Ambitna pokora ziarna

Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał niektóre [ziarna] padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha! (Mt 13,1-9)

Pewnie najczęściej, w kontekście tej przypowieści o siewcy, słyszymy z ambony o tym, że są to słowa o szansie, jaka jest każdemu dana, o tym jakie możemy owoce przynieść dzięki naszym (a właściwie nie naszym ale złożonym w nasze ręce) talentom. Że to taka ogólnikowa, kompleksowa ocena, osąd nad człowiekiem, jaki z perspektywy całego życia, już po jego zakończeniu, w dniu sądu odbędzie dobry Bóg nad każdym z nas. Dla nas – jakbyśmy taki filmik, jakby skrót wiadomości obejrzeli, tyle że zamiast informacji z danego dnia – całe moje życie, to wszystko co i jak robiłem.
Dzisiaj odkryłem, że jest to tekst… o pokorze. Tak. Pokorze i umiejętności zdystansowania się wobec własnych ambicji i tego, dokąd (a zwykle – dalej niż jesteśmy w stanie) sięgamy. Miewamy pomysły, plany, chcemy zwojować świat – i to nie jest złe, bo przecież chrześcijaństwo to radykalizm, konkrety i stawianie spraw jasno, wyraźnie; nie ma miejsca na półśrodki i bylejakość. 
Problem pojawia się, gdy tym planom podporządkowujemy wszystko. Bo na początku człowiek chce, aby Bóg go prowadził, ufa Mu, stara się i obiecuje dokładne przestrzeganie Jego nakazów i zakazów. Chce zdobyć wiele – ale z Jego pomocą, Jego drogą idąc. Ale im dłużej i dalej idzie, im więcej się na różne – najczęściej niezbyt chwalebne i dobre – postawy napatrzy w życiu, tym bardziej zaczyna, mniej lub bardziej świadomie, hołdować powiedzeniu cel uświęca środki
Zaczyna się od tego, że raz czy drugi przymknie oko na coś, co z Bożego punktu widzenia nie takie – a tu jakąś świnię podłoży w pracy, a tu coś przemilczy – no przecież Bóg się nie obrazi, w końcu kocham Go, wierzę w Niego, modlę się. A potem już z górki, jak to mówią. I w pewnym momencie okazuje się, że ten Bóg ze swoją hierarchią wartości, którą to niby wyznaje człowiek, zostaje gdzieś, hen, na końcu tego wszystkiego, co w życiu najważniejsze. 
A wtedy – nawet najwyższy możliwy dyrektorski stołek i pięciocyfrowa pensja nic nie pomoże. To tylko rzeczy, sprawy materialne. Warte tego, aby z ich powodu przegrać to, co nienamacalne, ale o ileż bardziej trwałe? Warto się zarobić – na czym cierpi rodzina, dzieci? Związki nie rozsypują się tylko dlatego, że brakuje wierności, że jedno drugie zdradziło – także dlatego, że stają się obcy, bo tak bardzo poświęcili się tej robocie dla rodziny… że zabrakło miejsca i czasu dla samej rodziny. Gdy Bóg jest na pierwszym miejscu – wszystko inne jest na właściwym. A jak nie – to już różnie bywa. 
Miej ambicje i plany. Chciej coś w życiu osiągnąć. Nie bądź leniwy. Do odważnych świat należy. Tak – ale pozostaw w tym wszystkim miejsce na palec Boży, na tchnienie Jego Ducha, na Jego wolę. W modlitwie wsłuchuj się w to, co On wskazuje, w kierunek który Ci proponuje. Nawet, jeśli wydaje się to na pierwszy rzut oka nielogiczne, niemożliwe. Mało to takich było, którym przewrócił do góry nogami życie i uczynił naprawdę szczęśliwymi, choć im samym to się w głowie nie mieściło? Nawet, gdy w efekcie nie mieli willi, limuzyny, wakacji na Karaibach i pękatego portfela. Bo to nie wszystko. 
Bo szczęście osiągniesz tylko wtedy, gdy idąc przez Niego drogą wskazaną będziesz starał się zrealizować. Samemu może i po ludzku sądząc będziesz miał wszystko – ale gdy na Boga się wypniesz, po prostu się pogubisz, nawet gdy odkryjesz to dopiero za kilka, kilkanaście lat.
Bóg jest tym wielkim siewcą, a my mamy przynosić plony. Ale jednocześnie – ty sam jesteś siewcą ziaren, z których wyrosnąć mają plony twojego życia. Różnie to w życiu bywa. Czasami jakiś pomysł uda się zrealizować lepiej, czasem gorzej, a jeszcze kiedy indziej – wcale. Tak jak z tym ziarnem w Ewangelii. Raz ktoś inny wykradnie ci pomysł. Kiedy indziej okoliczności nie będą sprzyjające, coś się posypie. Ale nie poddawaj się. Miej w sercu miejsce na zdrową pokorę.

Świetnie pasują do tego słowa, jakie Jeremiasz usłyszał od Boga, gdy Ten go powoływał (Jr 1,1.4-10). A on, jak to człowiek, nie bardzo wierzył w swoje siły. Nie mów: Jestem młodzieńcem, gdyż pójdziesz, do kogokolwiek cię poślę, i będziesz mówił, cokolwiek tobie polecę. Nie lękaj się ich, bo jestem z tobą, by cię chronić – wyrocznia Pana. I wyciągnąwszy rękę, dotknął Pan moich ust i rzekł mi: Oto kładę moje słowa w twoje usta. Spójrz, daję ci dzisiaj władzę nad narodami i nad królestwami, byś wyrywał i obalał, byś niszczył i burzył, byś budował i sadził. Zacznij siać, nawet gdy jest to kolejna próba. Tego Bóg od ciebie chce. Tylko spróbuj ponownie, i nie poddawaj się.

Uwierz Bogu – to żadna kara. Spróbuj tego, co On ci proponuje. Nie masz nic do stracenia. Zasiej na nowo i módl się o dobre plony. Abyś w nich się zrealizował. Ile razy, raz po raz, On hojnie daje nam znowu możliwość owocowania, przynoszenia plonów? Ile już takich okazji sam zmarnowałem? A On – jakby wbrew logice – sieje znowu. Może tym razem mi się uda. Włóż w to, co chcesz osiągnąć, choć krztynę z tej miłości, jaką On ma ku nam – i na pewno się uda.

Tak jak Maria – czyli savoir vivre nie jest najważniejszy

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła. A Pan jej odpowiedział: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona. (Łk 10,38-42)

Obrazek, w zestawieniu z I czytaniem (Rdz 18,1-10a) o Abrahamie i nieznajomych, których ugościł sutym posiłkiem i który za to (nie tylko zresztą za to) otrzymał obietnicę urodzenia się potomka, może wydawać się jakby sprzeczny. No bo jak – Bóg Abrahama nagradza za jego pracę, bezinteresowne usługiwanie przypadkowym wędrowcom? A z kolei sam Jezus Martę, która – może i słusznie po części – miała żal do siostry, że jej nie pomaga, delikatnie rzecz biorąc, skarcił? (a konkretnie – wskazał na inną kwestię)

Łatwo buntować się i burzyć na coś, czego nie rozumiemy. Bo Jezus nie pochwalił nieróbstwa Marty, nie wskazywał na celowość lenistwa i nie propagował nigdy takich postaw. Jezus nie docenił tego, co Maria mu – i innym gościom – przygotowała? Doceniał, jak każdy wysiłek jakiegokolwiek napotkanego człowieka, pracę i trud. To, co zrobił, co powiedział – było niczym innym jak formą wyrażenia uznania. Poszerzenia horyzontów. Marto – wspaniale, że zatroszczyłaś się o stół, posiłek, o żołądek mój i gości. Ale jest coś innego, na co tez powinnaś się otworzyć.

Oczywiście, z punktu widzenia savoir vivre’u, Marta postąpiła słusznie. Gość dom – Bóg w dom, w tym konkretnym przypadku nawet nie w przenośni, ale dosłownie. Trzeba przyjąć, ugościć, przygotować potrawy w wystarczającej ilości, przyozdobić stół, zatroszczyć się o napoje. Żeby z tego materialnego, zewnętrznego, wizualnego punktu widzenia nic nie brakowało. (Na marginesie – proboszcz w kazaniu mówił wczoraj, ciekawie zwrócił uwagę, że dzisiaj nie zaprasza się już tylu gości co kiedyś, gdy nawet biedniej było – bo za dużo przygotowań, trzeba wydać pieniądze, przygotować potrawy, stracić czas i środki – więc po co…)

Zresztą, jej postawa odpowiadała wyobrażeniu tego, co człowiek daje Bogu w Starym Przymierzu. Jesteś dla Boga, więc starasz się mu dużo dać, dużo ofiarować. I to właśnie Marta zrobiła. Analogicznie jak w/w Abraham (na marginesie – wydaje mi się, że Trójca Rublowa to bardzo dobra ilustracja dla obrazku z Abrahamem pod dębami Mamre). Tak, jak on nie dał wędrowcom resztek może z tego, co rodzina już  tego dnia jadła – kazał żonie wypiec świeże pieczywo, świeży nabiał, dobry trunek i najlepsze oprawione cielę. Nie z tego, co zbywało – ale z tego, co najlepsze.

Niekoniecznie postawę Marii można oceniać w kategoriach lepiej, gorzej. Postąpiła inaczej. Jakby kierowała się nieco inną hierarchią – najpierw człowiek, ukochana osoba, uczucie przywiązania, miłość, a dopiero za tym wszystkim to, co materialne, potrzeby czysto fizyczne – zaspokojenie głodu. Zresztą – Jezus w żaden sposób jej nie wywyższył na tle siostry. Raczej postawił ją Marcie jako przykład może bardziej właściwego podejścia. Bo z pewnością, wtedy ani później, nie miał prawa wątpić w autentyczność ich wiary i miłości.

Ewangelista nie napisał nic o tym – ale z pewnością Maria nie siedziała bezczynnie, gdy dom przygotowywany był na Jezusa i Jego towarzyszy. Na pewno pracowała z innymi – i wiedziała, że to, co wypada przygotować, co najważniejsze i konieczne jest gotowe. Dlatego w sytuacji, gdy sam gość pojawił się w domu – uznała, iż teraz On jest najważniejszy, że Jemu musi poświęcić uwagę, na Nim się skupić. Czasami ludzie postępują w myśl zasady, że jak chcesz to mieć, to zapracuj; robić, robić, pomnażać, własnoręcznie pracować i zasługiwać na coś, po wysiłku się osiąga. Dochodzi wówczas do dość dziwnej (herezja?) sytuacji, gdy takie nastawienie – po przełożeniu go ze sfery materialnej na duchową – prowadzi do poglądu, że człowiek dobrym, pobożnym życiem sam zasługuje i zapracowuje na zbawienie. A gdzie radość z przyjęcia tego, co zawsze jest bezinteresownym DAREM miłości i łaski Boga, wysłużonym na krzyżu? Ja zdobyłem. Nie. Ty możesz otrzymać.

Owszem, wiele zależy od tego, jak człowiek jest do Boga nastawiony – otwiera się, czy zamyka. Ale człowiek musi patrzeć, słuchać, chłonąć – najpierw mówi Bóg, i gdy On jest blisko i mówi, to po prostu trzeba słuchać. Jak się wsłuchasz, posłuchasz i wysłuchasz, a potem postarasz się zrozumieć – będziesz wiedzieć, co robić. Dasz sobie dalej radę. Bóg wskaże kierunek, i ty idąc w nim osiągniesz z Jego łaską wszystko, co jest potrzebne. Ale nie sam. Osiągnięciem w tym wypadku nie jest przejście całej drogi, i chełpienie się swoją wielkością z tego tytułu – ale umiejętność zrozumienia tego, co On mówi i przyjęcie darmowego daru Bożego zbawienia, które ofiaruje jako cel na drodze. Cel, do którego człowiek dąży – ale sam by go nigdy nie osiągnął. Nie bez Boga. I nie bez wiary, którą On daje.

Jak to osiągnąć? Będąc jak Maria. Rozpoznając właściwie czas – odróżniając to, kiedy jest czas na przygotowania, a kiedy jest czas na zasłuchanie w Tego, który mówi do ciebie. Pewnie, gdyby wszyscy cały czas siedzieli i nie pracowali – cywilizacja by się zawaliła, tak by się nie dało funkcjonować. Ale i w tym, w pracy, musi być wiara – bo bez niej te nasze uczynki nie mają sensu, jak to napisane martwe są. Nie wiara w cuda, ale wiara w Boga – świadomość tego, że tylko On jest źródłem wiary i łaski. Maria to wiedziała. Dlatego znalazła się u Jego nóg, zasłuchana.

Ks. Mariusz Pohl genialnie to opisał – najpierw trzeba być Marią, potem Martą. Czerpać przykład od obydwu – ale we właściwej kolejności i właściwym czasie. Robić to, co potrzebne, czego wymaga sytuacja – ale umieć w tym czasie, albo po, podziękować Bogu. A inaczej – dać z siebie wszystko dla Boga właśnie po to, żeby później umieć otworzyć się na to, co Bóg mnie daje, co chce powiedzieć. Jakby dwa etapy, dojrzewanie do wiary. O pierwsze nie jest trudno  – jednak ze zrozumieniem potrzeby drugiego różnie, co widać przy Marcie, bywa.

Marta uczy nas pracy, Maria zaś zasłuchania i modlitwy. Jedno z drugim wystarczy. Jeśli poza tym zostawi się miejsce dla Boga. Takie wyważone ora et labora – i to ile wieków przed św. Benedyktem 🙂 Po co to? Czy postawa Marty nie wystarczy? Właśnie nie. Ona zabłądziła we własnej aktywności. Dała z siebie wszystko, co mogła, ale nie potrafiła zrozumieć – teraz jest czas, aby samemu z Niego zaczerpnąć. Usiąść u stóp, jak siostra Maria, i posłuchać. Stąd jej żal, jakby wyrzut pod adresem siostry.

Bo praca, jaka by nie była, od Jezusa musi się zaczynać i na Nim kończyć. Żeby nie było miejsca na – niesłuszne najczęściej – zarzuty pod adresem innych o nieróbstwo, brak inicjatywy, gnuśność, żeby uniknąć niepotrzebnych nerwów. Kiedy jest w tym wszystkim czas na spotkanie z Nim – na kontemplację, bo o niej mowa – to wszystko pięknie się zazębia, uzupełnia. Wtedy proporcje są odpowiednie.

Wtedy każdy znajdzie czas i potrzebę, aby przysiąść u Jego nóg, i zasłuchać się. Tak jak Maria.

Bądź pokorny mocą Boga w chaszczach

Skończyłem właśnie kolejną świetną książkę (tak to jest, jak się kupuje kilka, a potem nie ma się czasu czytać…). Zakładając, że znasz twórczość Jana Grzegorczyka – nie muszę go przedstawiać (jeśli nie – poczytaj o nim, i koniecznie sięgnij po jego twórczość – ja polecam zacząć od trylogii o ks. Groserze). Owszem, spotkałem się z opiniami księży, że – w Groserze właśnie – Grzegorczyk przesadza z pesymistycznym obrazem duchownych… ale nie wydaje mi się. Może po prostu niektórzy nie przywykli do tego, aby o problemach i tych nie do końca kryształowych duchownych mówić nie zawsze jak o chodzących aniołach? 
Rozkoszny spacer po wiosennym lesie, fotografowanie ptaków, śpiew wilgi, spokój i słońce… i wisielec na świerkowej gałęzi. Na korze drzewa kilka dni później pojawia się napis „Judasz”. Dla Stanisława Madeja, kawalera koło pięćdziesiątki, owo makabryczne odkrycie stanowi niezbyt udany początek nowego życia na sielskiej wsi w Puszczy Noteckiej. Madej postanawia rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci. Prowadząc śledztwo, coraz bardziej zagłębia się w chaszcze ludzkich losów, historii i własnego życia.

W najnowszej powieści Jana Grzegorczyka, autora bestsellerowej trylogii o księdzu Groserze, mroczne tajemnice ludzkich dusz, wina, namiętność i zdrada mieszają się z humorem i zmysłem obserwacji. To książka, na którą czekali wszyscy fani Grzegorczyka — a jednak zupełnie inna od poprzednich.

A co się dzieje w chaszczach??? Takich na kilometrów kilkadziesiąt w jedną i drugą stronę. Patrzysz z boku — niczego się nie dopatrzysz. Tylko kawałeczek od skraju drogi. Patrzysz z góry, też kłębowisko, wszystko zagmatwane. A coś się dzieje. Pięknego i strasznego.
 

Ale jak to w chaszczach, nie do końca wiadomo co, nie odgadniesz od razu…
 
O tym jest ta książka, pełna poszukiwań dróg pamięci, dróg wydarzeń, prób poznawania innych i siebie. Jak to u Grzegorczyka jest i śmietnik, i kościół, i wille, i chałupki. Pełno postaci. I ich drogi ciągle się ze sobą plątają.

 Czytasz, dowiadujesz się, wątpisz, czy się dowiedziałeś, pojmujesz, znów nie pojmujesz, pytasz, o co chodzi, choć oderwać się od tej opowieści nie chcesz…
 

Chcesz zobaczyć coś inaczej? No to właź za Grzegorczykiem w chaszcze. Udaje przewodnika, ale naprawdę sam szuka drogi. (Ernest Bryll)
Kilka najlepszych myśli z tej książki:

– I ksiądz nie miał oporów, aby go pochować w poświęconej ziemi?
– Dlaczego miałbym mieć?
– No, nie wiem, Kościół zabiega nieraz o karteczki, żeby mieć pewność, że przez jego wrota nie prześlizgnie się nikt niepowołany… Są księża…
– W moim kościele czegoś takiego nie praktykuję. NNW – Nic Nie Wiemy. – Ksiądz się uśmiechną. – My tylko składamy człowieka w ręce Boga. A On jest wszechwiedzący i miłosierny. Cała nasza wiara polega na zamieszkaniu w TAJEMNICY. Po to dochodzimy do prawdy, żeby ją złożyć w Bogu.

– Nie powierzałem Bogu katolika, ale człowieka, którego On znał. Modliłem się, aby ogarnął jego tragiczną śmierć.
– No ale tu jest krzyż…
– Myślę, że kimkolwiek był ten człowiek, umarł pod krzyżem swego bólu. – Westchnął. – Może upadł nie pod krzyżem, ale przywalił go jakiś kamień… Może. Jeśli tak, to wierzę, że mi wybaczy. Dla chrześcijanina krzyż jest znakiem miłości. Po tamtej stronie ludzie nie protestują, że ktoś ich kocha. Tam nie ma wieży Babel.

Skinęła głową. Wyciągnąłem jedną z pięciu srebrnych torebeczek. A z niej nie pozorną kuleczkę wielkości maleńkiego orzecha włoskiego. Zamknąłem ją w dłoni i ogrzałem, jakby miało się z niej wykluć pisklę. Wyciągnąłem szklany litrowy dzbanek, wstawiłem wodę. Kiedy się zagotowała, zaproponowałem, abyśmy przeszli na taras. Siedliśmy pod rozłożystymi gałęziami jabłoni. Woda ochłodziła się w tym czasie, osiągając idealną do parzenia temperaturę. Zalałem „brzydkie kaczątko”. Po minucie w dzbanku zaczął rozkwitać przepiękny kwiat. Bajecznie kolorowy. Dumnie prężył swe listki i płatki niczym na filmie przyrodniczym ukazującym w przyspieszonym tempie rozkwitanie. Z dzbanka rozchodził się najpierw delikatny zapach jaśminu, potem lekki, nieśmiały zapach egzotycznych owoców. Patrzeliśmy bez słów na spektakl za ścianą dzbanka. Po chwili nalałem do filiżanek seledynowy płyn. Piliśmy w milczeniu, delektując się naparem.
– Wspaniała – stwierdziłem w końcu. – A drugie parzenie będzie jeszcze lepsze…
– Jesteśmy jak te szare, niepozorne kulki, dopóki nie spotkamy kogoś, kto nas ogrzeje – stwierdziła z zadumą Krystyna.

– Był to dwór należący do Żytnickich. Na początku XX wieku przekazali go siostrom. To było niesłychanie szlachetne małżeństwo – Konstancja z Ostrop0olskich i Stefan Żytnicki. Nie chodzi mi o herby, bo nie należę do tych, co czczą błękitną krew. To było szlachectwo ducha. Niestety, cierpieli, bo nie mogli mieć dzieci. Pojechali do Lourdes, aby wymodlić łaskę. Pan Stefan był zaangażowany w dowożenie ludzi na wózkach do cudownego źródła. Woził sparaliżowaną Francuzkę. Siódmego dnia wzięła go taka litość nad ta dziewczyną, że skierował do Boga prośbę, aby jego intencję przemienił w jej uzdrowienie. Dziewczyna wstała. Żytnicki zrozumiał, że Bóg chce mu zamiast dzieci naturalnych dać pod opiekę dzieci cudze, potrzebujące domu. Po powrocie swój majątek przeznaczył na fundację dla dzieci, które nie miały rodziców. Pewno słyszał pan, że Bóg często wysłuchuje naszej modlitwy inaczej – modlimy się o jedno, a On nam daje drugie. A Żytnicki jakby uprzedził Boga. Sam dostrzegł, że nie zawsze najlepiej modlić się w swojej, choćby najbardziej uczciwej sprawie.  Gdyby Bóg obdarował Żytnickich potomstwem, pewnie nie otworzyliby swojego domu dla tych porzuconych przez los i rodziców dzieci. Czy to nie jest jedna z najpiękniejszych legend, choć wydarzyła się naprawdę?

– W zeszłym roku byliśmy na pielgrzymce… – urwał, jakby czekał, aż wspomnienie przypłynie w całej ostrości. – Się popłakałem, bo tam otworzyło się Słowo. – Znów zamilkł.
– Jakie Słowo?
– Słowo Boga wywołuje w człowieku echo.

– Nie pękaj. Pan jest dobry, nad wszystkim czuwa.

– Tak, podziwiam małżonków wiernych aż po śmierci, ale… wierzę, że w niebie to wszystko jest rozwiązane. „Ani oko nie widziało, ani serce nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują”. – Melchior patrzył długo na moich rodziców, jakby chciał dzięki temu lepiej mnie przeniknąć. Nagle się odwrócił , dając sygnał, że możemy usiąść. – Znałem wielu wspaniałych ludzi, który owdowiawszy, żenili się powtórnie, nawet po trzeci raz. Relacje niebiańskich istot do ziemskich to bardzo skomplikowany temat. Dla większości niemożliwy do wyobrażenia. Tak, do kogo będzie należeć ta wdowa? W zasadzie miłość Bóg tłumaczy to w dość prosty sposób. – Melchior sięgnął po ciastko i jednocześnie skinął głową w odpowiedzi na moje zapytanie oczami, czy nalać mu wina do kieliszka. – Bóg potrafi kochać wielu, he, miliardy stworzeń, w sposób wyjątkowy i niepowtarzalny. Czy jest do pomyślenia jednoczesna miłość wielu osób, tak że każdej z nich wydaje się, że jest jedyna? Bóg potrafi nawet kochać tych, którzy się wzajemnie nienawidzą. To strasznie trudne…

– Pan Bóg powołał dwunastu apostołów wcale nie spośród najlepszych ludzi, którzy wtedy żyli w Palestynie. Wybór człowieka jest tajemnicą… Tak jak jest tajemnicą, dlaczego powołał Judasza, o którym wiedział, że Go zdradzi. Jak powiedział Philip Yancey… – nie, nie, po co nazwisko, przecież do chłopów nie będę gadał z przypisami. – No więc, rzecz niebywała. Pamiętacie, że Jezus modlił się w Getsemani o dobry wybór apostołów. Czyżby Pan Bóg nie wysłuchał modlitwy swojego syna? A może z jakichś niezrozumiałych powodów zdrajca jest dla nas kimś nieodzownym? Dlaczego Jezus, widząc Judasza na czele kohorty, zwraca się do niego: „Przyjacielu, po co przyszedłeś?”. Czyżby to była ironia, złośliwość w ustach Boga? A może chciał tym czułym zwrotem, w którym kryła się miłość do nieszczęsnego apostoła, odwieźć go od podjętego zamiaru?

Bóg, który przyszedł po to na świat, by odkupić człowieka, miałby się na nim mścić za to, że z podziwem patrzył na kwiaty i słuchał muzyki? Czy Pan się nie boi, że nie dostrzeże twarzy Boga, tam gdzie jest Jego uśmiech? Świat stworzony przez Niego nie jest grzechem, od którego trzeba się odwrócić. Nie znam się na teologii, ale Bóg nie stworzył świata dla teologów, ale dla każdego człowieka. Nie wiem właściwie, czemu Panu odpisuję, ale nie dlatego że mnie Pan rozśmieszył. Żal mi Pana, jak żal mi wszystkich, którzy lękają się Boga. Jest tyle strachu na tym świecie. Nie trzeba go już pomnażać.

Naprawdę polecam. 
>>>
Dzisiaj są takie jakby moje imieniny, tylko inaczej. Bo wspominaliśmy św. Bonawenturę, mojego patrona od bierzmowania. Jak podawałem to imię – połowa rozmówców myślała, że chodzi o kobietę. Nikt nie wiedział praktycznie, kto to taki. Warto tę postać przybliżyć – ciekawie napisany jego życiorys przeczytasz tutaj.
Mnie imponuje nie tylko swoim umysłem, swoimi dziełami teologicznymi – ale przede wszystkim umiejętnym połączeniem tych cech intelektu z wielką wiarą, a zarazem wspaniałą prostotą. Bez wiary nie da się poznać rozumem tego, co istotne. Teologia jako nauka dla nauki nie ma sensu – ma pomagać człowiekowi w poznaniu Boga. Prawdziwy pokój jako doskonałe zjednoczenie człowieka z Bogiem. Ewangelizacja nie tylko w działaniu, ale poprzez kontemplację, która daje siłę i uzdalnia do pracy. I to wszystko już w XIII w.! 

Myślę, że to dobry przykład i świetny patron na dzisiejsze czasy, gdy tak często człowiek myli środki z celami  i gubi się raz po raz. 
>>>

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie. (Mt 11,28-30)

Pięknie się to splata z tym, co powyżej napisałem o Bonawenturze. Szlachetna, piękna prostota nie zaprzecza rozwojowi intelektu i inteligencji. Ale za to ferowanie sądów jedynie rozumem, przy negowaniu tego, co nieudowadnialne naukowo, lekceważenie wiary w to, co niewytłumaczalne – to coraz częstszy problem ludzi, którzy zwykle w ogóle sobie z niego nie zdają sprawy. 
Otworzyć umysł, a serce niech siedzi cicho – w końcu jest potrzebne do życia, ale nic więcej. To tylko serce. A tymczasem tylko drogą serca można dojść do tego, co jest ostatecznym i jedynym tak naprawdę ważnym i wartym zachodu sukcesem. Do zbawienia. Nie znaczy to oczywiście, że nie warto się w życiu zajmować niczym innym jak tylko modlitwą, kontemplacją – nie pracować, nie mieć nic, czekać na zbawienie. Cóż, łaskę powołania do takiego życia otrzymuje niewielu. Większość z nas żyje w świecie, pracuje, zakłada rodzi ny, musi zaspokajać (oczywiście, w granicach rozsądku) pewne normalne potrzeby związane z funkcjonowaniem w społeczeństwie.
Mądrość nie oznacza, że nie można być prostym. I odwrotnie – prostota, o ile nie jest autentyczna, a np. na pokaz, nie gwarantuje osiągnięcia zbawienia. Można być mądrym, naukowcem, wybitnym specjalistą w jakieś dziedzinie – będąc jednocześnie prostego, miłego Bogu serca. To się nie wyklucza. Potrzebne jest wyczucie, właściwe rozłożenie akcentów, harmonia między umysłem a sercem. Wtedy można osiągać wyżyny tak naukowe, jak i wyżyny ducha. 
Bo najważniejsza jest mądrość serca. A czym ona jest? Można ją opisać na wiele sposobów. Najprościej – to kroczenie swoją, także np. naukową, drogą życia, ale prosto, nie szukając skrótów i sekretnych przejść na wyższy poziom. 
Jezus zwraca też uwagę na problem jarzma. To nic innego, jak obowiązki – także religijne – które w pewnych skrajnych formach są po prostu zbędne, niepotrzebne, a co gorsza – mogą szkodzić i zniechęcać. Czyli przynieść więcej szkody niż pożytku. To także czytelna wskazówka – człowieku, masz rozum nie po to, żeby się kurzył, ale abyś go używał; nie jesteś tępym zwierzątkiem, więc myśl, oceniaj – po to go masz. Nie daj się zwodzić, bo niejeden będzie próbował cię zwieźć. Masz moje słowa, masz Ewangelie – tam jest wszystko. 
Nie bój się tego Bożego jarzma. Ono jest dobrowolne. Ty możesz je sam wybrać – Bóg ci go nigdy nie narzuci. To jarzmo to nic innego, jak życie duchu Bożych praw i przykazań. Świadoma wiara, która ma prowadzić do Niego. Właśnie m.in. przez łagodność i pokorę – tak często dzisiaj pogardzane i lekceważone cechy, które świadczą nie tylko o kulturze (lub jej braku), ale przede wszystkim może o prawdziwej wielkości człowieka. 
Bądź pokorny mocą Boga.

Druga szansa

Nie planowałem dzisiaj pisać, ale co tam…
>>>
Zmarł ks. Henryk Jankowski. 
Pewnie wielu to cieszy, ale dla wielu skończyła się też jakaś epoka w ich życiu, w Polsce, w kościele. To był, jakby nie patrzeć, człowiek-instytucja. Napisali o nim wszędzie na okoliczność śmierci – ale najczęściej ten sam tekst, właściwie coś więcej, trochę wspomnień i cytatów – jedynie na Onecie. Zacytuję fragment z tego tekstu:
„To jakby dwie osoby w jednej”

Tak o zmarłym ks. Jankowskim mówi były działacz „Solidarności” Bogdan Lis. – To tak jakby dwie osoby w jednej, dlatego że ksiądz Jankowski jeszcze w czasie strajku sierpniowego, później 16 miesięcy legalnego działania Solidarności i okresu stanu wojennego, to jeden człowiek, a drugi – to z okresu funkcjonowania i kształtowania się polskiej wolności i demokracji już po 1980 roku – wspominał Lis, obecnie poseł Demokratycznego Koła Poselskiego Stronnictwa Demokratycznego.

– Myślę, że tak, jak ta pierwsza część tej jego historii jest chlubna, to to, co potem robił do chlubnych nie należy – dodał Lis.

Jak zaznaczył, chodzi m.in. o antysemickie wypowiedzi i przedsięwzięcia ks. Jankowskiego. – To burzyło jego wizerunek jako księdza, kapelana. Podkreślało też jeden element, który się pojawiał dość często, a mianowicie oskarżenia polskiego Kościoła, duchowieństwa o antysemityzm. On dawał pożywkę dla tego typu oskarżeń – zaznaczył Lis.

Lis, działacz opozycji z Gdańska, wspomina też ks. Jankowskiego jako osobę otwartą, ale również oryginalną, ekstrawagancką. – Lubił wyróżniać się wśród innych osób, jak szedł na jakieś przyjęcie ubierał się w sposób ekstrawagancki. Bardzo lubił też podkreślać zamożność – jeździł mercedesem dobrze wyposażonym, miał kontakty w Niemczech. Na pewno jest to postać oryginalna i ciekawa – zaznaczył Lis. 

I tak go trzeba postrzegać. Bo niewątpliwie zrobił wiele – zresztą, nie mianuje się proboszczem człowieka 6 lat po święceniach, jeśli nie jest utalentowany. Wiele dobrego zrobił – ale, obawiam się, po prostu później mu odbiło. Nie wnikam – czy to było jakieś skrzywienie na tle psychicznym, czy po prostu taki charakter człowieka, który lubił być na świeczniku, nawet na zasadzie promowania wina czy wody ze swoją podobizną… Wybryki słowne, otaczanie się dziwnymi, najczęściej młodymi ludźmi, którzy – takie jest moje zdanie – wykorzystywali jego wizerunek dla zaistnienia i wypromowania siebie samych. No i tej ego stroje – rozumiem godności papieskie miał, ale połowę kolorowych sutann czy dodatków nie miał prawa nosić (ani białej sutanny, ani mantoletu – kto wie, co to jest, ten też wie, dlaczego). 
Jego rola za komuny była nie do przecenienia – nie żyjemy w końcu wieki później, można się o tym dowiedzieć od pokolenia moich rodziców czy starszych kolegów. Każdy w kontekście tamtego okresu bardzo dobrze go wspomina, jako człowieka który wiele robił, organizował konkretną pomoc materialną, nie ograniczając się do jedynie wsparcia duchowego. 
Co się stało później? Po co te wybryki słowne w kazaniach, te prowokacyjne instalacje grobów pańskich? Nie wiem. Jedno jest pewne – abp Gocłowski nie zakazywał nikomu innemu głoszenia kazań; nie zrobił użytku z takiego prawa, przysługującego ordynariuszowi, bo lubił – tylko dlatego, że Jankowski go swoim postępowaniem do tego zmusił. Pewnych słów, szczególnie z ambony, tolerować nie można.
Myślę, że było mu ciężko ostatnio, nie wnikając w to że w dużej mierze z własnej winy. Miłosierdzie Boga sięga dalej, niż nam się wydaje. Teraz jest już tylko w Jego rękach. I dobrze. Pokój jego duszy. 
>>>
Sam się sobie dziwię… Jakiś czas temu opisałem, wymowną i głęboką, scenę z jednego z odcinków serialu Ojciec Mateusz, a dzisiaj też nawiążę do telewizji. 
Niewiele ją oglądam – jak już, to wiadomości, dobry film czasami (najczęściej na płycie), a jak nie – to kanał AXN. Jak ktoś lubi seriale sensacyjne – wystarczy, bo to większość ramówki. I między tym wszystkim puszczają serial Druga szansa
 
O czym to? Nastoletnia Lux przez niemal całe swoje życie trafia od jednej rodziny zastępczej do kolejnej. Cate Cassidy urodziła ją gdy sama była jeszcze nastolatką, a do adopcji oddała ją w nadziei na to, że jej córka znajdzie lepszy dom. Najprawdopodobniej ze względu na problemy z sercem, Lux nigdy nie została adoptowana. W wieku 16 lat postanawia się usamodzielnić, lecz zanim to się stanie, musi otrzymać na to pisemną zgodę od swoich biologicznych rodziców, których nie miała okazji poznać, a którzy jednak nigdy nie zrzekli się formalnie praw rodzicielskich. 
 
Najpierw spotyka swojego ojca, Nathaniela „Baze” Bazila,  wiecznie wesołego, delikatnie mówiąc niezbyt odpowiedzialnego i dojrzałego, prowadzącego hulaszczy tryb życia właściciela ledwo zipiącego baru. Już po podpisaniu podsuniętych przez córkę dokumentów Nathaniel czuje więź łączącą go z córką i dostrzega w niej podobieństwo do samego siebie. Za pomocą ojca Lux poznaje swoją matkę Cate, prezenterkę radiową, która 16 lat temu zaliczyła wpadkę z Nathanielem, a obecnie stara się ułożyć życie z kolegą z pracy, z którym prowadzi popularny program radiowy (jak się okaże – program był chwytliwy, gdy się kłócili, odgrywając dwoje samotników – jednak zmieni się to, gdy przyznają się na antenie do swoich uczuć, wyjdzie na jaw prawda o tym, że Cate ma nieślubne dziecko).
 
Świetne obrazy o ludziach, którzy niby to nic nie łączy – a właściwie połączyła chwila przyjemności w wieku 16 lat. I jakieś 16 lat później pojawia się owoc tej przyjemności – o którym jakoś nigdy nie myśleli, nie pamiętali. Na początku niechętnie, ale zaczynają w niej odkrywać siebie – podobieństwa. Uświadamiają sobie, ile Lux krzywdy doznała dlatego, że oni kiedyś nie byli dość dojrzali, aby się nią zająć – i postanawiają jej pomóc, nie będąc parą starając się jednak wspólnymi siłami zaopiekować się nią, być dla niej rodzicami. 
 
Wiele życiowych sytuacji pewnie ludziom znanych, błędów i pomyłek tak ze strony Lux, jak i jej nowych rodziców. Ale to wszystko w konwencji stale, z różnych stron i osób, pojawiającego się przesłania, że nie można się poddawać, że trzeba walczyć, starać się być lepszym. A lekko w tle – Baze i Cate, uparcie wszystkich przekonujący, że ich nic nie łączy poza tym, że są rodzicami Lux… Tylko czy naprawdę? 🙂 
 
Zachęcam do obejrzenia choćby jednego odcinka. Na stronie AXN chyba są wszystkie dotychczasowe, można nadrobić zaległości. Leci to jakoś w sobotę o 20:00, a powtórka wcześniejszego odcinka jest chyba tego samego dnia, tylko w okolicach południa. 
 
Warto przy okazji samemu sobie zadać pytanie – czy mnie samemu właśnie nie przelatuje przed nosem druga szansa, okazja – może jedyna? – na naprawienie czegoś, co do tej pory, mniej lub bardziej świadomie, robiłem źle, w czym dałem ciała
 
>>>
 
Tak właśnie. Czekamy.

Jest dużo nadziei, bo wszystko jak na razie – jednoznacznie.

Okaże się za kilka godzin.

🙂 

Od ciebie zależy, kim jesteś

Powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Go na próbę, zapytał: Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus mu odpowiedział: Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz? On rzekł: Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego. Jezus rzekł do niego: Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył. Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: A kto jest moim bliźnim? Jezus nawiązując do tego, rzekł: Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał. Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców? On odpowiedział: Ten, który mu okazał miłosierdzie. Jezus mu rzekł: Idź, i ty czyń podobnie! (Łk 10,25-37)
Kolejny, wczorajszy, obrazek ewangeliczny z cyklu: człowiek chce pokazać Bogu, że jest mądrzejszy, sprytniejszy, że jest lepszy. Oczywiście – jak zwykle, bez sensu. 

Przykazanie miłości jest chyba każdemu znane, nawet jak ten ktoś twierdzi, że nie wierzy. Mamy jednak tendencję do tego, aby chcieć je rozdzielić. Klasyczny przykład Bogu świeczkę, diabłu ogarek. Wybieramy sobie to, co wygodniejsze. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem. I tyle, wystarczy. Tak? A co z a swego bliźniego jak siebie samego? No bez przesady, ile można wymagać… Grunt, że Boga będę kochał – wystarczy. Przecież zbawił mnie Bóg, a nie człowiek. 
Pisałem już o tym w czerwcu – uciekamy od ludzi. O ile już się wysilić, postarać, to tylko dla Boga. Prawda jest taka, że wielu z nas może po prostu prościej być uklęknąć, otworzyć serce przed Nim, prosić, rozmawiać, nawet targować się czy kłócić. Paradoksalnie – tak, w dzisiejszym zlaicyzowanym świecie, który za punkt honoru stawia udowodnienie wszystkim, że wiara i Bóg są niepotrzebne – łatwiej jest niektórym przemóc się, aby do Boga się zwrócić, niż szukać do Niego drogi w miłosiernej miłości do drugiego człowieka. 
Ten obrazek ewangeliczny niesie wiele nadziei. Choćby właśnie w tym, że w roli tego dobrego Bóg osadził Samarytanina, co dla ówczesnych było na pewno bardzo wymowne, jako że Samarytanie byli odtrącani, odrzucani z wielu (także historyczno-politycznych) powodów, jak choćby fakt iż nie byli oni typowymi, rdzennymi Żydami, ale tzw. mieszańcami na skutek związków z obcokrajowcami z Mezopotamii. Ta scena, i choćby znany dialog Jezusa z Samarytanką przy studni są wymowne. 
Jak to wymowa? To, co już pisałem – Bóg nie kieruje się pozorami, nie patrzy na kolor skóry, deklaracje. Bóg patrzy w serce, i na to, jakie decyzje człowiek tym sercem podejmuje. To nadzieja dla wszystkich, którym wydaje się, iż są w jakiś sposób obciążeni swoim pochodzeniem, rodziną, zdeterminowani do postępowania w jakiś konkretny sposób, podczas gdy oni sami nie chcą, chcą być inni. Możesz być inny. To tylko od Ciebie zależy, jaki jesteś, kim jesteś. I kim chcesz się stać. Masz dwie ręce, rozum i serce – możesz działać tak, jak uznasz za słuszne. 
Koło tamtego obitego podróżnika przechodziło pewnie więcej ludzi, skoro było to na szlaku podróżniczym, pewnie i handlowym. Autor natchniony napisał tylko o kapłanie i lewicie – może ku przestrodze Żydów przede wszystkim. Obydwoje, jakby nie patrzeć, mieli obowiązek – zgodnie z tym, co im Prawo Mojżeszowe nakazywało, pomocy temu, kto był w potrzebie. I co? I nic. Czy uznali, że ten obcokrajowiec nie jest godzien, nie jest wart pomocy? Usprawiedliwiali się sumieniu pośpiechem, pilnymi sprawami? A może obawą o własne bezpieczeństwo – bo może ci, co go tak urządzili, schowali się nieopodal, i czekają na kolejną ofiarę w postaci kogoś, kto mu pomoże? 
Pretekstów może być wiele. A może nawet chcieli się zatrzymać, zdjęłą ich litość, prozaicznie, stwierdzili – jak by to wyglądało, co by sobie ludzie pomyśleli, jakby mnie zobaczyli pomagającego mu… To była ich własna decyzja. Nie wnikając w pobudki.
Wczoraj na mszy ksiądz powiedział w homilii ciekawe zdanie: że Jezus nie stawia nam przed oczami tego Samarytanina, żebyśmy go naśladowali. Tu się zdziwiłem, szczerze powiem. I dalej: że Jezus pokazuje, że tak postępuje Bóg, tak ma czynić dobry człowiek; ale nie dlatego, że jest dobry, tylko dlatego, że tak Bóg by postąpił, bo tak Bóg by chciał. Że dla nas, oczywiście, w pewnym sensie wzorem może być jakiś człowiek, postać wybitna, wyćwiczona w dobrym postępowaniu – ale siłą i inspiracją dla tego wszystkiego ma być Bóg, i to Jego miłość względem człowieka mamy naśladować, przekuwać w swoją miłość ludzką skierowaną na drugiego człowieka. Miłość, jaką mam ku Bogu, uzdalnia mnie do miłości, którą mam okazać drugiemu.
Łatwo jest literalnie skupiać się na tym, co z pozoru wydaje się być najważniejsze i kluczowe. Chociażby właśnie w tym przykazaniu miłości – zapatrzeć się w Boga i zapomnieć o potrzebującym człowieku. Albo po prostu, z lenistwa i wygodnictwa – olać drugą część. A przecież sztuką życia jest tak czerpać z Boga inspirację, siłę, mądrość i miłość, aby docierać z nim i dzięki nim do człowieka, którego tym samym do Boga prowadzić. Miłość się jakby zapętla, działa wielokierunkowo – wszędzie tam, gdzie jest potrzeba. O ile, oczywiście, jej pozwolimy, o ile zauważymy tego, kto miłości potrzebuje.
Dlatego w tym tekście tak ważne są słowa na samym początku, pewnie łatwo pomijane, bo właściwie tylko jako tło, nawet nie sama przypowieść. Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz? Pierwsze pytanie – o znajomość tekstu, definicji, regułki. Jak w szkole – teoria. Pewnie na to pytanie dobrze odpowie każdy. Jeśli już tutaj zapominasz o drugiej części, tej mówiącej o człowieku – trudno, żebyś miał szanse dobrze wcielić je w życie, skoro nawet teoria niepełna. 
Najważniejsze jest drugie pytanie – jak czytasz? Inaczej – jak to rozumiesz, o co chodzi, na czym to ma polegać? A może przede wszystkim – co z tym zrobisz, jak chcesz to zrealizować? Prawidłowa odpowiedź – radykalnie. Nie patrząc na kolor skóry, przekonania, sympatie czy antypatie. Tak, jak by to zrobił Bóg. Z miłością, która ma nie mieć granic, aż do końca. Nie wtedy, gdy wygodnie, gdy zbywa – ale wtedy, gdy potrzeba. Nie z pogardą – ale z miłością. To jest jedyna słuszna interpretacja.
>>>
Polecam bardzo dobrą książkę, właśnie w tym miejscu, powieść – Zdrajcę Marka Harnego. Czasy nam współczesne, zresztą – jak ktoś zna trochę realia Kościoła – to nie powinien mieć problemów z rozszyfrowaniem, niby to przypadkowych, podobieństw do żyjących faktycznie postaci. Czasy nam obecne (sytuacja zresztą miała miejsce kilka lat wstecz). Ks. Konrad, duszpasterz akademicki, zapalony amator gór, człowiek o dość dziwnej drodze życia. Syn pisarza gwiazdy komunistycznego PRLu, który wychowywany w mocno ateistycznej rodzinie, zostaje kapłanem. 
A że w czasach Solidarności, w jej początkach, w latach strajków, pracował w Hucie Lenina, ma wielu znajomych z tych czasów, z których wielu nie może się pogodzić z tym, że agenci byli także wśród duchownych. Pod presją otoczenia, rosnącego nieuzasadnionego nagłego ostracyzmu, podejmuje śledztwo w celu ustalenia, kto w jego środowisku donosił, który z księży. Nie tyle dla siebie – z powodu presji znajomych, którzy właściwie znaleźli już kozła ofiarnego w osobie innego popularnego kapłana, ale szukają potwierdzenia. 
Książka bardzo wciągająca, mówiąca o problemach człowieka, który opowiada swoje życie przez pryzmat dochodzenia do wiary, trudnościach z rozumieniem jej, na tle znanego nam (starszym) jedynego słusznego systemu politycznego. Zarazem, opowieść o człowieku, dla którego kapłaństwo nie jest wygodnictwem i moralizowaniem, ale faktycznym spieszeniem z pomocą drugiemu, nawet najbardziej pogubionemu, człowiekowi. 
Jednocześnie – dowód na to, że lustracja duchownych jest problemem, który nie został rozwiązany. A że nie został – to co jakiś czas pewnie, jak bumerang, będzie wracać, uderzając w kolejne to autorytety. Czy ktoś wtedy będzie się zastanawiał na pobudkami – dlaczego się spotykał, po co gadał, o kim gadał, co gadał, co nim kierowało, czy go zastraszyli, co na niego mieli? Wyrok sądu kapturowego będzie jeden. Czy można jednoznacznie wierzyć teczkom? Nie. Skąd wiadomo, co był w tych, które zostały zniszczone? Z drugiej strony – jak można być kapłanem, spowiadać, celebrować Eucharystię, jeśli się kolaborowało, współpracowało świadomie, dobrowolnie, dla własnych korzyści, niszcząc życia innych? Dla mnie to niepojęte.
Zaskakujące jest zakończenie książki. Bohater dochodzi do prawdy, która okazuje się być zupełnie inna niż oczekiwania tych, którzy naciskali na szukanie. Co wtedy tamci robią? Nalegają, aby nie publikował materiałów o jednej z tych osób, bo to dobry chłop, swój człowiek. Żeby opisać, znaleźć coś na tego, kogo podejrzewali oni. Bohater, zdezorientowany, pyta – a co z prawdą? Jak można podejmować się wyjaśniania i publikowania tak delikatnej materii, gdy się chce nią po prostu manipulować, żeby pasowała do tego, czego się oczekiwało?
W książce wiele razy pada sformułowanie Judasz jako oczywiście synonim zdrady – a to pod adresem bohatera, który szuka, a to pod adresem innych, zaocznie skazanych już jakby jako donosicieli… Jak łatwo sądzimy innych. I jak często – błędnie. Zachęcam do przeczytania – książka o ważnym problemie, który nie został (i obawiam się, przy nastawieniu polskich biskupów, nie zostanie) rozwiązany, i o ludziach i czasach wyjątkowo trudnych, o tym jak ludzie się zmieniają i zmieniali, a przede wszystkim – jak łatwo poddać się partykularnym interesom pod pretekstem szukania prawdy.
Jedna myśl z tej książki, dokładnie nie zacytuję, bo nie mam jej przed oczami. Gdyby ludzie wiedzieli, jak miłosiernie Bóg postąpił w stosunku do Judasza, to by nigdy nie przestali grzeszyć; stąd oficjalna wersja odnośnie tego Judasza końcu, jakby ku przestrodze. Może coś w tym jest?

Tędy do zbawienia

Do tej pory jakoś kwestia historii biblijnej, historii zbawienia i archeologii biblijnej specjalnie mnie nie interesowała. Do tej pory. 
Książkę dostałem do teściów na ostatnie święta Narodzenia Pańskiego. Dość pokaźna, więc jakoś tak czekała… Sięgnąłem po nią, przygotowując się do wyjazdu do Turcji. Jak już coś czytać w tak pięknych okolicznościach przyrody – to niech to będzie choćby nieco tematycznie powiązane. Jakby nie patrzeć – było w niej sporo o historii właśnie tamtych regionów. Choć, prawdę powiedziawszy, poczytałem ją tam nieco tylko – bo czasu szkoda było, co każdy zrozumie – a praktycznie przeczytałem już po powrocie do Polski. 
Książka historyczna, traktująca także o kulturze, wierzeniach. Napisana w sposób bardzo przystępny, z właściwą ilością przypisów (ostatnio miałem wrażenie: dobra książka historyczna = min. 1/3 strony przypisów, co dość trudno się czyta…). Interesująca, wciągająca, pasjonująca. I najważniejsze – pokazująca, że trzy wielkie ludy księgi faktycznie mają wspólne korzenie. 
Od Abrahama począwszy, przez Mojżesza, całą historię narodu wybranego, Jezusa, początki chrześcijaństwa, aż po pierwszy wiek islamu. Ciągłość jest wyraźna. Judaizm to początek – pierwszy okres współpracy człowieka z Bogiem. Później Chrystus – pełne objawienie, już nie tylko dla Żydów przeznaczone, zresztą przez nich odrzucone. I wreszcie Muhammad, Prorok, który obserwował obydwie wcześniejsze wspólnoty, widział błędy – i szukał swojej drogi, dla swojego narodu. 
Historia Żydów fascynuje. Są genialnym przykładem, jak można od Boga dostać obietnicę wszystkiego. I w klasyczny sposób to zepsuć. Tak. Bywało dobrze, ale co rusz w swojej długiej historii odchodzili od Boga, przyjmowali wierzenia innych plemion, zaczynali czcić bożków. Nic dziwnego, że Bóg raz za razem musiał do nich wysyłać proroków, których i tak nie zawsze ktokolwiek chciał posłuchać. 
No i kwestia diaspory, pojęcia przecież najczęściej właśnie z narodem żydowskim kojarzonego. A właściwie – kwestia tego, czym była jedność narodowa Żydów. Czym? Niczym. Sztucznym tworem, który na przestrzeni historii powstał z przyczyn czysto taktycznych, obronnych. Czy plemiona te żyły razem, same z siebie wybrały z własnej nieprzymuszonej woli króla, miały centralną administrację? Nic z tych rzeczy. To była potrzeba sytuacji – gdy plemionom zagrażało niebezpieczeństwo ze strony innych narodów. 
Wtedy właśnie jeden człowiek stanął na czele tego sztucznego tworu. Owszem, byli później królowie i władcy, którym zależało na umocnieniu na mapie ówczesnego świata państwa żydowskiego, troszczyli się (choć nie zawsze) o poziom życia ludzi, następował rozwój technologii, powstawały monumentalne budowle – do dzisiaj w swoich ruinach i pozostałościach milczący świadkowie tamtych czasów. Salomon, Dawid, Saul, i inni.
Ale to było za mało. Jak policzyłem, mniej więcej, w całej przestrzeni istnienia Żydów w Ziemi Obiecanej, doliczając do tego współczesne kilkadziesiąt lat państwa Izrael, czyli w sumie ok. prawie 4000 lat – państwo żydowskie jako jednolity twór istniało kilkaset lat, mniej niż 500. I to w różnych odstępach czasu. Nie był to jeden, ciągły okres. 
Co więcej – w czasach względnego dobrobytu, istnienia tego państwa, nie można było mówić o państwie jednolitym. Było to państwo kosmopolityczne, zróżnicowane, zamieszkałe nie tylko przez Naród Wybrany. A co do poczucia jedności, tożsamości, wspólnoty – o takowej generalnie można mówić dopiero od czasów Niewoli Babilońskiej, a na dobrą sprawę (jako że świątynię w Jerozolimie odbudowano) od powstania żydowskiego, czyli zburzenia tej drugiej świątyni, czyli czasów kilkadziesiąt lat po śmierci Jezusa. 
Ta wiedza, te informacje zdecydowanie ubogacają. Pozwalają inaczej na historię Żydów patrzeć. To jeden naród, bardzo wewnętrznie zróżnicowany, w ramach plemion. Naród o wspólnej tradycji, ale którego poszczególne grupy – plemiona – o wiele lepiej funkcjonowały samodzielnie, jako mniejsze grupy, w swojej indywidualności. 
Kwestia chrześcijaństwa – ciekawie autor opisał misję Jezusa, Jego dorastanie do pełni świadomości tego, kim miał być, do czego był powołany. I bardzo dokładne opisanie sytuacji po Jego śmierci, czyli początkowych lat Kościoła, z wyraźnym rozdzieleniem i jakby walką o to, czym ten Kościół miał być, jaki miał być, dla kogo miał być. Pierwsi uczniowie i ich wspólnota, w Jerozolimie, z Jakubem na czele – i po drugiej stronie pojawia się na horyzoncie niegdyś fanatyczny prześladowca, a obecnie gorliwy ewangelizator – Szaweł z Tarsu. 
Spór – sobór jerozolimski z 48 r. – znamy. On wskazał drogę. Bo pytanie było zasadnicze – czy Kościół ma pozostać wspólnotą wewnątrz judaizmu, ludzi zachowujących przykazania Jezusa, a zarazem przestrzegających prawa mojżeszowego? Czy Kościół ma być wspólnotą otwartą na wszystkich, którzy chcą uwierzyć i przyjąć wiarę – bez obowiązku obrzezania i przestrzegania żydowskiego prawa? Pierwsze stanowisko – Kościoła jerozolimskiego – przegrało z drugim, prezentowanym przez Pawła. 
Prawda jest taka, że jedni drugim nie przypadli do gustu, mówi się nawet o rozstaniu z niezgodzie. Kościół dopiero się kształtował. Apostołowie wezwali Pawła do Jerozolimy, aby wytłumaczył się z tego, co głosi… Czy wiedzieli, że to właśnie tą drogą pójdzie Kościół? Jedno było pewne – chrześcijanie intrygowali. Działali wbrew rozsądkowi. Kochali, przebaczali, troszczyli się bezinteresownie o chorych i cierpiących,  wspierali biednych, modlili się i przebywali razem, uzdrawiali, przynosili ulgę i nadzieję.
Właśnie popularność zdobyta dzięki autentyczności, razem z tą otwartością na wszystkich ludzi, sprawiła, że w 261 r. możliwa była tolerancja religijna w Cesarstwie Rzymskim. Tak, w 261 r. cesarz Galien wydał edykt tolerancyjny, zezwalający na głoszenie Słowa Bożego i posiadanie własnych cmentarzy. Konstantyn w swoim edykcie mediolańskim z 313 r. właściwie tylko go potwierdził, choć to ten drugi dokument uchodzi za przełomowy. 
No i wreszcie islam. Inny, a zarazem z tych samych korzeni. Bo przecież późniejsi muzułmanie to nikt inny, jak jedno z plemion Narodu Wybranego, które przy podziale miejsc do zamieszkania udało się w kierunku późniejszej Mekki. Muhammad, Prorok, człowiek o wielkim szacunku zarówno dla Żydów, jak i chrześcijan. Zafascynowany historią tych dwóch wielkich wspólnot, analizujący ich dokonania pod kątem zjednoczenia i umocnienia swojego narodu. Co mu się w sposób wyjątkowy, porównywany z Aleksandrem Wielkim (gdy chodzi o ekspansję) udało. 
Co najsmutniejsze – podczas rozprzestrzeniania się islamu po świecie tuż po jego powstaniu, nie było mowy o otwartych konfliktach z chrześcijanami. Muzułmanie szanowali Pismo Święte, Jezusa uważali za proroka, w Koranie imię Maryi pojawia się częściej niż w Biblii. Chrześcijanie byli szanowani, pozostawiono im domy, swobodę modlitwy i miejsca pracy. 
Skąd więc dzisiejsza nienawiść? Przez późniejsze, niezbyt odległe, już po śmierci Muhammada, nieporozumienia i wzajemne napaście. Niestety, zapoczątkowane przez chrześcijan, których papież wezwał do wyzwolenia Ziemi Świętej i chrześcijan (co nie było prawdą, jako że chrześcijanie w Ziemi Świętej pokojowo współistnieli z muzułmanami w tamtych czasach). Potem poszło już gładko – czego efekty we wzajemnych napaściach, nienawiści i aktach przemocy widzimy do dzisiaj. 
Ta książka bardzo mnie ubogaciła. Polecam każdemu. 
>>>
Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie! Miejcie się na baczności przed ludźmi! Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. (Mt 10,16-23)
Jezus wiedział, że Dobra Nowina będzie znakiem sprzeciwu wobec tego, co złe, nieszczere, kłamliwe, leniwe, chamskie i zgubne. Tak musiało być. Bo Ewangelia ma przynieść prawdę, która wyzwala – czyli pokazuje wszystko takim, jakie jest. Nawet, gdy to boli. 
A właśnie to, że boli, że ludzie stwarzają pozory i wewnętrznie są zupełnie inni, niż czasami grają na zewnątrz – to jest przyczyna konfliktów, prześladowań, i zabijania nawet z powodu Jezusa i wiary. Nie sama Ewangelia, Dobra Nowina. Znakiem sprzeciwu i kością niezgody nie jest przykazanie miłości i inne – ale to, że wymagają one radykalizmu, zdeklarowania się po jednej, czy po drugiej stronie. I nagle okazuje się, że jakoś nie do końca, o ile w ogóle, opłaca się być dobrym, uczciwym, sprawiedliwym, nie kraść, nie wymuszać, nie szantażować, nie korumpować, etc. 
Prostota wyzwala. Tutaj wybór jest naprawdę prosty. Jedynym problemem jest kwestia hierarchii wartości. Tego, czy ważniejsza jest prawda, czy permanentne interesy (de facto, wyrastające przy, na i za pomocą omijania i zamydlaniu prawdy). Reszta – jest tylko następstwem. Jeśli wybrałeś dobrze – prawdę – nie myśl, nie kombinuj. Bóg ci wskaże drogę i Twoim testem, sprawdzianem, jest to, czy potrafisz się w ten głos na tyle wsłuchać, aby pójść właściwą drogą. Trochę wysiłku, i się uda. 
Jeśli wybrałeś inaczej – bo bardziej ci zależy na kasie, wpływach, tej całej misternie budowanej piramidce, pomniku swojej własnej pychy, władzy i możliwości – to miej choć na tyle odwagi, aby nie udawać, że taki nie jesteś. Po co idziesz do kościoła? Po co twierdzisz, że jesteś wierzący? Ok – ale w co? Wierzysz – w to, co przyziemne. Czyli jesteś materialistą, a nie wierzącym. A jeśli jednak masz wątpliwości – to walcz ze sobą. Pamiętaj, że kasy do grobu nie weźmiesz, a sumienia się nie pozbędziesz, nawet jak jeszcze Ci bardzo nie przeszkadza. 
Wytrwajmy w tym, co trudne, co wymagające, co nakazuje Boży radykalizm. Bo dopiero to czyni szczęśliwym – a nie najbardziej napchany portfel. Bo tego chce Bóg, na to nam wskazuje, to jest Jego drogowskaz. Bo tędy zmierza się do zbawienia. Zależy ci na czymś bardziej?

Co jest ważniejsze – ząb czy zbawienie?

Dzisiaj może mniej ewangelicznie.
Przedwczoraj zaczął mnie boleć ząb. Cóż, w zakresie problemów z zębami – taki już chyba genetycznie jestem – doświadczenia mam sporo, i pewnie byłbym sporo bogatszy, gdyby nie to wszystko, co po dentystach różnych popłaciłem w, niedługim przecież, życiu. Mimo wszystko – w ciągu ok. 15 minut zacząłem dosłownie zwijać się z bólu.
Zabrałem się z pracy – na szczęście, to była ta pora – i poleciałem na autobus. Jak dojechałem do SKM, szybko do kiosku, no i ibuprom (tak, jedyny preparat – bo to nie lek – przeciwbólowy, który na mnie działa; panadol czy apap mogę garściami jeść, i jedyne co by mi to dało, to płukanie żołądka pewnie…). Połknąłem, popiłem wodą. Tragedia – ząb reagował na wszystko, począwszy od napojów (albo za zimne, albo za gorące), po nawet gwałtowniejszy ruch szczęką.
W SKM – tłum dziki, co nieco mnie zdziwiło – Opener się skończył przecież. Zaduch niesamowity, ciasno jak diabli, mnie coraz bardziej bolało, do tego jakoś słabo mi się zaczęło robić… Dotarłem ostatkiem sił do domu. Ległem na wyrko, i ocknąłem się ze 3 godziny później. Ząb czułem, ale nie bolał aż tak. Na noc obyło się bez ibupromu. 
Ale wczoraj już nie było tak kolorowo. Od rana łupał, więc ibuprom na śniadanie, popity wodą. Zabrałem się do pracy, ale po 2 h siedzenia, odpisałem może na 3 maile, zabrałem się do domu – bo nie mogłem wysiedzieć. Bolała mnie już cała głowa od tego jednego, małego zęba. W domu polegiwałem, jakoś było. Ale momentami – ból nie do zniesienia. Z niczego. A uczucie – jakby ktoś mi coś łamał od środka, jakbym słyszał kruszenie. 
Całe popołudnie bezskutecznie próbowałem się do mojej pani dentystki dodzwonić. Dziwne, w godzinach przyjmowania. Na początku myślałem – może akurat coś poważnego robi, i nie odbiera? No dobra, ale nie przez 5 godzin. Wieczorem – to przyjaciółka mamy – wydobyłem od mamy jej numer prywatny, dzwonię. Uff, sama odebrała. Jest, ale ma urlop. Opisałem przypadek – wiedziała dokładnie, o jaki ząb chodzi – przyjedź o 10
Generalnie zęby mam zrobione, ale pozostał ten jeden właściwie martwy, który miała mi wyrwać. Ale że nie bolał, a zęby trzeci raz nie wyrosną – powiedziała, że nie ma się co spieszyć, i póki nie daje o sobie znać, niech sobie jest. No, ale zaczął. Rano, z czarnymi myślami, pojechałem do niej. 
 
Znieczulenie – uczucie, jakby mi zdrętwiało pół twarzy (w sumie, lepiej jak za dużo, niż za mało, żeby miało boleć); jest teraz jakieś 4 godziny później, a resztki jeszcze czuję 🙂 Dwa ukłucia, jakieś szybkie, i po 5 minutach już się czai z tymi obcęgami. Trudno. Raz kozie śmierć. Zaczyna mi się siłować z nim, i jeszcze – dowcipna – mówi mi, że mam usztywniać głowę, jak ona mi kręci tym na wszystkie strony. No to się zaparłem. 
 
I trach! Kilka razy, raz po raz… i co? Nic. Górna część zęba – poszła. Sama krew. Dobrze, że wcześniej mi pół tony gazy włożyła do buzi – akurat nie czuję, bo to ta znieczulona część, ale wiem że jest. No to jeszcze tylko poszczególne korzenie, sztuk trzy (i tak nieźle – jak mi kanałowo leczyła czasem, to w każdym zębie… bonusowy, czwarty). Tu szło gorzej. Szarpie, szarpie, jakimś dłutopodobne coś wciska mi tam… I nic. No to wiertło wzięła. Popiłowała – i znowu z dłutem, i obcęgami, tylko większymi. Z wielką gracją – trzy razy szczypcami, i wszystkie trzy korzenie poszły. 
Poczyściła, sprawdziła czy nic nie zostało, i po wszystkim. Kazała wypluć tamte pół tony – zakrwawionej już kompletnie – gazy, wpakowała mi nowe pół tony gazy. I po wszystkiemu, jak by to Marcin Daniec powiedział. Szczęka – stan -1. Portfel – -120 zł. Ale jaki spokój 🙂 Mam nadzieję, że goić się będzie – na razie, jako że dzisiaj może i ma boleć, ibuprom max wziąłem, jak zacząłem go czuć jakiś czas temu. 
Z tym zębem – to jest jak z ewangelicznymi porównaniami, gdy Jezus posługiwał się takim bardzo prawniczym (gdy chodzi o kodyfikacje średniowieczne – prawo karne, popularna wówczas kara) pojęciem wyłupiania np. oka. Taka sama sytuacja. Integralna część ciała – w sumie, przydatna, bo przecież człowiek nimi żuje, gryzie. A przeszkadza. Tak, w tej konkretnej sytuacji dosłownie przewraca człowiekowi do góry nogami wszystko, czyni niezdolnym do robienia czegokolwiek – bo boli. Więc trzeba się go pozbyć. Pomimo postępu techniki i nauk medycznych – zęby akurat są chyba najczęstszym przypadkiem, gdy usunięcie jest jedynym wyjściem (amputacje kończyn straciły, Bogu dzięki, na popularności na rzecz nieco bardziej nowoczesnych metod leczniczych). 
Jak człowiek ma po kolei w głowie, to dba o zęby – jak o higienę każdej części ciała. Czasami – nie wyjdzie, no i trzeba dać zarobić dentyście. Boli, ale idziesz – przerażony, no bo co – ale z nadzieję. I po wszystkim wychodzisz szczęśliwy, bo masz problem z głowy. Pozbyłeś się tego, co przeszkadzało, co było złe. 
Szkoda, że równie łatwo, zdecydowanie i pewnie nie postępujemy, gdy chodzi o to, co jest złe w nas. Nasza pycha, egoizm, drażliwość, nieumiarkowanie w tylu różnych dziedzinach, nałogi, pazerność – życia nie starczy, żeby wszystkie wymienić. Wiemy, że w nas siedzą. Widzimy – a jak nie, to już jest z nami naprawdę źle, zero samokrytyki… – że wyłażą z nas, ranią osoby raz bardziej, raz mniej przypadkowe. 
I mimo wszystko – nic. Chodzimy do spowiedzi, czasami, jak trzeba, niby za te grzechy i słabości żałujemy. Nawet do Komunii pójdziemy potem, może i przez myśl w chwili duchowego uniesienia (nic dziwnego, jak w kościele jest się raczej gościem…) przejdzie, aby się za te wady zabrać i z nimi skończyć raz na zawsze. Wracają, a tylko dlatego – że sami im na to pozwalamy. Nie, ktoś inny. Ja. Ty. Moje wady są takie – twoje inne. Co za różnica. Patrz na swoje. Są. I to jest problem. 
Co jest ważniejsze – ząb czy zbawienie? Zbawienie. Więc czemu nie potrafisz zabrać się i zrobić porządek z czymś, od czego to zbawienie zależy? Tak, Bóg Człowiek nam je wysłużył na krzyżu, Ty masz wierzyć – ale ta wiara nie ma być pustą deklaracją, a wynikać z tego, jaki jesteś, co robisz, jak robisz. Z tego, że walczysz z tym, co złe. Skutecznie – nie po to, aby zabić wyrzuty sumienia, od czasu do czasu. 
Więc czemu – skoro zbawienie jest ważniejsze od zęba – za rozwiązanie problemu z bólem zęba jesteś gotowy płacić duże pieniądze, a do wyplenienia swoich słabości w ogóle się nie garniesz?  Okazji jest dużo. Spowiedź w każdym kościele. Msze na każdym kroku. Rekolekcje, dni skupienia. Ile literatury, czy nawet – jak już szkoda pieniędzy – w internecie, na różnych stronach religijnych? Tak, może tak być, że ząb boli – a tego, co robisz złe, nie widzisz i nie rozumiesz, nie czujesz że kogoś boli. Ciebie też zacznie – może nie dziś, jutro, ale w Dniu Sądu na pewno. Tylko wtedy będzie za późno. 
Następnym razem, jak zaboli ząb, noga, ucho, cokolwiek – zastanów się, czy w środku, może nie tak często i wyraźnie, nie boli cię coś o wiele bardziej. Dobrze radzę – nie warto leczenia tych spraw zostawić na później. Bo po prostu może nie starczyć na to czasu. Boża miłość nie ma granic – daje szanse każdego dnia, żeby być lepszym. Tylko że ani ty, ani ja nie wiemy, czy jutro tu będziemy.

ZADANIE DOMOWE – MAŁŻEŃSTWO

W sobotę, po przedpołudniowym krzątaniu się po domu, po południu spotkaliśmy się z A., J., B. i K. Panie zadecydowały, że najbardziej potrzebnym im do szczęścia jest zobaczenie trzeciej części Zmierzchu, zatem na tenże film udaliśmy się do kina. Czytać – nie czytałem książek, pozostałe dwa filmy – widziałem, i miałem o nich dość negatywne zdanie (nudne po prostu strasznie). 
Po filmie postanowiliśmy usiąść w knajpce nieopodal kina, i nacieszyć się nieco swoim towarzystwem, no i pięknym wieczorem letnim. Ludziów było wszędzie pełno, ale nie tak strasznie, jak by się mogło wydawać – jako że większość ruszyła tłumnie na przedostatni dzień Openera. I tak siedzieliśmy, gadaliśmy, podjadaliśmy łososia w czymś-tam-bardzo-aromatycznym, ja zjadłem kurczaka po chińsku z (!!!) ryżem. Panie wlewały w siebie drineczki, ja pozwoliłem sobie na piwka sztuk dwa. 
Dyskusja nieco o pracy była, a potem zeszła na tematy bardziej prywatne. W pewnym momencie uświadomiłem sobie paradoks sytuacji. Siedzimy w piątkę. B – rozwódka, mąż ją wiele lat temu zostawił z małymi dziećmi, które sama wychowała. K – zamężna, mały synek, ale na najlepszej drodze do rozwodu (mąż podobno nie chce się zgodzić). J – zamężna, mała córeczka, czekająca tylko na oddanie jej mieszkania, żeby wziąć rozwód z mężem. No i my we dwoje z małżonką – szczęśliwi, zakochani, niespełna rok po ślubie (tak, rocznica już za niecałe 2 m-ce!). 
Mąż J., jak mówiła, nawet wierzący był mocno – co podobało się jej moherowym rodzicom (J. jest zdystansowana do Kościoła – pewnie po części brak dobrej woli, a po części przykre doświadczenia z delikatnie mówiąc dziwnymi duchownymi i zakonnicami, nie dziwię się jej). Dziwak, fakt, jak to informatyk. Potem zaczął się bawić w jakieś medytacje. Próbowała go od tego odciągać, bezskutecznie. Z jednej strony – dobrze, zdrowa żywność, skuteczne metody leczenia ziołami. Z drugiej – tendencja do teorii spiskowych, drażliwość, egoizm. 
I co? Jakiś czas temu okazało się, że z ich wspólnej kasy zaczął pożyczać (tak twierdził) znajomej duże kwoty pieniędzy. Nawet bardzo duże. Bez wiedzy czy zgody żony. Do tego dość obcesowe i negatywne traktowanie ich córeczki. Moim zdaniem, ta dziewczynka potrzebuje psychologa. Ostatnio okazało się, powiedziała komuś, co dotarło do J., że się boi taty. Po konsultacji w przedszkolu – pani jednoznacznie potwierdziła, że dziecko boi się ojca, co było widać w jej nastawieniu do niego, w kontekście nastawienia do matki, i zachowania w stosunku do innych dzieci. 
Jest szansa, że rozejdą się bez wojen. J. chce rozwodu z winy męża i pozbawienia go władzy rodzicielskiej… na co ten bez krzyku się godzi. Ja nie wiem, moim zdaniem on się cieszy – bo ma problem z głowy, co powiedział wprost. Kredyty pospłacają, J. da sobie radę z pieniędzmi, jakie mąż będzie płacił na córeczkę. Sam powiedział podobno, że on już nie jest ojcem. Masakra. Facet, który zachowuje się gorzej niż mały chłopiec. Zero honoru, zero prób walki o związek. Potrafi jeszcze pytać żonę, czemu nosi obrączkę, skoro się rozwodzą. I zaproponować seks – skoro mieszkają razem; jak się nie zgodziła i z przekory zapytała, czy by jej zapłacił za seks – on, zamiast się opanować… zapytał, ile miałby zapłacić. 
K., mniej więcej równolatka J. Mąż dość dziwny, natarczywy, nachalny – widziałem go ze dwa razy na imprezie. Żyli normalnie, całkiem dobrze. K. mówi, że w pewnym momencie podzielił ich majątek – cały – na pół. Tylko że ona miała swój majątek odrębny – darowizny, spadki – ale jemu nie przeszkadzało, to też podzielił. Rodzinny wypad do kina z ich synkiem – pewnie. Czy może po małego przyjechać? Nie, nie da rady. K. go zabrała, i pojechali do kina. Mąż przyszedł… z dzieckiem obcej kobiety. Żeby rodzinnie było. 
Czy on może odebrać czasami małego ze szkoły albo podwieźć K. gdzieś? Pewnie. Za 30 zł. On jest dobrym ojcem – zabierze małego ze swoją mamą na wakacje, pewnie. Czy K. może jechać? Tak, za 500 zł, po kosztach. A K. go jeszcze broni – bo w przeciwieństwie do męża J., on ma dobre kontakty z ich synem, dobrze się bawią razem, mały lubi ojca. K. ma dość, ale mówi, że mąż nie chce dać rozwodu.
Nie wiem, może ja jakiś nie z tej epoki jestem – ale ja tego nie rozumiem. O ile wiem – wszyscy oni mieli śluby w kościele.Przysięgali sobie – nawet jak nie przed Bogiem – miłość, wierność i uczciwość. Takie ma być małżeństwo także niesakramentalne, a sakramentalne tym bardziej. Co się stało? Gdzie się to wszystko popsuło? Czego zabrakło?
I w tych okolicznościach, całkiem świeżo po takim spotkaniu, z żoną obejrzeliśmy wczoraj Księżnę Saula Dibba z Keirą Knightley w roli głównej. Przypadek? Nie wiem. Bardzo w temacie. Dramat małżeństwa, tylko że w XVIII-wiecznej Wielkiej Brytanii. 
Nie chcę bronić mężów w obydwu przypadkach – bo nie o to chodzi. Nie znam ich za dobrze, ale na ile miałem styczność – niestety, to jak dziewczyny opisują ich, jest prawdą. Egoizm? Tak. Znudzenie? Pewnie tak – skoro obydwoje panowie już sobie znaleźli nowe sympatie. Brak dojrzałości? Na pewno – z rozmów nt. jednego z nich ewidentnie wynika, że kobieta, z którą zdradza i dla której zostawia żonę czyha tylko na jego pieniądze, bo nawet… jego przewodniczka duchowa z sekty mu to tłumaczyła – nic, nie słuchał, zaślepiony. Przejedzie się.
Ludzie idą dzisiaj na łatwiznę w każdym zakresie. Wierność? Tak – dopóki jest fajnie, miło, dobrze. Jak już potrzeba wyrzeczeń – dla niej, dla wszystkich, dla dziecka – gdy nie jest tak spokojnie i sielsko, jak to się kiedyś wydawało, jak są problemy, albo trudniejszy czas – nie, ja się na to nie piszę, ja się wycofuję. Masz pretensje? Ale o co? Nie tak miało być. Było dobrze – byłem z tobą. Nic z tego nie będzie – wiesz, nie możemy się unieszczęśliwiać, żyć ze sobą na siłę, trzeba być wolnym, iść za pragnieniami – itp, itd. Skoro się da rozwieźć – można – to co za problem? 
Czy wina jest też po stronie pań w tych konkretnych przypadkach? Nie wiem. Wydaje mi się, że nie. Żal mi ich. Zaraz rozwalą się ich rodziny. I może one same będą uważały, że tak będzie lepiej – dla nich, dla dzieci – ale faktem jest, że to odciśnie swój ślad najbardziej na dzieciach. One też tych pewnie ok. 10 lat z mężami, niedługo już byłymi, nie wymażą z pamięci. Bo przecież nie zawsze tak źle było. Kiedyś było pięknie, zakochali się, planowali całe życie ze sobą – więc czego zabrakło, że z całego życia starczyło wszystkiego tylko na 10 lat?
Trudno się dziwić kryzysowi wartości w każdej sferze, skoro wszystko wali się już w domach, w rodzinach. Nie pochodzimy znikąd, nie wchodzimy w dorosłe życie jako te carte blanche – mamy swoje doświadczenia i pamięć tego, co i jak było w domu. Czy chcemy, czy nie – żyjemy podobnie, o ile nie tak samo. Choć czasem nieświadomie. Naśladujemy rodziców – tak to już jest (tak, sam przekonałem się o tym – żona mi uświadomiła, jak w negatywny sposób naśladuję zachowania ojca – za co jestem jej bardzo wdzięczny, bo miała rację). 
A skoro rodziny się rozlatują – to ludzie w takich środowiskach wychowani, jakie mają przykłady, na czym mają budować? Rodzice się rozwiedli – to dziecko ma jasny przykład: nie wyjdzie ci w związku, to się rozwiedziecie. Przecież to nic złego – rodzice też się rozwiedli. Może i dobrze – nigdy nie wiadomo, jak to będzie, a tak jest zawsze wyjście awaryjne, rozwiązanie problemu. 
Małżeństwo nie jest problemem. Małżeństwo to największy dowód miłości, jaki jeden człowiek może dać drugiemu. To nic innego jak ofiara mojego życia, które daję małżonce mojej – żeby ona ze mną, ja z nią, byli do końca życia. Czy będzie dobrze, czy źle. I wtedy, gdy się będzie układało, i wtedy gdy będzie się waliło. W kwiecie młodości, i w sile wieku gdy sił będzie mało i przyjdą pewnie ograniczenia z tym wiekiem związane. Na zawsze. Do końca, tak długo jak dane nam będzie iść przez życie. 
Nie do momentu, aż się sobą znudzimy. Nie do momentu, gdy odnajdziemy (kolejną) swoją jedyną prawdziwą miłość. Nie wtedy, gdy znudzimy się jazgotem dziecka w domu. Nie wtedy, gdy coraz trudniej będzie utrzymać może i większą niż to się planowało rodzinę. Bo jak ktoś ma takie nastawienie – to niech nie niszczy życia innych, powie wprost: nie piszę się na żadne związki, i sprawa jasna. A nie – tak, kocham cię, a po kilku latach rozwód. Bo się nie zrozumieliśmy. Bo mieliśmy inne potrzeby. A może po prostu nie chciałeś widzieć innych potrzeb niż swoje własne, egoistyczne popędy?
Nie można zapomnieć – osobny dramat to sytuacje, gdy jest pełna dobra wola z jednej strony,  usiłowanie naprawy związku, a drugi z małżonków po prostu chce odejść, rozwodu, i odejść z kimś innym. Co może jedna osoba? Niewiele. Nie zmusi drugiej do pozostania. Co wtedy, gdy nie ma ze strony tej osoby żadnej winy? Niestety, nauka Kościoła i tak nakazuje życie w samotności – aby nie cudzołożyć, nie wiązać się – nie złamać przysięgi wierności. No tak, ale złożonej osobie, która ją złamała i sama odeszła. To jest problem. I straszna sytuacja dla tych, którzy pozostali sami – bez swojej winy. 
Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. Kto ślubował – słyszał te słowa, wypowiedziane do siebie i wybranka serca, ale też jako przypomnienie tym wszystkim, którzy w dniu ślubu byli przy nas. Miłość to też zadanie na życie. Powołanie – być dla siebie nawzajem, prowadzić siebie przez życie, czuwać, troszczyć się o siebie. 
Wczoraj w Ewangelii była mowa o posłaniu uczniów jak owce między wilki. Proboszcz w kazaniu bardzo pięknie podkreślił – to nie byli apostołowie. To byli świeccy, tych 72 posłanych. Tacy jak my. Myśl nasuwa mi się jedna – czy czasami takim posłaniem między wilki nie jest  niekiedy nawet małżeństwo? Może być. Właśnie wtedy, gdy się wali. Właśnie wtedy, gdy jest źle, gdy druga strona nie wykazuje nic dobrej woli, kłamie, zdradza, okrada… Nadstawić drugi policzek? Tak uczy Jezus. Z drugiej strony – policzki mamy tylko dwa. Ale przysięga nadal obowiązuje.
Ale to wszystko nie zwalnia z obowiązku dochowania tego, co ślubowaliśmy sobie. Bez względu na to, ile lat, kłamstw, zdrad małżeńskich wstecz to było. Jesteśmy sobie dani i zadani. Takie zadanie domowe w miłości. Na całe życie. Tylko że tego jednego nie da się od kogoś ściągnąć. Je trzeba odrobić samemu. Inaczej, jak z miłości, po prostu się nie uda. Jak się rozwali – to właśnie przez jej brak. I nigdy nie będzie tak, że to tylko druga strona była winna.

PRZESTAŃ SIĘ CHOWAĆ W SWOJEJ KOMORZE CELNEJ

Pewnie każdy słyszał to już z milion razy. Celnicy nie byli, żeby to delikatnie ująć, najbardziej lubianymi osobami w Palestynie czasów Jezusa. Tożsamość narodowa Narodu Wybranego, szczególnie w czasach trudnych, uformowała się już i jakikolwiek urzędnik rzymski w okresie okupacji był uznawany, zresztą słusznie, za kolaboranta i sprzedawczyka. A celnik nic innego nie robił, niż – jakby to powiedzieć – zdzierał z ludzi pieniądze tytułem podatków na rzecz Rzymu. Pół biedy, gdyby  tylko to – ale powszechnie wiadomo było, że nie były to osoby zanadto uczciwe, i piekąc za jednym zamachem dwie pieczenie na jednym ogniu, dorabiali sobie, sporo pieniędzy inkasując do własnych kieszeni. 
Na jednym ze świeżo dodanych do linków blogu, x Paweł Siedlanowski napisał o stereotypach. Słusznie zauważył – choćby z powodu tych właśnie stereotypów nie został Jezus przyjęty w wielu miejscach: bo pochodzenie nie to. Zgorszenie wywołała Jego rozmowa z samarytanką – nie dość, że samarytanin, to jeszcze kobieta! Zgroza! Podczas wizyty u faryzeusza – skandal! Grzesznica upadła Mu do stóp, obmywała nogi łzami i nie chciała się odczepić. To nie wypada… A ta cała zgraja prostych rybaków, którzy wszędzie za Nim chodzili? Co za towarzystwo…
Stereotypy podobno życie miały ułatwiać. Tak? Chyba jednak nie. Co najwyżej – ludziom zbyt leniwym i niezdolnym do wykrzesania z siebie inwencji na tyle, aby samemu dokonać oceny sytuacji, stworzyć własny punkt widzenia na dany temat. Po najmniejszej linii oporu. Skoro tak się mówi – to na pewno jest dobrze. I jeszcze ludzie potrafili i potrafią z takiego nastawienia być dumni. 
Bóg nie kieruje się stereotypami, nigdy też się nie kierował. Od początku Jego przyjaźń z człowiekiem to pasmo decyzji z pozoru niezrozumiałych, powiedziałby ktoś – bezsensownych. Starcowi Abrahamowi obiecuje wielki naród – gdy ten nie ma ani jednego dziecka i jest u kresu życia. Mojżesza wysyła do faraona i każe wymusić na nim wypuszczenie darmowej dla Egiptu siły roboczej na pustynię, za nic. A jak już ich wypuścił, niekoniecznie z własnej woli, to Naród Wybrany błądzi po pustyni 40 lat. I wreszcie – Jezus. 
Czy Jezus faworyzował tych gorszych? Nic podobnego. Mówił otwarcie, publicznie – wielu słuchało. Czy ktoś bronił wielkim tamtego świata i czasu słuchać Go? Nie. Oni po prostu nie chcieli. Być może nawet bardziej niż ci prości – byli świadomi, że Jezus mówił prawdę, że to, do czego wzywał, sprawiedliwość społeczna, poszanowanie innych, miłosierdzie – to prawdziwe wartości. Był jeden problem – mało opłacalne. Bo Jezus wprost nazywał rzeczy po imieniu – i trudno było, aby zabiegał o względy czy sympatię takich, jak oni, władcy, którzy delikatnie mówiąc nie przejmowali się losem zwykłych szarych mieszkańców, ich potrzebami – a jedynie tym, co sami mogli uzyskać. 
A ci wszyscy, którzy powszechnie uważani byli właśnie za ludzi II kategorii – m.in. celnicy, prostytutki, trędowaci, chorzy i kalecy, opętani, prości rzemieślnicy – słuchali Go. Może i często dlatego, że nic innego nie mieli do roboty. Może dlatego, że ktoś im o Nim powiedział. To bez znaczenia. I im dłużej słuchali, tym więcej widzieli w tym nadziei dla siebie. To była odpowiedź. To, że tutaj za życia jest im trudno – nie znaczy, że Bóg ich opuścił. Bóg nadal ich kocha, i daje o wiele więcej, niż mają teraz. Daje obietnicę, która przewyższa wszystko inne. Muszą tylko uwierzyć, kochać, wsłuchać się w Jego naukę. Bóg nikogo nie przekreśla – ani za to, kim się urodził, ani tym bardziej za to, czym się zajmuje, co w życiu zrobił, jak bardzo się pogubił. Wciąż jest nadzieja.
Paradoksalnie – tego tylko zabrakło tak wielu innym, w tym większości możnych. W Jezusie widząc zagrożenie dla swoich partykularnych interesów, nie zadali sobie trudu przeanalizowania tego, o czym On nauczał. A nawet jeśli zadali – to najwyraźniej wyżej cenili to, co mogli przeliczyć na pieniądze. Mając w zasięgu ręki Tego, który stanowił odpowiedź na wszystkie pytania, możliwość rozwiania wszelkich wątpliwości – zlekceważyli Go. 
Jezus się tym nie przejął. Jego nauka, słowo Boga, które przypominał ludziom skierowane było do każdego. O ile ten ktoś chciał słuchać. A takich osób nie brakowało. I to im mówił o Bożej miłości, tłumaczył przykazanie miłości, wyjaśniał że nie zawsze postępowanie zgodnie ze stereotypami jest słuszne. A przede wszystkim – przypominał o ludzkiej godności. 
Jezus powoływał tych wszystkich ludzi do godności umiłowanych dzieci Bożych. Przypominał o tej prawdzie, która dawno poszła w zapomnienie. Powoływał, aby włożyli wysiłek w to, aby stać się w pełni ludźmi. Ludźmi wolnymi, ludźmi zdecydowanymi, o konkretnych poglądach i systemie wartości. Bożymi ludźmi, którzy tym, którzy od Boga się odwrócili, mieli przypomnieć i pokazać – to wcale nie jest tak, że On nie troszczy się o nas i nas olał. Powoływał do szczęścia, jakim jest zrozumienie siebie, swoich potrzeb – i odnalezienie drogi, na której człowiek się w pełni zrealizuje. 
Nic się nie zmieniło. To powołanie nadal jest aktualne. Choćbyś nie wiem co zrobił, choćbyś nie wiem jak głęboko chował i kulił się w komorze celnej swoich słabości – Bóg cię tam widzi. Możesz tam zostać sam ze sobą. Albo pójść za Nim.
>>>
Pojutrze wybory prezydenckie.

Debaty drugiej nie oglądałem całej, drugą połowę. Ciężko cokolwiek powiedzieć o niej. Jedno na pewno – obydwoje kandydaci nie odpowiadali na pytania. Co zresztą, sfrustrowani coraz mocniej (najbardziej J. Gugała z Polsatu), prowadzący nie raz i nie dwa razy zauważali i mówili wprost. To tak, jakbyś pytał kogoś o pogodę – a on ci mówi, co wczoraj na obiad jadł… W efekcie – z bloków tematycznych, na które przygotowujący podzielili debatę, niewiele wyszło.

Kaczyński, faktycznie, lepiej przygotowany niż do I debaty. Jednak argument, aby nie mówić źle o zmarłym – cóż, w tym wypadku mowa o poprzednim prezydencie, więc trudno mówić o przyszłej – czyjejkolwiek – prezydenturze bez nawiązania do niej, no i ocen. jednak był bardziej zdecydowany. Nie dawał się zaskakiwać pytaniami. Wizerunkowo lepszy. A przede wszystkim – spokojniejszy. Tym razem – w przeciwieństwie do pierwszej debaty, gdy Komorowski zachowywał się aktywnie, a Kaczyński wyglądał na nieco zagubionego i zdenerwowanego – to Kaczyński ważył słowa, wypowiadając się pewnie, a Komorowski – jakby się ciskał.

Zgadza się, Komorowski nieco się plątał, a raczej gubił myśl, wątek. I jakby się powtarzał, za często – wg mnie – powtarzając to swoje hasło „zgoda buduje” lub sformułowania podobne. Kaczyński z kolei – pewniej, dokładniej. I widać było, że zagiął Komorowskiego faktami w postaci listy głosowań sejmowych, na których popierał on zupełnie coś innego, niż deklaruje teraz popierać – czyli celnie punktując błędy. Umiejętnie wskazywał także to, co jego zdaniem jego rząd robił dobrze, a później zostało porzucone.

Były wnioski optymistyczne – bo zbieżne – jak choćby kwestia konieczności pozostawienia KRUS, i prac nad zmianami. Było ciekawe stwierdzenie Komorowskiego – w kwestii komercjalizacji służby zdrowia – odnośnie jednego ze szpitali, gdzie władze z ramienia PiS bardzo dobrze sobie radzą z tym procesem, który szpitalowi wyszedł na dobre.

I zaczynam mieć zagwozdkę przed niedzielą… Naprawdę. Jak pisałem – dotychczas byłem nastawiony na głosowanie negatywne, o czym zresztą wczoraj w Faktach po faktach na TVN24 mówił prof. Tomasz Nałęcz (że większość lewicy nie tyle poprzez Komorowskiego – co zagłosuje na niego, aby nie poprzeć Kaczyńskiego). Na marginesie – Komorowskiego w reklamówkach tej stacji za dużo jest. W ogóle, jako postać w tym czasie, mnie przynajmniej, przejadł się. Mówi za dużo, mam wrażenie że mówi, aby mówić.

Nie chcę głosować bez sensu. Obawę mam prostą – była już sytuacja, gdy PiS wziął całość w postaci prezydenta i rządu. Co wtedy było – IV RP (tzw.) każdy pamięta. I powrotu tego nie chcę. Teraz, teoretycznie, jest szansa, aby podobna sytuacja była dla PO – jeśli Komorowski wygra wybory. Oni tej szansy nie mieli jeszcze. Pytanie – co z tym zrobią. Im dłużej w tych dniach się zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że i jedni i drudzy mają złe i dobre strony. A może lepiej, aby prezydent był z jednej strony bariery, a rząd z drugiej – ot, dla zdrowej rywalizacji i patrzenia sobie na ręce?

PiS i Kaczyńscy dali się poznać jako zawzięci i uparci, bez koniecznych umiejętności negocjacji i ustępowania pola, gdy to konieczne (a teraz – co jest PRem, albo dowodem na to, że Kaczyński uczy się na błędach – Kaczyński ten wizerunek zmienia) z jednej strony; z drugiej jednak – bardziej wprost mówią o potrzebie załatwienia pewnych spraw, upominają się o nie. PO z kolei działa jakby bardziej umiejętnie, w sposób umożliwiający negocjowanie i dochodzenie do porozumień w wielu kwestiach z jednej strony – ale z drugiej jest taki niesmaczny i męczący już błazen Palikot, i choćby dużo innych kwestii o których wiele mówiono, a efektów nie widać (o Smoleńsku – w zakresie tego, co rząd RP robi – ucichło wcale, a moim zdaniem rząd nie zrobił w sferze wyjaśnienia tej tragedii wiele, żeby nie powiedzieć, że nie zrobił nic). Bo poglądy obu partii w sporej części są zbieżne.

Co zrobić? Modlić się o mądrość do Ducha Świętego. I podjąć decyzję w niedzielę. Nie można być tchórzem. To nasz obowiązek – a zarazem jedyna legitymacja do chyba ulubionego sportu narodowego: narzekania i autorytarnego oceniania polityki. Krytykować każdy potrafi – pytanie, czy gada bo gada, czy w ogóle sam pofatygował się na wybory, czy za daleko było.

Bez względu na poglądy – idziemy w niedzielę głosować. Nie dajmy się stereotypom, niech ten głos będzie sensowny i uzasadniony. I niech on naprawdę będzie mój własny.

 
>>>
Blog nieco ewoluuje – pojawiły się ostatnio moduły: z ostatnimi 5 postami, z ostatnimi 5 komentarzami. Poza tym, cały czas uzupełniam i dodaję co ciekawsze linki, gdy chodzi o blogi. 
Jeśli znasz ciekawą stronę, której nie podlinkowałem – albo książkę – daj znać 🙂 
Korzystając z zasadniczo sporej dość ilości zdjęć z Turcji – wrzuciłem ich kilka. Tak, ten brzydal na nich – to właśnie ja.

NOWY NUNCJUSZ

Jedna z nieposkładanych notek – o tym, co miałem napisać, a jakoś we właściwym momencie z głowy wyleciało. Może nieważne?
>>>
Znam całe tabuny księży. Tak to jest. Nic w tym złego – z wieloma z nich wiele się zrobiło w parafii na przestrzeni lat, kiedy się w niej działało – mowa o rodzinnej parafii. Pozostały fajne wspomnienia, do tego kojarzone jeszcze z innymi osobami. Dużo tego dobrego.
Kalendarzyk posiadam, i staram się pamiętać o rzeczach dla niektórych tak nieistotnych, jak imieniny, urodziny. A w wypadku duchownych – rocznice święceń. Dlatego wkurzam się, i jest mi przykro, gdy wysyłam smsem życzenia, i nic. Zero „dzięki za pamięć” chociaż. Wiem, że numery są aktualne. Czy tak trudno odpisać? Albo maila wysłać. 
Mało to przyjemne. I mobilizuje do tego, aby pod koniec roku – jak zagospodarować trzeba będzie kolejny kalendarz – usunąć niektórych i nie zapisywać ich rocznic. Ile w końcu policzków można nadstawiać? Mam tylko dwa. 
>>>
Zdziwiłem się, bo wczoraj w skrzynce znalazłem list. 
 
Odręcznie zaadresowany – z nazwiska, bo tylko ono widnieje na domofonie przy numerze mieszkania (late motive – może czas przejść się do administratora, żeby to nazwisko zniknęło? bo mam do tego prawo). Bez adresu nadawcy – jedynie nazwisko.
A w środku – odręczny, 3-stronnicowy list. Od pani, która przekonywała – a może raczej starała się przekonać mnie – że depozyt wiary i nauki Jezusa Chrystusa posiada… kto? No jak to, kto… Ci, którym już koniec świata x razy się nie sprawdził. Tak, Świadkowie Jehowy, ci sami. 
Zastanawia mnie to. Na pewno taki sam list dostali pozostali sąsiedzi, którzy mieli szczęście nie być w domu, gdy osoba ta ruszyła w swą misję ewangelizacyjną. Mniej szczęścia mieli ci, którzy byli w domach i do których na pewno się dobijała. Ile czasu poświęciła na samo przepisanie listu? Tak, był odręczny. Treść na pewno powielana. W bloku klatek pewnie z 10, w każdej z 17 mieszkań… Masakra. 
I życie takiej osoby, takiej pani, to nic innego jak tylko właśnie takie domokrążenie. Celowo tak to nazywam, bo ewangelizować można, jak ma się coś do zaoferowania, jak się chce przekazać wiarę o prawdziwym Bogu, którą samemu najpierw się przyjęło. Sekta może zwieźć na manowce, co najwyżej, zagmatwać, zbałamucić i zakręcić człowieka. To, że ze swoich podręczników mają wyuczone na pamięć pewne wersety z Biblii – co z tego?
Jedno wielkie marnotrawstwo. Strata czasu. Marnowanie życia na coś, co jest bez sensu, co niczego nie daje. Papieru – też. Ale oczywiście, ktoś powie, coś to daje – pracę daje,innym jehowitom, którzy wymyślają teksty do Strażnicy czy ulotek, z których jedną znalazłem wetkniętą w list, którzy je projektują, drukują i rozwożą po świecie. I tak to się pleni.
Człowiek mało obeznany popatrzyłby – no właściwie, to czym tacy jehowici różnią się od ewangelizatorów neokatechumenatu? Na pierwszy rzut oka różnicy nie widać. Nawet cytaty podobne. Ale Jezus mówił: Strzeżcie się fałszywych proroków. Trzeba mieć swój rozum. A najlepiej – nie tylko wierzyć, ale też wiedzieć, w co i jak się wierzy.
>>>
Zgodnie z przewidywaniami – skoro abp Józef Kowalczyk odbył ingres jako metropolita gnieźnieński i prymas Polski, należało spodziewać się nominacji nowego nuncjusza dla naszego kraju. 
Dzisiaj nominację ogłosiło Radio Watykańskie – następcą Kowalczyka został abp Celestino Migliore, dotychczasowy nuncjusz apostolski oraz stały obserwator Stolicy Apostolskiej przy Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku.
 
 
Warto przybliżyć jego sylwetkę. Urodzony 01.07.2010 (nominacja to jakby prezent na 58. urodziny) w Piemoncie, wyświęcony 25.06.1977. Doktorat z prawa kanonicznego na Uniwersytecie Laterańskim. Absolwent Papieskiej Akademii Dyplomatycznej w 1980. 
 
Attache i drugi sekretarz przy Delegacji Apostolskiej w Angoli (1980-1984), potem w nuncjaturze w USA (1984-1988) i nuncjaturze w Egipcie (1988-1989). Następnie do 14.04.1992 w nuncjaturze polskiej w Warszawie. Stały obserwator Stolicy Apostolskiej przy Radzie Europy w Strasburgu we Francji (1992-1995). 
 
Zastępca Sekretarza ds. Relacji z Państwami w watykańskim Sekretariacie Stanu (1995-2002), odpowiedzialny za utrzymywanie kontaktów z krajami azjatyckimi, które nie miały jeszcze stosunków dyplomatycznych ze Stolicą Apostolską. Równolegle wykładowca dyplomacji kościelnej na Papieskim Uniwersytecie Laterańskim.
 
30.10.2002 r. mianowany przez Sługę Bożego Jana Pawła II nuncjuszem apostolskim, i stałym obserwatorem Stolicy Apostolskiej przy ONZ, 06.02.2003 wyświęcony na biskupa ze stolicą tytularną Kanossa (tytuł arcybiskupa). 
 
Poliglota – poza włoskim zna języki takie jak francuski, angielski, hiszpański, portugalski i polski.