Wodzenie na pokuszenie

Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem . Lecz on mu odparł: Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych. Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień. Odrzekł mu Jezus: Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego. Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon. Na to odrzekł mu Jezus: Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz. Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu. (Mt 4,1-11)

Co robi Jezus w obliczu pokusy? Używa mocy Syna Bożego? Dokonuje cudu, czegoś spektakularnego? Odzywa się do Niego – jak w momencie chrztu janowego – głos z nieba? Nie. Mówi słowa, które nawet Jemu współcześni znali – bo pochodzące z Pisma Świętego. Uczy nas w ten sposób, że w Biblii jest wszystko, to właśnie jest Objawienie i tam znajdziemy odpowiedzi (fakt, nie zawsze wprost) na swoje wątpliwości i pytania o to, jak należy postępować. Zwróć uwagę na reakcję diabła – zły nie ma szans, odpuszcza, ucieka.

Czytaj dalej →

Zwietrzała sól i mętne światło

Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie. (Mt 5,13-16)

Taki przykład Jezusowej – może nie do końca – przypowieści. Przenośnia, która ma do nas trafić. A trafia?
Bardzo istotne jest to, jak formułuje słowa Pan. Nie mówi: „dobrze by było, gdybyście byli…”, „powinniście być…”, wypadało by, żebyście byli…”. Wali prosto z mostu – jesteście. Dobrzy czy źli, porządni czy krętacze, uczciwi czy wyzyskiwacze, gotowi do poświęceń czy wyjątkowi egoiści, miłosierni czy zacietrzewieni. To bez znaczenia. Sól, światło – to wy. Czym świecić i solić ten świat?
No właśnie. Tyle w nas słabości – czasami, sam patrząc na siebie, mam wrażenie, że jestem egzemplifikacją i ucieleśnieniem słabości i takiej ludzkiej beznadziei. Tyle planów, zamiarów, założeń, postanowień poprawy – mniej zapalczywy, bardziej ustępliwy, mniej nerwów, więcej wyrozumiałości, cierpliwości (żeby nie było – mówię, jak jest, bo z tym wszystkim właśnie ja mam problem) – i co? Założenie dobre – wychodzi jak zwykle, czyli średnio albo wcale. Ile razy więc – dosłownie, albo w przenośni, w zaciszu serca, zastanawiam się i pytam Tego u Góry – po co to? na co? czy warto? Co jest ta moja walka warta, czemu ma służyć, skoro upadam tyle razy? Żadna ze mnie chrześcijańska laurka, przykład a już bynajmniej wzór. Słabiutko, panie, słabiutko. Czym więc mam świecić? Czym mają świecić czy solić świat wszyscy ludzie, których na pewno jest tak wielu mających świadomość, że są podobnie cieniutcy? 
I mam rację – tak mi się wydaje. Ale w tym wszystkim są, mam nadzieję całkiem często, nowe pomysły, intencje, zamiary, założenia, słowa, myśli a przede wszystkim czyny, w których działam – mniej lub bardziej świadomie – w mocy Ducha, dzieląc się Bożą miłością. Jestem solą ziemi i światłem dla świata wtedy, kiedy pozwalam Bogu przez mnie działać i kochać. Choćby wtedy, kiedy Mu w tym nie przeszkadzam. Staram się, kiedy to widzę – a czasami uświadamiam sobie to po fakcie. To jest strasznie fajne, tym bardziej, kiedy nieświadome albo uświadomione sobie po fakcie. Żadna to moja zasługa – On działa wtedy przeze mnie, chociaż tyle ma ze mnie pożytku. 
I kilka słów zachęty papieża Franciszka z homilii z 02 lipca 2013 r. z Domu św. Marty:

Jesteśmy słabi, ale musimy być odważni w naszej słabości. A często nasza odwaga musi być wyrażona przez ucieczkę bez oglądania się za siebie, by nie wpaść w pułapkę niegodziwej tęsknoty. Nie lękajcie się i zawsze spoglądajcie na Pana. Nawet, kiedy chcemy uciekać, może być „coś, co ciągnie nas z powrotem”. Tak trudno jest przeciąć więzy grzesznej sytuacji. To jest trudne. Uciekajcie, by iść naprzód ścieżką Jezusa. Stając twarzą w twarz z grzechem, musimy uciec bez żadnej tęsknoty. Ta tendencja do tęsknoty za grzechem jest bliźniacza z „kuszeniem do ciekawości”. Ciekawość nie pomaga, ona boli. Pożądanie wiedzy. co do tego „jaki jest grzech” jest ciekawością niebezpieczną i musimy „uciekać i… nie oglądać się za siebie”. Jesteśmy słabi, wszyscy z nas, i musimy się bronić. Może się także pojawić kuszenie strachem, „by bać się iść naprzód opartym na wierze w Pana”. Boję się poruszać naprzód, boję się, gdzie zaprowadzi mnie Pan. A tymczasem strach nie jest dobrym doradcą. Stając twarzą w twarz z grzechem, tęsknotą i lękiem, naszą odpowiedzią musi być „patrzenie na Pana, kontemplowanie Pana”. To daje nam piękny cud nowego spotkania Pana. W naszych kuszeniach musimy mieć odwagę by być pokornymi i mówić Chrystusowi: „Panie, jestem kuszony: Chcę pozostać w tej sytuacji grzechu; Panie, jestem ciekaw tych rzeczy; Panie, boję się. Nie możemy być naiwnymi, letnimi Chrześcijanami, tylko odważnymi. Jesteśmy słabi, ale musimy być odważni w naszej słabości. 

Jestem pod wrażeniem

Wczoraj? Tak, wczoraj pisałem o prawdzie, która wyzwala w kontekście osoby bł. x Jerzego Popiełuszki. 
Dzisiaj mamy – budujące, choć w dość przykrych okolicznościach – świadectwo o tym, jak wobec tej prawdy, także najtrudniejszej, należy stawać. Od razu, bez ociągania, po prostu. 
Chodzi o sytuację, jaka miała miejsce 2 dni temu, a której „bohaterem” stał się sufragan warszawski bp Piotr Jarecki – który w sobotę w środku dnia (!) został zatrzymany w związku z wypadkiem, który spowodował, wjeżdżając w latarnię na jednej z ulic Warszawy. W wyniku dwukrotnego badania alkomatem udowodniono mu 2,5 promila alkoholu w wydychanym powietrzu. Czeka go teraz postępowanie karne, grozi mu grzywna lub (wątpliwe) ograniczenie albo pozbawienie wolności (o ile pamiętam, art. 177 kodeksu karnego). 
Ja o wszystkim wyczytałem rano z zajawki. Pierwsza myśl – o, kolejna afera, się zacznie. A z drugiej strony – będzie nieudolne zgarnianie, zamiatanie pod dywan. Potem – miłe zaskoczenie, w połowie dnia oficjalne oświadczenie sprawcy na stronie jego diecezji. Słowa pokory, prośba o wybaczenie za zgorszenie i zawiedzione zaufanie. Oddał się do dyspozycji papieża – gest wymowny, mam nadzieję jednak, że papież nic w związku z tym nie zadecyduje, bo szkoda było by człowieka, który – popełniwszy błąd – potrafi stanąć w prawdzie i przyznać się, nazywać rzeczy po imieniu. 
Bo takich Kościołowi potrzeba. Bo o ile mniej by było słów – słusznego – zawiedzenia, goryczy i zarzutów, gdyby podobnie zachował się np. abp Juliusz Paetz czy abp Stanisław Wielgus, których sprawy (również słusznie) bulwersowały swego czasu, a tak naprawdę bulwersują do dzisiaj wobec niezrozumiałej reakcji wielu duchownych i dosłownie z uporem maniaka żałosne próby udawania, że czarne jest białe. Właśnie dzięki temu, jak zachował się bp. Jarecki, afery nie będzie – bo nie będzie ku niej powodu. Nikt w tej sprawie nie ukrywa, że było inaczej, że kierował ktoś tam, że to on był pijany (albo w ogóle nikt), itp. Jak to skomentował Tomasz Królak z KAI: To nie jest miłe, ale trudno, by miało zatrząść Episkopatem czy Kościołem. Zdarzyło się coś, co się nie powinno zdarzyć, ale mam nadzieję, że kościół i biskup wyjdzie z tego zwycięsko
I tu nie chodzi o udawanie, że się nic nie stało, poklepywanie po ramieniu – bo „swój”. Chociaż, nie da się ukryć. Biskup wykazał się w sytuacji, w której – obawiam się – wielu jego kolegów nie miało by podobnej odwagi. Właśnie dlatego należy mu się szacunek i modlitwa o siły, także dla (może potrzebnego) leczenia. 

Co jest ważniejsze – ząb czy zbawienie?

Dzisiaj może mniej ewangelicznie.
Przedwczoraj zaczął mnie boleć ząb. Cóż, w zakresie problemów z zębami – taki już chyba genetycznie jestem – doświadczenia mam sporo, i pewnie byłbym sporo bogatszy, gdyby nie to wszystko, co po dentystach różnych popłaciłem w, niedługim przecież, życiu. Mimo wszystko – w ciągu ok. 15 minut zacząłem dosłownie zwijać się z bólu.
Zabrałem się z pracy – na szczęście, to była ta pora – i poleciałem na autobus. Jak dojechałem do SKM, szybko do kiosku, no i ibuprom (tak, jedyny preparat – bo to nie lek – przeciwbólowy, który na mnie działa; panadol czy apap mogę garściami jeść, i jedyne co by mi to dało, to płukanie żołądka pewnie…). Połknąłem, popiłem wodą. Tragedia – ząb reagował na wszystko, począwszy od napojów (albo za zimne, albo za gorące), po nawet gwałtowniejszy ruch szczęką.
W SKM – tłum dziki, co nieco mnie zdziwiło – Opener się skończył przecież. Zaduch niesamowity, ciasno jak diabli, mnie coraz bardziej bolało, do tego jakoś słabo mi się zaczęło robić… Dotarłem ostatkiem sił do domu. Ległem na wyrko, i ocknąłem się ze 3 godziny później. Ząb czułem, ale nie bolał aż tak. Na noc obyło się bez ibupromu. 
Ale wczoraj już nie było tak kolorowo. Od rana łupał, więc ibuprom na śniadanie, popity wodą. Zabrałem się do pracy, ale po 2 h siedzenia, odpisałem może na 3 maile, zabrałem się do domu – bo nie mogłem wysiedzieć. Bolała mnie już cała głowa od tego jednego, małego zęba. W domu polegiwałem, jakoś było. Ale momentami – ból nie do zniesienia. Z niczego. A uczucie – jakby ktoś mi coś łamał od środka, jakbym słyszał kruszenie. 
Całe popołudnie bezskutecznie próbowałem się do mojej pani dentystki dodzwonić. Dziwne, w godzinach przyjmowania. Na początku myślałem – może akurat coś poważnego robi, i nie odbiera? No dobra, ale nie przez 5 godzin. Wieczorem – to przyjaciółka mamy – wydobyłem od mamy jej numer prywatny, dzwonię. Uff, sama odebrała. Jest, ale ma urlop. Opisałem przypadek – wiedziała dokładnie, o jaki ząb chodzi – przyjedź o 10
Generalnie zęby mam zrobione, ale pozostał ten jeden właściwie martwy, który miała mi wyrwać. Ale że nie bolał, a zęby trzeci raz nie wyrosną – powiedziała, że nie ma się co spieszyć, i póki nie daje o sobie znać, niech sobie jest. No, ale zaczął. Rano, z czarnymi myślami, pojechałem do niej. 
 
Znieczulenie – uczucie, jakby mi zdrętwiało pół twarzy (w sumie, lepiej jak za dużo, niż za mało, żeby miało boleć); jest teraz jakieś 4 godziny później, a resztki jeszcze czuję 🙂 Dwa ukłucia, jakieś szybkie, i po 5 minutach już się czai z tymi obcęgami. Trudno. Raz kozie śmierć. Zaczyna mi się siłować z nim, i jeszcze – dowcipna – mówi mi, że mam usztywniać głowę, jak ona mi kręci tym na wszystkie strony. No to się zaparłem. 
 
I trach! Kilka razy, raz po raz… i co? Nic. Górna część zęba – poszła. Sama krew. Dobrze, że wcześniej mi pół tony gazy włożyła do buzi – akurat nie czuję, bo to ta znieczulona część, ale wiem że jest. No to jeszcze tylko poszczególne korzenie, sztuk trzy (i tak nieźle – jak mi kanałowo leczyła czasem, to w każdym zębie… bonusowy, czwarty). Tu szło gorzej. Szarpie, szarpie, jakimś dłutopodobne coś wciska mi tam… I nic. No to wiertło wzięła. Popiłowała – i znowu z dłutem, i obcęgami, tylko większymi. Z wielką gracją – trzy razy szczypcami, i wszystkie trzy korzenie poszły. 
Poczyściła, sprawdziła czy nic nie zostało, i po wszystkim. Kazała wypluć tamte pół tony – zakrwawionej już kompletnie – gazy, wpakowała mi nowe pół tony gazy. I po wszystkiemu, jak by to Marcin Daniec powiedział. Szczęka – stan -1. Portfel – -120 zł. Ale jaki spokój 🙂 Mam nadzieję, że goić się będzie – na razie, jako że dzisiaj może i ma boleć, ibuprom max wziąłem, jak zacząłem go czuć jakiś czas temu. 
Z tym zębem – to jest jak z ewangelicznymi porównaniami, gdy Jezus posługiwał się takim bardzo prawniczym (gdy chodzi o kodyfikacje średniowieczne – prawo karne, popularna wówczas kara) pojęciem wyłupiania np. oka. Taka sama sytuacja. Integralna część ciała – w sumie, przydatna, bo przecież człowiek nimi żuje, gryzie. A przeszkadza. Tak, w tej konkretnej sytuacji dosłownie przewraca człowiekowi do góry nogami wszystko, czyni niezdolnym do robienia czegokolwiek – bo boli. Więc trzeba się go pozbyć. Pomimo postępu techniki i nauk medycznych – zęby akurat są chyba najczęstszym przypadkiem, gdy usunięcie jest jedynym wyjściem (amputacje kończyn straciły, Bogu dzięki, na popularności na rzecz nieco bardziej nowoczesnych metod leczniczych). 
Jak człowiek ma po kolei w głowie, to dba o zęby – jak o higienę każdej części ciała. Czasami – nie wyjdzie, no i trzeba dać zarobić dentyście. Boli, ale idziesz – przerażony, no bo co – ale z nadzieję. I po wszystkim wychodzisz szczęśliwy, bo masz problem z głowy. Pozbyłeś się tego, co przeszkadzało, co było złe. 
Szkoda, że równie łatwo, zdecydowanie i pewnie nie postępujemy, gdy chodzi o to, co jest złe w nas. Nasza pycha, egoizm, drażliwość, nieumiarkowanie w tylu różnych dziedzinach, nałogi, pazerność – życia nie starczy, żeby wszystkie wymienić. Wiemy, że w nas siedzą. Widzimy – a jak nie, to już jest z nami naprawdę źle, zero samokrytyki… – że wyłażą z nas, ranią osoby raz bardziej, raz mniej przypadkowe. 
I mimo wszystko – nic. Chodzimy do spowiedzi, czasami, jak trzeba, niby za te grzechy i słabości żałujemy. Nawet do Komunii pójdziemy potem, może i przez myśl w chwili duchowego uniesienia (nic dziwnego, jak w kościele jest się raczej gościem…) przejdzie, aby się za te wady zabrać i z nimi skończyć raz na zawsze. Wracają, a tylko dlatego – że sami im na to pozwalamy. Nie, ktoś inny. Ja. Ty. Moje wady są takie – twoje inne. Co za różnica. Patrz na swoje. Są. I to jest problem. 
Co jest ważniejsze – ząb czy zbawienie? Zbawienie. Więc czemu nie potrafisz zabrać się i zrobić porządek z czymś, od czego to zbawienie zależy? Tak, Bóg Człowiek nam je wysłużył na krzyżu, Ty masz wierzyć – ale ta wiara nie ma być pustą deklaracją, a wynikać z tego, jaki jesteś, co robisz, jak robisz. Z tego, że walczysz z tym, co złe. Skutecznie – nie po to, aby zabić wyrzuty sumienia, od czasu do czasu. 
Więc czemu – skoro zbawienie jest ważniejsze od zęba – za rozwiązanie problemu z bólem zęba jesteś gotowy płacić duże pieniądze, a do wyplenienia swoich słabości w ogóle się nie garniesz?  Okazji jest dużo. Spowiedź w każdym kościele. Msze na każdym kroku. Rekolekcje, dni skupienia. Ile literatury, czy nawet – jak już szkoda pieniędzy – w internecie, na różnych stronach religijnych? Tak, może tak być, że ząb boli – a tego, co robisz złe, nie widzisz i nie rozumiesz, nie czujesz że kogoś boli. Ciebie też zacznie – może nie dziś, jutro, ale w Dniu Sądu na pewno. Tylko wtedy będzie za późno. 
Następnym razem, jak zaboli ząb, noga, ucho, cokolwiek – zastanów się, czy w środku, może nie tak często i wyraźnie, nie boli cię coś o wiele bardziej. Dobrze radzę – nie warto leczenia tych spraw zostawić na później. Bo po prostu może nie starczyć na to czasu. Boża miłość nie ma granic – daje szanse każdego dnia, żeby być lepszym. Tylko że ani ty, ani ja nie wiemy, czy jutro tu będziemy.

NIE NEGUJ SWOJEGO CIENIA

Duchowy cień 
Anselm Grün OSB

Każdy człowiek ma swój cień. Zdaniem C.G. Junga, ów cień tworzą wszystkie te sprawy, które wykluczyliśmy z naszego życia, ponieważ nie pasują one do idealnego obrazu nas samych.

Zdrowa duchowość prowadzi do uczciwego poznania siebie. Wdraża nas do tego, abyśmy pochylili się nad naszymi „ciemnymi stronami” i pojednali się z nimi.

Często spotykam jednak ludzi idących przez życie taką drogą, która nie pozwala im zetknąć się z ich własnym cieniem. Chcą być duchowi, aby nie musieli zajmować się tak banalnymi tematami jak ich ludzkie słabości, ich agresywne i depresyjne nastroje, ich emocje i potrzeby. W swojej duchowości pragną oddawać się tylko wzniosłym sprawom: mistyce, wewnętrznej wolności, modlitwie, medytacji, dążeniu do jedności z Bogiem. Jednak im bardziej koncentrują się jedynie na czysto duchowych tematach, tym większy staje się ich cień, który wloką za sobą.

Jestem zawsze sceptyczny, jeśli ktoś na wyrażenie swojej miłości i radości z Boga, czy piękna życia duchowego używa zbyt wzniosłych słów. W słowach takich ludzi wyczuwam przejaw ucieczki przed ciemną stroną ich ducha. Ludzie ci zatapiają się we wzniosłości, aby ujść przed banalnością własnej psyche. Jednak przy dokładniejszym wsłuchaniu się w te wypowiedzi, za słowami o miłości odkrywam niezdolność do budowania relacji z innymi. Wiele ludzi pięknie mówi o miłości, aby nie musieli uznać własnej niemożności prawdziwego kochania i wejścia w dojrzałą relację. Gdyby stanęli naprzeciw ich braku zdolności do zawiązywania więzi, załamałby się ich cały życiowy gmach. Tego nie mogliby jednak przeżyć. Dlatego muszą się ciągle tak bardzo wysilać w używaniu podniosłych słów o miłości. Albo gdy ktoś na okrągło podkreśla, że właściwie jako chrześcijanie powinniśmy się zawsze cieszyć, bo przecież jesteśmy zbawieni przez Chrystusa, wtedy zza tej fasady radości przebija często zwątpienie lub depresja.

Dla starożytnych mnichów istotne było, aby poddać próbie autentyczność duchowości jakiegoś słynnego ascety. Wówczas jeden z najstarszych mnichów zapraszał takiego ascetę do siebie i świadomie traktował go trochę nieprzyjaźnie. Nie był zafascynowany jego popularnością ze względu na jego życie duchowe, lecz umyślnie zagadnął go nieco opryskliwie. Jeśli słynny asceta zareagował szorstko i w złym usposobieniu, wtedy dla mnicha był to dowód, że jego asceza nie była prawdziwa. Służyła mu jedynie do potwierdzania samego siebie. Dzięki swojej ascezie chciał on górować nad innymi. Ale nie spotykał w niej Boga. I w ten sposób stary mnich ujawniał niewiarę ascety. Ten zabieg odkrywał cienie ascezy. Za rzekomą pokorą skrywała się pycha zachęcająca do tego, aby dzięki ascetycznym osiągnięciom wynosić się nad drugimi i patrzyć na nich z góry. Za posuniętym do granic możliwości poszczeniem, stała żądza uznania. Mnisi zawsze rozmawiali o duchowości z dużą dozą trzeźwości. Byli bardzo ostrożni, kiedy mieli wyrazić się na temat ich doświadczenia Boga. Nie obnosili się ze swoimi doświadczeniami, jak to dzisiaj często się zdarza. Zasadniczo nie wierzę człowiekowi, który zbyt euforycznie opowiada o swoim doświadczeniu Boga. Rzeczywiste doświadczenie Boga potrzebuje także przestrzeni milczenia. I tylko bardzo ostrożnie można ująć je we właściwe słowa.

Nie tylko pojedyncza osoba ma swój cień, lecz także każda wspólnota. Każda wspólnota zakonna ma swój cień, każda parafia, każdy kościół, każdy naród. Jest to każda społeczność, która zbyt ekstatycznie wypowiada się o jedności, której doświadcza w Chrystusie. Jestem wtedy bardzo nieufny i dokładnie się przyglądam, jak ta jedność rzeczywiście wygląda. I często odkrywam, niestety, że w tych wspólnotach bardzo autorytarnie postępuje się z jednostką. Nikomu nie wolno wyrazić swojej opinii. Od razu moralizuje się, że ktoś ze swoją krytyką narusza jedność. Za ideałem jedności ukrywa się cień własnego rozdwojenia. Człowiek broniący w ten sposób idei jedności projektuje osobisty rozdźwięk w samym sobie na swoich braci i siostry oraz zwalcza go u nich.

Jeszcze inna społeczność deklaruje, że w naszym ubogim w wiarę czasie pragnie dawać świadectwo o Jezusie Chrystusie. Każda siostra, która odważa się mówić o swoich wątpliwościach w wierze, jest natychmiast marginalizowana. Taka postawa objawia brak przyzwolenia na jakiekolwiek wątpliwości we własnym sercu, co kończy się dogmatycznym występowaniem przeciwko wszystkim, którzy w poszukiwaniu głębszej wiary, nie boją się dopuścić do siebie wątpienia. Inna wspólnota pragnie ofiarować swoją miłość i modlitwę za zdemoralizowany świat. Ale w ten sposób próbuje jedynie zamaskować własne zepsucie. I Nierzadko w takim klimacie zagnieżdża się jedynie brak miłosierdzia wobec członków własnej grupy. Człowiek chce przynieść siebie w ofierze i w ogóle nie zauważa, że ma na sumieniu wielu braci i siostry, ponieważ nie daje im żadnej przestrzeni do swobodnego, duchowego oddechu i składa ich na ołtarzu własnej ideologii.

Mnisi nie na próżno wysoko cenią sobie pokorę. Mają szczególne wyczucie tego, jak łatwo do naszej duchowości wślizguje się cień i jak bez większych przeszkód potrafi uprawiać swój niecny proceder. Mnisi nie mówią jednak o ideale pokory, który powinniśmy osiągnąć. Bowiem jeśli pokorę wezmę sobie za punkt honoru, w ogóle nie spostrzegę się, jak bardzo kieruje mną własna duma, jak moja pokora przesiąknięta jest cieniem przesadnej potrzeby ważności. Pokora jest dla mnichów raczej drogą do własnego człowieczeństwa, zstąpieniem w głąb własnego cienia po to, by pojednać się ze swoimi ciemnymi stronami. Droga pokory pozwala nam roztropnie mówić o duchowości, a przede wszystkim stawać się coraz bardziej roztropnymi w naszych moralnych wymaganiach. To jest chyba najbardziej denerwujące, że najwięksi moraliści nie żyją tym, co głoszą, że właśnie ci ludzie, którzy sami w czymś niedomagają, szczególnie rygorystycznie zachowują kościelne normy. Ludzie instynktownie czują, że coś w tym nie gra. Niektórzy już nigdy więcej nie chcą narazić się na porażkę, wyróżniając się w doskonałym przestrzeganiu moralności. Ale ich cień kiedyś ich dogoni. Idźmy lepiej drogą pokory, drogą wejścia w doświadczenie własnego cienia, żebyśmy się nie rozbili o wysoki cokół naszej wymagającej moralności i szczytnej duchowości.

Z niemieckiego przetłumaczył Dariusz Piórkowski SJ.

Tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Geist und Leben”. Opublikowany za życzliwą zgodą o. Grüna.

http://www.tezeusz.pl/cms/tz/index.php?id=760

Trafiłem przypadkiem na forum.wiara.pl, opublikowane na Tezeuszu (btw – nie mają tam wyszukiwarki…)

To jest takie ludzkie. Gdy człowiek uświadomi sobie już to, że Bóg jest, że działa – to jakby nic poza tym nie dopuszcza do siebie. Do tego stopnia, że neguje swoją słabszą stronę. W pogoni za tym, co wzniosłe i święte, jakby odsuwa od siebie, co jest nie tak doskonałe, jakby chciał w miejsce realnego (a więc składającego się z zalety i wad) człowieka wstawić ceramicznego aniołka z przyklejonym uśmiechem numer pięć.

Ten tytułowy cień, który ciągnie się za każdym z nas, jest nieodłączny – tak jak nieodłączna jest nasza grzeszna natura. Tu nie ma co myśleć, z tym się trzeba pogodzić – i nie negować, ale sprostać mu. A to można uczynić tylko świadomie, zdając sobie sprawę z jego istnienia, ze swoich wad – nie wysilając się na negowaniu.

Nie da się żyć z ludźmi, dawać siebie im, gdy nie jest się pogodzonym z samym sobą. Dobre chęci i najwięcej nawet modlitwy – bez pracy nad sobą, charakterem, bez akceptacji siebie także w tej słabszej stronie – to będzie ciągle za mało. I tak samo nie da się prawdziwie cieszyć wiarą, Bogiem, Chrystusem – także tym spotykanym w drugim człowieku – nie będąc pogodzonym z samym sobą. Bo bez świadomości swojej gorszej strony – radość jest tylko złudna i powierzchowna.

Aby odnaleźć siebie w Bożych planach, zrozumieć siebie i te plany, realizować się w nich, potrzeba pokory, która jest konieczna do przyjęcia – czy siebie, czy kogoś innego – takim, jakim jest. Nie chodzi o lenistwo, siedzenie z założonymi rękami i podejście w stylu skoro tak mnie, Boże, stworzyłeś – to taki będę, po co pracować nad sobą – ale o miłosierne, na wzór Boga, spojrzenie tak na słabości swoje, jak tych których na drodze ku Niemu spotykamy.

Spojrzenie, w którym ten nasz własny, albo cudzy, cień się zmieści – gdzie ani nie będzie on negowany, ani na siłę usprawiedliwiany. Spojrzenie, w którym ujrzę nie tylko skrajnie negatywny albo naiwnie optymistyczny obrazek siebie albo bliźniego – ale realny, z wszelkimi wadami i zaletami, ale i z miłością, która ma przenikać wszystko.

DAJ SIĘ UŚWIĘCIĆ

W czasie ostatniej wieczerzy Jezus podniósłszy oczy ku niebu, modlił sie tymi słowami: Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. Dopóki z nimi byłem, zachowywałem ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, i ustrzegłem ich, a nikt z nich nie zginął z wyjątkiem syna zatracenia, aby się spełniło Pismo Ale teraz idę do Ciebie i tak mówię, będąc jeszcze na świecie, aby moją radość mieli w sobie w całej pełni. Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie. (J 17,11b-19)

Jezus modli się o nic innego, jak zwykłą jedność Kościoła. To może zabrzmieć nieco paradoksalnie – bo nie jest ona, jak widać, tak oczywista – wystarczy spojrzeć na wspólnoty chrześcijańskie dzisiaj. Jeden Kościół? Tak, w to wierzymy – że pełnia prawdy, depozyt wiary znajdują się w Kościele katolickim. Ale jest też przecież cerkiew prawosławna, luteranie, husyci, zielonoświątkowcy, mariawici i tyle innych wspólnot…
Kościół, pomimo życzenia Jezusa, podzielił się. Ludzka słabość wzięła górę nad wiarą w słowa Pana. Własne ambicje – ale nie można też zapominać o błędach, i to niekiedy karygodnych – przesłoniły człowiekowi wolę Boga i sprawiły, że dzisiaj musimy modlić się o to, co istniało kiedyś, ale zostało zaprzepaszczone przez zwykłą ludzką małość.
Nie jesteśmy ze świata? Nie jesteśmy. Wiara chrześcijańska, uświadomienie sobie prawdy o Bogu jako sprawcy i stwórcy wszystkiego, przyjęcie prawdy o Jezusie, Jego misji, zwycięstwie, jednoznacznie wskazuje też cel. Od Boga przychodzimy i do Niego dążymy. To jest tak naprawdę jedyny i najważniejszy cel tego wszystkiego, co i bez względu na to jak w życiu robimy. I nie chodzi Bogu o to, aby każdy człowiek – uświadamiając sobie powyższe – zamknął się w klasztorze, pustelni, i całymi dniami leżał krzyżem, modląc się. Nasze powołanie ma się realizować w świecie. Nie żyjemy dla świata – ale w nim właśnie mamy żyć. Między ludźmi, tak często wrogo nastawionymi, będąc takimi znakami sprzeciwu wobec tego, co płytkie, wyrachowane, skalkulowane na zysk możliwy do przeliczenia w walucie.
Znamy już Prawdę. Bóg ją objawił. Uświęcenie, o które Ojca prosi Jezus, ma na celu to, abyśmy w naszej drodze wytrwali. Abyśmy się nie pogubili, nie zabłądzili, nie stracili orientacji. Nasza wiara to nic innego jak taki Boży kompas – wskazujący najczęściej to, co trudniejsze i bardziej wymagające, ale zarazem to, co lepsze. Zły jest sprytny, a człowiek najczęściej głupi – więc to, co się świeci, ocieka złotem i przyciąga, kusi – to zwykle ta gorsza alternatywa, o czym człowiek przekonuje się po fakcie.
To uświęcenie w prawdzie to modlitwa o dar wytrwania na drodze, którą każdy z nas podąża. Same ewangelie dobrze pokazują – na początku za Jezusem szło wielu, i sukcesywnie wykruszali się, odchodzili. Za duże wymagania? Nie, to raczej za mało woli, gotowości do zmian, radykalizmu. I dlatego On modli się o to, abyś ty czy ja wytrwał w tym, którędy zmierza ku Niemu. Nie ma jednej uniwersalnej drogi – tak jak nie jesteśmy tacy sami. Ale mamy drogowskazy, modlitwę, przykłady tylu setek tych którzy poprzedzili nas w drodze a których Kościół nazywa świętymi. Czyli szczęśliwymi, tymi którzy osiągnęli zbawienie, są już z Bogiem.
Uświęcajmy się na naszej drodze, w prawdzie o sobie samych. Nie szukajmy świętości u innych, nie przeskakujmy z kwiatka na kwiatek. Do świętości potrzeba wytrwałości, bardzo często działania wbrew swojej słabej naturze. Ale przecież nie bez powodu św. Paweł napisał do Filipian, że moc w słabości się doskonali.
Twoja też może. Jeżeli będziesz chciał świętości. Jeśli będziesz do niej dążył. Jeśli po prostu dasz się uświęci.