Klapki na oczach nie są usprawiedliwieniem

Jezus powiedział do faryzeuszów: Żył pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bramy jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami, imieniem Łazarz. Pragnął on nasycić się odpadkami ze stołu bogacza; nadto i psy przychodziły i lizały jego wrzody. Umarł żebrak, i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu. Lecz Abraham odrzekł: Wspomnij, synu, że za życia otrzymałeś swoje dobra, a Łazarz przeciwnie, niedolę; teraz on tu doznaje pociechy, a ty męki cierpisz. A prócz tego między nami a wami zionie ogromna przepaść, tak że nikt, choćby chciał, stąd do was przejść nie może ani stamtąd do nas się przedostać. Tamten rzekł: Proszę cię więc, ojcze, poślij go do domu mojego ojca. Mam bowiem pięciu braci: niech ich przestrzeże, żeby i oni nie przyszli na to miejsce męki. Lecz Abraham odparł: Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie, ojcze Abrahamie – odrzekł tamten – lecz gdyby kto z umarłych poszedł do nich, to się nawrócą. Odpowiedział mu: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą. (Łk 16,19-31)
To obrazek bardzo wymowny. Dwoje ludzi – więc teoretycznie tacy sami. Owszem, w tamtych czasach – a niekiedy, niestety, także i dzisiaj, uważało się, że ludzie dzielili się na lepszych, tych dobrze urodzonych, majętnych, z ważnych rodów; i gorszych – pospólstwo, biedotę, wywodzących się z nizin społecznych ludzi zazwyczaj niewykształconych, prostych, ledwo wiążących koniec z końcem. No właśnie – dwaj tacy sami ludzie. A jednocześnie – przepaść między nimi. 
Nie, nie chodzi tu o jakieś odgórne, permanentne potępienie bogactwa jako takiego. Samo to, że ktoś własną ciężką pracą, pomysłowością, wytrwałością i uporem doszedł do wysokiej pozycji, zgromadził dobra i jakiś majątek, nie może być z założenia złe. Złe jest to, gdy taki człowiek przestaje cokolwiek widzieć poza tym majątkiem, skupiając się tylko na sobie samym i pomnażaniu tego, co już ma – czy to zaniedbując rodzinę, najbliższych, czy zapominając o obowiązku wspierania tych, którzy są w gorszej sytuacji, mają mniej, a niekiedy wcale. Jak Łazarz. 
Nie każdy bogacz – jak ten, nie wspomniany z imienia – musi trafić do otchłani (wracając do świetnych tekstów i teorii o. Wacława Hryniewicza OMI [zerknij w tagi] – warto pamiętać, że ta otchłań nie musi oznaczać permanentnego potępienia, a jedynie pewien stan, bliżej nieokreślony i nieopisany w czasie, po którym dusza ludzka dostępuje zbawienia, powszechnego). Trafił tam, bo skutecznie miał klapki na oczach w życiu – opadły dopiero tam, na dole. Najpierw próbuje prosić o ulgę dla siebie – okazuje się, że jest ona niemożliwa. O dobre warunki, lepsze miejsce dla siebie, miał okazję zabiegać i walczyć w życiu. Gdy tu nie udaje mu się nic wskórać, przypomina sobie o żyjących dalej dzieciach – prosi o przestrogę dla nich, aby nie skończyły jak on. 
Tu jest właśnie problem. Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają. Nie błądzimy po omacku. Nie jest tak, że jesteśmy pozbawieni tu, w życiu, punktu odniesienie, drogowskazów i wskazówek – jak żyć, czym się kierować, co wolno, czego należy unikać (nie bo tak, tylko znając uzasadnienie, wiedząc czym jest grzech, zło). Mamy to wszystko pod nosem, pewnie większość w domu. Gdzie? Na szarym końcu zakurzonej półki z tymi najrzadziej używanymi książkami. Taka ładnie wydana, twarda, spora. Biblia się nazywa. Tam jest wszystko. Tylko trzeba ją znać, żeby o tym wiedzieć – a żeby znać, czasami zaglądać, czytać, prosić Boga o słowo na dany dzień, dany moment i sytuację. Ktoś może popukać się w czoło i wyśmiać – ale wystarczająco dużo jest świadectw ludzi, którym nawet takie na chybił-trafił otwieranie Pisma Świętego pomogło, podpowiedziało właściwy wybór. 
Zresztą, na Biblii trop się nie kończy. Biblia to wstęp, takie jakby vademecum. Po nim mamy przeszło 2000 lat świata, pełne ludzi, którzy tą naprawdę dobrą i jedyną niezawodną drogą przeszli. Niektórych Kościół formalnie proklamował świętymi (żyjącymi u Boga), wielu innych – także dzisiaj, znamy ich i podziwiamy – żyje cichą codzienną świętością, przekuwając słowa Pana w swoje własne czyny. Nie trzeba do tego być biedakiem i chorym, jak Łazarz. Można być człowiekiem o stabilnej pozycji, dobrej pracy, jakimś tam dorobku finansowym. Ważna jest optyka – w kierunku czego jestem zwrócony, co jest dla mnie najważniejsze, i czym się w tym życiu kieruję. Jeśli wartościami, o jakich nauczał Jezus – to jestem na dobrej drodze, aby dołączyć do Łazarza. Jeśli kasą, zyskiem i niczym więcej – to nawet sytuacja materialna i położenie takie, jakie miał Łazarz, nic mi nie pomogą. 
Na tym przysłowiowy dowcip polega. Mamy podane na tacy wszystko, co jest potrzebne. To, co dzieje się dalej – wczoraj, dzisiaj, jutro, przez całe moje życie – to kwestia zastosowania tego do siebie. Albo to zrobię, albo odrzucę. Jak odrzucę – to pretensje mogę mieć tylko do siebie, w Piśmie Świętym wyraźnie jest napisane, że los takich ludzi nieciekawym jest. Miał rację Abraham, nieco sarkastycznie może, ale z pewnością trafnie, puentując: Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą. Jeśli ktoś nie wierzy w to wszystko, o czym mówi Kościół, Biblia, Jezus – to niby uwierzyć, jak mu się objawi jakiś święty? Gdzie tam – stwierdzi, że to jakiś omam, przemęczenie, że trzeba zrobić sobie przerwę, żeby później jeszcze efektywniej gromadzić to, co naprawdę nieistotne i zbędne. 
Jesteśmy kowalami swojego losu, i żadne wykrętne tłumaczenie tego nie zmieni. Wiara jest nam dana od Pana jako dar i łaska – które możemy odrzucić. Na nikogo nie można wtedy zwalić winy, jeśli taką decyzję się podejmie. 

Błogosławieństwa i przemiana

Dzisiaj sporo – bo całość niedzielnej liturgii słowa jakaś taka wyjątkowa. 

Pan rzekł do Abrama: Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy ciebie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi. Abram udał się w drogę, jak mu Pan rozkazał, a z nim poszedł i Lot. (Rdz 12,1-4a)

W pierwszym czytaniu Bóg mówi, każe Abramowi wyjść z majątku jego ojca, porzucić to wszystko, i iść w bliżej nieokreślonym kierunku. Coś, co szczególnie w tamtej kulturze, w tamtych czasach w głowie się nie mieściło – bo nie miało sensu. Rolą mężczyzny było dorośnięcie i przejęcie majątku po ojcu, jego tożsamość była określona tym, kim był ojciec, jaki i gdzie posiadał majątek. Jednak – Bóg jest zdecydowany. Dobrze trafił, bo Abram podejmuje to wyzwanie, porzucając de facto wszystko, co mogło mu zapewnić bezpieczeństwo, stabilizację – i wychodzi tam, dokąd wskazuje drogę Bóg.

Gdyby dzisiaj zapytać przypadkowe osoby, jak im jest, czy czują się dobrze w swojej skórze, w swoim miejscu, czasie i roli – większość pewnie by powiedziała, że nie. To taki nasz problem. W narzekaniu jesteśmy mistrzami świata, w podsumowywaniu innych i ocenianiu także. Tylko ze sobą rzadko potrafimy zrobić porządek, w ogóle uznać, że jest coś do zrobienia.

Co zrobił Jezus cudownie rozmnażając chleb? Wzniósł oczy do nieba i zaczął błogosławić. Co u ciebie? Stara bieda. Wciąż źle ci się wiedzie? Ciągle spuszczasz wzrok na ziemię i przeklinasz?

Idealnie oddane i sformułowane. I tak chodzimy w kółko, jak Izraelici na pustyni te 40 lat, i źle nam jest, i nie możemy się odnaleźć. Bo za mało w nas błogosławieństwa, a za dużo złości, pogardy, pewności siebie, egoizmu, materializmu, i tylu innych rzeczy. Pójście za Bogiem, tą czasami dziwną i w ogóle bez sensu po ludzku drogą nabiera innego wymiaru i celu dopiero w kontekście tego, co Bóg obiecuje. Błogosławieństwa.

Spójrz w niebo, jak małe dziecko wznieś ręce do góry i krzyknij: Jezu, ufam Tobie! Przyjdzie tak samo, jak odszedł. Będzie miał wzniesione ręce. Do błogosławieństwa, nie do uderzania. Wzniósł je już raz na krzyżu, gdy przyciągnął ziemię do nieba. Teraz każdy, kto wznosi ręce, naśladuje ten najważniejszy gest świata. Błogosławieństwo.

Żeby błogosławieństwo otrzymać, trzeba go pragnąć. Bóg kieruje je do każdego z nas – nie każdy jednak chce je przyjąć. Warto wznieść ręce, wyjść ku Bogu i pójść za Nim tam, dokąd prowadzi. Każdy z nas ma swoje Ur chaldejskie, swój Charan – i gdzieś tam, na horyzoncie, ziemię obiecaną, Kanaan. Pytanie tylko – czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy chcemy zaryzykować i postawić wszystko, aby do niego dotrzeć, odnaleźć je?

Weź udział w trudach i przeciwnościach znoszonych dla Ewangelii według mocy Boga! On nas wybawił i wezwał świętym powołaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami. Ukazana zaś została ona teraz przez pojawienie się naszego Zbawiciela, Chrystusa Jezusa, który przezwyciężył śmierć, a na życie i nieśmiertelność rzucił światło przez Ewangelię. (2 Tm 1,8b-10)

Kto choć raz miał okazję wziąć udział w koncercie formacji 2 Tm 2, 3 – z pewnością zna te słowa, które oni obrali za swoje motto. I te słowa mają nas w pewien sposób – podobnie jak tekst I czytania – ukierunkowywać. Nie swoimi siłami – a według mocy Boga! Tu nie chodzi o to, aby wszystko zrobić samemu, aby być samodzielnym ponad wszystko i przede wszystkim, pokazać coś komuś (głównie sobie). Tak się nie da. Człowiek ma swoje ograniczenia – zbawić się nie da rady, choćby nie wiem jak chciał. Zbawienie do wielki dar Boga, który trzeba umieć przyjąć, na który trzeba chcieć się otworzyć.

Mnie ten tekst jakby uderzył z innej strony. Od niespełna 2 tygodni jestem tatą malutkiego Dominika. Wszystko się przestawiło – akcenty, priorytety. Pewnie, człowiek się w czasie ciąży żony do tego przygotowywał, oswajał – ale tak naprawdę to się stało, gdy maluszek się urodził. Staramy się z żonką, poświęcamy cały czas dla synka praktycznie (ona – dosłownie; ja – poza pracą). Ciężko jest, bo człowiek nienawykły do tego, że co 1,5-2 h w nocy wstawać musi, uspokoić, przewinąć, pomóc żonie przy karmieniu, a potem jeszcze uśpić; jak potrzeba – wstając po x razy. Do tego, w naszym wypadku, dochodzą pewne problemy natury logistycznej – kwestia za małego mieszkania, które musi nam się udać sprzedać – co gdzieś tam wisi, choć teoretycznie powinno się udać dość sprawnie zrobić, i z uzyskanych pieniędzy dostać kredyt na większe. Ale na razie to założenia i spora droga do ich realizacji.

Widzę, jak bardzo – mimo, że wydaje mi się, że jakoś tam jestem człowiekiem wierzącym – zmienia to nastawienie do Boga. Kilka tekstów temu, na krótko po urodzeniu synka pisząc o tym wydarzeniu, kiedy napisałem, że nigdy się tak mocno nie modliłem, jak w czasie porodu – nie wiedziałem, że wiele się zmieni w mojej relacji z Bogiem. Jak często – o ile częściej niż dotychczas – będę się do Niego zwracał. Możesz stawać na głowie, robić niby wszystko dobrze, a i tak są problemy, niepewność. Żeby się odnaleźć w tej sytuacji, żeby nie zwariować z powodu (zupełnie zrozumiałych) wątpliwości w nowej rzeczywistości. Modlitwa dotąd też była istotnym elementem mojego życia – ale dopiero teraz widzę, co to znaczy właściwie modlitwa ciągła, modlitwa która jest obecna właściwie we wszystkim, co robisz; taka permanentna prośba skierowana do Boga, aby uzupełnił to, czego brakuje moim działaniom, i im błogosławił.

Kto tu walczy. Ja czy Bóg? Dlaczego każda modlitwa tak wiele ostatnio mnie kosztuje? Bo biorę jej ciężar na siebie. Tymczasem Bóg zaprasza: złóż swój ciężar na Mnie. Oddaj mi swój czas. Usiądź, odetchnij, zaufaj. To nie ty jesteś zbawicielem swojej rodziny. Oddaj mi swoje problemy. Otwórz bramy! Ja wejdę.

Z Bogiem nie ma ciężarów nie do udźwignięcia. Nawet, gdy jest to nowa rzeczywistość, do której człowiek niby to przygotowany i z którą oswojony. A jednak.

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie. (Mt 17,1-9)

Jakie musiało być zdziwienie trzech wybranych uczniów. Znali Jezusa w tej ludzkiej naturze, w ludzkiej formie, w ludzkim wyglądzie. Naraz jednak zobaczyli Go takim, jakim jest, co wyznajemy, mówiąc: Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Bóg-człowiek po raz pierwszy namacalnie ukazał swoje bóstwo, pozwolił aby górę wzięła Jego boska natura. Zastanawia mnie – czemu jakby ukrył to wydarzenie, dopuszczając do niego tylko tę trójkę: tego, który się Go zaprze, a później stanie na czele wspólnoty Kościoła; tego, który jako jedyny wytrwa do końca przy krzyżu; i tego, który stanie na czele wspólnoty w Jerozolimie.

Skąd te słowa Piotra – dobrze, że tu jesteśmy? One w kontekście tej sytuacji nie miały sensu. Człowiek Bogu do szczęścia nie jest potrzebny (choć Bóg zatraca się, dosłownie, dla zbawienia człowieka). Bóg bez człowieka byłby tak samo Bogiem, poradziłby sobie. Jednak wypowiedź ta mówi o czymś innym, bardzo ważnym, co jakby wychodzi z Piotra mimochodem. O potrzebie Boga w człowieku, o potrzebie bliskości człowieka względem Boga. Przyczyn można szukać daleko – tak jednak ma być docelowo, w niebie. Bóg z człowiekiem, bez tego, co słabe, małe, złe. Pełnia szczęścia.

Cały ten obrazek nabiera jednak znaczenia dopiero w kontekście tego, co dalej. Życie i misja uczniów nie skończyła się na Taborze tamtego dnia. To było wydarzenie, moment – a potem powrót do rzeczywistości. Dalsze wydarzenia (zaparcie Piotra) pokazały, że może nie od razu i nie zupełnie zrozumieli to, co się dokonało, czego stali się świadkami. Przedsmak nieba, kwadrans z przebóstwionym Jezusem – aby, zachowując to w pamięci, zejść do doliny codziennego życia nie tyle z nową nadzieję, co nadzieją na nowo i trwale ożywioną. Może tylko o to chodziło – aby zachować w pamięci to wydarzenie. Właśnie z Nim w sercu powrócić do tego, co codzienne, nigdy nie tracąc z oczu widoku Przemienienia.

(wszystkie cytaty – poza biblijnymi – pochodzą z książki Marcina Jakimowicza Pełne zanurzenie, o której napiszę następnym razem)

Nie „jak” – a „o co”

Miałem już wczoraj – bo tekst z wczoraj – napisać, ale nie było jak. 

Jezus powiedział do swoich uczniów: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą. Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy. (Mt 7,7-12)
No właśnie. Pół przysłowiowej biedy więc, gdy człowiek się nie modli – po czym postanawia spróbować i zaczyna z Bogiem nawiązywać jakąś relację, stawiając pierwsze, nawet i nieporadne kroki w modlitwie. Co wtedy, gdy modlitwa jest szczera, a jednak Bóg jakby nie tylko był na jej głos głuchy, co nawet działał jakby z premedytacją wbrew woli i prośbie modlącego się? 
Bo nie znamy swoich potrzeb. Bo prosimy o to, co wydaje się potrzebne – a zwykle to nam się źle wydaje. Patrzymy na świat ze swojej, bardzo często materialnej, perspektywy – więc nic dziwnego, że prosimy o typowo materialne rzeczy i sprawy: powodzenie w szkole, awans w pracy, zaliczenie semestru, uzyskanie podwyżki, zdrowie i dobrobyt, załatwienie kredytu. Krąg spraw, które najczęściej omadlamy jest bardzo wąski. Jakby człowiek żył tylko tym, co namacalne. Nic dziwnego, że Bóg tak wybiórczych próśb nie wysłuchuje tak samo jak modlitw tych, którzy potrafią pamiętać o wszystkich potrzebach – tak materialnych, jak i duchowych – i o nie wszystkie prosić. Żyjemy przecież w świecie materialnym, a jednak wyraźnie przez wiarę ukierunkowani ku górze, ku zbawieniu, jakie wysłużył na krzyżu Jezus. Dopiero, gdy o tym pamiętamy i staramy się tak żyć, aby tego finalnego celu nie tracić z oczu, można myśleć o sprawach dalszych, typowo ludzkich. 
Trzeba powiedzieć wyraźnie – nie jest złym, że człowiek troszczy się o kwestie związane z codziennością, tzw. życiem, czyli regulowanie płatności, dach nad głową, sprawy bytowe, jedzenie, opłaty itp. Bez tego nie da się żyć w świecie – a my w nim, tu i teraz żyjemy, więc trzeba sobie radzić. Chodzi o to, aby umieć właściwie rozłożyć akcenty – także w modlitwie – i prosić Boga nie tylko o to, co namacalnie przyda się w tym ziemskim życiu tutaj (jakieś, takie czy inne, dobro, przeliczalne na korzyści materialne), ale także łaski gołym okiem niewidoczne, a o znaczeniu bardzo ważnym dla człowieka wierzącego, który kroczy ku zbawieniu – wytrwałość w wierze, niechęć do grzechu, miłość, bezinteresowność, miłosierdzie; dużo by wymieniać. 
Można być człowiekiem najbardziej nawet wierzącym, a błądzić w modlitwie, szczerej do bólu, bo kierując ją od czegoś, co ma marginalne znaczenie, a pomijając sprawy istotne. Można być zagubionym, daleko od Boga, i jednym prostym westchnięciem Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną wyprosić dla siebie łaski, co do których potrzeby człowiek w ogóle nie zdawał sobie sprawy. 
>>>
Dygresja. W dzisiejszym tekście znajdujemy słowa Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! W firmie dzisiaj – nieprzyjemna sytuacja. Pewien dziwak znalazł zdjęcia jednej z nowych koleżanek, i w firmowej liście dyskusyjnej porozsyłał jej zdjęcia (żadne sprośne – po prostu dorabiała wcześniej jako modelka do reklam), i z bardzo niskich lotów komentarzem rozesłał do wszystkich. Oczywiście, do samej zainteresowanej także to dotarło. 
Jak często ludzie, dla głupiej chwilowej radochy (bo nie można mówić o radości), robią rzeczy po prostu podłe i zupełnie nieprzystające. Jedno dobre – o ile tolerancja na różne rzeczy na owej liście dyskusyjnej jest zwykle bardzo (jak dla mnie – za) duża, to tym razem reakcja większości była zdecydowanie pozytywna.

Regulowanie optyki – iluzje i PR Złego

Dziękuję bardzo za wszystkie ciepłe słowa 🙂 Cały czas gęba mi się szczerzy z radości – i czekam, aż te moje dwa skarby do domku wrócą. Może jutro.
Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem . Lecz on mu odparł: Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych. Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. Odrzekł mu Jezus: Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego. Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon. Na to odrzekł mu Jezus: Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu. (Mt 4,1-11)
Jaki jest największy sukces Złego? Poza tym, że ludzie się nim w ogóle nie przejmują, że w niego nie wierzą. Taki, że mami ludzi iluzjami. Tak samo, jak w tym, wczorajszym niedzielnym obrazku. Wiedział, że Jezus na pewno był wyczerpany – tyle dni postu na pustyni? Po ludzku – zmęczenie, poszukiwanie wytchnienia, spokoju – ale duch umocniony, silniejszy. Co więcej – jaki podstęp od razu. Nie mówi Skoro jesteś Mesjaszem… tylko ciągle Jeśli jesteś. Kwestionuje naturę, posłannictwo i mesjanizm Jezusa.
Sprytny ten Szatan jest. Bo kusi. Skoro, albo o ile jesteś Bogiem – to zrób to czy tamto. Bo przecież możesz. Zmienić kamień w chleb, rzucić z wysokości i przeżyć – żaden problem dla Syna Bożego.Tylko po co? Takk jakby Zły chciał sprawdzić, czy Syn Boży ma Bożą moc, czy jest de facto Bogiem. Upewnić się. To nie jest jakaś naprawdę niskich lotów, prymitywna i prostacka sztuczka. Zły działa delikatnie, niezauważalnie – i to nie na zasadzie, że to, co wydaje się dobre, jest złe; ale on proponuje coś, co przedstawia jako lepsze od tego dobrego, bardziej zachęcające i interesujące. 
Łatwy chleb Pierwsza pokusa to kwestia priorytetów między tym, co materialne, a duchowe. Nie od dziś wiadomo, że ludziom do szczęścia potrzeba panem et circenses, chleba i igrzysk. Wiara? Bóg? No, może potem. Tylko że jak dostaną to, co im się wydaje, że już jest potrzebne, to z lenistwa palcem nie kiwną ponadto. Owszem – człowiek musi jeść i bez jedzenia daleko nie zajdzie. Pytanie – czy jemy tylko tyle, ile potrzebujemy? Czy nie grzeszymy obżarstwem, czy nie marnujemy pokarmu? Pożywienie dla ciała to sprawa podstawowa – ale co da najbardziej nakarmione i wytrzymałe dzięki temu ciało, kiedy duch słaby? Słowo Boże jest kreatywne, napełnia nadzieją i pozwala człowiekowi wytrwać, gdy tego chleba brakuje, i znaleźć siłę do uczciwego walczenia o ten chleb. Bez Boga – można opływać w dostatki, mieć pełno chleba, i nawet dzielić się nim niby z innymi, faktycznie rozdając kamienie. 
Faryzejska interpretacja Druga pokusa zahacza o faryzeizm. Przecież Zły wykazuje się niczym innym, jak znajomością Pisma – w czym także faryzeusze byli biegli. A przecież i oni, i on, pobłądzili zupełnie. Może się wydawać – przecież jestem wierzący, Biblię czasem otworzę, poczytam, cytatów sporo znam, więc jestem obeznany w tych sprawach. Pozorna wiedza może się jednak bardzo łatwo okazać przywłaszczeniem i zmanipulowanym wykorzystaniem – w tym wypadku słów Biblii – w zupełnie innym celu, posługując się po prostu wyrwanym z kontekstu fragmentem. Zły nie mylił się – przytoczone przez niego słowa znalazły się w Piśmie Świętym. Czy to znaczy, że miał rację? To zabrzmi paradoksalnie – ale Boże Słowo może być, jak widać, używane przeciwko samemu Bogu. Nie mówiąc, że zahacza to o łamanie III przykazania – nie będziesz brał imienia Pana Boga twego nadaremno. Czym innym jest podpieranie swoich pokrętnych teorii fragmentami Biblii? Słowo Boże jest do zasłuchania się w nim, a nie do kombinowania na jego podstawie. 
Inna władza, inna perspektywa Trzecia pokusa dotyka tego, co fundamentalne, podstawowe i kluczowe – pozycji Boga jako Pana, Stworzyciela i Władcy świata. To brzmi dość zabawnie – Zły proponuje Synowi Bożemu coś, co Bóg i tak posiada. Władza może być różna. Zły nie posunie się do zakwestionowania Bożego zwierzchnictwa nad światem – ale próbuje pokazać dużo zbytku, bogactwa, dostatku, żeby zanęcić. Dalsze losy Jezusa pokażą – nie taka jest jego władza. Żadne pałace, majątki, dobra i włości – cierpienie, biczowanie, męka, krzyż, korona owszem ale cierniowa. Król, i to jedyny prawdziwy, w przeciwieństwie do Złego – ale w inny sposób. 

Ten obrazek pokazuje, że Wielki Post to dobry moment, aby pewne sprawy sobie uświadomić. Jak choćby to, że w życiu wiele (większość?) nie jest tym, na co wygląda, czym się z pozoru zdaje. Nie chodzi o jakąś teorię spiskową – ale świadomość, że ładne opakowanie, plakaty i neony wrzeszczące o promocji, nie oznacza, że to jest cokolwiek nawet nie fajnego, ale choćby przydatnego. Idąc dalej – Bóg nie jest złotą rybką, ale nie oznacza to, że działa jakoś przeciwko nam, choć coraz częściej jest obwiniany, dosłownie i w przenośni, za (prawie) całe zło świata. On widzi o wiele dalej i bardzo często prowadzi do sytuacji, które my jesteśmy w stanie zrozumieć i docenić z jakiejś tam perspektywy czasu (o ile w ogóle).
Bóg jest po naszej stronie, zawsze. Jeśli ktoś, nawet tak podstępnie jak Zły w przypadku Adama i Ewy, próbuje twierdzić, że jest inaczej, powinna się od razu zapalić w głowie lampka alarmowa. Niestety, Zły podstępny jest i pomysłowy – więc często kończy się to łatwowiernością ludzką, która prowadzi do tragedii. Bo skoro Bóg daje coś, a ten tutaj coś w sposób oczywisty (oczywiście, ale z pozoru) lepszy, to trzeba brać. Tylko że potem za późno już jest. 
Jak często człowiek – ja – daję się oszukać, że moim przeciwnikiem jest Bóg. A kwestia jest podstawowa – komu wierzę. Jeśli jestem pewien, gdy wiara jest głęboka, to podejmę dobrą decyzję. O ile nie dam się iluzji złego. O ile nie dam wyrosnąć ziarnu niepewności, które umiejętnie sformułowaną myślą, przekazem, Zły zasieje w sercu. Jeśli ziarenko wpadnie w dobrą glebę – reszta toczy się szybko, bo lubimy wszystko zawdzięczać sobie, móc powiedzieć, że sam to zrobiłem, a nie otrzymałem od kogoś. Skądś to znamy? Tak, sam Zły – Szata, Lucyfer – chociaż był w szeregach anielskich pierwszy przed Bogiem, odrzucił to wszystko i stanął w opozycji wobec Niego, bo chciał sam władać. 
Nie potrafimy przyjmować nic za darmo, także miłości – wszystko chcemy nawet nie tyle zawdzięczać, co po prostu móc przypisać samemu sobie. Warto zrozumieć, że tak się nie da funkcjonować, że nie wszystko można i da się samemu. Człowiek sam się nigdy nie zbawi – może pozwolić, aby zbawił go Bóg. Dużo zależy od tego, czy i jak stawimy czoło pokusom, co i jak zrobimy, gdy się pojawią. A pojawią się na pewno. Jeśli wydaje mi się, że ich nie ma – to jest do najlepszy dowód na pierwszy sukces Złego, udaną iluzję. Zatem – czas najwyższy na pustynię, żeby wyregulować optykę.

Zostałem tatą

Tak po prostu. 
 
Na skutek dość złożonych wydarzeń dnia wczorajszego, z początku dość niepokojących, zakończonych cesarskim cięciem, urodził się nasz Dominik. 2490 g i 50 cm szczęścia. Malutki, ale zdrowy. Oboje z mamą czują się dobrze.
Chyba nigdy się tak mocno nie modliłem, jak właśnie wczoraj, gdy żona trafiła do szpitala.
I znowu – nadzieja nie zawiodła.

Zacznij post z nadzieją

Jezus powiedział do swoich uczniów: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę, powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Gdy się modlicie, nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni wygląd ponury, aby pokazać ludziom, że poszczą. Zaprawdę, powiadam wam: już odebrali swoją nagrodę. Ty zaś, gdy pościsz, namaść sobie głowę i umyj twarz, aby nie ludziom pokazać, że pościsz, ale Ojcu twemu, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. (Mt 6,1-6.16-18)
Czas płynie swoim rytmem. Który to już raz staję u progu Wielkiego Postu? Wychodzi, że 26. Pytanie trudniejsze – który raz świadomie? I jakby jeszcze drążąc – ile razy ten post był owocny, udany, coś mi dał? To pytania trudne, ale ważne. Jeśli człowiek chce się za coś brać, i ma to mieć sens – trzeba do tego podejść poważnie. Udawanie nie ma sensu, można próbować oszukiwać siebie i ludzi naokoło – Boga nie oszukasz. 
Niektórzy mówią, że post to czas, w którym człowiek ma uporządkować siebie, postarać się bardziej żyć z Bogiem, i samym Bogiem, uporządkować z Nim relację. Generalnie – racja. Bo Wielki Post ma być czasem, kiedy my z własnymi zachciankami, swoim przerośniętym często-gęsto ego, mamy ustąpić pola – właśnie Bogu. To jest podstawa. Dopóki – czy to w Poście, Adwencie, czy kiedykolwiek – będziemy widzieli tylko siebie i skupiali się jedynie na sobie, nic nie zdziałamy. Pierwsza sprawa to dopuszczenie Boga do głosu. Jeśli coś zmieniać – to trzeba wiedzieć najpierw, co. Dalej – trzeba wiedzieć, jak – i tutaj też kreatywność jest mile widziana, natomiast Bóg podsuwa wypróbowane sposoby. Czyli przewartościowanie – chociaż spróbuję, aby to On był na pierwszym miejscu, i On sam wskazał, jak te porządki ze sobą zrobić.

Kiedy uda się poprzesuwanie tego wszystkiego, co we mnie, żeby zrobić Bogu trochę miejsca – trzeba zacząć działać. Dałem coś z siebie, okazałem dobrą wolę i chęć zmian – i na pewno widzę, że to, co wymaga zmian, na tle tego lekkiego przewartościowania staje się widoczne, jakby bardziej jaskrawe. Teraz, na spokojnie, jakby bardziej rzuca się w oczy, nie pasuje do tego, co jako wierzący, chrześcijanin, deklaruję; do tego, jak moje życie, decyzje, postępowanie powinno wyglądać w świetle tego, co twierdzę, że wyznaję. Z natury jesteśmy dobrzy – więc to, co tak do końca dobre nie jest po prostu odstaje. Teraz najtrudniejsze – trzeba się zabrać i zmienić ten stan rzeczy, żeby całość tego, co się składa na mnie, była spójna, jednolita, żeby nic nie odstawało. 
To jest trudne. To jest bolesne. To może zdawać się ponad moje siły – im trudniejsza, bardziej delikatna materia; im więcej zaniedbań, im dłuższe było pielęgnowanie jakby w sobie, czy w najlepszym wypadku po prostu tolerowanie tego, co niewłaściwe. Mniejsza o detale – jakiś nałóg, coś co uderza w zdrowie (więc i życie), czy coś w sposobie bycia; a może jakaś nieuleczona relacja, która gdzieś ciągle uwiera. Bóg jest Panem wszystkiego – nie ma dla Niego rzeczy, które nie dały by się poskładać, nawet gdy coś rozsypało się w drobny mak, dawno temu, i po ludzku nie ma nadziei na poskładanie tego. Tutaj wychodzi bardzo ważna kwestia – poza działaniem potrzeba wiary w możliwość tej przemiany. Bóg zadziała i pomoże – ale gdy ty uwierzysz, że przemiana może się dokonać, zaistnieć. 
Jezusowi także było bardzo trudno, gdy uświadamiał sobie, co Go czeka. Czy o tym wiedział? Wydaje mi się, że nigdy nie zwątpił w to, że Bóg Ojciec ma w stosunku do Niego konkretny plan, który On musi za wszelką cenę wykonać. Postawa w Ogrójcu dobitnie pokazuje – Jezus, przecież człowiek, bał się, gdy stało się jasne, dokąd Jego droga prowadzi. Ojcze, jeśli możliwe, oddal ode mnie ten kielich. Ale nie moja, lecz Twoja wola niech się stanie. Wiedział, że czeka Go męka po ludzku praktycznie nie do zniesienia – biczowanie, przesłuchania, lżenie, ciosy, chłosta – i to napawało Go przerażeniem. Ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że innej drogi nie ma. Że tą, najtrudniejszą nawet z dróg, ale Jego własną, musi dojść do końca. I zrobił to, z miłości do człowieka, do każdego z nas. Tak samo jest z pracą, która u progu Wielkiego Postu czeka na każdego, kto ten czas bierze na serio, chce dobrze wykorzystać – trud, wysiłek i wyrzeczenia. Ale warto. 
Bardzo ważne jest uświadomienie sobie – nic nie muszę. Bo tak to naprawdę wygląda. Wyrzeczenia postne to żaden obowiązek. Tego, tak samo jak wiary, Boga, nie można narzucić. One tylko wtedy mają sens, i tylko wtedy w ogóle zaistnieją, można o nich mówić, gdy wynikają ze świadomości człowieka, który dochodzi do momentu, gdy zdaje sobie sprawę, że bez Boga ani rusz, i aby z Bogiem żyć, trzeba pewne rzeczy zmienić lub co najmniej uporządkować. Post nie jest sam w sobie celem – bo i nie każdy może zawsze pościć. Cytowany już kiedyś o. Leon Knabit OSB powiedział:

Jeśli post – na przykład dwa razy w tygodniu o chlebie i wodzie – miałby mi zaszkodzić i uniemożliwić normalne życie, to znaczy, że nie jest dla mnie. Mogę wtedy pościć od czegoś innego, choćby od głupiego gadania. (…) Post jest po to, aby stać się wolnym, a nie udręczonym. 

Post, ten zewnętrzny, to forma (nawet ostatnio o tym pisałem). Tylko forma. Musi być jeszcze treść, żeby całość była spójna i wiarygodna. Treścią może byś samo tylko uświadomienie sobie – Panie Boże, bez Ciebie nie dam rady, pomóż, wskaż drogę, poprowadź. Czasami może się okazać, że w konkretnym przypadku człowieka samo uświadomienie sobie tego i wypowiedzenie takich słów, czyli de facto modlitwa, będzie jedynym efektem dobrze przeżytego Wielkiego Postu. To wystarczy. Czasami nie o spektakularne formy postu czy jałmużny chodzi. Wielki Post to nie czas poszczenia dla poszczenia, przymusowego dawania jałmużny. To czas, który ma nas odmienić, uczynić lepszymi, pomóc zrozumieć prawdę o sobie i uświadomić słabości, a także powalczyć z nimi.

Jedno jest bardzo ważne. W tym wszystkim nie można tracić z oczu celu, ukoronowania rozpoczynającego się Wielkiego Postu – a więc Niedzieli Zmartwychwstania z najbardziej dobitnym chyba symbolem zwycięstwa Jezusa, czyli pustym grobem. Bo Wielki Post ma być pięknym przygotowaniem do celebrowania zwycięstwa NADZIEI. Tak się złożyło, ja akurat książkę Nad przepaściami wiary – wywiad-rzekę Elżbiety Adamiak i Józefa Majewskiego z o. Wacławem Hryniewiczem OMI, wielkim zwolennikiem i propagatorem teorii powszechnego zbawienia. Niby przypadek, a wydaje się to pięknym wstępem do refleksji wielkopostnej – przeżywania tajemnicy męki, krzyża, ale zawsze mając w pamięci to, do czego doprowadziły. Do nadziei, która się nie kończy. Zacytuję zakończenie tej książki, swoiste wyznanie o. Hryniewicza:

Chciałbym być człowiekiem nadziei i umieć dzielić się nadzieją. Chciałbym być w jakimś sensie także współpracownikiem Boga nadziei. (…) W swoim życiu szukam teologii bardziej wyrozumiałej, bardziej ludzkiej, bliższej doświadczeniu ludzi. Czy jest to chodzenie nad przepaściami wiary? Osobiście nie mam takiego odczucia. Boję się teologii wpędzającej ludzi w rozpacz. Boję się teologii serwującej ludziom beznadzieję, trwogę, lęk przed Bogiem. Boję się teologii tak mówiącej o sprawach ostatecznych, że ludzie ze strachem i grozą odchodzą z tego świata, tak żegnają ziemię swojego dzieciństwa, swoich lat dojrzałych, swojej starości. Nieraz z poczuciem daremności i niespełnienia. Czy mają odchodzić bez nadziei? Boję się teologii lamentującej nad ludzkimi grzechami, zestawiającej katalogi grzechów, osądzającej ludzi, tworzącej atmosferę osądu. Boję się teologii płaczliwej, która nie ma słów pocieszenia dla ludzi. (…) Przez lata powtarzałem sobie: nie proszę o to, abym widział odległe sceny. Zostawiam je zdumieniu na później. Starczy mi ten jeden krok. One step enough for me. A jeżeli był to krok nadziei, to mogę być tylko wdzięczny Bogu, że prowadził mnie taką drogą. Jeżeli pobłądziłem, to skoryguje mnie wspólnota wierzących. Jestem w długim szeregu ludzi, którzy tę nadzieję wyznawali, głosili, pisali o niej, czasami może z drżeniem i lękiem. A jednak z wewnętrznego imperatywu sumienia. Jeżeli chodzę nad przepaściami wiary, to unoszą mnie nad nim skrzydła nadziei. Ona mówi: Bóg jest większy niż nasza wiara. Bóg jest większy niż nasza nadzieja.

Na marginesie – książka jest dla mnie swoistym objawieniem. Choć autor miał problemy z Kongregacją Nauki Wiary, niektóre myśli w niej zawarte dotarły do mnie jako coś bardzo oczywistego, a jednak sam nigdy na to nie wpadłem. Książka tchnie zdrowym optymizmem i jest po prostu rzeczowym wyjaśnianiem teorii, w której zbawienie staje się udziałem wszystkich ludzi. Nie chodzi bynajmniej o negowanie piekła czy czyśćca – co o próbę zrozumienia tego, czym one są, wbrew temu, co się przyjęło o nich mówić. Książkę bardzo serdecznie, choćby w ramach lektury postnej, każdemu polecam – bo poza wyjaśnieniem, co i jak z tym powszechnym zbawieniem chodzi, dotyka bardzo wielu ciekawych innych kwestii.

Zatem ruszamy. Wchodzimy do izdebek swoich serc, aby je ogarnąć, stawić im czoło, posprzątać i uporządkować. Może to wiele kosztować, wysiłku, zaparcia, ale warto. Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Wielki Post to wspaniały czas nowej nadziei, nowej możliwości danej przez Boga – i tylko takie przeżycie go, oczywiście w zadumie nad tajemnicami męki i śmierci Jezusa, ma sens. Tylko wtedy przez tę pustynię można dojść na drugi brzeg – do pustego grobu.

Czepianie się słówek

Uczeni w Piśmie i starsi posłali do Jezusa kilku faryzeuszów i zwolenników Heroda, którzy mieli podchwycić Go w mowie. Ci przyszli i rzekli do Niego: „Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i na nikim Ci nie zależy. Bo nie oglądasz się na osobę ludzką, lecz drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie? Mamy płacić czy nie płacić?”. Lecz On poznał ich obłudę i rzekł do nich: „Czemu Mnie wystawiacie na próbę? Przynieście Mi denara, chcę zobaczyć”. Przynieśli, a On ich zapytał: „Czyj jest ten obraz i napis?”. Odpowiedzieli Mu: „Cezara”. Wówczas Jezus rzekł do nich: „Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga”. I byli pełni podziwu dla Niego. (Mk 12,13-17)
Boga nie ma co wystawiać na próbę. Ewangelista zapisał wprost to, co z pewnością kierowało tymi, którzy przyszli do Jezusa i pytali Go. Nie chodziło o uzyskanie odpowiedzi na nurtujące ich pytanie, ale uczepienie się jakiegoś słowa, zwrotu czy sformułowania, aby móc zarzucić Jezusowi niezgodność postępowania w kontekście przepisów prawa żydowskiego. 
Jeśli wierzyć, że dosłownie takie słowa padły z ich ust – już na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo są w błędzie. Czy Jezusowie na nikim nie zależy? Czy Jezus nie ogląda się na osobę ludzką? Przecież dokładnie na odwrót. Prawda – Jezus mówi wprost, że ani kreska, ani jota w prawie nie zostanie zmieniona, aż się wszystko wypełni (Mt 5, 18); że nie przyszedł On sam jako Mesjasz aby prawo znieść, lecz aby je wypełnić (Mt 5, 17). Jezus szanuje prawo i przestrzega go, ale rozumie, że prawo nie jest celem samym w sobie, ale środkiem, który służyć ma człowiekowi. Człowiek powinien je wypełniać, zachowywać, ale nie można – jak to prezentowali i narzucali innym faryzeusze – uznawać prawo de facto jako wartość najwyższą, samą w sobie. Dał temu przykład choćby wtedy, gdy On i Jego uczniowie łuskali kłosy w szabat (Mt 12, 1-8). 
Tam też padają znamienne słowa – chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Nie forma jest najważniejsza, a to, co formę wypełnia, czyli treść. Prawo ma prowadzić człowieka, proponować pewne ramy. Nie na zasadzie ograniczeń bo tak ale aby ułatwić, nakierować – tędy pójdziesz, a dojdziesz do celu. Więc w centrum jest człowiek i troska o jego zbawienie, a nie uczynienie zadość przepisom prawa. Naprawdę, trudno o coś głupszego, niż twierdzenie, że Bogu na nikim nie zależy. To najlepiej pokazuje, jak bardzo człowiek może zbłądzić – i to człowiek, który z założenia wydawał by się wykształcony w materii religijnej, a do tego praktykujący, modlący się, utrzymujący relację z Panem. Czy to tylko kwestia złego rozłożenia akcentów – środek a cel – czy też zła wola? 
Zastanawiające jest – kto był pełen podziwu dla Jezusowej odpowiedzi, i dlaczego? Czy ludzie, którzy pewnie obserwowali sytuację, czy sami faryzeusze? Ci ostatni – z pewnością byli pełni podziwu, ale jeszcze bardziej zirytowani tym, że Ten, którego chcieli przecież zdemaskować jako fałszywego mesjasza, po raz kolejny wymknął im się z rąk. Co więcej – praktycznie publicznie ośmieszył ich wiedzę – skierowany przeciwko niemu podstęp odwracając przeciwko im samym.
Na marginesie już – z tym oddawaniem to też wybiórczy jesteśmy. Jak przychodzi do oddawania cezarowi (fiskus, państwo, ubezpieczenie) czy na swoje zachcianki – to pomarudzimy i oddajemy; w końcu idzie to na konkretny cel, na coś, co wymiernie widzimy, odczuwamy, co ma widoczne efekty w postaci stanu posiadania, miejsca zamieszkania, świadczeniach czy wygodach. Lubimy to, chcemy żeby tak było nadal – więc ciułamy i oddajemy. A Bogu? On jakoś się tak bardzo nie narzuca. I jeszcze tylu mówi, że Go nie ma, że po śmierci to nic nie ma. Więc… Jaki to interes? Wydawało by się – niepewny. E, pomyślę o tym później. Nawet mimo tego, że po ludzku – w przeliczeniu na dobra, środki – utrzymywanie relacji z Bogiem, modlitwa, nic nie kosztuje (pewien skrót myślowy – przekonania religijne mogą prowadzić do tego, że osoba je wyznająca nie podejmie się czegoś opłacalnego, co stoi w sprzeczności z jej przekonaniami; to się nazywa konsekwencja). Skoro więc oddajemy – to oddawajmy uczciwie: każdemu to, co się należy. Bogu też.

Wy-trwajcie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Trwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili i by owoc wasz trwał, aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. (J 15,9-17)
Ten tekst jest mi bardzo bliski. Nie tylko dlatego, że jest piękny sam w sobie. To słowa, które wybraliśmy z żoną do naszej liturgii ślubnej. Czas leci szybko, niebawem 2 lata miną od tamtej sierpniowej soboty. 

Bo miłość ludzka to nie tylko chemia, motyle w żołądku czy zwierzęcy magnetyzm i sama przyjemność – choć wielu tak dzisiaj chce miłość rozumieć, coś takiego miłością nazywać. Prawdziwa miłość między dwojgiem ludzi to przede wszystkim miłość miedzy mężczyzną a kobietą. Niby oczywiste? Dla mnie, i zakładam że dla większości, tak – ale to, co widać naokoło pokazuje, że nie dla wszystkich, i niektórzy uważają, że miłość jest możliwa w konfiguracji każdy z każdym.  
Prawdziwa miłość ludzka to odzwierciedlenie miłości Boga do człowieka, jakby obraz tej miłości. Jezus mówi wprost – jak Ojciec, jak ja, tak i wy macie się miłować. Mamy trwać w tej miłości – nie tylko miłości samych siebie, co w miłości, która jest następstwem i twórczą realizacją miłości Bożej. Miłość między ludźmi może przetrwać tylko, gdy jest zakorzeniona w miłości Bożej. Tylko taka miłość będzie prawdziwa. Co więcej – tylko taka miłość będzie niosła prawdziwą radość, nie tylko gdy jest lekko, łatwo i przyjemnie, ale także gdy pojawią się w życiu trudności i problemy, co jest naturalne i normalne (a udawanie, że zawsze będzie kolorowo to po prostu nieodpowiedzialność i oderwanie od rzeczywistości).
Jaka jest prawdziwa miłość? Przede wszystkim trwała. Miłość to oddanie życia i ofiarowanie samego siebie dla drugiego, ukochanego, człowieka. Spalanie się dla niego w codziennym życiu. Miłość to fascynacja, ciągły zachwyt, zdobywanie się nawet w małżeństwie każdego dnia (zamiast monotonii) – ale także przyjaźń, która miłość po prostu ubogaca. 
Miłość to wybór drogi miłości i wierność wyborowi – bodajże św. Augustyn tak powiedział. Jesteśmy powołani do miłości – niektórzy miłości realizowanej w powołaniu zakonnym lub kapłańskim, ale większość poprzez zakładanie rodziny, gdy odnajdziemy ukochaną osobę. To jest wybór, jaki proponuje nam Bóg. On nie narzuca osoby, nie narzuca czasu. Mamy pełną wolność i swobodę – niektórzy dopiero u schyłku życia odnajdują drugą połówkę. Bóg wybiera nas do tego, abyśmy byli szczęśliwi w swojej drodze, w swoim unikalnym i wyjątkowym życiu. A owoc tej miłości między dwojgiem ludzi? Nowy człowiek, ukochane dziecko, które w miłości rodziców wzrasta i dojrzewa, otoczone ich opieką i troską.
Tak, może upraszczam – bo mówię tylko o miłości w kontekście relacji między dwojgiem ludzi, między docelowo małżeństwem. Ten tekst tylko do takiej płaszczyzny i takiego rozumienia się nie ogranicza – mówi o najważniejszym przykazaniu, przykazaniu miłości drugiego człowieka, bezwarunkowym, nie tylko w kontekście małżonka czy miłości życia. Jednak w tej chwili w moim życiu najbardziej odczytuję to znaczenie. W końcu, już pewnie jakoś w przeciągu tygodnia, nasza rodzina się powiększy – a do tego tekst ewangelii ślubnej…
Zastanawiam się tylko, czemu zapamiętałem kawałek tego tekstu w formie Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej!?

Błogosławiony upór ślepca, który wierzył dalej niż inni

Gdy Jezus wraz z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. Ten słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”. Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: „Synu Dawida, ulituj się nade mną!”. Jezus przystanął i rzekł: „Zawołajcie go!”. I przywołali niewidomego, mówiąc mu: „Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię”. On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego: „Co chcesz, abym Ci uczynił?”. Powiedział Mu niewidomy: „Rabbuni, żebym przejrzał”. Jezus mu rzekł: „Idź, twoja wiara cię uzdrowiła”. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą. (Mk 10,46-52)
Na początku – niuans językowy. Bartymeusz, a dokładniej bar Tymeusz to nic innego jak syn Tymeusza. Więc chyba tak nie do końca znamy imię tego człowieka – coś bardziej na kształt nazwiska, jak w wypadku Szymona, syna Jony czyli Piotra. Tłumacząc dosłownie zatem pierwsze zdanie – wyszło by coś na kształt syn Tymeusza, syn Tymeusza 🙂 
Co nam mówi, na co zwraca uwagę ten obrazek? Na to, że Bóg zawsze wsłuchuje się i wyłapie głos człowieka, który się do Niego zwraca, prosi z wiarą. Nawet, gdy ta prośba innym ludziom wydaje się z jakiegoś powodu nie na miejscu, dziwna, niepotrzebna czy po prostu niewłaściwa (szczególnie w sytuacji, gdy w samej prośbie nie ma nic złego – a po prostu w danym kontekście sytuacyjnym ktoś powie ale to nie wypada tak…). 
Bartymeusz to przede wszystkim przykład wielkiej wiary, i to wiary głęboko zakorzenionej, wytrwałej, która nie zwraca uwagę na przeciwności i nie poddaje się im. Był niewidomy – więc mógł kierować się co najwyżej słuchem, więc zasłyszanymi o Jezusie opowieściami, a przede wszystkim nie tyle o Nim samym, co o Jego cudach i niewytłumaczalnych wydarzeniach, jakie dokonywały się z Jego udziałem. Niejednego chorego uzdrowił. Nie dość to, dodatkowo jeszcze można sobie wyobrazić, że był uciszany w tym swoim wołaniu do Boga przez tych, którzy byli wokół niego, a którzy pewnie tłumnie otaczali Jezusa, odprowadzając Go, gdy wychodził z miasta. 

Potencjalnie więc, jaka była jego siła przebicia? Żadna. Nie widział, więc nie mógł po prostu podejść sam z siebie do Jezusa. Szukał Go, zwracał się do Niego – i wielu, jak czytamy, miało mu tę śmiałość i odwagę za złe. Wnikanie w przyczyny nie ma sensu – może po prostu zazdrościli Bartymeuszowi tej bezpośredniości, z jaką publicznie on, kaleka, wołał do tego cudotwórcy? Ewangelista nie opisał szczegółów, ale można sobie wyobrazić, że nie obyło się tam bez kuksańców, przepychanek – jak to w tłumie. Sam Bartymeusz był jakby na przegranej pozycji, ze swoim kalectwem, nawet w zakresie kwestii tak prostej jak dojścia do Jezusa. Bardzo tego pragnął, chciał zamienić z Nim słowo, prosić o uleczenie – ale potrzebował do tego pomocy osoby trzeciej, która by go poprowadziła, a zamiast tego miał przeciwko sobie wrogość tych, którzy wokół Jezusa się zgromadzili. 
Co Jezusa urzekło w tym bartymeuszowym wołaniu? Zwróć uwagę – on nie prosił o zdrowie. On prosił o litość nad sobą, nad swoim życiem, nad dramatem swojego kalectwa. Synu Dawida, ulituj się nade mną! Głęboka prośba człowieka przekonanego, że Ten, do którego kieruje swoje słowo, ma moc, aby zaradzić jego sytuacji, pomóc mu. 
Zastanawiająca, w ludzkiej przewrotności, jest zmiana, jaka zachodzi w tłumie. Przed chwilą uciszali niewidomego żebraka, pewnie znanego ludziom z widzenia. Teraz, gdy sam Jezus zauważył Bartymeusza i przywoływał go – całkowita odmiana, on sam znalazł się w centrum uwagi, inni poklepują go więc,  pomagają, pewnie nakierowując na Jezusa, wskazując, gdzie znajduje się Pan. Jestem przekonany, że tutaj także nie wszystko było szczere, na pewno była zazdrość innych, którym zabrakło czegoś – odwagi? wiary w proszeniu?- aby wyartykułować swoją prośbę. W tej jednak chwili wszystkie oczy zwracają się na Bartymeusza – w końcu Pan go wzywa. 
Piękny przykład interakcji, tego jak relacja na linii Bóg-człowiek powinna wyglądać. Podstawa – człowiek w tego Boga musi wierzyć. Wtedy proszenie Go ma sens. Wtedy Bóg na prośbę odpowiada, tak jak Jezus zwrócił się do Bartymeusza. Nawiązuje się dialog – człowiek zwraca się ku Bogu, zmierza do Niego, przedstawia swoją prośbę, konkretyzuje ją. Tak to ma działać, i tak to działa. Jeśli nie – to znaczy, że coś w tej relacji nie gra, czegoś brakuje. 
Piękne jest zakończenie tej historii. Znowu – ważne są słowa. Jezus nie mówi idź, oto cię uzdrawiam czy idź, bądź uzdrowiony. Jezus jakby podsumowuje postawę Bartymeusza. W innym miejscu, do setnika,  powie – według twojej wiary niech ci się stanie (Mt 8, 3). Bóg ma moc, Jezus może uzdrawiać, obdarzać łaską. Co dokonuje cudu? Współpraca tej łaski z wiarą człowieka. Albo na odwrót – wiary z łaską, bo łaski Bogu nie brakuje, za to człowiekowi wiary bardzo często, niestety. Idź, twoja wiara cię uzdrowiła. W tym jest rzecz. Aby przyjść do Boga i prosić, będąc zdolnym do przyjęcia Jego łaski. Samo proszenie – nieszczere, bez wiary – psu na budę.

Modlitwa obecności

Modlitwa – obecność. (o. Andrzej Madej OMI, Pamiętnik wiejskiego wikarego)

Krótka myśl. Nawet nie zdanie. Zamiast tego myślnika – mógłby być znak równości.

Modlę się, bo wierzę. Skoro wierzę, to staram się przebywać z Tym, w którego wierzę. Skoro wierzę, to wiem, że Bóg sam we własnej osobie, nie pozostawiając w tym samym momencie samym sobie innych, jest w wyjątkowy i indywidualny sposób, tu i teraz, właśnie ze mną. Nigdy nie jestem sam. 
Modlitwa to obecność. Modlitwa to radosna świadomość Jego obecności, ciągłej, permanentnej, podtrzymującej na duchu, towarzyszącej bez względu na okoliczności, sytuację, emocje. 
Jaka jest zatem doskonała modlitwa? Modlitwa obecności właśnie. Modlitwa, która jest ciągłą świadomością Jego obecności, takim świadomym z Nim przebywaniem, cały czas, bez względu na to, co w danej chwili robię, czym się zajmuję. Modlitwa jak oddech – myśli i porywy serca skierowane do Niego, czy odpoczywam, pracuję, uczę się, spędzam czas z bliskimi. Serce i myśli w tym, co robię, zwrócone zawsze do Niego. Stojąc zawsze w świadomości Jego obecności.