Komu to służy, czemu Kościół nic z tym nie robi, w czyje imię gromadzą się tam ludzie – czyli rzucania krzyżem część 3

Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdy brat twój zgrzeszy, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź z sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków oparła się cała sprawa. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi! A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik! Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie. Dalej, zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich. (Mt 18,15-20)

Coś w tym jest – Słowo Boże jest aktualne w każdym czasie. To powyższe – może przede wszystkim dzisiaj, w naszej pięknej Polsce, w świetle towarzyszącego nam ciągle – raz bliżej, raz z oddali, ale ciągle w tle i na tapecie – problemu dotyczącego krzyża upamiętniającego ofiary tragedii smoleńskiej, stojącego przed pałacem prezydenckim.

Tak, jest w tym wszystkim grzech zaniedbania ze strony Kościoła. Owszem – pojawiły się wypowiedzi hierarchów, biskupów – m.in. prymasa Kowalczyka, szefa KEP abpa Michalika, metropolity warszawskiego abpa Nycza (także tutaj), czy bpa Kiernikowskiego z Siedlec. Dobrze, że nie udawali, że problemu nie ma.  To jednak tylko teoria i mało konkretna – zero konstruktywnych propozycji. Brak wezwania do opamiętania tych, którzy są najwyraźniej gotowi do doprowadzenia do zamieszek w imię obrony krzyża… któremu nikt nie chciał nic zrobić, tylko przenieść w bardziej właściwe miejsce. Którzy nie widzą, że ich działania dają jedynie to, że coraz więcej osób o przeróżnych interesach ma swoje kilka minut w mediach tylko dlatego, że pojawiają się tam, pod krzyżem, niekiedy szydząc z prawdziwej religijności, wiary, Kościoła i krzyża Chrystusa. A w ogóle – jak się ma do tego postawa metropolity szczecińskiego, który zarządził w diecezji… modły za obrońców krzyża? Ewidentny i dość zasadniczy rozdźwięk.

Nie można powiedzieć, że ci wszyscy, którzy brali udział w tzw. obronie krzyża (kursywa celowo – bo nie miało to nic wspólnego z obroną czegokolwiek, a na pewno nie krzyża) mieli rację i postępowali słusznie. Sprzeciwili się wypracowanemu wspólnie kompromisowi co do zachowania i umiejscowienia tego krzyża jako symbolu upamiętniającego tragedię w miejscu właściwym, tj. w kościele. Owszem, pojawił się inny pomysł – gdzieś wyczytałem o propozycji umiejscowienia krzyża w kaplicy prezydenckiej – mniejsza o to. Chodzi o rodzaj miejsca – kościół czy kaplica jest miejscem właściwym, godnym, w którym krzyżowi nie grożą żadne ataki, gdzie ludzie mogą w przestrzeni sacrum spokojnie go adorować i oddawać mu cześć, modląc się za poległych w katastrofie.

Czemu brak zasadniczych reakcji czy nawet nacisków ze strony czy to KEP, czy metropolity warszawskiego jako odpowiedzialnego terytorialnie za to miejsce wydarzeń, aby dokonać przeniesienia krzyża, jak to zostało zaplanowane i raz przez rozwydrzony tłum rzekomych obrońców udaremnione? Temat tamtej rozróby – trudno to inaczej nazwać – wraca jak bumerang w mediach, czy w wypowiedziach publicznych czy homiliach biskupich. I co z tego? Nic z tego nie wynika. Zero deklaracji ani jasnego oświadczenia – co powinno być zrobione, co należy w tej sytuacji uczynić. Pewnie – biskup nie zmusi kancelarii czy harcerzy do niczego.

Ale powinien powiedzieć wprost, otwarcie – upomnieć. Wskazać, co należy zrobić. Wykazać się konsekwencją: skoro coś ustalono, trzymajmy się tego, zróbmy to do czego się zobowiązaliśmy. Samo się nic nie zrobi. Sytuacja jest bezsensowna, patowa, i nikt najwyraźniej nie ma pomysłu, jak problem rozwiązać. Co daje pozostawienie krzyża tam, gdzie jest – poza świętym spokojem i odkładaniem w nieskończoność i tak nieuniknionej konieczności podjęcia konstruktywnej decyzji w tej sprawie? Nic. Poza tym, że różne środowiska mają okazję poużywać.

Dwie noce temu – prawie bójki pod krzyżem, będą zarzuty, a w TV każdy mógł zobaczyć i łatwo wyczytać z ruchu warg, jakimi to epitetami obie strony rzucały w siebie… Wczoraj – jakiś dziwny happening, niby to spontaniczna manifestacja młodzieży. Manifestacja – czego? Pogardy dla krzyża? Pogardy dla istniejącej sytuacji? Nie wiem. Na pewno nie poparcia ani dla krzyża, ani wiary, a już na pewno Kościoła. Cyrk, przedstawienie, impreza.

To wszystko – w cieniu krzyża, który był (jest?) spontanicznym milczącym pomnikiem zjednoczenia narodu w opłakiwaniu ofiar tragedii; dzisiaj zaś, z dnia na dzień, staje się niemym świadkiem przepychanek o zabarwieniu w oczywisty sposób politycznym, napędzanym na początku przez konkretną partię – a dzisiaj umiejętnie wykorzystywanym przez wszystkich, mających jakiekolwiek partykularne interesy, coś do ugrania na tym krzyżu i fakcie, że uwaga mediów jest ku niemu zwrócona.

Tak, dopóki pozostawi się sprawy samym sobie – ten cyrk będzie trwał. Nie liczy się merytoryka – liczy się to, że politycy mają interes w tym, aby się tam przepychać, nawoływać to jednych, to drugich, do skakania sobie do oczu, niby to w imię obrony a to krzyża i wiary, a to suwerenności i neutralności poglądowej czy tolerancji religijnej. O. Maciej Zięba OP, człowiek bardzo mądry, powiedział że tolerowanie tego, co tam  pod krzyżem się dotąd działo, to nic innego jak równia pochyła do zamieszek. Tak, to właśnie może się tam stać. Zamieszki. I nie jest ważne, kto podniesie pięści pierwszy – obrońcy krzyża czy ktokolwiek inny. Jeśli dojdzie tam do przemocy, walk i starć – winni będą także ci hierarchowie Kościoła, którzy nie zrobili nic albo za mało, aby się temu przeciwstawić i zapobiec takim zdarzeniom. Którym zabrakło – nie wiem, odwagi? – żeby zrobić to, co zrobi trzeba było. Zapewnić krzyżowi poszanowanie i przestrzeń sacrum w kościele.

Ile jeszcze czasu będziemy czekać, aż ktoś z ludzi Kościoła zrobi coś, aby tę farsę zakończyć? Kościół nie jest poza tym wszystkim. Kościół jest stroną. Kościół jest władny – co pokazały pierwotne ustalenia co do losu krzyża, zlekceważone przez obrońców – wpływać na tę sytuację. A przede wszystkim Kościół ma obowiązek nazwać po imieniu zachowanie ludzi, którym wydaje się, że krzyża bronią – a de facto szkodzą tak samo Kościołowi, temu krzyżowi i wizerunkowi katolików. Mało to się mówi o katolickim oszołomstwie? Tolerujmy to dalej – będą mówić więcej.

Ja mam już tego serdecznie dość. I dlatego o tym piszę. I będę pisał.

Ale jest nadzieja – z Ewangelii, a jakże. Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich. Jest na szczęście sporo (więcej?) serc roztropnych i widzących, co się dzieje, które nie ustają przed Bogiem w modlitwie o to, żeby to kretyństwo na placu się skończyło, a krzyż mógł być obiektem kultu, a nie przedmiotem przepychanek. I w nich nadzieja. A właściwie to w Bogu, którego uwagę te osoby szturmują, modląc się o rozwiązanie tej sytuacji.

Krzyż nie może dzielić – dzieli, owszem, często, ale żeby dzielił katolików tutaj, w Polsce, gdzie prawie każdy deklaruje się jako wierzący (może) i praktykujący (rzadziej)? Ci ludzie tam są zebrani pod krzyżem – jedni w imię partykularnych interesów własnych albo opcji politycznych – a ci drudzy, obrońcy krzyża? Nie wiem. Może w ich mniemaniu – w imię Boga, chrześcijaństwa, Kościoła, wolności wyznania… Ale mam poważne wątpliwości, czy pomiędzy nimi jest Bóg – mimo, że jest ich dużo więcej niż 2-3. A jeśli jest między nimi Bóg – to na pewno jest mu strasznie przykro. Głupio pewnie też. Bo On (Jego chwała) i czyjekolwiek prawdziwe dobrą są ostatnimi, którym służy to całe zamieszkanie.

Skarb ciągle do zdobycia – o ile jesteś gotowy

Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo. Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę! Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie! A wy [bądźcie] podobni do ludzi, oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci, aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał. Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie. A to rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Wtedy Piotr zapytał: Panie, czy do nas mówisz tę przypowieść, czy też do wszystkich? Pan odpowiedział: Któż jest owym rządcą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowi nad swoją służbą, żeby na czas wydzielił jej żywność? Szczęśliwy ten sługa, którego pan powróciwszy zastanie przy tej czynności. Prawdziwie powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli sługa ów powie sobie w duszy: Mój pan ociąga się z powrotem, i zacznie bić sługi i służące, a przy tym jeść, pić i upijać się, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna; każe go ćwiartować i z niewiernymi wyznaczy mu miejsce. Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. (Łk 12,32-48)
Gotowość, gotowość i jeszcze raz – gotowość. Cel, nieustanna świadomość bliskości tego, co nieokreślone w czasie, ale bardziej niż pewne, że nastąpi. Nie wiesz, kiedy – ale będzie. Obrazek, jaki Jezus przytoczył dla wyjaśnienia potrzeby gotowości, jest bardzo prosty i dosadny. Administrujesz jakimiś dobrami – czy to jako ten sługa, zarządca domu, czy jako manager w firmie. Czy możesz sobie pozwolić, żeby zacząć przepuszczać to i zachowywać się jak pan na folwarku w czasach feudalnych? Wiadomo – nie. Bo kiedyś to się kończy, kiedyś ten, który jest na stołku wyżej, szef wszystkich szefów, najważniejszy dyrektor – czy jak w historii ewangelicznej, po prostu właściciel – powraca. 
Z życiem jest tak samo. To, co dostajemy od Boga – te talenty, dary, umiejętności – to skarby, które złożone są w nasze ręce jako w depozyt. Na ile? Trudno powiedzieć. On wie na pewno – my nie, bo nie wiemy, kiedy życie dojdzie do swego kresu. My tym tylko rozporządzamy. Czy to oznacza, że mamy się wyzbywać wszystkiego, podchodzić minimalistycznie zupełnie do wszelkiego rodzaju potrzeb? Można. Są ludzie, którzy się na to decydują – np. radykalne wspólnoty zakonne, zero własności, wszystko wspólne, tylko to co najbardziej potrzebne i konieczne. Ale nie trzeba. 
Bóg nigdy nie piętnuje tego, że ktoś jest majętny, że dobrze mu się powodzi. Ale Bóg – a przede wszystkim samo życie, to co widzimy naokoło – pokazuje, że bogactwo bardzo często ludzi po prostu psuje, i nawet najlepsi przyjaciele, tacy do rany przyłóż towarzysze wielu niedoli, ludzie hojni i gotowi do przyjścia z pomocą – stają się drapieżnymi rekinami, dybiącymi tylko na okazję, aby dorobić jeszcze trochę, kogoś oskubać, dodać jeszcze jedno zero na końcu w swoim portfelu. A to, że kasy ma już x razy za dużo, że nawet nie ma pomysłu ani czasu wymyślić, co z nią zrobić? Ee, czepiasz się, bo jesteś zazdrosny. Pewnie, po ludzku, trochę tak. 
Prostota jest tym, co było na początku. A brak przywiązania do tego, co materialne, choćby najładniejsze- jest cechą, która życie bardzo ułatwia. Czy jest zbawienna? Pewnie można tak powiedzieć. Nie można powiedzieć, że Bóg nakazuje być prostym – choć wskazuje np. dzieci jako przykład. Prostota pomaga, a całkowite jej zatracenie wikła człowieka w różne intrygi i kombinowanie, które prędzej czy później przekłada się na każdą płaszczyznę życia. A że tylko prawda wyzwala – to się człowiek gubi… Można być majętnym, gdy się te bogactwa traktuje jako dar i jako dar wykorzystuje nie tylko na własny zbytek, ale do pomocy innym. Gdy się nie traci tej właściwej perspektywy, która pozwala nie zapatrzeć się w to, co błyszczące i piękne, a widzieć w życiu jeszcze inne cele. Gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. Zbawienna prostota – żeby serce nie uciekło za czymś materialnym, i się dla tego nie zatraciło. Skarb ciągle jest do zdobycia – przed nami, skarb życia wiecznego, tylko trzeba być gotowym na zdobywanie. Zawsze!
Lepiej nie kombinować za bardzo. Od tego pewnie wyszedł ten sługa., który został postawiony nad całym domem, gdy pan wyjechał. Zaczął kombinować, i wyszło mu, że zdąży sobie pożyć po pańsku, pan ma tyle dóbr że nie zauważy zużycia części ich przez niego, a przy okazji pokaże tym innym służącym, jakim to on jest stanowczym i silnym człowiekiem – więc na co czekać? Tylko, że przekombinował. Pan wrócił wcześniej, i wszystko się, że tak powiem, rypło.
Przewidywalność to nie tylko cecha przydatna w biznesie, w interesach. Skądże. Ta przypowieść bardzo dobrze pokazuje, że trzeb o niej pamiętać także w trosce o to, co dalece ważniejsze – przy walce o zbawienie. Manager w firmie oczekuje, żeby analityk przewidział pewne zachowania na rynku – a pan wracający z wesela oczekuje, aby słudzy byli gotowi, gdy nadejdzie. Bóg – analogicznie. Oczekuje nie tyle, żebyśmy bawili się w jakieś astrologie i czy inne tego typu wymysły, żeby za wszelką cenę, najlepiej co do minuty, przewidzieć koniec – czy to świata, czy swój własny. Oczekuje gotowości. Autentycznej, prawdziwej, wewnętrznej. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Ciągłej. 
Świetnie to na swoim blogu opisał o. Grzegorz Kramer SI:  Mam w dzierżawie winnicę, pod tytułem moje życie, o którą mam się troszczyć.
To, co na końcu, jest o tych chłostach – cóż, sprawdza się przede wszystkim w interesach. Jak za więcej odpowiadasz – więcej dostaniesz, gdy się sprawdzisz, ale i więcej oberwiesz, jak coś zepsujesz, nie dopilnujesz. I odwrotnie – mniej ci powierzyli, to mniej w przypadku sukcesu zyskasz, ale i mniej dostaniesz po uszach, jak zepsujesz coś. Nie ma co się zastanawiać – w której to ja grupie mogę być? Tych, od których Bóg wymaga więcej, a może tych, od których wymaga mniej? I to już jest błąd. Za dużo kombinowania. Po co? Masz dwie ręce, rozum i serce – staraj się, na ile możesz. 
Gdy dajesz z siebie wszystko – Bogu to zawsze wystarczy.
>>>
Weekend miał upłynąć pod znakiem błogiego lenistwa, tudzież nauki w czasie wolnym od tego pierwszego 😛 Tak, wiem, powinno być na odwrót 🙂 
W sobotę pojechaliśmy do rodziców – mam obiadek dobry zrobiła, mniam kapustka gotowana. Myśmy serniczek przywieźli i bezkarnie zjadłem aż 3 kawałki 🙂 Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, bardzo miło. Jeszcze milej było by, gdyby autobus – który w obie strony miał przyjechać – pojawił się w ogóle (nie mówię już o spóźnieniach), ale nie, nie pojawił się wcale. Więc podróż trochę dłużej trwała.
Wczoraj z kolei dzień pełen wrażeń zafundowała nam teściowa. Przed południem dzwoni teściu – okazało się, że chciał zadzwonić do szwagierki, tylko pomylił numery, i do żonki się dodzwonił… Patrzę, a ona w płacz. Szwagierka z sąsiadami pojechali z teściową do szpitala, bo wariowało ciśnienie i sytuacja była nieciekawa. Żonka dała się uspokoić – nie może, biedactwo, się denerwować, przecież w ciąży jest – i pojechaliśmy z odsieczą do szpitala. Niebawem przyjechał teściu, jak skończył grać. I lekarka stwierdziła… Migrenę oraz zapalenie migdałów. Aha. Teściowa od dłuższego czasu mająca problemy z tarczyca, gdzie i kardiolog, i endokrynolog zgodnie mówią – to jest przyczyna wszystkich pozostałych problemów – osoba, która w życiu nie miała migren… w szpitalu dowiaduje się od lekarki na oko niewiele po studiach, że to migreny, i że ma ketonal wziąć. A w ogóle to na przyszłość na pogotowie, a nie do szpitala. A na pytanie teściowej o związek dolegliwości z tarczycą – że ona nie jest neurologiem, że tu w ogóle neurologa nie ma, i jak co, to żeby  teściowa się gdzieś sama zapisała na wizytę. Pewnie – zapisała się wcześniej już – na… połowę września. 
Pomimo optymistycznego, naprawdę, nastawienia do rzeczywistości, świata i tego tygodnia – polubiłem przez ten weekend jeszcze bardziej naszą służbę zdrowia publiczną, tak samo jak również publiczną (wirtualną?) komunikację miejską. Cieszę się, że my – z pracy – mamy ten LuxMed, i chyba o czymś takim dla teściów trzeba pomyśleć. 
>>>
Zmarł w sobotę ks. Zygmunt Malacki, proboszcz parafii św. Stanisława Kostki w Warszawie-Żoliborzu. Tak, ten sam, który był kolegą seminaryjnym bł. Jerzego Popiełuszki, a od prawie 13 lat – jako proboszcz w tej ostatniej placówce męczennika – podtrzymywał tradycję Mszy za Ojczyznę, i troszczył się o pamięć dla wielkiej postaci błogosławionego.
Nasuwa się bardzo proste skojarzenie – Pan Bóg dał mu się cieszyć chwałą wyniesienia jego kolegi, Jerzego, na ołtarze, i wezwał go do siebie. Spełnił swoje zadanie.