1 rocznica

Wczoraj była nasza 1. rocznica ślubu.

W sumie, pierwsza myśl – już jakiś czas temu – była, żeby w tym czasie się gdzieś wyrwać, wyjechać, i w taki naturalnie nieco inny od codzienności sposób obchodzić tą pierwszą z wielu rocznic. Ale jako że wypada to w pełni sezonu wakacyjnego, gdzie wyjazd zagraniczny, który planowaliśmy, byłby sporo droższy – to wyjazd był w czerwcu, Turcja obejrzana w zakresie części Anatolii, a w okolicy rocznicy byliśmy w domu. Był też pomysł – może gdzieś wyjechać, wyskoczyć choć na 1 dzień – ale nie tyle z przyczyn finansowych (tak, jeśli wszystko się uda – obawiam się, że potrzeb i wydatków bardziej niż pilnych będzie sporo więcej niż możliwości finansowych), co ze względu na stan żonki, której dzidzia w brzuszku jakby żyć nie daje, permanentne mdłości ma i jest na m-cznym zwolnieniu lekarskim, bo nie bardzo była w stanie cokolwiek robić. No a w tym stanie to człowiekowi nie bardzo się chce gdzieś jechać – i ja to absolutnie rozumiem.
W sobotę wpadliśmy do moich rodziców – stęsknieni, bo jakoś tak ok. 2 tygodni się nie widzieliśmy już. Mama uparła się na prezent – ale książki to my obydwoje lubimy dostawać, a to (niestety, tytułów nie pamiętam) taka chyba dość popularna (widziałem na wystawach księgarń) trylogia, w tytułach coś o Toskanii, ciepłe, pastelowe kolory okładek. Już nam nie raz mówiła, jakie to fajne – a ma nosa do książek – więc mówiłem: spoko, pożyczymy, skoro ona miała cały komplet. Ale nam kupiła, i mamy swój, z dedykacją w kawałkach 🙂 Nawet ciacho nam zrobiła, pojedliśmy – a resztkę biszkopta, która przy robieniu została, kończyliśmy – na sucho – wczoraj wieczorem, a co, można 🙂 
Więc samą rocznicę zaplanowałem tak, że mieliśmy nie za daleko pójść zjeść coś sympatycznego w jakimś ładniejszym miejscu, a potem na film dobry jakiś. Żeby żonki nie forsować. Jak by miała siłę – to spacerek może jakiś jeszcze. Z czystym serce mogę polecić – jak ktoś z Trójmiasta lub okolic, i wie, gdzie to jest – restauracyjkę Monte. Centrum Gdyni, rzut butem od morza, bulwaru, Skweru Kościuszki, ale nie na środku Świętojańskiej (boczna uliczka od niej), miłe, ciepłe wnętrze, ładne meble, klimatyzacja (!!! wczoraj zbawienie), przesympatyczna obsługa (kelnerka, moim zdaniem, miała radiowy głos) no i – zdecydowanie bardzo ładnie podane, spore porcje i dobre jedzenie, do wyboru do koloru z naprawdę obszernego menu. Jak by ktoś reflektował – polecam 🙂 
Do kina nie dotarliśmy – żonka się objadła, ale pojawiły się mdłości, więc przeszliśmy się kawałeczek, i poszła poodpoczywać w pozycji horyzontalnej w domku. Biedactwo moje…
Potem postanowiliśmy się zwalić teściom na głowę – bo jako że zaspałem w obecnej naszej parafii i w mojej rodzinnej (gdzie ślub mieliśmy) z zamówieniem mszy za nas, to zadzwoniłem – gdzie? Do proboszcza parafii rodzinnej żonki, z którym mam dobry kontakt. Nie było problemu, wieczorem odprawią za nas – księży wystarczy, będzie koncelebra. To pojechaliśmy, i najpierw posiedzieliśmy u teściów troszkę, pogadaliśmy. 
W międzyczasie – niebo masakrycznie się zasnuło, znad centrum Gdyni takie czarne prawie burzowe chmury bardzo szybko szły. No i doszły – zanim do kościoła wychodziliśmy, już kapało. Dobrze, że teściu samochodem jechał 🙂 Jak w kościele na mszy byliśmy – grzmiało, waliło, padało mocno, i ciemno było. Od kolegi z pracy dowiedziałem się później – w tym samym czasie nieco dalej… grad padał. Przypomniało mi to wszystko sytuację z naszego dnia ślubu. Deja vu, z dokładnością co do roku? 🙂 Beznadziejna pogoda była rano w dniu ślubu. Pobudka, patrzę za okno – deszcz leje, mgła, syf jednym słowem. Mogło to wiele zepsuć. I co? No nic. Zanim do żonki dojechałem – a właściwie jeszcze zanim ruszyliśmy z domu – świeciło śliczne słoneczko, lekki wiaterek, piękna letnia pogoda. Sesja w parku wyszła prześlicznie, msza udała się pod każdym względem, na weselu wszyscy genialnie się bawili – jakby nie patrzeć, moim zdaniem udało się wszystko, a nawet było lepiej, niż żeśmy to planowali.
Tak świetnie było tamtego dnia – i choć potem nieco musieliśmy się docierać (jak każdy chyba, kto ze sobą zaczyna mieszkać i żyć razem), to ten rok był piękny, udany i bardzo szczęśliwy. Dobrze nam, a co. Ciasno na razie nie tak strasznie we dwoje – ale trzeba myśleć nad dwupokojowym mieszkankiem, w kontekście dzidziusia, który za pół roku się urodzi. Jesteśmy szczęśliwi, wystarcza nam tego, co mamy. 
I wczoraj było podobnie – z tą pogodą. Po południu porobił się syf, gradobicie, lało, grzmiało, ciemno, straszno – a myśmy poszli do kościoła, pomodlić się. Podziękować za ten rok, prosić o siły dla siebie nawzajem, dla nas obojga, o zdrówko dla naszej dzidzi, o pomoc Bożą w tym wszystkim, co byśmy chcieli zrobić, w realizacji różnych pomysłów i planów. Można to nazwać zbiegiem okoliczności – ale tak, jak przy ślubie, gdy do południa się wypogodziło, tak wczoraj, po tym jak przed mszą zrobiła się burza,  już w trakcie Komunii… świeciło słońce. Widać było ślady deszczu, ale było już ładnie, znowu ciepło i optymistycznie. 
Jakby taki znak od Boga – jeśli każdy nie tylko rok, ale każdy dzień, każdą sprawę, każdy problem i troskę złożycie przede Mną, w Moje ręce – Ja was nigdy nie zostawię z tym samych, będę was wspierał, dam wam siłę i umiejętność pięknej miłości dla siebie nawzajem i dla innych. Nie bójcie się prosić i dziękować. Tych, którzy we Mnie wierzą – nie zostawiam samych. Jestem przy nich i im błogosławię.
To był piękny rok, i mam nadzieję, że kolejne będą tylko lepsze. Mamy siebie – mamy to nasze małe szczęście, które już się na świat prawie wyrywa. Mamy dla kogo żyć, mamy po co żyć. I tyyyle do zrobienia 🙂 
Tak mi wrócił w tych dniach tekst o. Leona Knabita OSB, który kiedyś znalazłem, i na którejś z ramek na zdjęcia – wtedy jeszcze narzeczonej, dzisiaj żonce – napisałem:

Człowiek się z człowiekiem spotkał,
Bóg sam drogę wskazał.

Oto nowa życia zwrotka,
Człowiek się z człowiekiem spotkał.

Można śmiało dalej kroczyć
Serce niosąc światu w darze –

Człowiek się z człowiekiem spotka –
Bóg sam drogę wskaże.

Nowy rok – nowa zwrotka w tej piosence, w której ludzie ze sobą i z Bogiem za rękę idą przez życie. 

A na okoliczność uczenia się do egzaminu wziąłem praktycznie 2-tygodniowy urlop, więc od jutra mam wolne. Więc pewnie niezbyt często coś napiszę. Ale o modlitwę w intencji tego mojego przyswajania wiedzy bardzo proszę.

Jesteś człowiekiem Boga, W drodze i dr House

Jadąc wczoraj do domu, na peronie zauważyłem znajomą twarz – x J. Parafialny mój – powołanie z mojej rodzinnej parafii. Ciekawa historia – tzw. spóźnione (o ile tak można powiedzieć?) powołanie. W życiu różne rzeczy robił, a jednak Bóg go wezwał, nie dał spokoju, no i skończył trójmiejskie seminarium. A w jego trakcie, jako że z katechetami w mojej podstawówce różnie bywało, przez jakiś czas uczył mnie religii. Sympatyczny człowiek o szerokim spojrzeniu na świat i dużym doświadczeniu – bo i wiele przeszedł, po świecie długo chodzi.
Porozmawialiśmy – jechał w moją stronę, wysiadał stację wcześniej. Okazuje się, że pracuje w parafii sąsiadującej z rodzinną parafią żonki mojej, ta sama dzielnica. Wypytywał o kilka osób znajomych. Mówił, że w parafii trudno – bez zaplecza, bo jak coś robić z młodzieżą, gdy uczy w szkole (LO), gdzie praktycznie wszyscy dojeżdżają, nikogo z parafian? Faktycznie – w szkole się wysila, ale nie przynosi to efektu w przełożeniu na zainteresowanie uczniów i zaangażowanie ich do działania przy parafii. Oczywiście, dyskusja zeszła też na temat krzyża w Warszawie – uff, jak to dobrze, że człowiek starszy i na pewno mądrzejszy ode mnie też widzi to w podobnych barwach, nie jest źle.
Jak by nie patrzeć – to on, dość brutalnie i bez słowa sprzeciwu – zainspirował pierwsze czytanie przeze mnie Słowa Bożego w czasie Eucharystii. To było w pewną niedzielę… jakieś 13 lat temu. Nie pytał, czy chcę – powiedział: przeczytasz. No i co – przeczytałem. A że pomyłek sporo było – w tym na samym początku, odnośnie imienia proroka, z którego księgi było czytanie (chodziło o Daniela – z którego ja zrobiłem… Damiana) – trudno. Ale to był początek czegoś, co bardzo wiele znaczyło i dość dziś znaczy dla mnie, co robię do dzisiaj – na ile czas i obowiązki pozwalają.
Ciekawa rozmowa, miło było go zobaczyć po jakiś pewnie ze 3 latach, jest szansa że go tam odwiedzę.
Śmiałem się, bo x J. bardzo mocno kibicował temu, co wówczas wydawało mi się powołaniem kapłańskim. Żartował wczoraj – że jak ja mogłem nie pójść do seminarium… Gdyby ktoś mi coś takiego powiedział na serio, myślę że usłyszałby dość ostry i stanowczy z mojej strony komentarz odnośnie tego, co myślę o ludziach, którzy lepiej ode mnie wiedzą, co dla mnie dobre, i gdzie jest moje miejsce. Ale nie w tym wypadku 🙂 I po tej rozmowie wczorajszej uświadomiłem sobie, po raz kolejny – jestem we właściwym miejscu. Tu właśnie powinienem być, z kochaną żoną, z maleństwem które jeszcze się nie urodziło, a na które z takim utęsknieniem czekamy. Że te studia miały sens, zainteresowały i chyba rozbudziły pewną pasję odnośnie tej dziedziny, a zarazem stanowią wstęp do pracy zarówno ciekawej, jak i najprawdopodobniej pozwalającej żyć na pewnym poziomie (nie, nie marzę o złotych górach i willach – po co mi to…). 
>>>
Prasówka:
  • Agrowakacje – wypoczynek w gospodarstwie na wsi – może nie renesans, ale czy nie  tego właśnie większość szuka, uciekając od zgiełku miasta? Ostatnio mocno się przekonuję – urlop chyba tylko ma sens, gdy nie leży się bez sensu w domu, ale zmienia się otoczenie – wyjeżdża gdzieś.
  • O posłudze biskupiej w biednej Brazylii – rozmowa z bpem Edwardem Zielskim z diecezji Campo Maior – o specyfice brazylijskiego Kościoła, teologii wyzwolenia i konieczności zmiany podejścia i mentalności w Kościele nie tylko tam, ale i w Polsce (ciekawe sformułowanie – Kościół jest za bardzo trydencki)
  • Siostry benedyktynki w protestanckiej Szwecji – niezwykła historia konwersji zakonnic z luterańskiego (!) zgromadzenia Córek Maryi, które przez wiarę doszły do Kościoła katolickiego
  • Cudowna prostota bł. Jana XXIII – Papież Uśmiechu we wspomnieniach współpracowników z czasów, gdy pracował jako nuncjusz w Stambule
  • Wspomnienie o śp. ministrze Tomaszu Mercie – nie tylko zaangażowanym w sprawy państwowe,  niezwykłym erudycie, specjaliście cenionym przez wszystkie opcje polityczne, ale także kochającym mężu i ojcu, który innych prowadził do wiary

Wiem, dużo tego. Ale to tylko jeden numer GN. Dlatego tym bardziej zachęcam do kupowania i czytania w wersji papierowej.

>>>

W Empiku – nie można powiedzieć, zdecydowane jedyne miejsce, w którym można kupić każdy chyba krajowego formatu tytuł pisma katolickiego – sięgnąłem po najnowszy numer dominikańskiego W drodze. Tak z ciekawości. Wydaje mi się, że podobnych są 2 inne – Znak i Więź (obydwa miesięczniki). Znak jakiś bardziej krzykliwy się wydawał, Więzi nie widziałem – więc kupiłem W drodze.

Nie przeczytałem całości – 120 s. – ale na początku kilka tekstów poświęconych Solidarności, tekst Cenckiewicza o tragicznie zmarłej w Smoleńsku Annie Walentynowicz, a nawet interesujący artykuł Magdaleny Buczek o współczesnym rozumieniu pojęcia solidarności, tym czym ona była dla Polski lat 80., czym powinna być, a czym jest dzisiaj.

Kilka ciekawych cytatów z Jana Pawła II, wykorzystanych w tekście poświęconym Solidarności o. Macieja Zięby OP:

Doświadczenie Solidarności – doświadczenie mądrego samoograniczania się i współodpowiedzialności za losy kraju – winno więc i dzisiaj inspirować życie społeczne. Ma ona bowiem wymiar uniwersalny i ponadczasowy charakter. To dlatego, w imię przyszłości, jej dziedzictwo winno być stale na nowo odkrywane, pogłębiane i przeżywane. (przemówienie do Polaków, Bruksela 19.05.1995)

Konieczna jest dziś w Polsce wielka zbiorowa solidarność umysłów, serc i rąk – solidarność zdolna przezwyciężać podziały i rozbieżności, by konsekwentnie i z poświęceniem można było budować społeczeństwo bardziej sprawiedliwe, wolne i dostatnie. (do pielgrzymów NSZZ Solidarność, 11.11.1996)

Potem dwa interesujące teksty odnośnie… Dra House’a. Chyba każdy wie, co to jest – aż się zdziwiłem. Obydwa stanowią odmienne choć o zbliżonych wnioskach próby rozpracowania tej fikcyjnej, aczkolwiek bardziej niż popularnej, postaci dziwacznego genialnego diagnostyka. Kilka niezłych spostrzeżeń z drugiego z nich – autorstwa o. Romana Bieleckiego OP:

Jak mawiał Gogol: Z czego się śmiejecie, sami z siebie się śmiejecie. Dostrzegam w tym serialu wiele stycznych z codziennymi problemami. Podobnie jak Greg jesteśmy śmieszni w sprawach poważnych i śmiertelnie poważni w sprawach śmiesznych. Bywa, że jak dzieci, którym ktoś nagle zabrał zabawki, w chwilach niepowodzeń, obrażamy się na cały świat. Domagamy się wyników, jasnych i czytelnych, a w chwilach bezradności, kiedy nie umiemy pomóc, odczuwamy dziwny niepokój, podpięty nerwowym uczuciem zawodności. Chcąc, by wszystko było na naszych warunkach: i smutek, i żal, często sami wkładamy się w przegródkę wrażliwych samotników, co to wszystko widzieli i wszystko znają. Mamy swój vicodin uśmierzający nasze okręty, a także swoje okręty flagowe, podobne do słynnej serialowej sentencji „każdy kłamie”, i nierzadko niesiemy je wysoko na prywatnych sztandarach, traktując je niczym życiowe motta, co to nam wszystko wytłumaczą. (…)

Czy wobec tego należy unikać House’a? Bez przesady, nie jesteśmy jako chrześcijanie stadem bezmózgowców. Dr House to po prostu dobry serial z dobrze napisaną psychologicznie postacią, wciągającą akcją i bardzo dobrym drugim planem. To naprawdę tylko mały kawałek rzeczywistości, w której zaledwie tłem do dalszych rozmyślań są szpitalne wnętrza. W końcu to nie lekarskie zagadki, wielokrotnie analizowane przez fanów serialu, i z bezwzględną precyzją demaskowane błędy doktora, ale wszystko to, co się dzieje poza nimi, daje nam do myślenia. Możemy się z tym nie zgadzać, ale całość ogląda się z satysfakcją i błyskiem w oku.

Nie popadajmy w paranoję. To nie jest  tak, że chrześcijanie mają oglądać jedynie filmy o świętych i męczennika. Nie jesteśmy przecież idiotami. A oglądamy takie rzeczy jak Dr House, Lost, Gotowe na wszystko, Sześć stóp pod ziemią czy Dobrą żonę nie po to, aby je naśladować, ale po to, aby się czegoś dowiedzieć. Kościół nie jest neurotyczną starszą panią, która widzi we wszystkim obrazę, zgorszenie, zagrożenie. Mam głęboką wiarę w Kościół, który się nie lęka, ale niesie nadzieję. Nie jest od tego, aby oceniać wszystko z punktu widzenia moralności chrześcijańskiej i stawiać pieczątki: dobre, niedobre. Oczywiście, tak było by łatwiej. Można się poczuć zwolnionym z używania rozumu.

Interesujące jest to pismo, na razie doszedłem do jakiś 2/3 numeru, czytając w drodze z pracy wczoraj i do pracy dzisiaj. Chyba skończy się prenumeratą (w końcu na każdym numerze oszczędzę 3 zł), a dodatkowo dają 20% rabatu na książki wydane przez dominikańskie wydawnictwo o tej samej nazwie. Kuszące 🙂

Co nie zmienia faktu, że żeby wyrobić sobie opinię, muszę poczytać pozostałe – Znak i Więź.

>>>

Piękny tekst, również z recenzji z GN zaczerpnięty, z powieści Franka Perettiego Nawiedzenie – a swoją drogą świetne uzupełnienie tego, co powyżej napisałem odnośnie refleksji o sobie samym w kontekście rozmowy z x J.:

Jesteś człowiekiem Boga, to twoje powołanie, więc się nie martw. Po prostu wierz. Cokolwiek wpadnie ci w ręce, rób to z całym przekonaniem. Bóg zdziała resztę. I nikomu nie pozwól stłumić w sobie ognia. Słyszysz?

Nowe życie, nowa strona

Udało się!!!! Jesteśmy pewni.

Do Turcji pojechaliśmy we dwójkę – a wróciliśmy z jeszcze jednym prezentem, niespodzianką.

Naszym dzidziusiem.

Jakieś 2 tygodnie temu Natusza powinna była przechodzić to, czego każda kobieta bardzo nie lubi, a co musi znosić raz w miesiącu. I nic, cisza. Poczekaliśmy ze 2-3 dni. No i żonka test ciążowy zrobiła.

Oczywiście – ja dowiedziałem się o swoim dzidziusiu ostatni. W okolicznościach przyrody bardzo ciekawych – zwaliliśmy się bowiem na głowę teściom, szwagierka miała urodzinky. Jak ja dojechałem – ostatni – to jakoś nie zwróciłem uwagi, choć zauważyłem dość dużą i zastanawiającą radość i wesołość u zebranych. Wyściskaliśmy jubilatkę, a żonka poprosiła mnie – w ferworze nakrywania do stołu – do pokoju. I pomachała z uśmiechem czymś, co po złapaniu ją za rękę okazało się być testem ciążowym. Z wynikiem pozytywnym 😀

Dieta dietą – ale takie emocje trzeba było odreagować i pierwszy raz od dłuższego czasu popiwkowałem tego wieczora. Z radości, oczywiście 🙂

Rodzice moi dowiedzieli się dopiero w sobotę ostatnią (tydzień później), bo jakoś się nie składało – nie mogliśmy się ustawić, żeby do nich wpaść, a nie chciałem im tego mówić przez telefon. Mama – bo oczywiście, ja mało inteligentnie nieco naciskałem na spotkanie – cała spanikowana, że pewnie jakieś choróbsko (salmonellę czy coś) przywieźliśmy z Turcji… No i się dowiedzieli. Ojciec – znany wulkan emocji stwierdził nawet, że to i dobrze, bo później on za stary będzie na dziadkowanie. A w końcu – to ich pierwszy wnuczek! I teraz bezkarnie można ich od dziadków wyzywać 😛

Cieszymy się straszliwie. Ja normalnie aż sam siebie nie poznaję 😀 Chucham i dmucham na żonkę, żeby się nie nadwyrężała, odpoczywała. I to jej łatwo przychodzi – na razie, poza bardzo lekkimi i sporadycznymi bardziej niż mocno nudnościami (+ 1 raz zawroty głowy, ale to upał był i duchota straszna w kościele, więc się nie liczy) jedynym objawem ciąży jest to, że poza pracą właściwie większość popołudnia… przesypia 🙂

Maleństwo, jak wyczytaliśmy – tak, fachowa literatura to podstawa! – wygląda teraz podobno jak konik morski. Ma pewnie jakieś 6 tygodni. Ja, oczywiście, chciałbym synka – Natuszka córeczkę. A w kościach czuję, że córeczka będzie. Zresztą, jakie to ma znaczenie? Żeby maleństwo zdrowe tylko było.

Przydał się z pracy abonament do LuxMedu – szybko, bez kolejek i płacenia Natuszka zrobiła potrzebne badania. Centrum medyczne jest bliziutko od nas, sympatyczna i kompetentna pani ginekolog. Miała wątpliwość (już na USG rozwianą – jest ok) co do jednej piersi, i nie gdybała, tylko od razu na USG wysłała – wydaje mi się, że to dobrze o niej świadczy.

Jedyny problem – nadżerka tak zwana. Ale mamy zapisane globulki, żonka aplikuje. Jak poczytałem w odmętach netu – nie umiera się od tego, kobiety piszą że i 2 zdrowych dzieci rodziły, i nic się nie działo (za to podobno po zabiegu dokumentnego pozbycia się tejże to różnie bywało…), tylko podczas porodu krwawienie minimalnie większe może być. Ale wierzymy, że wszystko będzie dobrze.

Ojcostwo mnie nieco przeraża. Chyba nigdy nie miałem jakiegoś podejścia do dzieci – są tacy, do których maluchy od zawsze się kleją, itp. Do mnie – nie. Ale sam fakt tego, że dzidziuś nasz będzie na świecie sprawi chyba, że nie wytrzeźwieję z tydzień conajmniej z radości!

Teściu powiedział, i ma rację – to niesamowite. Nie widzisz dzidzi, wiesz że gdzieś tam siedzi, rozwija się, a już tak strasznie dzidziusia kochasz 🙂

 
>>>
Druga rzecz – od jakiegoś czasu w wolnych chwilach przygotowywałem powolutku swoją stronę. Tu piszę na blogu, ale postanowiłem założyć także stronę. 
Zapraszam zatem na http://palabra.webd.pl
 
Nie będę reklamował – jest tam o tym, co dla mnie ważne, czyli o wierze, o Bogu. Generalnie w większości, jak na razie, o modlitwach i moje rozważania. Trochę i w miarę upływu czasu, mam nadzieję, coraz więcej – o książkach i najciekawsze z nich myśli. W przyszłości – planuję dodać nie tylko swoje, ale także znalezione najciekawsze rozważania, dobre opowieści z przesłaniem i aforyzmy.
Strona powstała w Joomli, którą się zachwycam – bardzo dużo możliwości. Trochę zabrało, zanim to rozgryzłem, ale jest dobrze 🙂 Konwencja kolorystyczna – z premedytacją taka, a nie inna, własnoręcznie wymodzona. Delikatny spokojny kolor, no i obowiązkowo coś w odcieniu czerwieni (wiśnia?). 
Zachęcam do odwiedzania i korzystania 🙂 

ON TEGO ZA CIEBIE NIE ZROBI

Cała dzisiejsza liturgia słowa uroczystości apostołów Piotra i Pawła, a najbardziej właściwie czytania obydwa, mówi o wyzwalaniu człowieka. Tak, wiemy – Bóg nas zbawił przez swego Syna, tłuką nam to do głów na religii od podstawówki. I to prawda – bo był to zwrotny moment w historii zbawienia. Od tamtej pory nic nie jest takie samo jak było. 
Ale Bóg nie tylko zbawił nas przez to, co stało się na Golgocie 2000 lat temu. Bóg zbawia nas ciągle i nieodmiennie. Kiedy Piotra zamknęli, bo słynnym wywrotowcem i wichrzycielem (propagującym kult innego wichrzyciela, którego Żydzi rękami Piłata się pozbyli) się stał – Bóg nie pozostawił go jego własnej inwencji, ale przysłał na pomoc anioła, który w cudowny sposób wypuścił Piotra i zwrócił mu wolność.
Paweł zaś mówi o zawodach i zwycięstwie, które na końcu tychże czeka od Boga na każdego, który gra uczciwie. Zwróć uwagę – tu nie ma mowy o zwycięstwie w ludzkim rozumieniu, o wygraniu zawodów. Wystąpiłem, ukończyłem, wiarę ustrzegłem. Podium – owszem – to sukces. Ale nie ono jest najważniejsze. Liczy się to, co po drodze było – jak się ścigałeś, jakim/czyim kosztem się ścigałeś, po co biegłeś, jaki był twój cel?
Dwie zupełnie różne postaci – Piotr i Paweł. W sumie, nie pierwszy raz dzisiaj, siedząc w czasie homilii, zastanawiałem się, czym Kościół kierował się, łącząc ich wspomnienia w jedną uroczystość. Owszem – działali w tym samym okresie, u podstaw, na początku Kościoła. Piotr – wiadomo, pierwszy, klucze Królestwa, opoka itp. Paweł – gorliwy w każdej sytuacji, tak jak faryzeusz, jak i już jako nawrócony chrześcijanin. Obydwaj dla Kościoła wiele znaczą. 
Tylko że wydaje się, iż obydwoje nieco inaczej ten Kościół postrzegali. Piotr działał w Jerozolimie, gdzie powstał problem z kwestią nawróceń pogan (nie-Żydów) i zachowywania przez nich w całości prawa żydowskiego. Paweł zaś ewangelizował, przemierzał ówcześnie znany świat i głosił Jezusa. I chyba nie jest przesadą, gdy powiem że to jemu zawdzięczamy to, w jakim kierunku Kościół poszedł – że nie stał się enklawą, grupą w ramach judaizmu. Bo to Paweł powiedział – Jezus wypełnił wszystko i ci, którzy uwierzą w Niego, nie muszą być krępowani prawem Mojżeszowym. Wystarczy wiara w niego, przykazania, Ewangelia. 
Bóg chce wyzwolić każdego z nas. Jak? Tak, jak ich – Piotra i Pawła. Ofiarując każdemu odpowiednie, jakby na jego miarę uszyte, powołanie. Niemożliwe? Nie w dzisiejszym świecie? Nic bardziej mylnego. Skoro wtedy Bóg – ograniczony tym, co ludzki, bo przecież Jezus był człowiekiem, powołał Piotra i tyluż innych, którzy roznieśli i rozszerzyli Kościół na cały świat – to o ileż więcej ten sam Bóg może zdziałać dzisiaj, gdy nie jest cielesnością powłoki ludzkiej ograniczony? 
Nadal powołuje, i jakby często wbrew człowiekowi – który woli widzieć w Nim naburmuszonego i kapryśnego starca, który świat kiedyś stworzył, po czym o nim zapomniał i co najwyżej kpi czasem i wyśmiewa go – chce pokazać, że przez ten świat można przejść będąc naprawdę wolnym i szczęśliwym. Jak? Nie zawsze tam, gdzie ładnie, wygodnie, prosto jak drut. Czasami tam, gdzie bardziej pod górę, z bagażem doświadczeń, z krzyżem, nieraz jakby błądząc. 
Czym byłoby zdobycie szczytu – gdyby nie cały trud właśnie we wspinanie się włożony? Niczym nadzwyczajnym. Daj się Bogu wyzwolić. Nie startuj w pogoń za tym, co błyszczące, efektowne, trendy, modne i cool – ale za tym, co ma prawdziwą wartość, która nie zmieni się z nowym sezonem. Podążaj za miłością, wiernością, uczciwością. Szukaj prawdy, nadziei, wiary. Bóg cię wyzwolił i powołuje – ale to życie, za jego drogowskazami, możesz przejść, przebiec tylko samemu. On tego za ciebie nie zrobi. Drogę znasz.

NIE UCIEKAJ OD LUDZI

Wróciłem z Turcji, żyję. Ale o tym – pewnie jutro lub pojutrze napiszę, bo muszę poukładać myśli. Krótko – niesamowicie było. A dzisiaj w pracy leży i groźnie na mnie łypie okiem wieeelka kupa korespondencji. Niby tylko tydzień mnie nie było – a może aż?
Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. Odrzekli jej: Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: Jan będzie mu na imię. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem, a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem. (Łk 1,57-66.80)
Dzisiaj uroczystość narodzenia św. Jana Chrzciciela. Jest to osoba  ciekawa: nie dość, że krewny samego Jezusa (skoro jego matka – Elżbieta – była jej krewną), jedyny chyba (poza Maryją) święty, którego wspominamy nie tylko w dacie śmierci (narodzin dla nieba) ale i w dniu urodzin. I wreszcie – jedyny prorok, który wprost wskazał Zbawiciela. Jakby brama, zamykająca Stary a otwierająca Nowy Testament. 
Ten tekst uczy przede wszystkim szacunku dla życia. Bo przecież mowa o oczekiwaniu na narodzenie syna. Nowe życie, wyjątkowy dar Boga – nie tylko w przypadku Zachariasza i Elżbiety, dla których samych i ich najbliższych nowe życie w tak podeszłym wieku było po prostu cudem. Kto by się spodziewał dziecka w wieku, można by powiedzieć, babcinym już? A dzisiaj tyle się mówi o prawie do aborcji, o wolności kobiety w dysponowaniu własnym ciałem (życie drugiego człowieka to… własne ciało?), postuluje się dostęp do zabiegów zabijających nienarodzone dzieci nie tylko w sytuacji zagrożenia życia matki, jej tzw. trudnej sytuacji – ale w ogóle, ot, gdy będzie miała ochotę. Gdzie tu odpowiedzialność? Łatwo jest chcieć przyjemności, związanej z pożyciem małżeńskim, ale żeby ponosić konsekwencję swoich czynów? A po co, przecież to takie staroświeckie…
Życie jest darem, i wara od niego z ręką! Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela – tak, to o małżeństwie. A skoro Bóg daje życie – to kto daje ci prawo, aby je niszczyć? Owszem, teraz może się wydawać – to tylko pozbycie się problemu, po co niszczyć życie (sic!) przez głupi błąd młodości. Można tam myśleć. Wyrzuty sumienia przyjdą o wiele mniej spektakularnie, później. I nie dadzą się tak łatwo załatwić, jak skrobanka. Przepraszam za dobitność. Tak – człowieka można wyskrobać, niekiedy w majestacie prawa. Ale zapomnieć o tym się nie da. I to nie lekarz, ale zazwyczaj niedoszła matka czy ojciec mają później problemy, nie mogą się pogodzić z tym, co zrobili – sobie i maleństwu, któremu odebrali szansę na zobaczenie ich i pokochanie. 
Fakt, że życie jest darem, to prawda o której często zapominają nie tylko ci, którzy dopuszczają się aborcji (rodzice, lekarze przeprowadzający zabiegi). Czasami mam wrażenie, że gdy patrzę na niektórych, to oni są tak zapatrzeni w Boga… że już nie widzą poza tym człowieka. Drugiego, obok siebie – rodzica, dziecko, rodzeństwo, przyjaciela, sąsiada z pracy czy uczelni. Jakby przykazanie miłości kończyło się na Będziesz miłował Pana Boga swego. A co z a bliźniego swego jak siebie samego? Nie mniej ważne. Tak jak nowonarodzone dziecko jest darem dla rodziców i bliskich – tak samo każdy człowiek, z którym w różnych momentach życia, jest darem dla mnie a ja dla niego. Nie ma przypadków – czy tego chcemy, czy nie, nasze interakcje i stykanie się ze sobą nie jest nijakie, pozostawia ślady. 
Można ubogacić – można zranić. Można pomóc – można pognębić. Można przynieść radość i spowodować szybsze bicie serca – można zmieszać z błotem, zeszmacić i upodlić. Czasami nie potrzeba słów, wystarczą gesty. Mówi się czasem, że w pamięci zapadają rzeczy przyjemne, które chcemy zachować. Pewnie tak jest – ale to, co boli, pozostawia ranę. Przebaczenie to jedno, ale pamiętliwi jesteśmy mocno. Taka natura. 
Nie jest sztuką iść przez życie, omijając ludzi też znajdujących się na tej drodze. Tak – to dokładnie ta sama droga, czasami idąca nieco inaczej, raz trudniej, raz prościej – która prowadzić ma nas do Boga. Ci ludzi – my sami dla siebie nawzajem – jesteśmy po to, aby sobie pomagać, aby się ubogacać, wspierać w tej wędrówce. I cieszyć się sobą nawzajem – tym, że nie tylko mam coś dla siebie, talenty, możliwości, środki – ale że mogę to dać komuś, wesprzeć go, podzielić się. 
W I czytaniu dzisiaj padają słowa Bóg mój stał się moją siłą. Bóg chce stać się źródłem siły dla każdego z nas – nie po to, aby ta łaska się w nas, za przeproszeniem, kisiła, ale aby ta łaska rozlewała się przez nasze ręce na innych. Bóg po to daje życie, aby było ono źródłem szczęścia. Jesteśmy tak bardzo różni, mamy różne spojrzenia, różnimy się poglądami na wiele spraw – ale w tej różnorodności jest siła. Siła, która ujawnia się, gdy współdziałamy, kiedy mnożymy to co mamy – dzieląc się tym.
Nie bójmy się ludzi. Nie bójmy się siebie nawzajem. Jesteśmy stworzeni, jak to Merton powiedział, aby nie być samotnymi wyspami. Owszem, raz na jakiś czas rodzą się dusze, które powołane są do pustelniczego, samotnego życia – ale to wyjątki. Jesteśmy dla siebie punktami odniesienia – czasami interakcja jest bolesna, czasami się na sobie sparzymy, ale to wiele uczy i ubogaca. 
Ale taka jest właśnie nasza droga. Można z niej uciekać, można próbować omijać wszystkich innych na tej drodze – tylko po co? Lepiej razem szukać swojego miejsca w Bożych planach, razem wsłuchując się w Jego głos, a zarazem poszukując odpowiedzi na swoje pytania na Bożej drodze miłości. Razem. Współdziałając. Jeden dla drugiego. Gdzie dwaj lub trzej są zebrani w imię moje – tam Ja jestem między nimi. Nie lepiej?
>>>
Rano przejrzałem info.wiara.pl – chwilę człowieka nie ma, a już się dzieje…
1) kolejny gest pojednania pokazujący dobrą wolę lefebrystów – wybaczcie, ale z tym gestem zeszłorocznym to uważam, że papież chyba jednak się pomylił…
3) kolejny polski punkcik na biskupiej mapie świata – ks. Zbigniew Stankiewicz następcą kard. Janisa Pujatsa jako metropolity ryskiego 
4) kolejne rewelacje nt. bpa Waltera Mixy – chyba gorzej już być nie może (pytam się zatem – czy tak naprawdę nikt nie wiedział, co on wyprawiał, czy po prostu wygodniej było nie widzieć?
5) abp Paetz reaktywacja – niejednemu, i słusznie, przeszkadzało, że podczas uroczystości w różnych miejscach w kraju ten człowiek siada w pierwszym rzędzie w fioletach biskupich… i doszło do tego, że musiał się wypowiedzieć Watykan; jak zwykle – niezawodny Szymon Hołownia ze swoimi dobitnymi komentarzami (jeden na wiara.pl i drugi na jego blogu); i, moim zdaniem, dość niebezpieczny (bo dążący jakby do usprawiedliwiania takich postaw) punkt widzenia x Artura Stopki 

POKAŻ BOGU ZMARNOWANE ŻYCIE

Jeden z faryzeuszów zaprosił Jezusa do siebie na posiłek. Wszedł więc do domu faryzeusza i zajął miejsce za stołem. A oto kobieta, która prowadziła w mieście życie grzeszne, dowiedziawszy się, że jest gościem w domu faryzeusza, przyniosła flakonik alabastrowy olejku, i stanąwszy z tyłu u nóg Jego, płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem. Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą. Na to Jezus rzekł do niego: Szymonie, mam ci coś powiedzieć. On rzekł: Powiedz, Nauczycielu! Pewien wierzyciel miał dwóch dłużników. Jeden winien mu był pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. Gdy nie mieli z czego oddać, darował obydwom. Który więc z nich będzie go bardziej miłował? Szymon odpowiedział: Sądzę, że ten, któremu więcej darował. On mu rzekł: Słusznie osądziłeś. Potem zwrócił się do kobiety i rzekł Szymonowi: Widzisz tę kobietę? Wszedłem do twego domu, a nie podałeś Mi wody do nóg; ona zaś łzami oblała Mi stopy i swymi włosami je otarła. Nie dałeś Mi pocałunku; a ona, odkąd wszedłem, nie przestaje całować nóg moich. Głowy nie namaściłeś Mi oliwą; ona zaś olejkiem namaściła moje nogi. Dlatego powiadam ci: Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje. Do niej zaś rzekł: Twoje grzechy są odpuszczone. Na to współbiesiadnicy zaczęli mówić sami do siebie: Któż On jest, że nawet grzechy odpuszcza? On zaś rzekł do kobiety: Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju! Następnie wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które uwolnił od złych duchów i od słabości: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, zarządcy u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia. (Łk 7,36-8,3)
Wczorajsza niedzielna ewangelia jest tekstem znanym, choć – w moim odczuciu – trudnym naprawdę. Bo mówi o tym, że Bóg człowieka nigdy nie przekreśla – co, niestety, dość łatwo przychodzi człowiekowi. Jeśli jesteś osobą, która stara się żyć zgodnie z przykazaniami, miłować Boga i bliźniego, nie popełniłeś nigdy jakiegoś szczególnie ciężkiego przewinienia czy grzechu – nie okradłeś, nie pobiłeś, nie zazdrościsz, nie gwałcisz – starasz się pomagać innym, służyć radą, wsparciem, modlisz się, to zrozumiałe, że wydaje ci się, że robisz wszystko dobrze i jesteś na najlepszej drodze do osiągnięcia zbawienia. 
Właśnie. A gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla tych, którzy po drodze się gdzieś pogubili? Jest. Nawet gdy ty go nie widzisz. Bo On właśnie na nich czeka – jak to Jezus tłumaczył w innym miejscu na przykładzie zagubionej owcy, której to właśnie szuka pasterz, pozostawiając jakby te pozostałe, które nie oddaliły się od stada. Im jest łatwiej, wiedzą co można, a co nie – a tamta się pogubiła i trzeba włożyć czas i siły, aby ją odnaleźć. 
Czego Bóg oczekuje? Niewiele. Na pewno tego, że taka zagubiona osoba stanie w prawdzie wobec swojej słabości. Nie będzie negować i starać się samej siebie przed sobą i Nim usprawiedliwiać – ale zrozumie i przyjmie: dotąd było tak i tak, to było złe, ale tak właśnie postępowałem. I wstyd mi z tego powodu. Zgadza się, jest to dużo trudniejsze niż, z pozoru pewne siebie, robienie różnych głupot, jakie miało się okazje zrobić wcześniej. Ale jest to konieczne. Bóg zawsze kocha – ale to ty musisz pogodzić się z tym, że kocha cię nie jako wyimaginowany obrazek aniołka, ale tą realną osobę, z całym bagażem tych także negatywnych doświadczeń. 
No i trzeba Go kochać. Właśnie. Być świadomym tej miłości, i tego, że jest bezwarunkowa. Nie „za coś”, jako jakaś wymiana. Za darmo. Za nic. W przypadku niektórych – nawet dosłownie wbrew czemuś, a raczej komuś (często – wbrew temu, kogo Bóg właśnie kocha…). Tu nie chodzi o jakieś quasi-eksperymenty – zobaczę, jak nisko uda mi się upaść, i czy ten Bóg to faktycznie nadal mnie będzie kochał. Oj, nie. To jest igranie z Nim, grzech przeciwko Duchowi Świętemu. Żebyś się nie przejechał. Chodzi o świadomość – bez względu na to, co zrobiłeś, gdy dojrzejesz na tyle, aby zrozumieć, że wrócić zawsze możesz tylko do Niego – który jest źródłem i początkiem miłości – że On czeka. I nie oczekuje nic więcej, niż tylko abyś tej Jego miłości i wybaczenia zapragnął i o nie poprosił. 
Ks. Edward Staniek napisał, że ta scena jest jakby odbiciem obrazku z synem marnotrawnym – i to jest bardzo dobre porównanie. Ja bym to nazwał – prawdziwą ewangelią nadziei dla tych wszystkich, którzy nie potrafią znaleźć swojego odpowiednika wśród świętych, nie wierzą w swoją wartość, nie widzą dla siebie szansy. Ale to nie jest tak! A Piotr, który się zaparł? A uczniowie, którzy pouciekali? I wracali do Niego. Warto było? Na pewno. Warto wziąć z nich przykład? To pytanie, na które sam musisz odpowiedzieć. 
Nie idziesz do Boga z pustymi rękami, choć tak może się wydawać. Nie jesteś pusty. Jesteś pełen gorzkich doświadczeń, zawiedzionych planów i ambicji, brudu duchowego który się w tobie nagromadził, żalu do ludzi którzy gdzieś po drodze zawiedli, może nawet żalu do Niego… Nawet twoje łzy mają wartość – bo przed Bogiem wartościowe jest wszystko, o ile jest to szczere. On to rozumie. 
Szkoda mi tego faryzeusza – bo on nic nie rozumiał. Dla niego to było po prostu kolejne faux pas, które stało się udziałem Jezusa, gdy po raz kolejny zadał się z niewłaściwą osobą. No bo jak to – on Go zaprasza do domu, a ten – zamiast z nim siedzieć – zadaje się z jakąś grzesznicą? Skandal! Ale to był gest, wola powrotu do Boga. Ta kobieta – nie wiem, czy była prostytutką, czy nie (bo chyba jest to bardziej „tradycyjne” dopowiedzenie, niż coś co wynika w jakikolwiek sposób z tekstu) – uwierzyła w Niego, w Jezusa, i chciała coś dla Niego zrobić, zbliżyć się do Niego. Czy onieśmielona towarzystwem, faryzeuszem, albo po prostu zbyt jeszcze pełna pogardy sama wobec siebie, aby wyrazić coś słowami – rozpaczliwie potrzebowała akceptacja, znaku że nie jest przekreślona przez Boga, bez względu na to, co zrobiła.
Jezus nie odpowiedział wprost – ale odpowiedź jest czytelna. Kolejna przypowieść, o dłużnikach. Komu więcej darowano – od tego więcej wdzięczności będzie. I, co najważniejsze, odpuścił grzechy. Bo, czy kobieta była tego świadoma, czy nie – właśnie po to przyszła. To było odpowiedzią na te wszystkie jej gesty – gorszące faryzeusza, a będące dla Jezusa wyrazem jej ukrytych pragnień. 
Ciągle jest jeszcze czas. Ciągle, dopóki serce bije, a człowiek idzie dalej, jest czas i miejsce, aby wrócić do Boga. Nie tracić czasu na zastanawianie się – a czy warto, a czy On mnie przyjmie, czy w ogóle będzie miał dla mnie czas, takiego małego nędznego człowieka pewnego wad i grzechów… To nie ma znaczenia, i uświadomienie sobie tego jest punktem wyjścia, be którego nic się dalej nie uda. Dopiero z tą świadomością możesz przypaść mu do nóg, tak jak ta kobieta. I nawet, gdy brakuje słów – nich mówi twoje spojrzenie, twoje myśli i serce. 
Ty także możesz i powinieneś przynieść Bogu swoje, najbardziej nawet zmarnowane, życie. Pokaż Mu je. Pokaż, że ci zależy, że chcesz, aby było lepiej. Uwierz, że z Jego pomocą to się może udać. Może wtedy, tak jak ona, u Jego stóp usłyszysz Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!

OBOWIĄZEK ZWYCZAJNEJ ŚWIĘTOŚCI

Wczoraj ks. Jerzy Popiełuszko, zwykły prosty ksiądz, bez doktoratu czy tytułów kościelnych, żaden wspaniały proboszcz – do bólu zwykły, choć niezwykły w tej zwyczajności kapłan został włączony do grona błogosławionych Kościoła.

Nie mogę – jak to w tym czasie wielu mówi – wspomnieć go, bo Bóg odwołał Go do siebie w tak specyficzny i wymowny sposób przez ręce jego oprawców niewiele, ale jednak trochę przed moim urodzeniem. Nie był on w jakiś szczególny sposób czczony w moim otoczeniu. 
Jednakże dane mi było zetknąć się kiedyś z x Antonim Lewkiem – przyjacielem błogosławionego, który przez szereg lat zajmował i zajmuje się pielgrzymami, którzy przychodzą do kościoła św. Stanisława Kostki w Warszawie i chcą dowiedzieć się o życiu i męczeństwie Popiełuszki. Ksiądz ten był w mojej rodzinnej parafii, cóż, pewnie z 10 lat temu – i właśnie całą niedzielę mówił o x Jerzym, i sprzedawał książki. Wtedy się zainteresowałem tą postacią, czytałem nieco. A jakiś czas temu, niedawno, przeczytałem książkę E. Czaczkowskiej i  T. Wiścickiego „Ksiądz Jerzy Popiełuszko” – którą wszystkim polecam (nie jest to biografia świętego, a wspomnienia o osobie i rzetelnie opisane wydarzenia z okresu jego śmierci oraz wyjaśniania jej przyczyn i przebiegu wypadków). 
Kim był x Jerzy Popiełuszko? Przede wszystkim był człowiekiem, i w przeciwieństwie do niektórych kapłanów, pamiętał o tym zawsze i zawsze miał czas dla ludzi. Prawdziwy człowiek cichego sprzeciwu wobec oczywistego zła, osoba która w duchu Ewangelii nie bała się mówić prawdy o tym, że zło jest złe, że ludziom nie można odebrać wolności i nie można ich zniewalać, nie można zabraniać modlitwy czy życia religijnego, nie można piętnować za przekonania religijne i patriotyczne. Jak to mówili o nim przyjaciele i ci, którym służył – wręcz niepozorny, kruchego zdrowia, palący, niekiedy po ludzku mocno przestraszony zwykłymi sprawami. Poświęcony do końca sprawie najważniejszej – prawdzie i prawu do nazywania rzeczy po imieniu – pozostał wręcz do bólu normalny.
Kto nie widział – niech w tych dniach, w ramach takich mini-rekolekcji, obejrzy sobie zeszłoroczny film Popiełuszko. Wolność jest w nas – piękny i jakże prawdziwy obraz życia tego wielkiego człowieka. Piękny przede wszystkim dlatego, że prawdziwy – nie odczłowieczał x Jerzego, nie robił z niego męczennika czy kryształowego anioła. Pokazywał, jaki był, jak odnosił się do ludzi, do ich problemów. A przede wszystkim – jak był gotowy do walki w imię swoich przekonań, jak potrafił spieszyć z pomocą wszystkim, którzy chcieli pokonywać z Bożą pomocą własne słabości. Ja sam o filmie, na poprzednim blogu, popełniłem kilka słów tutaj.
To dla nas, dla Polaków, ważny dzień i ważna postać. Nie codziennie zdarza się, aby Kościół ukazywał jako wzór świętości nie dość że naszego rodaka, to jeszcze człowieka zupełnie nam współczesnego, którego wielu być może znało, przyjaźniło się z nim, i który był jakże czytelnym symbolem sprzeciwu wobec komunizmu, z którym ten kraj nie tak dawno walczył. Trzeba to docenić.
Sam nie oglądałem uroczystości beatyfikacyjnej – ale przeczytałem w pewnym miejscu, że niektórzy uznali ją za niezbyt doniosłą, niewystarczająco piękną i wspaniałą. I co z tego? Nic. To chyba tylko jeszcze lepiej wpisuje się w życie samego błogosławionego, przez którego działanie łaski Bożej świętowaliśmy wczoraj. Bo czy o pompatyczność celebr tu chodzi? Może właśnie chodzi o to, aby zamiast tracić na nie czas – zastanowić się, czy nie za bardzo wszystko komplikujemy, utrudniamy, do przesady perorując i wygłaszając mądre przemowy i orędzia? A wystarczy – tak jak w przypadku błogosławionego Jerzego – przysłowiowo robić swoje, ale na maxa, z przekonaniem, wierni do końca, mając pewne ideały i wartości, których za żadną cenę się nie wyprzemy. Tylko to jest o wiele trudniejsze niż gadanie. 
Przykład x Jerzego jest tym większy, że nie chodzi tu o jakieś zakrojone na wielką skalę i zorganizowane logistycznie nie wiem jak działania duszpasterskie. To wszystko było jakby przypadkiem – jego wydelegowanie jednorazowo do odprawienia mszy dla strajkujących. Później powstał pomysł odprawiania Mszy za Ojczyznę – które spontanicznie, pod wpływem homilii tego niepozornego kapłana, stały się wielkimi manifestacjami wiary, skupiającymi olbrzymie masy ludzi, poszukujących prawdy. Nikt się tego po nim nie spodziewał, nikt od niego tego nie oczekiwał. W końcu był tylko młodym rezydentem w warszawskiej parafii. 
A co on robił? Niby niewiele. Robił swoje. Mówił do nich o prawdzie, o wolności, o godności ludzkiej, o prawie do wolności sumienia i wyznania, o prawie do wiary i swobodnych praktyk religijnych. W tym tkwiła jego heroiczność – bo to determinuje z kościelnego punktu widzenia zdolność kandydata do trafienia na ołtarze – że te wszystkie zwykłe, z punktu widzenia katolika, rzeczy i obowiązki kapłańskie pełnił z niezwykłym uporem, wierząc w słuszność tego, co robił, i potrzebę tej posługi w tak trudnych czasach. Aż do końca, do przelania krwi w męczeństwie. Mówił: módlmy się, byśmy byli wolni od lęku, zastraszenia, ale przede wszystkim od żądzy odwetu i przemocy.
Wielki, współczesny patron zwykłych ludzi, zabieganych, zaganianych, często w jakiś sposób dyskryminowanych i wyśmiewanych. Nasz patron. Człowiek, który z perspektywy nieba, gdzie dzisiaj się znajduje, pokazuje nam, że świętość nie jest czymś odległym i nieosiągalnym, ale zaproszeniem od Boga kierowanym do każdego człowieka. Zaproszeniem, które nie wymaga porzucenia wszystkiego, rodziny, bliskich, zajęcia, i zamknięcia się w klasztorze. Świętość jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki, w świetle zwykłego dnia zwykłych ludzi. Potrzeba tylko wiary i uporu, aby do niej dążyć i ją zdobywać. Codziennie na nowo. Tak jak błogosławiony Jerzy Popiełuszko. 
A którędy do świętości? Np. drogą ewangelicznych błogosławieństw, które Kościół dzisiaj przypomina w liturgii. Błogosławiony to przecież po prostu święty!

Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy [ludzie] wam urągają i prześladują was, i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe na was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wasza nagroda wielka jest w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami. (Mt 5,1-12)

Homilia beatyfikacyjna – tutaj.
Tym bardziej niech dzisiejszą modlitwą będą słowa nowego błogosławionego, które od jakiegoś czasu już „wiszą” sobie w kolumnie po prawej, pomiędzy linkami:

Mamy wypowiadać prawdę, gdy inni milczą. Wyrażać miłość i szacunek, gdy inni sieją nienawiść. Zamilknąć, gdy inni mówią. Modlić się, gdy inni przeklinają. Pomóc, gdy inni nie chcą tego czynić. Przebaczyć, gdy inni nie potrafią. Cieszyć się życiem, gdy inni je lekceważą.

Genialny utwór, skomponowany przez Full Powers Spirit, jako ścieżka dźwiękowa do filmu „Wolność jest w nas”. Nie raz i nie dwa razy na poprzednim blogu do niego wracałem. Wsłuchaj się w tekst.

Z PERSPEKTYWY ĆWIERĆWIECZA

Piotr powiedział do Jezusa: „Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą”. Jezus odpowiedział: „Zaprawdę powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał sto kroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym. Lecz wielu pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi”. (Mk 10,28-31)
To pytanie nie zostało w ogóle zadane wprost przez Piotra. Ale podtekst jest oczywisty – co my z tego będziemy mieli, Jezu? Może i życie w Palestynie w tamtych czasach nie było jakoś specjalnie wyszukane i wspaniałe dla prostych ludzi (a takimi była większość apostołów), ale – bądź co bądź – pozostawili swoje łodzie, swoje rybactwo, prace i zajęcia, prawdopodobnie też rodziny, no i poszli za Nim. Tak bez niczego. Jak stali – tak poszli. Zresztą – to przecież tak bardzo ludzkie, pytać o korzyści. Nawet gdy motywacja nie jest materialna, a dotyczy czegoś innego, innej sfery, duchowości.
Ksiądz rano na mszy bardzo ładnie powiedział – że Bóg nigdy nie jest dłużnikiem człowieka. Bóg nigdy nie pozostawia jakiś niedomówień, niezałatwionych porachunków z człowiekiem. Oni nie poszli wtedy za Jezusem ot tak, żeby iść za Nim do Jerozolimy, On dał się zabić – a oni wrócili do swojej codzienności. Nie, nic takiego nie miało nastąpić. Spotkali Jezusa – i nigdy nic nie było takie samo. Albo inaczej – było, ale ich optyka na świat była inna. Dzięki Niemu. 
Już wtedy, w czasach Jezusowi współczesnych, był choćby obrazek ewangeliczny z młodzieńcem, który chciał – a przynajmniej to deklarował – pójść za Nim, i pytał, co ma zrobić. Jezus wiedział, że był dobry, prawy, ale i bogaty – więc polecił rozdać majątek i wtedy wrócić. I tutaj się skończyły ambicje i plany pytającego; nie potrafił pozbyć się majątku. Przez te wieki – nic się w tym zakresie nie zmieniło. Ludzie tak samo, o ile nie jeszcze bardziej, gonią za kasą i bardzo często dosłownie wszystko podporządkowują jej zdobywaniu, pomnażaniu, liczeniu, trwonieniu, i tak w kółko… 
Co mi da to, że wierzę? Przy takim, materialistycznym nastawieniu, pewnie nic. Nawet trudniej będzie – bo zamiast pracować w weekendy Bóg każe do kościoła iść, nie spędzać czasu nad papierami – tylko zająć się rodziną, małżonkiem. Rozmawiać, być dla siebie, pomagać sobie – a przecież ile w tym czasie forsy ucieka między palcami… Tylko że na kasie świat się nie kończy. A korzyści, które wspomniał Jezus, to nie tylko i nie zawsze w ogóle coś, co można przeliczyć na pieniądze. Ale zawsze będzie to coś cenniejszego – co pozwoli dać sobie radę nawet gdy tych zer na koncie czy w portfelu nie będzie tyle, ile byśmy chcieli. 
Jeśli nie widzisz, czym Bóg cię ubogacił – to nie znaczy, że dajesz Mu czas, wierzysz, a On ma to w nosie. To znaczy, że w tym wszystkim jeszcze za bardzo patrzysz na siebie – a za mało zasłuchujesz się w Niego, w Jego Ducha, i przez to nie widzisz, co i ile On ci daje. Co wtedy? Jeszcze bardziej zaprzeć się samego siebie, zepchnąć gdzieś w kąt egoizm, samolubstwo, zapatrzenie w siebie, wszelkie ja, mnie, moje – zrzucić z siebie ten szczelny pancerzyk egoisty i egocentryka.
I dopiero wtedy – tak naprawdę wolny – pójść za Nim nawet (a może zwłaszcza) wtedy, gdy nagle przewróci wszystko do góry nogami i poprowadzi w najmniej spodziewane miejsce. I to będzie początek drogi ku temu, co On pragnie ofiarować tobie.
>>>
Dzisiaj, a konkretnie za jakieś niespełna 2 godziny, skończę 25 lat.
Jak tak sobie rano w łóżku myślałem – cóż, drogi Boże są dość niezbadane. Gdyby mi ktoś zadał np. w III klasie LO pytanie – co będziesz robił mając 25 lat… pewnie bym odpowiedział, że przygotowywałbym się do święceń kapłańskich. Bo taki wtedy był mój pomysł na życie, taka wydawała mi się droga, którą coraz wyraźniej Bóg przede mną kreślił.
Potem moją obecną kochaną żonkę postawił na tej drodze, i wszystko się poprzestawiało 🙂 Długo ze (za?) sobą chodziliśmy, zdążyliśmy skutecznie zacząć i skończyć (wspólnie) studia, no i w sierpniu AD 2009 pobraliśmy się. Mamy gdzie mieszkać, mamy za co żyć, milionerami nie jesteśmy, ale jest nam dobrze. Mamy, mniejsze lub większe (a raczej do zrealizowania w krótszej lub dłuższej perspektywie) plany, kochamy się. Czegoś więcej potrzeba? Mnie – nie. 
 
To też było – nawiązując do Ewangelii – takie pójście za Nim, właśnie tym trudniejsze, że chyba ja sam byłem pewien: kapłaństwo, i najtrudniej to mnie samemu było uświadomić sobie, że moje miejsce jednak nie jest w seminarium. Bóg pokazał figę, i zaproponował inną drogę 🙂
Trochę mnie krępuje bycie dzisiaj trochę na świeczniku – na szczęście, w pracy się nie pochwaliłem (bo i czym), ale co rusz smsy, życzenia na GG, n-k czy facebooku. I choć z roku na rok pamięta o tym dniu coraz mniej osób – to jakby tym bardziej każde z życzeń przyjmuję z większą wdzięcznością. Bo to chyba znaczy, że stanowi się element czyjegoś życia, że jest się choć trochę ważnym. Przynajmniej ja to tak odbieram i staram się pamiętać o urodzinach/imieninach znajomych. 
Wieczorem przyjadą rodzice i teściowie, posiedzimy, pogadamy, ciacho tymi ręcami zrobione zjemy. To przyjemny moment, w którym tę radość można podzielić z ludźmi najważniejszymi, kochanymi, tymi którzy od początku (rodzice – życia; teściowie – znajomości z żoną) mam wrażenie i wierzę że bardzo mocno mi kibicowali i kibicują. 
Co dalej? Nic. To samo. Ta jedna cyferka z tyłu nic nie zmienia. Przypomina – czas ucieka, wieczność czeka. Trzeba być gotowym. Trzeba dobrze czas wykorzystywać, nie można pozwolić sobie na nudę i bezczynność. Bo z nich też Bóg rozliczy. Zawsze jest coś, co można zrobić, pomóc, wymyśleć, przemodlić. Zawsze jest coś, co można zrobić, żeby być bardziej świętym – a mnie nawet do tego, aby tym świętym być choć troszkę, baaardzo dużo brakuje…
I o siły do tego wszystkiego – miłości, planów, marzeń, pomysłów, ich realizacji, o otwartość na odczytywanie Jego woli – nieśmiało proszę zarówno Boga, jak i czytających te słowa, aby również w moim imieniu Go o nie poprosili.

DAJ SIĘ UŚWIĘCIĆ

W czasie ostatniej wieczerzy Jezus podniósłszy oczy ku niebu, modlił sie tymi słowami: Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, i ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się spełniło Pismo Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni. Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie. (J 17,11b-19)

Jezus modli się o nic innego, jak zwykłą jedność Kościoła. To może zabrzmieć nieco paradoksalnie – bo nie jest ona, jak widać, tak oczywista – wystarczy spojrzeć na wspólnoty chrześcijańskie dzisiaj. Jeden Kościół? Tak, w to wierzymy – że pełnia prawdy, depozyt wiary znajdują się w Kościele katolickim. Ale jest też przecież cerkiew prawosławna, luteranie, husyci, zielonoświątkowcy, mariawici i tyle innych wspólnot…
Kościół, pomimo życzenia Jezusa, podzielił się. Ludzka słabość wzięła górę nad wiarą w słowa Pana. Własne ambicje – ale nie można też zapominać o błędach, i to niekiedy karygodnych – przesłoniły człowiekowi wolę Boga i sprawiły, że dzisiaj musimy modlić się o to, co istniało kiedyś, ale zostało zaprzepaszczone przez zwykłą ludzką małość.
Nie jesteśmy ze świata? Nie jesteśmy. Wiara chrześcijańska, uświadomienie sobie prawdy o Bogu jako sprawcy i stwórcy wszystkiego, przyjęcie prawdy o Jezusie, Jego misji, zwycięstwie, jednoznacznie wskazuje też cel. Od Boga przychodzimy i do Niego dążymy. To jest tak naprawdę jedyny i najważniejszy cel tego wszystkiego, co i bez względu na to jak w życiu robimy. I nie chodzi Bogu o to, aby każdy człowiek – uświadamiając sobie powyższe – zamknął się w klasztorze, pustelni, i całymi dniami leżał krzyżem, modląc się. Nasze powołanie ma się realizować w świecie. Nie żyjemy dla świata – ale w nim właśnie mamy żyć. Między ludźmi, tak często wrogo nastawionymi, będąc takimi znakami sprzeciwu wobec tego, co płytkie, wyrachowane, skalkulowane na zysk możliwy do przeliczenia w walucie.
Znamy już Prawdę. Bóg ją objawił. Uświęcenie, o które Ojca prosi Jezus, ma na celu to, abyśmy w naszej drodze wytrwali. Abyśmy się nie pogubili, nie zabłądzili, nie stracili orientacji. Nasza wiara to nic innego jak taki Boży kompas – wskazujący najczęściej to, co trudniejsze i bardziej wymagające, ale zarazem to, co lepsze. Zły jest sprytny, a człowiek najczęściej głupi – więc to, co się świeci, ocieka złotem i przyciąga, kusi – to zwykle ta gorsza alternatywa, o czym człowiek przekonuje się po fakcie.
To uświęcenie w prawdzie to modlitwa o dar wytrwania na drodze, którą każdy z nas podąża. Same ewangelie dobrze pokazują – na początku za Jezusem szło wielu, i sukcesywnie wykruszali się, odchodzili. Za duże wymagania? Nie, to raczej za mało woli, gotowości do zmian, radykalizmu. I dlatego On modli się o to, abyś ty czy ja wytrwał w tym, którędy zmierza ku Niemu. Nie ma jednej uniwersalnej drogi – tak jak nie jesteśmy tacy sami. Ale mamy drogowskazy, modlitwę, przykłady tylu setek tych którzy poprzedzili nas w drodze a których Kościół nazywa świętymi. Czyli szczęśliwymi, tymi którzy osiągnęli zbawienie, są już z Bogiem.
Uświęcajmy się na naszej drodze, w prawdzie o sobie samych. Nie szukajmy świętości u innych, nie przeskakujmy z kwiatka na kwiatek. Do świętości potrzeba wytrwałości, bardzo często działania wbrew swojej słabej naturze. Ale przecież nie bez powodu św. Paweł napisał do Filipian, że moc w słabości się doskonali.
Twoja też może. Jeżeli będziesz chciał świętości. Jeśli będziesz do niej dążył. Jeśli po prostu dasz się uświęci.