Apostołki apostołów

Pan Jezus zaskakuje również w tym, co – nie da się ukryć, trafnie – podkreślają środowiska feministyczne w Kościele. Nie można zaprzeczyć – Zbawiciel ukazał się najpierw kobietom. Wybrał to… najmniej wiarygodne z punktu widzenia kulturowego źródło świadectwa, lekceważone. Ale jednak. Dopiero kobiety od pustego grobu pobiegły do apostołów. Jak mówi znany dowcip, Jezus świadomie wybrał właśnie kobiety – dzięki czemu miał pewność, że wieść o zmartwychwstaniu się rozniesie.

Czytaj dalej →

Przełomowe spotkanie

Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim. (Mt 4,18-22)

Wczorajsza Ewangelia z święta św. Andrzeja apostoła. Tego, który jakby pierwszy poszedł do Jezusa, i który zaprowadził do Niego Piotra – Mateusz we fragmencie powyżej o tym w sumie nie wspomina, za to opisuje to dość ładnie Jan we własnej wersji (J 1,35-42). Jan Chrzciciel wskazuje na Jezusa jako Baranka Bożego, i Andrzej z drugim, nie wskazanym z imienia, poszedł za Jezusem. Dopiero po całym dniu z Jezusem Andrzej spotkał swego brata Piotra i powiedział, że znalazł Mesjasza, po czym zaprowadził Piotra do Jezusa.

Tą sytuację – mam nadzieję – każdy z nas jakoś może rozpoznać w swoim życiu. Każdy z nas jest inny, i w życiu każdego z nas gdzieś tam był moment, kiedy Jezus zapukał jakby mocniej, i go zauważyłem. U niektórych spotkanie z Nim jest normalną codziennością, czymś, co jest nieodłącznym elementem życia od małego – i chwała za to jego rodzicom, którzy tak uwrażliwili dziecko na sprawy Boże, że potem taka mała osoba wchodzi w życie z Bogiem jako swoim przyjacielem i powiernikiem. U innych Jezus to jakby osoba, która pojawia się dopiero na jakimś późniejszym etapie – czy to z powodu buntu, kontestacji i sprzeciwu wobec rodziców, dziadków czy po prostu wiary, czy też dorastania w środowisku, w którym zwyczajnie nie stanowi On żadnego punktu odniesienia (a takich miejsc jest coraz więcej).

Najtrudniej ma człowiek, który ma jakiś swój wielki plan na życie i skrupulatnie go realizuje – krok po kroku, systematycznie, mozolnie wspina się na coś, co dla niego stanowi szczyt, punkt docelowy, cel. Pół biedy, kiedy to jest cel jakiś zawodowy – wykształcenie (może doktorat albo i wyżej?), praca (może naukowa)? Najczęściej chodzi o osiągnięcie jakiegoś statusu materialnego, stabilizacji – i nie ma w tym co do zasady nic złego – kupić mieszkanie (najczęściej kredyt do końca życia), założyć rodzinę, móc sobie pozwolić na samochód, wycieczki zagraniczne, parę gadżetów… Szkoda, że w tych kwestiach materialnych potrafimy dosłownie zagryźć język i tyrać, żeby się dorobić, a w relacji z Panem Bogiem najczęściej nie potrafimy włożyć nawet ułamka tego wysiłku, poświęcić czasu, być równie starannym i konsekwentnym. 

Bo pewnego dnia przechodzi obok ciebie Jezus – tak, jak to się miało z Andrzejem. Konkretniej – przechodzi pewnie i codziennie, ale go po prostu nie widzisz, bo jesteś zbyt rozkojarzony, albo zbyt zapatrzony w jakiś swój wytyczony cel. Nie zastawi ci drogi oddziałem policji czy wojska, nie urządzi show z fajerwerkami i bannerami dla zwrócenia uwagi. Czasami może się okazać, że jesteś świadkiem jakiegoś cudu – tak, Bóg zadziałał, i to porusza serce. Przechodzi obok, a Ty uświadamiasz sobie, że nie możesz od Niego oderwać wzroku, że coś przyciąga. Że to On właśnie – wbrew wszystkim planom i założeniom – czujesz to bardzo, stanowi odpowiedź na wszystkie twoje pytania, wątpliwości, smutki, żale, marzenia i porywy serca. 


I tyle. Nie napiszę, jaka jest cudowna i uniwersalna – jak matematyczny wzorek – odpowiedź na to, co Jezus mówi. Bo tylko ty to wiesz, bo mówi to tylko tobie i do ciebie. Po prostu posłuchaj. Nie pozwól życiu z jego bogactwem, kolorami, jazgotem i emocjami zagłuszyć tego, co On ci delikatnie proponuje. Przemódl to. I odkryj w Nim i z Nim swoje powołanie. Andrzeja jego droga doprowadziła na krzyż i musisz być na to gotowy. Ale nie bój się – krzyż nigdy nie jest końcem i celem samym w sobie. 

ON TEGO ZA CIEBIE NIE ZROBI

Cała dzisiejsza liturgia słowa uroczystości apostołów Piotra i Pawła, a najbardziej właściwie czytania obydwa, mówi o wyzwalaniu człowieka. Tak, wiemy – Bóg nas zbawił przez swego Syna, tłuką nam to do głów na religii od podstawówki. I to prawda – bo był to zwrotny moment w historii zbawienia. Od tamtej pory nic nie jest takie samo jak było. 
Ale Bóg nie tylko zbawił nas przez to, co stało się na Golgocie 2000 lat temu. Bóg zbawia nas ciągle i nieodmiennie. Kiedy Piotra zamknęli, bo słynnym wywrotowcem i wichrzycielem (propagującym kult innego wichrzyciela, którego Żydzi rękami Piłata się pozbyli) się stał – Bóg nie pozostawił go jego własnej inwencji, ale przysłał na pomoc anioła, który w cudowny sposób wypuścił Piotra i zwrócił mu wolność.
Paweł zaś mówi o zawodach i zwycięstwie, które na końcu tychże czeka od Boga na każdego, który gra uczciwie. Zwróć uwagę – tu nie ma mowy o zwycięstwie w ludzkim rozumieniu, o wygraniu zawodów. Wystąpiłem, ukończyłem, wiarę ustrzegłem. Podium – owszem – to sukces. Ale nie ono jest najważniejsze. Liczy się to, co po drodze było – jak się ścigałeś, jakim/czyim kosztem się ścigałeś, po co biegłeś, jaki był twój cel?
Dwie zupełnie różne postaci – Piotr i Paweł. W sumie, nie pierwszy raz dzisiaj, siedząc w czasie homilii, zastanawiałem się, czym Kościół kierował się, łącząc ich wspomnienia w jedną uroczystość. Owszem – działali w tym samym okresie, u podstaw, na początku Kościoła. Piotr – wiadomo, pierwszy, klucze Królestwa, opoka itp. Paweł – gorliwy w każdej sytuacji, tak jak faryzeusz, jak i już jako nawrócony chrześcijanin. Obydwaj dla Kościoła wiele znaczą. 
Tylko że wydaje się, iż obydwoje nieco inaczej ten Kościół postrzegali. Piotr działał w Jerozolimie, gdzie powstał problem z kwestią nawróceń pogan (nie-Żydów) i zachowywania przez nich w całości prawa żydowskiego. Paweł zaś ewangelizował, przemierzał ówcześnie znany świat i głosił Jezusa. I chyba nie jest przesadą, gdy powiem że to jemu zawdzięczamy to, w jakim kierunku Kościół poszedł – że nie stał się enklawą, grupą w ramach judaizmu. Bo to Paweł powiedział – Jezus wypełnił wszystko i ci, którzy uwierzą w Niego, nie muszą być krępowani prawem Mojżeszowym. Wystarczy wiara w niego, przykazania, Ewangelia. 
Bóg chce wyzwolić każdego z nas. Jak? Tak, jak ich – Piotra i Pawła. Ofiarując każdemu odpowiednie, jakby na jego miarę uszyte, powołanie. Niemożliwe? Nie w dzisiejszym świecie? Nic bardziej mylnego. Skoro wtedy Bóg – ograniczony tym, co ludzki, bo przecież Jezus był człowiekiem, powołał Piotra i tyluż innych, którzy roznieśli i rozszerzyli Kościół na cały świat – to o ileż więcej ten sam Bóg może zdziałać dzisiaj, gdy nie jest cielesnością powłoki ludzkiej ograniczony? 
Nadal powołuje, i jakby często wbrew człowiekowi – który woli widzieć w Nim naburmuszonego i kapryśnego starca, który świat kiedyś stworzył, po czym o nim zapomniał i co najwyżej kpi czasem i wyśmiewa go – chce pokazać, że przez ten świat można przejść będąc naprawdę wolnym i szczęśliwym. Jak? Nie zawsze tam, gdzie ładnie, wygodnie, prosto jak drut. Czasami tam, gdzie bardziej pod górę, z bagażem doświadczeń, z krzyżem, nieraz jakby błądząc. 
Czym byłoby zdobycie szczytu – gdyby nie cały trud właśnie we wspinanie się włożony? Niczym nadzwyczajnym. Daj się Bogu wyzwolić. Nie startuj w pogoń za tym, co błyszczące, efektowne, trendy, modne i cool – ale za tym, co ma prawdziwą wartość, która nie zmieni się z nowym sezonem. Podążaj za miłością, wiernością, uczciwością. Szukaj prawdy, nadziei, wiary. Bóg cię wyzwolił i powołuje – ale to życie, za jego drogowskazami, możesz przejść, przebiec tylko samemu. On tego za ciebie nie zrobi. Drogę znasz.