NIE UCIEKAJ OD LUDZI

Wróciłem z Turcji, żyję. Ale o tym – pewnie jutro lub pojutrze napiszę, bo muszę poukładać myśli. Krótko – niesamowicie było. A dzisiaj w pracy leży i groźnie na mnie łypie okiem wieeelka kupa korespondencji. Niby tylko tydzień mnie nie było – a może aż?
Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. Odrzekli jej: Nie ma nikogo w twoim rodzie, kto by nosił to imię. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: Jan będzie mu na imię. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga. I padł strach na wszystkich ich sąsiadów. W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem, a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem. (Łk 1,57-66.80)
Dzisiaj uroczystość narodzenia św. Jana Chrzciciela. Jest to osoba  ciekawa: nie dość, że krewny samego Jezusa (skoro jego matka – Elżbieta – była jej krewną), jedyny chyba (poza Maryją) święty, którego wspominamy nie tylko w dacie śmierci (narodzin dla nieba) ale i w dniu urodzin. I wreszcie – jedyny prorok, który wprost wskazał Zbawiciela. Jakby brama, zamykająca Stary a otwierająca Nowy Testament. 
Ten tekst uczy przede wszystkim szacunku dla życia. Bo przecież mowa o oczekiwaniu na narodzenie syna. Nowe życie, wyjątkowy dar Boga – nie tylko w przypadku Zachariasza i Elżbiety, dla których samych i ich najbliższych nowe życie w tak podeszłym wieku było po prostu cudem. Kto by się spodziewał dziecka w wieku, można by powiedzieć, babcinym już? A dzisiaj tyle się mówi o prawie do aborcji, o wolności kobiety w dysponowaniu własnym ciałem (życie drugiego człowieka to… własne ciało?), postuluje się dostęp do zabiegów zabijających nienarodzone dzieci nie tylko w sytuacji zagrożenia życia matki, jej tzw. trudnej sytuacji – ale w ogóle, ot, gdy będzie miała ochotę. Gdzie tu odpowiedzialność? Łatwo jest chcieć przyjemności, związanej z pożyciem małżeńskim, ale żeby ponosić konsekwencję swoich czynów? A po co, przecież to takie staroświeckie…
Życie jest darem, i wara od niego z ręką! Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela – tak, to o małżeństwie. A skoro Bóg daje życie – to kto daje ci prawo, aby je niszczyć? Owszem, teraz może się wydawać – to tylko pozbycie się problemu, po co niszczyć życie (sic!) przez głupi błąd młodości. Można tam myśleć. Wyrzuty sumienia przyjdą o wiele mniej spektakularnie, później. I nie dadzą się tak łatwo załatwić, jak skrobanka. Przepraszam za dobitność. Tak – człowieka można wyskrobać, niekiedy w majestacie prawa. Ale zapomnieć o tym się nie da. I to nie lekarz, ale zazwyczaj niedoszła matka czy ojciec mają później problemy, nie mogą się pogodzić z tym, co zrobili – sobie i maleństwu, któremu odebrali szansę na zobaczenie ich i pokochanie. 
Fakt, że życie jest darem, to prawda o której często zapominają nie tylko ci, którzy dopuszczają się aborcji (rodzice, lekarze przeprowadzający zabiegi). Czasami mam wrażenie, że gdy patrzę na niektórych, to oni są tak zapatrzeni w Boga… że już nie widzą poza tym człowieka. Drugiego, obok siebie – rodzica, dziecko, rodzeństwo, przyjaciela, sąsiada z pracy czy uczelni. Jakby przykazanie miłości kończyło się na Będziesz miłował Pana Boga swego. A co z a bliźniego swego jak siebie samego? Nie mniej ważne. Tak jak nowonarodzone dziecko jest darem dla rodziców i bliskich – tak samo każdy człowiek, z którym w różnych momentach życia, jest darem dla mnie a ja dla niego. Nie ma przypadków – czy tego chcemy, czy nie, nasze interakcje i stykanie się ze sobą nie jest nijakie, pozostawia ślady. 
Można ubogacić – można zranić. Można pomóc – można pognębić. Można przynieść radość i spowodować szybsze bicie serca – można zmieszać z błotem, zeszmacić i upodlić. Czasami nie potrzeba słów, wystarczą gesty. Mówi się czasem, że w pamięci zapadają rzeczy przyjemne, które chcemy zachować. Pewnie tak jest – ale to, co boli, pozostawia ranę. Przebaczenie to jedno, ale pamiętliwi jesteśmy mocno. Taka natura. 
Nie jest sztuką iść przez życie, omijając ludzi też znajdujących się na tej drodze. Tak – to dokładnie ta sama droga, czasami idąca nieco inaczej, raz trudniej, raz prościej – która prowadzić ma nas do Boga. Ci ludzi – my sami dla siebie nawzajem – jesteśmy po to, aby sobie pomagać, aby się ubogacać, wspierać w tej wędrówce. I cieszyć się sobą nawzajem – tym, że nie tylko mam coś dla siebie, talenty, możliwości, środki – ale że mogę to dać komuś, wesprzeć go, podzielić się. 
W I czytaniu dzisiaj padają słowa Bóg mój stał się moją siłą. Bóg chce stać się źródłem siły dla każdego z nas – nie po to, aby ta łaska się w nas, za przeproszeniem, kisiła, ale aby ta łaska rozlewała się przez nasze ręce na innych. Bóg po to daje życie, aby było ono źródłem szczęścia. Jesteśmy tak bardzo różni, mamy różne spojrzenia, różnimy się poglądami na wiele spraw – ale w tej różnorodności jest siła. Siła, która ujawnia się, gdy współdziałamy, kiedy mnożymy to co mamy – dzieląc się tym.
Nie bójmy się ludzi. Nie bójmy się siebie nawzajem. Jesteśmy stworzeni, jak to Merton powiedział, aby nie być samotnymi wyspami. Owszem, raz na jakiś czas rodzą się dusze, które powołane są do pustelniczego, samotnego życia – ale to wyjątki. Jesteśmy dla siebie punktami odniesienia – czasami interakcja jest bolesna, czasami się na sobie sparzymy, ale to wiele uczy i ubogaca. 
Ale taka jest właśnie nasza droga. Można z niej uciekać, można próbować omijać wszystkich innych na tej drodze – tylko po co? Lepiej razem szukać swojego miejsca w Bożych planach, razem wsłuchując się w Jego głos, a zarazem poszukując odpowiedzi na swoje pytania na Bożej drodze miłości. Razem. Współdziałając. Jeden dla drugiego. Gdzie dwaj lub trzej są zebrani w imię moje – tam Ja jestem między nimi. Nie lepiej?
>>>
Rano przejrzałem info.wiara.pl – chwilę człowieka nie ma, a już się dzieje…
1) kolejny gest pojednania pokazujący dobrą wolę lefebrystów – wybaczcie, ale z tym gestem zeszłorocznym to uważam, że papież chyba jednak się pomylił…
3) kolejny polski punkcik na biskupiej mapie świata – ks. Zbigniew Stankiewicz następcą kard. Janisa Pujatsa jako metropolity ryskiego 
4) kolejne rewelacje nt. bpa Waltera Mixy – chyba gorzej już być nie może (pytam się zatem – czy tak naprawdę nikt nie wiedział, co on wyprawiał, czy po prostu wygodniej było nie widzieć?
5) abp Paetz reaktywacja – niejednemu, i słusznie, przeszkadzało, że podczas uroczystości w różnych miejscach w kraju ten człowiek siada w pierwszym rzędzie w fioletach biskupich… i doszło do tego, że musiał się wypowiedzieć Watykan; jak zwykle – niezawodny Szymon Hołownia ze swoimi dobitnymi komentarzami (jeden na wiara.pl i drugi na jego blogu); i, moim zdaniem, dość niebezpieczny (bo dążący jakby do usprawiedliwiania takich postaw) punkt widzenia x Artura Stopki 

Jeden komentarz do “NIE UCIEKAJ OD LUDZI&rdquo

  1. Felicita pisze:

    Cieszę się, że poznaję odważnych chrześcijan, którzy żyją wiarą i mówią szczerze, co myślą. Różnice światopoglądowe biją po oczach jak tak sobie chociaż przeglądam blogi w sieci. Sam sposób przeżywania wiary wśród wierzących też jest różny. Tak jak mówisz dobrze jest nauczyć się z tego czerpać i korzystać w sposób budujący. Ze swojej strony dodam, że chrześcijaństwo realizuje się w wymiarze wspólnotowym i rozwija się zawsze w relacji do..Boga, innego człowieka. Zbytnie skupienie się na sobie powoduje coraz większe zgorzknienie. Inną rzeczą jest to, że budowanie więzi z drugim człowiekiem jest zawsze okupione ryzykiem odrzucenia…w przeciwieństwie do samego Chrystusa (dopóki nie będzie za późno na zwrócenie się do Niego). Pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz