego, z wyłączeniem wszystkiego innego na świecie. Jak to powiedział Merton – nie jesteśmy samotnymi wyspami, żyjemy w społeczeństwie i to nie przypadkiem. Wystarczy się rozejrzeć, ile jest okazji, aby wesprzeć drugiego człowieka. No i przede wszystkim – trzeba chcieć. A to bardzo często przychodzi trudniej niż zmówienie paciorka, pamiętanie o niedzielnej albo świątecznej mszy czy spowiedź od czasu do czasu. 
W drugą stronę podobnie. Najbardziej nawet oddany bezinteresownej posłudze bliźniemu – ubogim, chorym, opuszczonym, ludziom z marginesu – nie będzie się w tym realizował w pełni, o ile będzie to działanie dla samego działania, sposób na życie, ot tak. Taka postawa, to działanie musi z czegoś wynikać i piękna nabiera wtedy, gdy nie jest efektem chwilowego wyrzutu sumienia albo kaprysu, ale w pełni świadomym realizowaniem przykazania (a właściwie przykazań) miłości. Przekuwaniem słów Boga do nas skierowanych – w nasze czyny dla dobra tych, którzy są naokoło. 
Zresztą, sama treść tego – wydaje mi się – trudniejszego z przykazań miłości, czyli przykazania miłości bliźniego, wskazuje jakby drogę do realizacji jego właśnie. A konkretnie – jak siebie samego. Prawda jest taka, że egoizm chyba mamy wrodzony, stąd też Pan bardzo łopatologicznie tłumaczy, jak przykazanie realizować. Wyobraź sobie, że zamiast ciebie samego z twoimi zachciankami (albo i uzasadnionymi potrzebami) jest ktoś inny, z potrzebami jeszcze bardziej palącymi – i pomóż mu, wesprzyj go, przywróć nadzieję, pomóż odnaleźć sens i żyć lepiej. Przesunąć siebie samego na bok – ale temu, kto zajmuje w moich oczach miejsce mojego własnego ego oddać się tak samo ofiarnie jak przy realizowaniu swoich planów. 
Niedaleko jesteśmy od Królestwa. Bo i Jezus, dzięki swojej krzyżowej drodze, męce i zmartwychwstaniu przybliżył nas do niego. Dystans jakiś tam pozostaje. Tylko od tego, co (i czy cokolwiek) sami zrobimy zależy, czy dystans będzie się zmniejszał, powiększał, a może będziemy stać w miejscu. Nie można mieć pewności co do rezultatu – o tym przekonamy się w Dniu Sądu. Ale ważny jest kierunek. I jeszcze upór na wyznaczonej drodze. Przez człowieka do Boga, i z Bogiem w sercu do człowieka. Inaczej się nie da.

Męczenniczka AD 2011 – Alina Milan – wiara ważniejsza od zdrowia

Prawdziwa męczenniczka, współczesna nam. Heroizm wiary aż do oddania życia. 
Wybrała Boga ponad wszystko
Nasz Dziennik, 2011-03-28

Po kilkumiesięcznej chorobie w izraelskiej klinice zmarła 23-letnia Alina Milan, chrześcijanka, którą już dziś nazywa się współczesną męczennicą za wiarę. Młoda Rosjanka straciła życie, gdyż odmówiła zrzeczenia się swojej wiary na rzecz judaizmu bądź ateizmu. Gdyby zaparła się chrześcijaństwa, uzyskałaby obywatelstwo izraelskie i tym samym tamtejsi lekarze przeprowadziliby operację, która miała uratować jej życie.

Kilka miesięcy temu Alina Milan, 23-letnia studentka, zapadła na poważną chorobę. Po badaniach okazało się, że dziewczynę uratować może jedynie przeszczep wątroby, ale takich operacji w Rosji się nie wykonuje. Jak opowiada cytowana przez portal Prawda.ru matka Aliny, stan córki pogorszył się do tego stopnia, że zaczęła grozić jej śmierć. Wtedy to w Tel Awiwie, w jednym z najnowocześniejszych szpitali na świecie, pojawiła się szansa na przeszczep. 11 listopada 2010 r. kobiety były na miejscu. Wyniknęły jednak problemy z finansowaniem leczenia oraz samej operacji.

Okazało się, że ze względu na swoje pochodzenie – ojciec dziewczyny był Żydem, babcia obywatelką Izraela – Alina mogła starać się o obywatelstwo izraelskie, co umożliwiłoby jej bezpłatne przeprowadzenie operacji. Ale zgodnie z prawem obywatelem Izraela może być albo żyd, albo ateista i tertium non datur. Alina stanęła więc przed dylematem: określić się jako ateistka lub żydówka i skorzystać z szansy na operację albo pozostać wierną Chrystusowi i zaakceptować śmiertelne konsekwencje takiego wyboru.
Zwróciła się wówczas do o. Aleksandra Naruszewa, dzięki któremu na forum cerkwi św. Serafina z Sarowa w Kuncewie, dzielnicy Moskwy, możemy dziś poznać historię jej trudnej drogi. Kapłan tak opisuje moment, kiedy odwiedził ją w tamtejszym szpitalu: „Kiedy wszedłem do jej sali, ujrzałem młodą, wychudzoną istotę, ledwo przypominającą 22-letnią dziewczynę. Ale jej spojrzenie było jasne, zaskakująco stanowcze i zdecydowane. „My już podjęłyśmy decyzję z mamą” – powiedziała na mój widok. „Nie zdejmę krzyża i nie wyrzeknę się wiary. (…) Bóg nas nie opuści. Będziemy szukać sponsorów””. Ojciec Aleksander zwrócił wtedy uwagę, że przecież zostało jej już mało czasu, na co ona odparła: „Przede mną wieczność”.
Wielu ludzi włączyło się w akcję zbierania pieniędzy na operację, jednak nie udało się zgromadzić koniecznych 300 tys. dolarów. Dziewczyna do końca pozostała wierna Chrystusowi, więc nie przyznano jej prawa do nieodpłatnego wykonania przeszczepu. Przez kilka miesięcy leżała podłączona do respiratora w klinice w Tel Awiwie. Jak zauważył jeden z izraelskich lekarzy, do ostatniego dnia była w pełni świadoma.
Zmarła w nocy 14 marca w izraelskim szpitalu. Na wspomnianym forum internetowym w listopadzie ub. r. Rosjanka zamieściła przepiękne świadectwo:
„Mam przed sobą dokument izraelskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, (…) gdzie jest napisane: „Przyjmuję obywatelstwo/prawo/religię kraju”. Tylko podpisz. Powiedzcie mi jednak: Czy mam wybór? Najważniejszy wybór to nie ten na papierze, ale w duszy… A w niej ufność Bogu jest silniejsza aniżeli jakiekolwiek dokumenty, prawa, państwa, straszne diagnozy, czas! I nawet w najtrudniejszych chwilach nie opuszcza mnie poczucie, że sam Bóg trzyma mnie za rękę. Decyzja jakiegokolwiek lekarza dotycząca przeprowadzenia operacji, niezależnie od kraju, niesie ze sobą ryzyko, więc każdy dzień i tak może być ostatnim… Jedyny wybór – jakiego dokonałam już dawno i który nie jest związany z obywatelstwem – to wybór wiary w Boga i bezgranicznej wdzięczności za to, co jest mi sądzone (…)”.

Małgorzata Pabis (źródło)

Prawo wypełniać, a nie się nim podpierać

Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. (Mt 5,17-19)
Krótko, a jak zwięźle i treściwie. O ile można dyskutować z obrazem Boga, jaki rysuje się na tle Starego Przymierza, Starego Testamentu – Boga groźnego, okrutnego, wręcz żądnego krwi, mściwego, o tyle trzeba jednoznacznie powiedzieć: Bóg taki nie był, nie jest i nie będzie. Tak odbierał i wyobrażał go sobie człowiek, który nie raz i nie dwa razy na kartach tegoż Starego Testamentu, nie ukrywajmy, dawał się temu Bogu we znaki, wystawiał na próbę, odwracał się od niego, składając ofiary bożkom (choćby przykład ze złotym cielcem). Czyli – gdy Bóg człowieka karał, to nie dlatego, że takie miał widzimisię, albo że lubi – tylko dlatego, że człowiek na karę zasłużył. Zresztą, żadna z tych kar permanentną nie była (i znowu, może monotematycznie, czy nie jest to dowodem, że teoria powszechnego zbawienia o. Hryniewicza jest jak najbardziej uzasadniona? Jezus nie potępia tego, który „zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi”, ale mówi, że będzie najmniejszy – jednak nadal w Królestwie Niebieskim).
Przykazania się nie zmieniły i nie zmienią. Na przestrzeni wieków, w samych choćby szeregach Żydów, Narodu Wybranego, pojawiały się różne stronnictwa i ugrupowania, które dokonywały różnej interpretacji tych przekazać, odczytując je w różnym duchu. Dużo przykładów mamy przecież w samych ewangeliach, gdzie raz po raz słyszymy o tym, jak ci albo inni (najczęściej faryzeusz) znowu próbują Jezusa wystawić na próbę, podkopać autorytet, podchwycić na słowie – dobrać Mu się tym samym do skóry. Ktoś może powiedzieć – no tak, ale przecież kierowali się Pismem Świętym, więc jak mogli być w błędzie? Mogli, i Jezus wiele razy to udowodnił. Pismem się nie kierowali, a co za tym idzie – Duchem Bożym, przykazaniami – ale się nimi jedynie podpierali do realizacji partykularnych interesów, pozbycia się Tego, kto punktował ich błędy, niespójność, pozerstwo i obłudę. Tu nie chodziło o szukanie i znajdowanie woli Bożej w realizacji przykazań, ale o pozbycie się przeciwnika w majestacie Bożego prawa. 
Jedno jest pewne. Kościół, w różnej kondycji, stoi od 2000 lat i pewnie jeszcze się tak szybko, wbrew nadziejom wielu, nie zawali, postoi. Przykazania w tym Kościele, ani nawet w Piśmie Świętym w zakresie Starego Przymierza, nigdy się nie zmieniały. Do dziś było i jest ich dziesięć, znane (przynajmniej z założenia) każdemu chrześcijaninowi. Przykazania Boże – żeby nie było, bo kościelne to kwestia umowna, zmieniające się (choćby w zakresie terytorium np. państwa – u nas są takie, jakie są, za granicą gdzieś mogą obowiązywać inne). Tu nie ma miejsce na nadinterpretacje. One same i duch, w jakim powinny być realizowane, są jednoznaczne. Nie można siadać do rozważania nad nimi, i po prostu zastanawiać się, jak je obejść. Nawet w prawie świeckim, cywilnym, obejście prawa (ukształtowanie treści czynności prawnej, że z formalnego punktu widzenia nie sprzeciwia się ona przepisom prawa, ale w rzeczywistości zmierza do osiągnięcia celów zakazanych przez prawo) jest zabronione i karane.
Bóg poszedł człowiekowi bardzo na rękę, dyktując przykazania. Nie bez powodu zostały wyryte na kamiennych tablicach, które spoczęły w Arce Przymierza. Bóg jest w nich, Duch Boży przez nie działa i chce zamieszkać w tych, którzy je przyjmują i wypełniają. Jeśli chcesz kombinować – z pozoru pozostać im wiernym, podczas gdy w sercu i tak naprawdę lawirować między nimi, omijając to, co niewygodne – szkoda czasu. To podstawa, fundament. Dyskutować można dalej, w kwestiach spornych (właśnie czytam „Światłość świata” papieża Benedykta – m.in. o instrumentach nowej ewangelizacji; owszem – formy nowe, ale podstawa i sedno zawsze to samo). Przykazania? Tutaj nie ma nic takiego. Albo je uznajesz, albo nie.

Wielki Post to dobry czas, aby powrócić do tych źródeł, jakimi przykazania są, postarać się je jakoś na nowo odkryć. A jeśli się okaże, że dotychczas głównie kombinowałem, zmierzałem do ich obchodzenia? Jest czas na wyciąganie wniosków. One nie mają ograniczyć, a ukierunkować i pomóc. 

Zagadywanie przez Boga

Jezus przybył do miasteczka samarytańskiego, zwanego Sychar, w pobliżu pola, które /niegdyś/ dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy studni. Było to około szóstej godziny. Nadeszła /tam/ kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: Daj Mi pić! Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta dla zakupienia żywności. Na to rzekła do Niego Samarytanka: Jakżeż Ty będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić? Żydzi bowiem z Samarytanami unikają się nawzajem. Jezus odpowiedział jej na to: O, gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi: Daj Mi się napić – prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej. Powiedziała do Niego kobieta: Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego Jakuba, który dał nam tę studnię, z której pił i on sam, i jego synowie i jego bydło? W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Rzekła do Niego kobieta: Daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać. A On jej odpowiedział: Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj. A kobieta odrzekła Mu na to: Nie mam męża. Rzekł do niej Jezus: Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą. Rzekła do Niego kobieta: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga. Odpowiedział jej Jezus: Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie. Rzekła do Niego kobieta: Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko. Powiedział do niej Jezus: Jestem Nim Ja, który z tobą mówię. Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Jednakże żaden nie powiedział: Czego od niej chcesz? – lub: – Czemu z nią rozmawiasz? Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem? Wyszli z miasta i szli do Niego. Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc: Rabbi, jedz! On im rzekł: Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie. Mówili więc uczniowie jeden do drugiego: Czyż Mu kto przyniósł coś do zjedzenia? Powiedział im Jezus: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie: Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa? Oto powiadam wam: Podnieście oczy i popatrzcie na pola, jak bieleją na żniwo. Żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem żąć to, nad czym wyście się nie natrudzili. Inni się natrudzili, a w ich trud wyście weszli. Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: Powiedział mi wszystko, co uczyniłam. Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich pozostał. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło na Jego słowo, a do tej kobiety mówili: Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, na własne bowiem uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata. (J 4,5-42)
Do człowieka przychodzi Zbawiciel – jak w tym niedzielnym ewangelicznym obrazku. I co robi człowiek? Chowa się za konwenansami, stereotypami. Żyd rozmawia, prosi o coś Samarytankę? Nawet gdy mówi jakby wprost – nie wiesz, z kim rozmawiasz, kim jest rozmówca – ona dalej nie rozumie, a raczej rozumuje stricte po ludzku. Woda żywa? Jaka? Studnia – ok. Ale On nie ma czerpaka, wiadra – więc nawet, jakby chciał, nic nie zrobi, nawet nie jest w stanie nabrać dla siebie tej zwykłej wody, ze studni. A w ogóle – co to, ta woda żywa?
Coś jednak odzywa się w sercu kobiety. Pada pytanie, od razu w kontekście tego, którego Samarytanie uznają za swojego ojca, więc Jakuba – czyżby ten dziwny człowiek był większy, potężniejszy od Izraela, człowieka, który walczył z Bogiem i ludźmi, i zwyciężył (Rdz 32, 29). Jezus czyta w człowieku jak w otwartej książce – tak i w owej kobiecie. Zna pragnienia i potrzeby jej serca. Obiecuje wodę żywą, jakiej nikt inny dać nie może. Nic dziwnego, że kobieta od razu wyraża pragnienie, docieka jak ją zdobyć. Tu czeka ją próba – Jezus bada, czy potrafi ona stanąć w prawdzie o sobie samej. Potrafi – przyznaje, iż żyje w konkubinacie, a Jezus uzupełnia jej wypowiedź o szczegóły, których obcy, wędrowiec, nijak nie mógł znać – wie przecież, ilu dokładnie miała mężów, i że żyje w wolnym związku. 

Kobieta jest przekonana, że ma do czynienia z prorokiem. Dlatego pyta o szczegóły wierzeń żydowskich, docieka odnośnie formy i sposobu oddawania czci Bogu. Niby detal – dla nas, dzisiaj żyjących chrześcijan – jednak ówcześnie była to kwestia sporna także pomiędzy Żydami, do który Samarytanom nie było przecież znowu tak daleko, i z których to Żydów Samarytanie w pewnym sensie się wywodzili (wyodrębnili się przecież na skutek małżeństw mieszanych pomiędzy Żydami a tzw. ludem Kuteim, które zaistniały w sytuacji podbicia królestwa Izraela/Samarii przez króla Asyrii Sargona II i dokonanych przez niego przesiedleń Żydów w głąb Asyrii w VII w.p.n.e.). Samarytanka nawiązuje, jakby pyta niezwykłego wędrowca, jak to jest z tym oddawaniem czci Bogu – Samarytanie robią to na świętej górze Gerazim, Żydzi mają świątynię w Jerozolimie? Odpowiedź Jezusa jest zarazem wyjaśnieniem, że Żydzi to nadal Naród Wybrany, jednak ciągle błądzący, skoro skupiony na kulcie świątyni. Bóg jest bowiem wszędzie, i nie tyle znaczenie ma miejsce modlitwy, oddawania mu chwały – co stan człowieka. W duchu i prawdzie – nie w bogato zdobionych ścianach, w pięknych szatach, wzniosłych słowa, a pustym, zatwardziałym czy po prostu unuranym w grzechu sercu.
Moment kulminacyjny – kobieta wspomina na starożytne proroctwa, odnoszące się do Mesjasza. Okazuje się, że od jakiegoś czasu ona sama, grzeszna i na pewno jakoś tam pogubiona (o czym świadczy jej sytuacja, jej pytania), rozmawia z Nim twarzą w twarz. Ewangelista nie mówi o emocjach – można sobie wyobrazić jednak, jak podziałały na nią słowa Pana. Wraca do miasta i rozpowiada o tym niezwykłym spotkaniu. Staje się, de facto, sama apostołem. 
Jaka wielka zmiana! Nieświadomie jeszcze, otrzymawszy dar poznania tożsamości Boga-Człowieka, głosi prawdę o Nim w swoim mieście. Nadzieja, jaką Jezus wlał w jej serce to jedno – a powołanie do świadczenia o Nim, na podstawie tej krótkiej rozmowy przy studni, to co innego. Ta prosta, przypadkowa niby rozmowa, a odmienia wszystko. Daje nową nadzieję – bo jak inaczej można odejść z rozmowy z Bogiem, który jest niewyczerpanym źródłem wody żywej?
Wędrujemy przez życie różnymi drogami, przystając w różnych momentach przy różnych studniach. Właściwie, taką studnią okazuje się być każde spotkanie z drugim człowiekiem. W nim tak samo jest Bóg. Raz bardziej wprost, dobitnie, między oczy – a kiedy indziej bardziej dyskretnie, na zasadzie nawet wyrzutu sumienia, Bóg „zagaduje” do mnie, tak jak zagadał Samarytankę. Grunt to zauważyć to, nie minąć Go obojętnie. Czasami może zacząć bardzo prowokacyjnie – dziwną, niezrozumiałą albo wręcz nie na miejscu prośbą. Potem – podrążyć, uderzyć w jakieś czułe miejsce, dotknąć do żywego bo zapytać o coś, co ciąży, leży na sercu od dawna, wymaga uporządkowania. Inaczej się nie da. Źródło tryska dla każdego – ale nie każdy sam jest w stanie do niego dotrzeć. Żeby być w stanie – trzeba stanąć w prawdzie, nawet najtrudniejszej, o sobie samym. Wielki Post to dobry moment.