Niedowiarstwo czy zapobiegliwość?

W związku z beatyfikacją – niedzielnie, z lekkim poślizgiem.
Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: Widzieliśmy Pana! Ale on rzekł do nich: Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: Pokój wam! Następnie rzekł do Tomasza: Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż /ją/ do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym. Tomasz Mu odpowiedział: Pan mój i Bóg mój! Powiedział mu Jezus: Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej książce, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc mieli życie w imię Jego. (J 20, 19-31)
Bardzo lubię ten fragment – i to nie tylko dlatego, że jakby postacią pierwszoplanową jest tutaj mój imiennik. To tekst tak bardzo mój, nasz, ludzki. To słowa, które opisują sytuację jak bardzo często nam – a na pewno mnie samemu – bliską. Brak wiary, nieufność. No właśnie. Niedowiarstwo czy zapobiegliwość, dokładność? 
Bo tak, po prawdzie – kto z uczniów był takim wiarkiem, jeśli chcieć ich dzielić na wiarków i niedowiarków? Chyba tylko młody Jan – ten, który jako jedyny nie uciekł, doszedł do krzyża, wytrwał, ujrzał i uwierzył widząc tylko (nie potrzebował nic więcej) pusty grób (J 20, 9). Nie mówiąc o tym, że – gdyby chcieć być precyzyjnym – grecki tekst ewangelii posługuje się sformułowaniem apistos – co bardziej pasowało by przetłumaczyć jako niewierzący (sucho, obiektywnie, opisowo) a nie niedowiarek (emocjonalnie, subiektywnie). 
Najpierw tło. Grupka ludzi, pewnie 11 plus kobiety, którzy jeszcze tydzień wcześniej deklarowali i pewnie wewnętrznie byli gotowi do walki z Jezusem, za Jezusa, za Jego naukę i słowa. Tych deklaracji na wiele nie starczyło – jak już napisałem, pomijając jaskrawy przykład zdrady Judasza i spektakularne potrójne zaparcie się Piotra, pozostali po prostu pouciekali, i tylko najmłodszy, Jan, był z Jezusem (wyjąwszy uwięzienie) przez całą drogę krzyżową, aż do męki i śmierci na Golgocie. Nie potrafili się w ogóle pozbierać po Wielkim Piątku. Bali się, stąd pozamykali się w wieczerniku, ostatnim miejscu, gdzie byli razem z Nim. Co dalej? Tego nikt nie wiedział. Jak często tak samo ja postępuję – zwinąć się w kłębek, schować przed światem, byle dalej, ukryć wszystkie słabości, strach, ból, żal, zawiedzione nadzieje. 
Bóg jest odpowiedzią na to wszystko. Nie wyważa, rozwala drzwi, nie wparowuje na czele zastępów anielskich gotowych rozwalić i rozgonić na cztery strony świata przeciwników i zabójców Jezusa. Po prostu – stanął pomiędzy nimi, pojawił się cicho, niepostrzeżenie, nie ingerując jakoś w – napiętą, posępną i gęstą dość – atmosferę, jaka panowała w wieczerniku. Z czym przychodzi? Z odpowiedziami? W pewnym sensie – tak, w końcu taką odpowiedzią jest sam. Przynosi pokój – to, czego tamtym najbardziej chyba w owej chwili brakowało. Żeby się pozbierać, zebrać myśli, zastanowić się na chłodno, porzucić lęk i zwątpienie – i patrzeć oczami serca, widzieć to, czego On dokonał, że to naprawdę On, żyjący, zwycięski. Pokój – największy, poza zbawieniem, owoc krzyża i zmartwychwstania. Dopiero na nim można budować.
Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane. To przede wszystkim do tych, którzy negują czy to istotę spowiedzi jako takiej, czy też jej pochodzenie i uprawnienie następców apostołów do bycia jej szafarzami. To nie człowiek odpuszcza grzechy, to nie człowiek uwalnia od tego brudu i syfu – człowiek jest tylko prostym i bardzo często dalece bardziej od penitenta niedoskonałym narzędziem, jakim Bóg się posługuje, aby odnowić tego, który klęka i żałuje za grzechy. Tak, ksiądz może moralizować, może nie wiedzieć, co powiedzieć w konfesjonale – a czasami może powiedzieć jedno zdanie, które starczy więcej niż wiele innych. To przestrzeń, w której liczą się dwie sprawy – otwarte serce, skrucha i chęć zmiany penitenta, i wiara w działanie Boga bogatego w miłosierdzie. Spowiednik – raz lepszy, raz gorszy, ale jest tylko szafarzem. Warto o tym pamiętać, aby nie uprzedzać się do spowiedzi jako takiej bo ksiądz mi powiedział…
Bóg daje Ducha. Od człowieka zależy, co z tym fantem zrobi. Tamci z wieczernika otworzyli się na tego Ducha z radością. Nie dość, że okazało się, że Jezus żyje – to nie pozostawia ich samym sobie, ale zsyła Pocieszyciela, czego dopełni w dniu Pięćdziesiątnicy. Duch Boży jest w nas, w środku. Szukamy Go często naokoło, w innych, wokół siebie – a jest tuż, tuż, pod nosem. Bez względu na to, co myślę o sobie, jak bardzo wszystko wydaje mi się pesymistyczne – jestem dzieckiem Bożym. Stworzonym na obraz Boga Ojca, odkupionym przez Syna Bożego, a teraz jeszcze napełnionym Duchem Świętym. 
No i ten Tomasz. Czy to, czego żądał, było oznaką braku wiary? A może on widział, co widział, chciał uwierzyć pozostałym – ale musiał być pewny? W końcu te rany do jedyny namacalny dowód, że Jezus jest Jezusem, że to Jego przybili kilka dni wcześniej do krzyża, że to Jemu włożyli na głowę koronę cierniową, że to Jego bok został przebity na krzyżu. Może po prostu był dokładny, skrupulatny? To wszystko mogło się – jemu, ale też innym – nie mieścić jakby w głowie. Najpierw taka wielka męka, aby później jednak wielkie zwycięstwo? Krzyż prowadzi do pustego grobu, męka do zmartwychwstania. Co więcej – pusty grób tłumaczy mękę, wyjaśnia, dlaczego zaistniała, miała miejsce – Bóg-Człowiek, umęczony, zabity, poddaje się w swoim człowieczeństwie działaniu śmierci, aby raz na zawsze ją unieszkodliwić. Raz umiera, aby wszyscy inni – choć umrzeć muszą – żyli w Bogu. 
My jesteśmy w nieco gorszej sytuacji niż Tomasz. Do nas Bóg pewnie nie przyjdzie w ludzkiej postaci, nie stanie obok, nie pozdrowi, i nie podsunie pod nos swoich ran, abyśmy się przekonali. Dlatego to do nas skierowane są te słowa – błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Jemu współcześni mieli łatwiej, nie dość że znali Jezusa zmysłami, to jeszcze objawiał się im po śmierci i zmartwychwstaniu. Nam pozostawił błogosławieństwo, obietnicę dla tych, którzy uwierzą i nie zwątpią. Jesteśmy tak bardzo materialni – ale nie czeka nas koniec, naszej duszy, choć ciało ulegnie zniszczeniu. Powstaniemy jednak z martwych – nie siłą ciała, ale mocą ducha. 
Jak pięknie to Jezusowe Pokój wam! wpisuje się w słowa, jakie – już błogosławiony – Jan Paweł II uczynił kluczem do swojego pontyfikatu, na których zbudował swoją homilię inauguracyjną, a de facto cały pontyfikat. Nie lękajcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! 

Jan Paweł II jest błogosławiony

Już tamtego dnia (w dniu pogrzebu) czuliśmy unosząca się woń świętości, a Lud Boży na różne sposoby okazywał swoją cześć dla Jana Pawła II. Dlatego chciałem, aby – przy koniecznym poszanowaniu prawa Kościoła – jego proces beatyfikacyjny przebiegał w sposób możliwie najszybszy. I oto nadszedł oczekiwany dzień; przyszedł szybko, ponieważ tak podobało się Bogu: Jan Paweł II jest błogosławiony.
W te słowa Benedykta XVI, w tę wczorajszą uroczystość przedpołudniową na Placu św. Piotra w Rzymie wpatrywały się chyba oczy całego świata. W 6 lat i miesiąc po śmierci, po wręcz ekspresowym procesie beatyfikacyjnym – Kościół autorytetem papieża, bezpośredniego następcy zmarłego, zachowawszy wszelkie procedury i wymogi, formalnie potwierdził świętość Karola Wojtyły, polskiego papieża Jana Pawła II. 
Tymi słowami, które zacytowałem powyżej, Benedykt XVI nie tyle zadeklarował pewną prawdę, co wyraził wiarę w to, co wielu z nas (większość?) wierzyła już za życia nowego błogosławionego. Że, przy całej słabości i ludzkiej ułomności, grzeszności, w stopniu heroicznym wykazał się cnotami chrześcijańskimi, żył na co dzień Bogiem, przybliżał tego Boga w sposób niespotykany dla dotychczasowych następców św. Piotra ludziom nie tylko wierzącym, nie tylko katolikom i chrześcijanom, ale całemu światu; swoją bezpośredniością, troską o dobro, prawa i poszanowanie każdego człowieka, bez względu na kolor skóry, przekonania czy status społeczny. Że starał się być nie tylko widzialną głową Kościoła, hen, gdzieś tam na złotym tronie, w otoczeniu wielkiej i dostojnej świty – ale z ludźmi, dla nich i przy nich, niestrudzenie przemierzając świat, docierając na wszystkie kontynenty, aby nie tylko słowem nauczania, ale bezpośrednio swoją obecnością upominać się o prawa człowieka, o godność ludzką, o poszanowanie dla wiary, swobody religijne. A w tym wszystkim był tak bardzo autentyczny, ludzki, zwyczajny, normalny – zero wyniosłości, pychy, wywyższania się, dumy. Apostoł Bożego Miłosierdzia, którego orędzie – za pośrednictwem propagowania objawień s. Faustyny Kowalskiej (sam ją i beatyfikował, i kanonizował) – ogłosił światu, ustanowił II niedzielę wielkanocną Niedzielą Miłosierdzia; i tego właśnie dnia Kościół wyznał wiarę w jego świętość.
Każdy z nas pewnie mógłby powiedzieć, podzielić się jakimś swoim doświadczeniem, przemyśleniem dotyczącym Jana Pawła II. Niektórzy – i wcale tak nieliczni, dzięki jego otwartości – mieli tę łaskę i mogli się z nim zetknąć bezpośrednio. 17.02.2004 w dość niespodziewanych, nawet dla naszej grupki w Rzymie, okolicznościach byliśmy na prywatnej audiencji u papieża, w jego bibliotece w Pałacu Apostolskim. Miało być jedno wspólne zdjęcie… a skończyło się na tym, że każdy podchodził bezpośrednio do fotela, otrzymywał różaniec papieski i jego błogosławieństwo. Przytłaczał mnie tam – skrzywiony, przygnieciony chorobą, a jednak na swój sposób wielki, tytan modlitwy i wiary, z którego dosłownie biła wielka siła. Śmieję się, bo papież powiedział mi – co mogę powiedzieć teraz otwarcie – iż zostanę kapłanem (co uważam za koronny dowód – hehe – na to, że dogmat o papieskiej nieomylności to pomyłka :P), życzył wytrwałości. Niesamowita chwila – trwało to może z minutę, ucałowana dłoń, to przejmujące, świdrujące jakby człowieka na wylot spojrzenie też człowieka, ale któremu Bóg pozwolił zajrzeć do serca, do duszy tych, z którymi się stykał. 
Jan Paweł II sam podczas jednej z wizyt w Polsce prosił: „Módlcie się za mnie za życia mojego i po śmierci”. Dotychczas modliliśmy się o jego beatyfikację, i za niego. Teraz – a pewnie sporo z nas (ja też) już wcześniej – możemy modlić się do niego. Wierząc, że – nie od wczoraj, od beatyfikacji, ale od tamtego 02.04.2005, żyje w szczęśliwości wiecznej, po prawicy ojca. 
Dobrze by było, gdyby na modlitwie – wyciąganiu rękę, wypychając przed Boga Jana Pawła II – się nie kończyło. 27 lat jego pontyfikatu dało nam dużo więcej, niż tylko przykład żywej wiary i autentycznego życia chrześcijańskiego – genialne pisma, listy, adhortacje i encykliki, o tekstach zwykłych przemówień nie wspominając. To ogromne dziedzictwo, niestety, dziś zaniedbywane. Papież widział, że tłumy na pielgrzymkach – tak – ale żeby go słuchać i realizować jego naukę – już gorzej (nie bez powodu w czasie pielgrzymki w 1991 dosłownie grzmiał do Polaków, chyba jedyny raz, gdy u progu wolności zdawali się zapominać o tym wszystkim, o co za komuny walczyli). Niech więc nasza fascynacja Janem Pawłem II, a teraz już także jego kult nie kończą się na flagach, plakatach, obrazkach i innych gadżetach, Barce i kremówkach – ale sięgajmy i czerpmy z tego wielkiego dziedzictwa myśli, jakie nam pozostawił. Nie po to, aby się kurzyło na półkach, ale by do niego wracać.
Ciekawe, ile czasu upłynie do kanonizacji? Kiedy otwarcie procesu?

W ciemno, na słowo

Uczniowie opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak poznali Jezusa przy łamaniu chleba. A gdy rozmawiali o tym, On sam stanął pośród nich i rzekł do nich: Pokój wam! Zatrwożonym i wylękłym zdawało się, że widzą ducha. Lecz On rzekł do nich: Czemu jesteście zmieszani i dlaczego wątpliwości budzą się w waszych sercach? Popatrzcie na moje ręce i nogi: to Ja jestem. Dotknijcie się Mnie i przekonajcie: duch nie ma ciała ani kości, jak widzicie, że Ja mam. Przy tych słowach pokazał im swoje ręce i nogi. Lecz gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia, rzekł do nich: Macie tu coś do jedzenia? Oni podali Mu kawałek pieczonej ryby. Wziął i jadł wobec nich. Potem rzekł do nich: To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach. Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma, i rzekł do nich: Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie, w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego. (Łk 24,35-48)
To musiała byś niesamowita scena! Być może nawet burzliwa rozmowa – zestawianie świadectw poszczególnych osób, opowiadanie, kto i co zobaczył – a w tym wszystkim gdzieś na pewno głosy niedowiarków, którzy sami nic nie ujrzeli, i nie do końca chcieli uwierzyć w to, co niektórzy twierdzili, że widzieli. W taką rzeczywistość – nie bojąc się niczego – wchodzi Jezus, wkraczając między zgromadzonych. Jest to opisane dość enigmatycznie – po prostu stanął między nimi. Nic dziwnego, że niektórzy mogli pomyśleć, że to duch – raz, że zmarł, dwa, że nie wszedł drzwiami, jak człowiek. 
Nie trzeba było być zmartwychwstałym Mesjaszem, aby wyczytać z twarzy zebranych co najmniej zdziwienie i zmieszanie, o ile nie strach czy wręcz przerażenie. Dlatego Pan podsuwa im pod nos, dosłownie, swoje ręce, nogi i bok – żywe i prawdziwe dowody tego, kim jest, że to naprawdę On, a nie jakiś przebieraniec czy po prostu zjawa, mara. To ich przekonało – tak samo jak za kilka dni przekona niewiernego Tomasza, którego – jak można się domyślić – wtedy nie było z uczniami. Niektórzy widzieli, jak Jezusa krzyżowali – innym przekazali to świadkowie, którzy byli pod krzyżem. Nikt nie ma wątpliwości, że Jezusa przybito do krzyża, że przebito Mu po śmierci bok. Kim więc może być ów Człowiek, jeśli nie Nim właśnie? 
Radość ogarnęła serca wszystkich – i nic dziwnego. Tych, którzy Go już ujrzeli – bo wreszcie mieli dowód nie do obalenia, wreszcie skończy się powątpiewanie o ich świadectwach ze strony innych. Tych, którzy Zmartwychwstałego widzieli po raz pierwszy – bo wreszcie mogli być pewni tego, co serca im być może podpowiadały, a tylko nieufny umysł odrzucał. On żyje i jest pośród nich. Co więcej – tak bardzo po ludzku, skoro siada i je razem z nimi. Można by powiedzieć, jak za dawnych czasów. 

No i to wyjaśnienie. To nie jest tak, że Syn Boży miał swoje widzimisię, aby umrzeć w tak spektakularny i dramatyczny sposób – no i tak się stało. To, co miało się wydarzyć, zostało wieki wcześniej spisane w Piśmie Świętych, słowami i tekstami proroków. Można wręcz powiedzieć – Jezus dość metodycznie, sam pokazując to im palcami jeszcze za życia, szedł drogą wypełniania proroctw dotyczących zapowiedzianego Mesjasza – i tak od samego Betlejem, gdzie się urodził, aż do grobu. Teraz byli gotowi, aby to zrozumieć – po fakcie, co prawda, ale dopiero teraz czekało ich wyzwanie: zaniesienie prawdy o tych wydarzeniach aż na krańce świata. 
Czy Jezus był w tym momencie tak samo ludzki jak za życia? Miał ciało. Ale żył już wiecznym życiem, życiem z Bogiem. To rzeczywistość i prawda, którą zrozumieć może tylko ten, kto wierzy. Ważne jest także poszukiwanie Jezusa. Uczniowie się poddali – pewnie nikt z nich by do pustego grobu nie poszedł, gdyby nie rewelacja kobiet. Jakby w tych okolicznościach rozminęli się z Bogiem – czy to ci, którzy szli z Nim nieświadomie do Emaus, jak i sama Maria, gdy nie rozpoznała Pana w osobie ogrodnika. A odpowiedź jest przecież prosta – skoro umarł i zmartwychwstał, to nie można Go szukać między umarłymi. 
Można się pokusić o gorzkie słowa – co by było, gdyby tamci ludzie wtedy nie zobaczyli Jezusa? Nie wiem. Wiara przychodzi łatwo, gdy można pomacać to, w co się wierzy – relikwie, całun, pamiątkę, coś fizycznego, widzialnego, czego istnienia nie można podważyć, a co wiąże się ze świętością, jest jej dowodem. My nie mamy tak dobrze. My wierzymy – zawierzamy Bogu w ciemno, na słowo – i nie tylko w to, że On zmartwychwstał, ale że to wszystko, czego nauczał i dla czego umarł, miało sens, jest dla mnie ważne, wartościowe, stanowi punkt odniesienia. Tu można tłumaczyć to, dlaczego nie mamy w ewangeliach żadnego wyjaśnienia, jak właściwie to zmartwychwstanie wyglądało – bo to nie ma znaczenia. Stało się i jedyne, co się liczy, to wiara w to (lub jej brak). 

To się wydarzyło naprawdę. I szkoda czasu na cokolwiek, co nie jest związane z upowszechnianiem tej prawdy, głoszeniem jej innym – żeby oni też uwierzyli Bogu na słowo. On jeszcze nigdy nikogo nie oszukał.

Zmartwychwstanie z hukiem

Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto powstało wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego jaśniała jak błyskawica, a szaty jego były białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i stali się jakby umarli. Anioł zaś przemówił do niewiast: Wy się nie bójcie! Gdyż wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak powiedział. Chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał. A idźcie szybko i powiedzcie Jego uczniom: Powstał z martwych i oto udaje się przed wami do Galilei. Tam Go ujrzycie. Oto, co wam powiedziałem. Pośpiesznie więc oddaliły się od grobu, z bojaźnią i wielką radością, i biegły oznajmić to Jego uczniom. A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: Witajcie. One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą. (Mt 28,1-10)

Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze? Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało. Zapytał ich: Cóż takiego? Odpowiedzieli Mu: To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Tak, a po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Nadto jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli. Na to On rzekł do nich: O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego. Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał? W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak Go poznali przy łamaniu chleba. (Łk 24,13-35)

Co jest szczególnie niesamowitego w zmartwychwstaniu? To, że nikogo przy nim nie było. Dokonało się w cichości, na uboczu, z dala od zgiełku – czy to wieczernika, drogi krzyżowej, ulic Jerozolimy, placu przed pałacem Piłata, czy samej Golgoty.

To znaczy – teoretycznie nie było, bo tuż obok, przed grobem, stali strażnicy pozostawieni tam przez arcykapłana i starszyznę żydowską. Powiem szczerze, nie zazdroszczę im sytuacji, w jakiej się znaleźli – mieli jedynie dopilnować, aby nikt nie wykradł ciała, zwłok bez życia, wichrzyciela i fałszywego mesjasza, którego tam złożono. Co mieli zrobić? Jak to wyjaśnić? Nikt się nie pojawił. Nikogo tam nie było. Żadni uczniowie nie przybyli, aby – zgodnie z misternie uknutym wcześniej i dokładnie obmyślonym planem – doprowadzić do sytuacji, która by odpowiadała rzekomemu proroctwu o zmartwychwstaniu Tego człowieka. Nie, oni rozpaczali jeszcze po wydarzeniach piątku. Albo zastanawiali się – co dalej, co z sobą zrobić? A jednak. Nie wiedzą, jak zasnęli, co się stało. Gdy się obudzili – kamień odsunięty, szata złożona w jednym miejscu. Żadnego zaskoczenia – tylko że Ciała nie ma. Jak to wyjaśnić?

Te kobiety, które z samego rana poszły do grobu – czy były pełne nadziei? Bynajmniej. Szły, aby spełnić obowiązek namaszczenia ciała zmarłego. Na pewno – wspominały, jak wiele nadziei On w nich rozbudził za życia. Z pewnością zwróciły uwagę na, szczególnie w tamtych patriarchalnych czasach widoczną postawę Jezusa w stosunku do płci pięknej – nie traktował kobiet jak służek, maszynek do rodzenia dzieci, nianiek i sprzątaczek, osób gorszych, ale jak równe mężczyznom w godności. Nie raz dał temu dowód – choćby uzdrawiając tak kobiety, jak i mężczyzn (począwszy od nikogo innego, jak właśnie teściowej Piotra), czy ratując od ukamienowania jawnogrzesznicę.

Przez grobem zastaje ich kolejne zaskoczenie. Żołnierze zniknęli, wejście do grobu stoi otworem… I najgorsze. Grób jest pusty. Gdzie jest Pan? Gdzie Jego ciało? Mało miały zgryzoty i łez w tych dniach, żeby ktoś jeszcze Go wykradł, zbeszcześcił Jego ludzkie szczątki? W innym tekście inny autor przekazuje to, jakoby Maria – będąc przy grobie sama – nie rozpoznała Zmartwychwstałego, który pojawił się przed nią jako ogrodnik; a ona, nieświadoma, pytała, czy to nie On zabrał ciało. Tym dwóm kobietom podobne słowa pewnie cisnęły się na usta. Anioł nie dał im dojść do słowa – wydarzenia następując zbyt szybko po sobie. Grób – faktycznie, pusty. Tu właśnie rodzi się wielka wiara – z tego zmartwychwstania, przy którym ich nie było, ale które także dla nich wszystko odmieniło. I na tej, nowej jakby drodze, staje przed nimi sam Zmartwychwstały, aby je umocnić. Potwierdza wszystkie słowa anioła, i wysyła uczniów do Galilei.

Bynajmniej nie do Galilei zmierzali ci dwaj, do których – incognito – dołączył Jezus. Udając Greka, wypytuje, słucha, pewnie zasmucony tym, jak szybko się poddali, zwątpili. Potrzeba było całodziennej wędrówki, wyjaśniania pism, aż do tego gestu łamania chleba, po którym tamci dwaj Go poznali. Co przeważyło? Nie wiemy. Dla nich także nie było wątpliwości – skoro to był Pan, a to było pewne, to znaczy, że żyje. Czyli umarł, ale zmartwychwstał. Ich ucieczka nie miała sensu – jak bowiem porzucić pracę dla tego, który pokonał śmierć? Co może być ważniejszego, niż świadczenie o Nim, o tym, co się stało? Równie szybko, jak z Jerozolimy uciekali – decydują o powrocie tam. Zastają pozostałych, którzy – jeden z drugim – składają w pierwszą ewangelię, taką jeszcze spontaniczną, widzenia Jezusa Zmartwychwstałego, jakich poszczególne osoby doświadczyły.

Prawda o zmartwychwstaniu dociera z hukiem i zwala z nóg wszystkich, czy w nią wierzą, czy nie – i tych żołnierzy, i te kobiety, i tych uczniów uciekających do Emaus. Wystarczy spojrzeć na Piotra (Dz 10,34a.37-43) i to, co i w jakich słowach przekazuje. Ten sam, można by powiedzieć – tchórz, który niespełna 3 dni wcześniej 3 razy wyparł się Jezusa. Zmartwychwstanie nie pozwala mu żyć tak, jak dotychczas. W jasnych i konkretnych słowach daje świadectwo – bo inaczej nie może. Skoro Bóg-Człowiek, Syn Boży zwyciężył śmierć, i będąc umarłym, znów żyje, to nic nie jest takie, jak było! To, co – i jak – było wcześniej, przestało mieć znaczenie.

Możemy powiedzieć – oni mieli łatwiej. Bo im się Pan objawił, tak dosłownie, cieleśnie, z przebitymi rękami, nogami i bokiem. Oni Go rozpoznawali – bo Go znali, jeszcze kilka dni wstecz razem szli przez Palestynę, byli Jego heroldami, spożywali z Nim posiłki, słuchali Go i rozmawiali. A my? Stajemy dzisiaj, jak stanie ten niedowiarek Didymos (o nim – w niedzielę, Święto Miłosierdzia), ciągle, co roku w równym stopniu zdziwieni i niepewni – czy to na pewno On, i jeśli zmartwychwstał, to czemu między nami, tutaj, dzisiaj, Go nie widać?

Zmartwychwstanie trzeba odczarować. Żadne boskie hokus pokus. Wszystko się zmieniło, wszystko odtąd ma inną, lepszą, bardziej optymistyczną perspektywę, przepojone tą ostateczną, końcową i niezniszczalną nadzieją, że skoro On zmartwychwstał, i wszystkim wierzącym obiecał zmartwychwstanie, to tak właśnie będzie, i my również zmartwychwstaniemy! Ale żyjemy nadal tu i teraz, w tym samym miejscu, to samo mieszkanie, dom, praca, szkoła, zwykłe codzienne zajęcia. Zmienić się powinna nasza optyka na to wszystko, biorąc pod uwagę nowe perspektywy, dzięki Jezusowemu zwycięstwu.

Zmartwychwstanie dokonało się w konkretnym miejscu, czasie i okolicznościach – ale to nie one są najważniejsze. To detale. Zmartwychwstanie człowieka dokonuje się w nim, w jego sercu – moim, twoim, każdego z nas. Zmartwychwstaniemy, gdy uwierzymy, że On zmartwychwstał, gdy przestawimy swoje myślenie i logikę na myślenie po Bożemu i Bożą logikę, która uwzględnia Jezusowe zwycięstwo. To się dzieje w nas, w środku – tego nie musi być widać.

Mam nadzieję, że w niczyim wypadku świętowanie tego wspaniałego dnia nie ograniczyło się tylko do ucztowania i jedzenia. Bo ku czci czego – nawet nie kogo – miało by to być świętowanie?

On prawdziwie zmartwychwstał, i zaprasza każdego do udziału w tym zmartwychwstaniu. Pytanie tylko, czy my sami chcemy mieć w nim udział?

W Wielkim Poście się przygotowywaliśmy – właśnie do tego wszystkiego, co jest odtąd, od zmartwychwstania. W tej perspektywie tamten czas nabiera nowego sensu. Chrześcijaństwo, formalnie zawiązane przy Zesłaniu Ducha Świętego, swoją misję rozpoczyna od pustego grobu. Wracamy dzisiaj do swoich obowiązków – z Nim, tym samym, ale żyjącym na wieki – w naszych sercach. Pozwól, aby On docierał do każdego, do kogo dotrzeć pragnie.

Prawdziwej radości

Niedziela Zmartwychwstania AD 2011
(XV stacja Drogi Krzyżowej w krypcie katedry w Katowicach;  Joanna Piech, Ewa Sidorowicz (1992 r.) fot. Józef Wolny)

Jesteśmy ludźmi, którzy uwierzyli w miłość, którzy przynoszą do ołtarza swoje serce, czasem obolałe i utrudzone – przez ataki zewnętrzne, przez politykę, układy gospodarcze, utrudzone przez sytuacje w rodzinie, utrudzone często przez trudne dzieje swojego życia, utrudzone przez swoje własne słabości. Nie bójmy się, bo to jest tylko ten kamień, który je przygniata. W naszym sercu jest autentyczna miłość, która zmartwychwstaje – swoje połamane życiorysy chcemy odczytać, nadać im sens przez pryzmat nie tylko krzyża, ale i pustego grobu.

Życzymy, abyśmy z pomocą Pana Jezusa zmartwychwstawali każdego dnia z grobów naszej małości, problemów, trosk i kłopotów, byśmy nie tracili nadziei. Życzymy tego wszystkiego co sprawi, że Zmartwychwstanie będzie Zmartwychwstaniem, a nie świętem ku czci baranków z cukru, kurczaczków, palemek i plastikowych zajączków. Tej prawdziwej wiary, prowadzącej do wolności, w której jest miejsce także na niepewność, ale równocześnie zaufanie. To z nimi w sercach, jakby po ciemku, jeszcze po omacku idziemy w wielkanocną niedzielę do grobu, skąd promienieje prawdziwe światło. Powracamy tu co roku, czasami może jakby z przyzwyczajenia, ale pełni tej samej tęsknoty i nadziei. Wierząc, że Jego już tam nie ma.

Potrafimy przeżyć Wielki Czwartek, zapłakać w Wielki Piątek, wyciszyć się w Wielką Sobotę. A w Wielką Niedzielę? Pilot i takie rodzinne święta. Jednak – znowu święta. Może wreszcie uwierzymy, że Chrystus naprawdę zmartwychwstał. Może tym razem staniemy przed rzeczywistością pustego grobu świadomie – a nie przechodząc koło niej mimochodem, ot tak.

Radości! Ale tylko tej prawdziwej. Uwierzyć w to, co tam się dokonało – to naprawdę wyzwanie.

Po czyjej byłbyś stronie?

Tekst Męki Pańskiej wg Jana Apostoła długi – zachęcam do przeczytania.
Dzisiaj nieco inaczej. Nie o Jezusie, nie o męce. Ale o tym, co działo się dokoła. A dokładnie – o tych, którzy dokoła byli. Jeszcze dokładniej – o tym, gdzie ja bym się tam znalazł. Do kogo ze znanych nam z kart ewangelii postaci mógłbym przyrównać siebie? Do której z tych postaci mi najbliżej? 
Czytam właśnie świetną książkę, kolejną już poświęconą sakramentowi pokuty i pojednania, czyli spowiedzi, rozmowę oo. Pawła Kozackiego i Wojciecha Prusa OP pt. „Spowiedź bez końca. O grzechu, pokucie i nowym życiu”. Można w niej znaleźć m.in. bardzo ciekawą analizę postaci Piotra, tej Skały, na której Pan chciał zbudować swój Kościół, a która w tamtej konkretnej sytuacji okazała się tak słaba, tchórzliwa, miękka. Jednak coś w nim uderza – jego zdecydowanie i gotowość ta zewnętrzna, deklarowana, którą najlepiej widać w obrazku, gdy przy pojawieniu się Judasza z żołnierzami w Ogrodzie Oliwnym, rzucił się na strażnika Malchusa, odcinając mu mieczem ucho. Tak, to zrobić potrafi – pewnie był rosły, potężny, nic trudnego. Szkoda, że tylko na tyle mu starczyło… no właśnie? Wiary, bo to przecież do niej się wszystko sprowadza. 

Za Jezusa potrafił walczyć, ale nie potrafił się odnaleźć w momencie, gdy musiałby być przy Nim bezradny, bezbronny , jakby przegrany. Taki właśnie Jezus był przez te niespełna 3 dni – brutalnego pojmania, jeszcze gorszych szykan przed faryzeuszami, biczowania i pośmiewiska przed Piłatem, czy wreszcie w masakrycznej drodze z ciężkim krzyżem na plecach, aż na szczyt Golgoty. Piotr jakby dotarł do granicy swych możliwości – po ludzku. Czy rzeczywiście? Tak. Tutaj siły ludzkie nic nie dają. Tutaj człowiek może wytrwać tylko dzięki mocy z wysoka, dzięki łasce Bożej. Nie siła, miecz i ciosy się wtedy liczą – ale autentyczność świadectwa i wiara wytrzymująca największe upokorzenia. 

O Judaszu nie będę się powtarzał – pisałem o nim w kontekście Niedzieli Palmowej i Wielkiej Środy. Wielki dramat człowieka, który – za podszeptem Złego – zdecydował się na krok tragiczny w skutkach, z czego zdał sobie sprawę już po fakcie, gdy było za późno. Nie to było najtragiczniejsze – przyłożył w końcu, w smutny sposób, rękę do dzieła zbawienia świata, wydając na mękę samego Zbawiciela – ale fakt, że sam nie potrafił sobie poradzić z tym, co zrobił. Bóg już wtedy, zanim skonał, wybaczył Mu – Judasza pogrążyło i doprowadziło do samobójstwa ogromne poczucie winy, które w jego wypadku przesłoniło całkowicie wszelką wiarę w Boga, o ile ją posiadał. 
Jest postać niejednoznaczna – Szymon z Cyreny. Przypadkowy widz, który staje się zrządzeniem losu w postaci kaprysu jednego z żołnierzy jednym z głównym aktorów tego przejmującego okrucieństwem widowiska drogi krzyżowej. Czy wiedział, co robi, komu pomaga? Czy rozumiał, że wziął na swoje barki dzieło zbawienia świata i prowadził pod ramię samego Zbawiciela, który miał za chwilę odkupić także jego, zmazać jego winy i ofiarować mu zbawienie? Wierzę, że później to do niego dotarło. Niesamowite uczucie – móc powiedzieć, iż się dosłownie, własnymi rękami, potem i zmęczeniem… pomogło Mesjaszowi odkupić ludzkość. 
Były postaci jednoznacznie pozytywne. Była Weronika – zlitowała się nad tym nieszczęśnikiem, poganianym batami, podeszła i otarła krwawy pot z Jego twarzy. Dopiero później zrozumiała, jak wielki dar otrzymała – zapewne jedyny i autentyczny portret, odbicie Jezusowej twarzy. Była Maryja, Matka Boża, cicho, bocznymi ulicami towarzysząca umęczonemu Dziecku w krzyżowej drodze. Jak wielki ból musiał rozdzierać jej matczyne serce, gdy widziała, jak jej jedyny Syn krok po kroku oddawał życie, zbliżając się nieuchronnie do śmierci. Był, obok Maryi, jedyny z Dwunastu, który nie bał się i nie uciekł, za swoim Panem dotarł z kobietami na sam szczyt, i wytrwał pod krzyżem aż do śmierci Zbawiciela – młody Jan. Bóg wyróżni go później z grona apostołów – jako jedyny dożyje późnej starości i umrze śmiercią naturalną, w przeciwieństwie do pozostałych, na różne sposoby zamęczonych za wiarę. 

Były wreszcie pewnie dość duże tłumy ludzi, mniej lub bardziej przypadkowych. Część dołączyła pewnie do pochodu, napotykając go jakoś na swojej drodze – do domu, do pracy, do obowiązków. Inni może specjalnie tam przyszli, może od początku obserwowali zajście – czy to jeszcze z pałacu arcykapłana, albo od momentu „przedstawienia”, jakie urządził Piłat, starając się zwalić winę na wyrok Jezusowy na Żydów. Co czuli w sercach? Co myśleli o Jezusie? Byli nieświadomymi świadkami wydarzenia bez precedensu, jedynego w całej historii nie tylko zbawienia, ale ludzkości. 
My jesteśmy w lepszej sytuacji. My wiemy, co tam się działo, kogo sądzono, kogo umęczono. Wspominamy te wydarzenia szczególnie dzisiaj, w Wielki Piątek, a także w Niedzielę Palmową, czy w poszczególne piątki Wielkiego Postu – przygotowując się do obchodów nie tyle tego wydarzenia, co jego bezpośredniej konsekwencji. Musimy pamiętać, ile odkupienie kosztowało – ale nigdy nie tracić z oczu w rozpamiętywaniu męki Pańskiej tego, co było później. Zmartwychwstania. Gdybyśmy tam byli, w Jerozolimie, jaką postawę byśmy przyjęli? A może – prościej. Jaką postawę przyjmujemy w podobnych sytuacjach we własnym życiu? Czy reagujemy na niesłuszne oskarżenia kierowane pod adresem Bogu ducha winnych ludzi? Te wszystkie nasze decyzje, postępowanie – w którym miejscu, w czyjej roli by nas postawiły na krzyżowej drodze? Pozytywnej? A może jednak nie?
Wykonało się, oddał ducha. Zmarł. Ale powstanie, już za 3 dni. Oto czynię wszystko nowe. Tylko ode mnie zależy, czy chcę stać się częścią tego odnowienia – czy dalej babrać się w błotku swojej małości, słabości i grzeszności.

Mycie nóg w praktyce

Było to przed Świętem Paschy. Jezus wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Judasza Iskarioty syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał Mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany. Podszedł więc do Szymona Piotra, a on rzekł do Niego: Panie, Ty chcesz mi umyć nogi? Jezus mu odpowiedział: Tego, co Ja czynię, ty teraz nie rozumiesz, ale później będziesz to wiedział. Rzekł do Niego Piotr: Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał. Odpowiedział mu Jezus: Jeśli cię nie umyję, nie będziesz miał udziału ze Mną. Rzekł do Niego Szymon Piotr: Panie, nie tylko nogi moje, ale i ręce, i głowę. Powiedział do niego Jezus: Wykąpany potrzebuje tylko nogi sobie umyć, bo cały jest czysty. I wy jesteście czyści, ale nie wszyscy. Wiedział bowiem, kto Go wyda, dlatego powiedział: Nie wszyscy jesteście czyści. A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie Nauczycielem i Panem i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście powinni sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem. (J 13,1-15)
O czym jest ten tekst? O wielkości. O nie dającej się po ludzku opisać wielkości prawdziwego Boga, który jednocześnie nie mógł bardziej być człowiekiem. O Bogu, który – największy, najpotężniejszy, pełen łaski i mocy – uniżył się jak ostatni ze sług. Po co to wszystko? Z pokory. Z miłości, która nie ma granic, i którą kieruje, wylewa na każdego z nas. Dla tej miłości, która nie ma końca. To do dzisiejszych słów nawiązuje piękna IV modlitwa eucharystyczna, gdzie słyszymy:

Kiedy nadeszła godzina, * aby Jezus został uwielbiony przez Ciebie, Ojcze święty, * umiłowawszy swoich, którzy byli na świecie, * do końca ich umiłował, * i gdy spożywali wieczerzę, wziął chleb, błogosławił, * łamał i rozdawał swoim uczniom, mówiąc: Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy: To jest bowiem Ciało moje, które za was będzie wydane. Podobnie wziął kielich napełniony winem, * dzięki składał i podał swoim uczniom, mówiąc: Bierzcie i pijcie z niego wszyscy: To jest bowiem kielich Krwi mojej nowego i wiecznego przymierza,która za was i za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. To czyńcie na moją pamiątkę.

Reakcji Piotra, a także ogólnego zdziwienia pozostałych, nie można tylko starać się tłumaczyć tym, że byli prostymi ludźmi, rybakami, rzemieślnikami. Wierzyli, że był prawdziwym Bogiem, Mesjaszem, zapowiadanym i wyczekiwanym Zbawicielem. A On – co? Ledwo przepasany prześcieradłem, bierze miednicę i, klękając, zaczyna obmywać nogi zebranym. Piotr poszedł na pierwszy ogień – i znowu, wybuchowość i gwałtowność górą. Nie, nigdy mi nie będziesz nóg umywał! Jezus dwa razy wyjaśnia, co chce zrobić – Kefas jednak dalej daje się zwieźć pozorom. Nie i koniec!

Dopiero obawa wykluczenia z tego, co jest celem i końcem, ukoronowaniem wędrówki ich wszystkich za Jezusem, każe mu się opanować. Dalej nie rozumie – ale wie, że tak należy postąpić. Tak mówi Pan. Zabawnie nieco mogło wyglądać – w jednej chwili bronił się przed umyciem nóg, aby chwilę później nalegać na umycie także rąk i głowy. Nie rozumie, ale daje się przekonać – to ważne, aby w swojej zatwardziałości nie ugrzęznąć bez sensu, ale umieć zmienić zdanie, gdy się jest w błędzie.

Ale to była prosta część tej lekcji. Dać umyć nogi Mesjaszowi – jeszcze zrozumiałe, skoro tego żądał sam. Ale co dalej? Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem.O, z tym to już gorzej. Taką samą postawę mieli mieć względem siebie. My ją mamy mieć względem siebie. Nie w tym rzecz, aby sobie nic tylko nogi nawzajem myć – to symbol, przenośnia. Czego? Pokory, ducha służby. One mają nas prowadzić – między sobą, do siebie. Czasami to trudne, bolesne, albo wręcz prawie niewykonalne. A bo te nogi do obmycia zapuszczone, brudne, chore. A bo jak tu okazać pokorę i usługiwać komuś, z kim pół życia (albo i więcej) jest się pokłóconym, czasami nawet nie pamiętając już, o co?

Tak samo, jak Jezus – od Boga wyszliśmy i do Niego idziemy. Raz narodzeni w czasie, istnieć nie przestaniemy. Będziemy nieśmiertelni, a śmierć będzie tylko przejściem z tego życia do innego, lepszego, doskonałego, bez tego co boli. Służba i pokora, na które dzisiaj zwraca uwagę Jezus, to – obok miłości, miłosierdzia, i jeszcze kilku cnót – podstawy na tej drodze. Tylko w oparciu o nie dojść możemy do wyznaczonego – sami sobie, i przez Pana nam – celu.

Jak to jest z moim uczestnictwem we Mszy świętej? Różnie. Albo wcale. Dzisiaj jest dobry dzień, aby się nad tym zastanowić. Może właśnie – idąc na taką mszę, odprawianą raz tylko w roku, która jest w wyjątkowy sposób pamiątką tamtej pierwszej, w wieczerniku. Jedyna okazja – następna za rok. Eucharystia to wielki dar, który z coraz większą biernością marnujemy, nie biorąc w niej udziału. Jakie są problemy, żeby przyjść do kościoła raz w tygodniu – a co dopiero coś nad to? Kilka lat wstecz starałem się być na Mszy codziennie – dzisiaj nie jest to możliwe obiektywnie, ale staram się w tygodniu wziąć w niej udział, o ile jest możliwość. Budujące – są pojedyncze osoby młode; mniej – zdecydowana większość to ludzie starsi, emeryci, u schyłku życia, może już bardziej po drugiej stronie.

Dziękując Bogu za dar Eucharystii, i prosząc o to, aby ludzie z jej dobrodziejstwa korzystali, aby do ołtarza przychodzili chętnie, często i z radością, przyjmując i Słowo, i Ciało, aby nas umacniało – pamiętajmy też o kapłanach. Różni są – jak to widać – w końcu są tylko ludźmi. Żadne z nich święte krowy – czasami ludzie słabsi od nas, z wielką misją daną przez Pana; kto tak ich traktuje – sam im szkodzi. Trzeba się dla nich modlić o siłę, wytrwałość i o to, żeby im się chciało Pracują w czasach, w których naprawdę trzeba się narobić, żeby zwrócić uwagę drugiej osoby – także na Boga. To wielkie możliwości, ale potrzeba także wiele zaparcia i wytrwałości. I jeszcze, żeby ta posługa ich radowała, a nigdy nie była przykrym obowiązkiem czy – broń Boże – czymś na kształt pracy, od czego się prawie ucieka. I żeby w tym wszystkim dobrego Boga naśladowali, ale Jego samego nie zasłaniali. Wtedy wszystko będzie w porządku, oni sami – szczęśliwi, a ich praca – owocna.

Dramat – nie zdrajcy, ale człowieka bez nadziei

Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam. A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników. Odtąd szukał sposobności, żeby Go wydać. W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali Paschę do spożycia? On odrzekł: Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka, i powiedzcie mu: Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie chcę urządzić Paschę z moimi uczniami. Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę. Z nastaniem wieczoru zajął miejsce u stołu razem z dwunastu. A gdy jedli, rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: jeden z was mnie zdradzi. Bardzo tym zasmuceni zaczęli pytać jeden przez drugiego: Chyba nie ja, Panie? On zaś odpowiedział: Ten, który ze Mną rękę zanurza w misie, on Mnie zdradzi. Wprawdzie Syn Człowieczy odchodzi, jak o Nim jest napisane, lecz biada temu człowiekowi, przez którego Syn Człowieczy będzie wydany. Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził. Wtedy Judasz, który Go miał zdradzić, rzekł: Czy nie ja, Rabbi? Odpowiedział mu: Tak jest, ty. (Mt 26,14-25)
Ktoś mógłby powiedzieć – smutna historia o Judaszu, ot co, wszyscy znamy to aż za dobrze. Czyżby? To bardzo duże i niesprawiedliwe uproszczenie. Choćby dlatego, że do samej zdrady tu nie dochodzi – to dopiero w późniejszym fragmencie (choć – chronologicznie – tego samego dnia). Ja widziałbym w tym tekście bardziej piękny przykład na to, jak człowiek może, o ile chce, współpracować z Bogiem. Dowód na to, że Bóg zawsze wskaże człowiekowi drogę, o ile tylko człowiek u Niego chce tej drogi szukać, i do Niego o jej wskazanie się zwróci. 
Tak, to dotyczy również Judasza. On się po prostu miotał. Wierzył w Jezusa? W coś wierzył na pewno – nie mógł wątpić, iż działał on cuda. Czy wierzył, że On jest Mesjaszem? Być może. Na pewno wierzył, że Mesjasz powinien zupełnie inaczej działać, że powinien dokonać widocznego i odczuwalnego przewrotu po prostu politycznego, obalić dyktaturę Rzymu i odnowić Izrael jako mocarstwo, przywrócić mu państwowość i niepodległość. Tego mu brakowało. Jezus – świetnie – uzdrawiał, leczył, rozmnażał jedzenie, głosił piękne słowa – ale gdzie czyny? Judasz za mało słuchał i rozważał w sercu to, czego Jezus nauczał – a zbyt wiele uwagi przykładał do swojego wyobrażenia tego, kim Mesjasz winien być. 
Z jednej strony – podążając za Jezusem, jako jeden z Jego najbliższych uczniów, z drugiej – chciał zrobić coś, aby Jezus, jakby zmuszony okolicznościami i sytuacją, objawił swoją siłę, potęgę, i zaczął działać tak, jak on – Judasz – tego (błędnie) oczekiwał. Innymi słowy – chciał sprowokować sytuację, gdzie Jezus wykorzystał by boskie atrybuty, aby się bronić. Zły nie próżnował, podsuwając pomysły, zaś Judasz okazał się na nie podatny. Okazja się nadarzyła, zbliżała się Pascha. Zresztą, atmosfera wokół Jezusa była wystarczająco napięta. Nie bez powodu przebywał w Betanii, u Marii, Marty i Łazarza – wielu było zdania, że nie powinien przybyć do Jerozolimy na święto, bo nie był tam bezpieczny. Jezus nie zważał na to. Moim pokarmem jest pełnić wolę twoją, o Panie. 
Czy Jezus już wtedy, wysyłając uczniów aby przygotowali Paschę, wiedział, kto – de facto – zdradził Go, przyjmując zawczasu pieniądze za wydanie Go żołnierzom? Być może. Na pewno – co wynika jednoznacznie z dialogu – był tego świadomy podczas wieczerzy paschalnej z apostołami. Wiemy, że o tym, że zostanie zdradzony powiedział na głos – co obudziło spekulacje między uczniami. Wydaje się jednak, że ów dialog pomiędzy Jezusem a Judaszem toczył się już jakoś obok, jako prywatna wymiana zdań – np. właśnie w zgiełku rozmów pomiędzy pozostałymi biesiadnikami na temat tego, kto zdradzi.
Ta rozmowa nie miała służyć potępieniu, ocenieniu, podsumowaniu – pomimo ostrych słów ze strony Jezusa. Miała Judaszowi uświadomić – Bóg widzi dalej, wie, co kombinujesz, nawet gdy ty sam nie zdajesz sobie z tego sprawy. To miało go przywołać do porządku, naprostować, sprowadzić na właściwą drogę. Pieniądze zawsze można zwrócić – zresztą, próbował to zrobić także po wydaniu Pana, w szale rozpaczy. Niestety, Judasz chyba już podjął decyzję – nie bez powodu ewangelista kawałek dalej napisze, że po posiłku opuścił wieczernik i poszedł po żołnierzy, którzy niebawem mieli zaskoczyć Jezusa i pozostałych w Getsemani, i że wstąpił w niego Zły. 
Judasz opamiętał się zbyt późno, aby uratować Jezusa. Lawina tego, co doprowadziło Jezusa na krzyż, już ruszyła. Nie, nie można powiedzieć, że Judasz wykonał z góry jakiś założony i ustalony – przez Boga? – plan, odegrał swoją rolę, która mu była pisana od zawsze. I tak – bez niego to wszystko również odnalazło by swój zbawczy finał w boskim planie. Czy Jezus umarł by na krzyżu tak, jak się to stało? Nie wiem, i nie ma to znaczenia. Judasz jest postacią dramatyczną – ale jego dramat polega nie tyle na tym, że wydał Jezusa, ale co zrobił później. Przekreślił sam siebie. Zwątpił i załamał się tak dalece, że utracił wiarę w to, że Bóg swoim miłosierdziem jest w stanie także jego uleczyć. Do czego to doprowadziło – wiemy. 
Dla nas, na półmetku Wielkiego Tygodnia, płynie z tej historii piękna i jakże optymistyczna nauka. Bóg człowieka nie przekreśla – tylko kocha i wybacza, zawsze stojąc przed domem jak ten miłosierny ojciec, wypatrujący marnotrawnego syna. Marnotrawny syn – ty, ja, każdy z nas – musi jednak zebrać się w sobie i wrócić do domu. Bóg czeka z otwartymi ramionami, bez względu na to, co i jak bardzo dobitnie wskazał ci palcem odnośnie ciebie, wytknął ci jakby. Nie możesz tylko sam siebie przekreślić. Reszta jest otwarta.

Błogosławione marnotrawstwo

Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta posługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku. Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z uczniów Jego, ten, który miał Go wydać: Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim? Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano. Na to Jezus powiedział: Zostaw ją! Przechowała to, aby Mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie. Wielki tłum Żydów dowiedział się, że tam jest; a przybyli nie tylko ze względu na Jezusa, ale także by ujrzeć Łazarza, którego wskrzesił z martwych. Arcykapłani zatem postanowili stracić również Łazarza, gdyż wielu z jego powodu odłączyło się od Żydów i uwierzyło w Jezusa. (J 12,1-11)
Dzisiaj słyszymy o wydarzeniu, jakie nastąpiło bezpośrednio po wskrzeszeniu Łazarza, o czym pisałem jakiś tydzień chyba temu. Niewykluczone, że uczta była uwieńczeniem samego świętowania cudu wskrzeszenia gospodarza, czyli brata Marty i Marii. 
I znowu powtórzyła się jakby sytuacja, analogiczna jak wówczas, gdy Jezus wcześniej przybył do nich w gościnę, kiedy Maria siedziała i słuchała, co Marta – krzątającą się w obejściu i przy gościach – miała jej dość mocno za złe (wszyscy wiemy, jak Jezus to podsumował). Marta znowu zajmuje się logistyką, troszczy się o stoły, usługiwała biesiadnikom – a Maria co? Zrobiła coś bardzo dziwnego. Co więcej – z ekonomicznego punktu widzenia, dopuściła się marnotrawstwa, co dość jednoznacznie podsumował Judasz (nie wnikając – był złodziejem, czy to element dopisanej później jego czarnej legendy, żeby uzupełnić obraz tego złego), powołując się na to, jak wielką sumę zmarnowano, a przecież można było taką kwotą wspomóc potrzebujących. 
Wyobraźmy to sobie. Siedzimy przy stole, rozmowa, radosne ucztowanie – a tu nagle kobieta, nie byle jaka, bo pani domu (siostra właściciela), na pewno wystrojona, uczesana, podchodzi do głównego gościa, bierze bardzo drogi i wyrafinowany perfum, wylewa mu na nogi, po czym swoimi włosami zaczyna obmywać oblane owym płynem nogi gościa. Konsternacja? Mało powiedziane. Mniejsza nawet o wartość olejku, która z pewnością była jak na owe czasy bardziej niż znaczna (niektórzy twierdzą – równowartość rocznej pensji średniej klasy robotnika!). 
Jeszcze dziwniejsza okazuje się reakcja samego gościa – Jezusa. Nie gani w żaden sposób Marii, nie udziela gorzkiej reprymendy – to znaczy udziel, ale besztając… Judasza. Nie ma co dopatrywać się już tutaj jakieś wcześniejszego, uprzedniego potępienia tego, który zdradził. Chodziło po prostu o to, że on patrzył tylko na to, co zewnętrzne, materialne. Nawet, jeśli kierował się w tym dobrem ubogich, widząc w tym zdarzeniu marnotrawstwo środków, które mogły by im pomóc. Maria zaś – znowu – zapatrzyła się w Mesjasza, Pana.
Mesjasza, właśnie. Mesjasza – czyli namaszczonego. Namaszczonego – nie przez Piotra, Judasza czy kogokolwiek innego, a właśnie przez Marię. Tym gestem, ni mniej ni więcej, uznała Go za Mesjasza, dała temu piękny dowód. Zrobiła coś, wykonała gest, na który nikt inny się nie zdobył. Trudno o coś bardziej wymownego. Poza tym – Jezus wyjaśnia osłupiałym zgromadzonym – to nie był gest bez sensu. Wiedział, że Jego czas się zbliżał – i to właśnie Maria dokonała namaszczenia Go przed tym wydarzeniem. Mówi wprost – namaściła Go przed Jego pogrzebem. Pozostałym, uczniom, apostołom, pewnie tym bardziej się to jeszcze w głowach nie mieściło – ale On to zrozumiał, i ten gest nie tylko zrozumiał, ale bardzo docenił. 
Bardzo często zdarza się, że na siłę doszukujemy się do w jakiś wydarzeniach i sytuacjach drugiego, trzeciego i dalszego dna, podtekstów i ukrytych znaczeń – w sytuacjach, gdy nic takiego nie ma miejsca. Działamy na siłę. Ta sytuacja pokazuje, jak bardzo łatwo można się pogubić, choć zupełnie odwrotnie – skupić się na tym, co powierzchowne, widoczne na pierwszy rzut oka, na zewnętrznym aspekcie sytuacji. Na tym skupili się wszyscy obecni na tej uczcie – a wyraził to słowami Judasz. Nie chodzi nawet o to, że nie miał racji – bo w pewnym sensie miał, te pieniądze ze sprzedaży olejku nardowego mogły posłużyć biedakom. Czy jednak to oni byli, z całym swym ubóstwem i tym, co sam Jezus nauczał o potrzebie miłosierdzia, najważniejsi w tym konkretnym czasie, gdy Pan był pomiędzy nimi?
Drugi już dzień Wielkiego Tygodnia zmusza do zastanowienia się – ile razy, jak często ulegam pozorom. Czepiam się tego, co na wierzchu, rzucające się w oczy – bo tak jest łatwiej, bo to wydaje się być oczywiste. Bardzo łatwo odpuszczam sobie dociekanie szczegółów, nie zastanawiam się głębiej nad tym, czego jestem świadkiem, co się dzieje obok. Ulegam emocjom – bo tak łatwiej. Porywczość, niecierpliwość – tak, ja sam mam z tym bardzo duży problem. Jezus, a właściwie On i Maria pokazują dzisiaj – nie zawsze to, co pierwsze przyjdzie do głowy, jest jedyną słuszną odpowiedzią i osądem. Nie zawsze po najmniejszej linii oporu. Nie zawsze to, co z pozoru dziwne, nie mające sensu lub wręcz nienormalne jest złe, niewłaściwe i błędne. 
Czasami po prostu trzeba umieć zmarnować coś dla Boga. Po ludzku – bez sensu, wbrew logice, wbrew ekonomii. Dokładnie tak – dla Niego. Tylko dla Niego. A może – aż?