Muzułmanie w kościele

Niestety, fundamentaliści islamscy poczynają sobie coraz śmielej. Pewnie z rok czasu temu nikt nie wyobrażał sobie sytuacji, jaka miała miejsce pod koniec lipca we Francji – zabójstwa katolickiego księdza, i to w trakcie odprawiania Mszy Świętej, przy ołtarzu.

Czytaj dalej →

Say a prayer for all means, but pray more

W związku z chorobą nie siedzę specjalnie wieczorami, tak więc informacja o tym, co działo się wczoraj we Francji dotarła do mnie dzisiaj z rana wraz z odpaleniem FB.
To jest dramatyczna sytuacja i wielka zbrodnia, dokonana na Bogu ducha winnych ludziach, którzy znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie. Przypadkiem. Zabijali ich, jak leci, nie patrząc, do kogo strzelają. 
Co my możemy zrobić? Teoretycznie dwie rzeczy – dywagować i spierać się o przyczyny, albo po prostu pomodlić się i oddać Bogu tę straszliwą rzeczywistość oraz tych wszystkich, którzy tak nagle i niespodziewanie stanęli przed Nim (oczywiście, także rannych oraz rodziny ofiar także). 
Natomiast jedną rzecz należy powiedzieć wyraźnie – bo czytając różne wpisy czy też komentarze, mam wrażenie, że niektórzy (jakkolwiek dziwnie i strasznie to zabrzmi) cieszą się, że doszło do tej sytuacji, która w ich ocenie potwierdza tylko takie oto równanie: imigrant = muzułmanin = terrorysta. 
Tymczasem absurdalne jest wykorzystywanie zamachów w Paryżu przeciwko uchodźcom – bo oni dokładnie przed taką sytuacją uciekają i zdecydowali się na opuszczenie swoich ojczyzn. Jak to dobrze ujął ks. Andrzej Draguła, nienawiść najchętniej karmi się cudzą nienawiścią. Jej ofiarą mogą być uchodźcy, którzy uciekali przed wojną i śmiercią, także z rąk oprawców z ISIS  Jeżeli naszą reakcją na tę niewyobrażalną tragedię będzie zamknięcie się na uchodźców, którzy rozpaczliwie poszukują ratunku i pomocy, to poniesiemy porażkę. To, co stało się w Paryżu i innych miejscach we Francji, nie oznacza, że wszystkie kraje Europy powinny solidarnie wyrzucić za swoje granice uchodźców. W sytuacji, kiedy zachowanie zamachowców spowoduje w nas nienawiść do innych ludzi – to będzie zwycięstwo Złego. To nie jest kwestia jakiegoś skrajnego pacyfizmu i oderwania od rzeczywistości – ale świadomość tego, że zło jako odpowiedź na zło nadal pozostaje złem. Władze mówią, że my, w naszej zimnej, smaganej wiatrem i deszczem Polsce jesteśmy bezpieczni – powiem szczerze, nie do końca wierzę. Każdy ma prawo wierzyć, walczyć i bronić swojego miejsca, najbliższych, domu, ojczyzny – ale czy nawet w tak skrajnej sytuacji powinno się kierować stereotypami? 
Bardzo pasują w tym miejscu słowa ks. Tomasa Halika: nie każdy fundamentalista jest fanatykiem i nie każdy fanatyk jest terrorystą. A u nas, na fali emocji, strachu buduje się obraz jak wyżej to opisałem, prawie jak histerię: imigrant = muzułmanin = terrorysta. Każdy imigrant to muzułmanin, no a „przecież każdy wie” że muzułmanin do terrorysta. Jak w tym dialogu z „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”: „- To złodziej! – I pijak! Bo każdy pijak to złodziej!”. Radosne i bezmyślne wrzucanie do jednego worka. Jak podają statystyki, terroryści z ISIS w ciągu ostatnich 2 lat zabili ok. 100.000 muzułmanów, a więc (po naszemu) „swoich”. Przerażający jest brak refleksji, jaki widać chociażby w portalach społecznościowych – opluwanie się w komentarzach, jad, wyzwiska, podobno ludzie potrafią usuwać się nawzajem z grona znajomych w serwisach z powodu odmiennych poglądów na kwestię imigrantów. Co więcej, sam widziałem sytuację, kiedy ksiądz z ambony wzywa do modlitwy i wsparcia imigrantów – po czym w zakrystii 5 minut później dyskutuje w najlepsze o tym, jak by tu Polska powinna się przed nimi zabezpieczyć, że ich wpuszczanie to bzdura itp… Tymczasem oczywistym jest, że terroryści to fanatycy religijni – co należy zestawić chociażby z dość powszechnym faktem, iż wielu muzułmanów to osoby niewierzące, formalnie wyznawcy Mahometa, natomiast pasujący do określenia „katolik z metryczki”. Ponadto, spora grupa przywódców i duchownych muzułmańskich, po wielu już aktach terroru, wprost i jednoznacznie wyrażała z ich powodu swoje ubolewanie, odcinała się od nich, wskazując, że ci ludzie w ten sposób działający wręcz sprzeciwiają się przesłaniu ich świętej księgi. Ale prościej jest to przedstawić tak, jak powyżej. 
Akcja „pray for Paris” jest godna pochwały – ale warto pamiętać (o czym jest poniżej – obrazek z Instagrama), że podobne dramaty w pewnych miejscach świata dzieją się z praktycznie żadnym odzewem i rozgłosem, a prawie codziennie. Bliski Wschód i powolna, ale bardzo systematyczna akcja terminacji chrześcijaństwa w tamtych rejonach to bardzo dobry przykład sytuacji, która trwa już dość długo, i jest przyjmowana przez różne władze potokiem słów, ale absolutną biernością.  Ostatnia niedziela była Dniem Modlitwy za Kościół Prześladowany. Zresztą nie chodzi tylko o chrześcijan – ale o bezmyślne zabijanie jakichkolwiek ludzi. Pomódl się za nich także. Say a prayer for all means, but pray more. 
Na zakończenie – bardzo mądre słowa, które przeczytałem dzisiaj rano:

W obliczu ludzkiej przemocy, prośmy o łaskę serca niezłomnego i wolnego od nienawiści. Niech umiar, powściągliwość i opanowanie, jakie wszyscy okazali do tej pory potwierdzą się w nadchodzących tygodniach i miesiącach; nikt nie poddaje się przerażeniu lub nienawiści. Prośmy o łaskę, byśmy byli twórcami pokoju. Nigdy nie możemy zwątpić w możliwość pokoju, jeśli budujemy sprawiedliwość (kard. Andre Vint-Trois, metropolita paryski)

To samo mówił nasz polski ks. Jerzy Popiełuszko: nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. Wprowadzaj pokój – bo takich Bóg nazwał błogosławionymi. Módl się o pokój. Szaleństwo, przemoc, terroryzm, nienawiść – to jedno. My mamy być posłańcami pokoju, właśnie teraz, w takiej sytuacji. Nie podsycać nienawiść, ale budować pokój i o niego prosić. 
Siedzimy spokojnie w ciepłych fotelach i obserwujemy z bezpiecznej odległości to, co się „tam” dzieje, w Paryżu, Bejrucie, gdziekolwiek gdzie dochodzi do przemocy i szaleństwo albo ideologia pchają ludzi do pozbawiania życia innych. Możemy westchnąć i załamać ręce nad losem tych ludzi – ale możemy i powinniśmy też otoczyć ich naszą modlitwą. 
W takich chwilach często – czasami dla zasady, czasami szczerze – pojawiają się pytania: gdzie był Bóg? Był tuż obok – stał, cierpiał i płakał z powodu zła, jakie człowiek w swojej wolności się dopuścił. 

I znowu ks. Draguła, już na zakończenie:

Choć w sercu – co jest naturalnym odruchem – rodzi się gniew, to naszą odpowiedzią nie jest nienawiść, ale krzyż Chrystusa, który nie wzywał do zabijania, ale sam dał się zabić. Z nienawiścią nie walczy się nienawiścią. Ale jedynie krzyżem. Połóżmy krzyż na nienawiści. Tylko tak zadamy jej śmiertelny cios.

Tędy do zbawienia

Do tej pory jakoś kwestia historii biblijnej, historii zbawienia i archeologii biblijnej specjalnie mnie nie interesowała. Do tej pory. 
Książkę dostałem do teściów na ostatnie święta Narodzenia Pańskiego. Dość pokaźna, więc jakoś tak czekała… Sięgnąłem po nią, przygotowując się do wyjazdu do Turcji. Jak już coś czytać w tak pięknych okolicznościach przyrody – to niech to będzie choćby nieco tematycznie powiązane. Jakby nie patrzeć – było w niej sporo o historii właśnie tamtych regionów. Choć, prawdę powiedziawszy, poczytałem ją tam nieco tylko – bo czasu szkoda było, co każdy zrozumie – a praktycznie przeczytałem już po powrocie do Polski. 
Książka historyczna, traktująca także o kulturze, wierzeniach. Napisana w sposób bardzo przystępny, z właściwą ilością przypisów (ostatnio miałem wrażenie: dobra książka historyczna = min. 1/3 strony przypisów, co dość trudno się czyta…). Interesująca, wciągająca, pasjonująca. I najważniejsze – pokazująca, że trzy wielkie ludy księgi faktycznie mają wspólne korzenie. 
Od Abrahama począwszy, przez Mojżesza, całą historię narodu wybranego, Jezusa, początki chrześcijaństwa, aż po pierwszy wiek islamu. Ciągłość jest wyraźna. Judaizm to początek – pierwszy okres współpracy człowieka z Bogiem. Później Chrystus – pełne objawienie, już nie tylko dla Żydów przeznaczone, zresztą przez nich odrzucone. I wreszcie Muhammad, Prorok, który obserwował obydwie wcześniejsze wspólnoty, widział błędy – i szukał swojej drogi, dla swojego narodu. 
Historia Żydów fascynuje. Są genialnym przykładem, jak można od Boga dostać obietnicę wszystkiego. I w klasyczny sposób to zepsuć. Tak. Bywało dobrze, ale co rusz w swojej długiej historii odchodzili od Boga, przyjmowali wierzenia innych plemion, zaczynali czcić bożków. Nic dziwnego, że Bóg raz za razem musiał do nich wysyłać proroków, których i tak nie zawsze ktokolwiek chciał posłuchać. 
No i kwestia diaspory, pojęcia przecież najczęściej właśnie z narodem żydowskim kojarzonego. A właściwie – kwestia tego, czym była jedność narodowa Żydów. Czym? Niczym. Sztucznym tworem, który na przestrzeni historii powstał z przyczyn czysto taktycznych, obronnych. Czy plemiona te żyły razem, same z siebie wybrały z własnej nieprzymuszonej woli króla, miały centralną administrację? Nic z tych rzeczy. To była potrzeba sytuacji – gdy plemionom zagrażało niebezpieczeństwo ze strony innych narodów. 
Wtedy właśnie jeden człowiek stanął na czele tego sztucznego tworu. Owszem, byli później królowie i władcy, którym zależało na umocnieniu na mapie ówczesnego świata państwa żydowskiego, troszczyli się (choć nie zawsze) o poziom życia ludzi, następował rozwój technologii, powstawały monumentalne budowle – do dzisiaj w swoich ruinach i pozostałościach milczący świadkowie tamtych czasów. Salomon, Dawid, Saul, i inni.
Ale to było za mało. Jak policzyłem, mniej więcej, w całej przestrzeni istnienia Żydów w Ziemi Obiecanej, doliczając do tego współczesne kilkadziesiąt lat państwa Izrael, czyli w sumie ok. prawie 4000 lat – państwo żydowskie jako jednolity twór istniało kilkaset lat, mniej niż 500. I to w różnych odstępach czasu. Nie był to jeden, ciągły okres. 
Co więcej – w czasach względnego dobrobytu, istnienia tego państwa, nie można było mówić o państwie jednolitym. Było to państwo kosmopolityczne, zróżnicowane, zamieszkałe nie tylko przez Naród Wybrany. A co do poczucia jedności, tożsamości, wspólnoty – o takowej generalnie można mówić dopiero od czasów Niewoli Babilońskiej, a na dobrą sprawę (jako że świątynię w Jerozolimie odbudowano) od powstania żydowskiego, czyli zburzenia tej drugiej świątyni, czyli czasów kilkadziesiąt lat po śmierci Jezusa. 
Ta wiedza, te informacje zdecydowanie ubogacają. Pozwalają inaczej na historię Żydów patrzeć. To jeden naród, bardzo wewnętrznie zróżnicowany, w ramach plemion. Naród o wspólnej tradycji, ale którego poszczególne grupy – plemiona – o wiele lepiej funkcjonowały samodzielnie, jako mniejsze grupy, w swojej indywidualności. 
Kwestia chrześcijaństwa – ciekawie autor opisał misję Jezusa, Jego dorastanie do pełni świadomości tego, kim miał być, do czego był powołany. I bardzo dokładne opisanie sytuacji po Jego śmierci, czyli początkowych lat Kościoła, z wyraźnym rozdzieleniem i jakby walką o to, czym ten Kościół miał być, jaki miał być, dla kogo miał być. Pierwsi uczniowie i ich wspólnota, w Jerozolimie, z Jakubem na czele – i po drugiej stronie pojawia się na horyzoncie niegdyś fanatyczny prześladowca, a obecnie gorliwy ewangelizator – Szaweł z Tarsu. 
Spór – sobór jerozolimski z 48 r. – znamy. On wskazał drogę. Bo pytanie było zasadnicze – czy Kościół ma pozostać wspólnotą wewnątrz judaizmu, ludzi zachowujących przykazania Jezusa, a zarazem przestrzegających prawa mojżeszowego? Czy Kościół ma być wspólnotą otwartą na wszystkich, którzy chcą uwierzyć i przyjąć wiarę – bez obowiązku obrzezania i przestrzegania żydowskiego prawa? Pierwsze stanowisko – Kościoła jerozolimskiego – przegrało z drugim, prezentowanym przez Pawła. 
Prawda jest taka, że jedni drugim nie przypadli do gustu, mówi się nawet o rozstaniu z niezgodzie. Kościół dopiero się kształtował. Apostołowie wezwali Pawła do Jerozolimy, aby wytłumaczył się z tego, co głosi… Czy wiedzieli, że to właśnie tą drogą pójdzie Kościół? Jedno było pewne – chrześcijanie intrygowali. Działali wbrew rozsądkowi. Kochali, przebaczali, troszczyli się bezinteresownie o chorych i cierpiących,  wspierali biednych, modlili się i przebywali razem, uzdrawiali, przynosili ulgę i nadzieję.
Właśnie popularność zdobyta dzięki autentyczności, razem z tą otwartością na wszystkich ludzi, sprawiła, że w 261 r. możliwa była tolerancja religijna w Cesarstwie Rzymskim. Tak, w 261 r. cesarz Galien wydał edykt tolerancyjny, zezwalający na głoszenie Słowa Bożego i posiadanie własnych cmentarzy. Konstantyn w swoim edykcie mediolańskim z 313 r. właściwie tylko go potwierdził, choć to ten drugi dokument uchodzi za przełomowy. 
No i wreszcie islam. Inny, a zarazem z tych samych korzeni. Bo przecież późniejsi muzułmanie to nikt inny, jak jedno z plemion Narodu Wybranego, które przy podziale miejsc do zamieszkania udało się w kierunku późniejszej Mekki. Muhammad, Prorok, człowiek o wielkim szacunku zarówno dla Żydów, jak i chrześcijan. Zafascynowany historią tych dwóch wielkich wspólnot, analizujący ich dokonania pod kątem zjednoczenia i umocnienia swojego narodu. Co mu się w sposób wyjątkowy, porównywany z Aleksandrem Wielkim (gdy chodzi o ekspansję) udało. 
Co najsmutniejsze – podczas rozprzestrzeniania się islamu po świecie tuż po jego powstaniu, nie było mowy o otwartych konfliktach z chrześcijanami. Muzułmanie szanowali Pismo Święte, Jezusa uważali za proroka, w Koranie imię Maryi pojawia się częściej niż w Biblii. Chrześcijanie byli szanowani, pozostawiono im domy, swobodę modlitwy i miejsca pracy. 
Skąd więc dzisiejsza nienawiść? Przez późniejsze, niezbyt odległe, już po śmierci Muhammada, nieporozumienia i wzajemne napaście. Niestety, zapoczątkowane przez chrześcijan, których papież wezwał do wyzwolenia Ziemi Świętej i chrześcijan (co nie było prawdą, jako że chrześcijanie w Ziemi Świętej pokojowo współistnieli z muzułmanami w tamtych czasach). Potem poszło już gładko – czego efekty we wzajemnych napaściach, nienawiści i aktach przemocy widzimy do dzisiaj. 
Ta książka bardzo mnie ubogaciła. Polecam każdemu. 
>>>
Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak gołębie! Miejcie się na baczności przed ludźmi! Będą was wydawać sądom i w swych synagogach będą was biczować. Nawet przed namiestników i królów będą was wodzić z mego powodu, na świadectwo im i poganom. Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam poddane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was. Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony. (Mt 10,16-23)
Jezus wiedział, że Dobra Nowina będzie znakiem sprzeciwu wobec tego, co złe, nieszczere, kłamliwe, leniwe, chamskie i zgubne. Tak musiało być. Bo Ewangelia ma przynieść prawdę, która wyzwala – czyli pokazuje wszystko takim, jakie jest. Nawet, gdy to boli. 
A właśnie to, że boli, że ludzie stwarzają pozory i wewnętrznie są zupełnie inni, niż czasami grają na zewnątrz – to jest przyczyna konfliktów, prześladowań, i zabijania nawet z powodu Jezusa i wiary. Nie sama Ewangelia, Dobra Nowina. Znakiem sprzeciwu i kością niezgody nie jest przykazanie miłości i inne – ale to, że wymagają one radykalizmu, zdeklarowania się po jednej, czy po drugiej stronie. I nagle okazuje się, że jakoś nie do końca, o ile w ogóle, opłaca się być dobrym, uczciwym, sprawiedliwym, nie kraść, nie wymuszać, nie szantażować, nie korumpować, etc. 
Prostota wyzwala. Tutaj wybór jest naprawdę prosty. Jedynym problemem jest kwestia hierarchii wartości. Tego, czy ważniejsza jest prawda, czy permanentne interesy (de facto, wyrastające przy, na i za pomocą omijania i zamydlaniu prawdy). Reszta – jest tylko następstwem. Jeśli wybrałeś dobrze – prawdę – nie myśl, nie kombinuj. Bóg ci wskaże drogę i Twoim testem, sprawdzianem, jest to, czy potrafisz się w ten głos na tyle wsłuchać, aby pójść właściwą drogą. Trochę wysiłku, i się uda. 
Jeśli wybrałeś inaczej – bo bardziej ci zależy na kasie, wpływach, tej całej misternie budowanej piramidce, pomniku swojej własnej pychy, władzy i możliwości – to miej choć na tyle odwagi, aby nie udawać, że taki nie jesteś. Po co idziesz do kościoła? Po co twierdzisz, że jesteś wierzący? Ok – ale w co? Wierzysz – w to, co przyziemne. Czyli jesteś materialistą, a nie wierzącym. A jeśli jednak masz wątpliwości – to walcz ze sobą. Pamiętaj, że kasy do grobu nie weźmiesz, a sumienia się nie pozbędziesz, nawet jak jeszcze Ci bardzo nie przeszkadza. 
Wytrwajmy w tym, co trudne, co wymagające, co nakazuje Boży radykalizm. Bo dopiero to czyni szczęśliwym – a nie najbardziej napchany portfel. Bo tego chce Bóg, na to nam wskazuje, to jest Jego drogowskaz. Bo tędy zmierza się do zbawienia. Zależy ci na czymś bardziej?

INNYMI DROGAMI W TYM SAMYM KIERUNKU

Kilka zamyśleń, tureckich jeszcze – bo poprzedni wpis o samym wyjeździe był dość długi. Króciutkich, wręcz jednozdaniowych. Form – nawiązanie do Ewangelii + analogia do czegoś w Turcji. Albo na odwrót.
Powstały…? Jakoś nad basenem rano albo wieczorem w cieniu balkonu, gdy wpatrywałem się w piękną turecką krainę 🙂 
Odnoszą się do Ewangelii z okresu 16-23.06.2010 (teksty tutaj i tutaj).
 twierdza Alanyi – Ic Kale – kościółek (XIII w.)
16.06.2010
Wystarczająco jest takich, którzy całym sobą są na pokaz. Co im to daje? Nieważne. Ty bądź autentyczny – albo w ogóle nie bądź. Tak jak Turkowie – którzy są spontaniczni i szczerzy w swojej gościnności, do bólu. 
17.06.2010
Niektórzy twierdzą – Bogu nie powinno się zawracać głowy pierdołami, sprawami drobnymi i błahymi. Czemu? On nas kocha, chce przenikać i uczynić lepszą każdą sferę życia, każdą sytuację. Tak jak tureckie słońce – wszechobecne, ogarniające i opiekające 🙂 każdego. 
18.06.2010
Czy warto stracić serce dla czegoś, co przemija? Nie. Czy ciemność jest naturą człowieka? Też nie, to skutek grzechu. Nie warto. Tyle jest piękna, dobra, tyle otwartych i gotowych, oczekujących na ciebie serc. Tylko daj się Bogu skusić – tak samo, jak czasami nie powinieneś dać się skusić naciągającemu cię tureckiemu handlarzowi.
19.06.2010
Życie to sztuka wyboru. Być czy mieć. Bóg sam się troszczy o to, co naprawdę jest dla nas konieczne. Najpiękniejsze jest nie to, w co więcej kasy włożone – ale to, co Bogu miłe, i przez Niego pobłogosławione. Tak samo jak w Turcji –  nie każdy souvenir jest potrzebny, konieczny, czy w ogóle wart swojej ceny. 
20.06.2010
Ktoś powie – życie to pasmo zaspokajania zachcianek. Ale to nie tak. To sztuka tracenia, zużywania życia w słusznej sprawie. Tak jak w Turcji – często handlarz musi najpierw ustąpić, spuścić z ceny, aby zadowolony klient kupił de facto więcej, albo po to więcej wrócił, czy komuś go polecił.
21.06.2010 
Jesteśmy mistrzami świata w osądzaniu – czy to w zakresie polityki, sportu, techniki, motoryzacji, we wszystkim. Czy mamy do tego wiedzę, potrzebne kompetencje, żeby się tak mądrzyć? Rzadko. Żeby się czasem nie zdarzyło, że zgubi mnie właśnie ta moja belka, którą z takim uporem hoduję. 
22.06.2010
My krzywo patrzymy, jak Murzyn czy Arab do kościoła wchodzi. A oni – o ile uszanuje się ich zwyczaje (strój + nie wchodzi się tam w czasie ich modlitw – jak u nas, nikt nie chce żeby wycieczki w czasie mszy chodziły po kościołach), to cieszą się, że chcemy zobaczyć, jak się modlą i pozwalają obejrzeć, zwiedzić i nacieszyć oczy ich świątyniami, meczetami. Po tym, co ludzie opowiadają i piszą, nigdy bym się nie spodziewał, że muzułmanie mogą uczyć otwartości wiary. A już tym bardziej nas – chrześcijan, katolików.l Bo przecież, choć innymi drogami, przez inne bramy, ale zmierzamy do tego samego Ojca. 
23.06.2010
Byliśmy na plantacji m.in fig, winogron, pomarańczy i bananów. Piękne. Tutejszy klimat jest dobrą ilustracją Ewangelii – tyle, że w Turcji raczej nie ma drugiej szansy. Jak drzewo nie owocuje – to won. Bo ziemię wyjaławia. A my? Ile razy Bóg nic z nas nie ma, poza wstydem czy kłopotem? A jednak – dalej pielęgnuje, troszczy się. Daje nadzieję – reszta zależy tylko ode mnie. 
>>>
Ja wiem – polska piłka to dramat. Ale jak na mistrzostwach dzieje się coś takiego, jak wczoraj w meczu Niemcy-Anglia, to już przesada. To siadło na psychikę zawodników. Kto wie, jaki byłby wynik, jakby zaliczono bramkę, która w oczywisty sposób została strzelona? Nie żebym lubił Niemców (choć miło, że chociaż w ich barwach Polacy bramki strzelają…) albo Anglików jakoś mocno – ale chodzi o sprawiedliwość.
Zresztą, w późniejszym meczu Argentyna-Meksyk – to samo, tylko odwrotnie. Bo tam z kolei uznano gola… który zdobyty został z oczywistego spalonego. 
Kłania się postulat kolejnego arbitra – który siedzi przy operatorach kamer i analizuje w kontrowersyjnych momentach zapisy kamer, zanim sędzia główny podejmuje decyzję. 
>>>
Oglądali debatę wczoraj? Ja kawałek, w przerwie reklamowej na AXN. Co wniosła? Nic. Poprztykali się w garniturach, i tyle. Komorowski chyba lepiej nauczył się na pamięć odpowiedzi na pytania, o których mi nikt nie powie, że kandydaci ich wcześniej nie znali (zresztą – nawet jak nie znali – to i tak nietrudno było domyśleć się, o co będą dziennikarze pytać), ładniej się wypowiadał. A Kaczyński z kolei ma mniejszą lekkość wypowiedzi. Ciekawe może było to, co mówili w podsumowaniu (ostatniej okazji na wypowiedź) – wydaje mi się, że każdy z kandydatów wskazał, na jaki elektorat liczy w II turze. Również, bez niespodzianek.
Czy któryś z nich jest lepszy? W tej notce (pod koniec) pisałem i podlinkowałem ciekawe miejsca z informacjami, jakie poglądy deklarują kandydaci. Co z nich wynikało – niewiele, że gryzą się nawzajem głównie dla medialności, bo poglądy zbliżone. 
Co tu może zaważyć? Pewnie frekwencja osób starszych, na których liczy Kaczyński. No i to, kogo oficjalnie poprze przed wyborami Napieralski i SLD – a poprze, zapewne, Komorowskiego. 
Jakby nie było – dla mnie, nieuznającego mniejszego zła – II tura to będzie właśnie takie wybieranie przysłowiowego mniejszego zła.

ps. Do poprzedniej notki dodałem kilka fotek 🙂