Jezus powiedział do swoich uczniów: Powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. Jeśli cię kto uderzy w jeden policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty. Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie! Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesznikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać. Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie. (Łk 6,27-38)
Ruszać głową z głową
Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć. Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestoma tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju. Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem. (Łk 14,25-33)
A wracając do tej nienawiści rodziny – o co chodzi? O żadną nienawiść – a umiejętność dystansu. Właściwej hierarchii: najpierw Bóg – dalej cała reszta: rodzina, miłość, marzenia i plany. Boga nie musimy kalkulować – ale co do pozostałych, tak, trzeba. Żeby nie brać się za coś, co z pozoru wydaje się dla mnie, a jednak nie jestem przekonany, brakuje mi zaparcia i woli realizacji tego. Żeby nie zranić w ten sposób siebie i innych. Oczywiście, wszystkie te kwestie – rodzina, miłość, marzenia – są wykonalne, pewnie – ale wymagają Bożej siły, aby podołać.
Bóg jest najważniejszy, wieczny, i relacja na linii ja-Bóg musi być priorytetem, pewnikiem, punktem odniesienia. Cała reszta jest zmienna, przemija – jak wszystko, co ludzkie. I ta różnica musi być wyraźnie wskazana. Czemu tak ostre słowa, mowa aż o nienawiści? Ano może stąd, że tak ciężko do nas cokolwiek dociera… Takie celowe Jezusowe przejaskrawienie.
Życie – dwie strony tego samego medalu
Z jednej strony – bardzo bliska przyjaciółka teściów, właściwie taka przyszywana ciotka Natuszki mojej, kiedyś mieszkająca na przeciwko ich w bloku, trafiła w zeszłym tygodniu do szpitala. Wszystkich blady strach ogarnął – najprawdopodobniej nowotwór. Właściwie to prawie na pewno. I okazało się – faktycznie. Potem jeszcze doszło – chyba są przerzuty na wiele organów… Osoba ta podłamała się, kolejne badania przyjmowała z rezygnacją, czekając tylko na wyniki i diagnozę jak na wyrok. Jakby nie patrzeć – trafiła do szpitala nie przypadkiem, a z powodu bólów, z którymi sobie nie radziła.
Przyczyna dość prozaiczna – pani ta, mieszkająca w mieście kiedyś, dobrych kilka lat temu wróciła w wiejskie rodzinne strony, by zająć się wymagającymi opieki swoimi, nieżyjącymi już dziś, rodzicami. I tak zajmowała się najpierw do śmierci ojcem, zmarł dość dawno, a potem mamą – w ostatnich latach życia w bardzo zaawansowanym Alzheimerze, niepoznającą nikogo, oderwaną jakby od rzeczywistości, jak dziecko którego z oka nie sposób spuścić, żeby sobie czy komuś innemu krzywdy nie zrobiła… A w międzyczasie niekończące się łożenie finansów na studia obydwojga dzieci (osoby już bliżej 40. niż 30. …), które co raz studia podejmowały, i jakoś do dzisiaj żadnych nie skończyły, ani jedno ani drugie. W tym wypadku – ewidentnie, niestety, ambicja matki (wykształcona, po studiach technicznych) wzięła górę nad predyspozycjami i możliwościami dzieci, które to dzieci jednocześnie nie umiały? nie chciały? wytłumaczyć jej, że studia nie są dla nich.
W tym wszystkim – osoba ta w ogóle nie miała czasu dla siebie, nie robiąc pewnych dość prozaicznych badań, jakie kobiety robić co jakiś czas powinny. I tak to się skończyło. Teściowie jeździli do niej, na przemian z jej córką (teraz ona obok teściów mieszka z mężem), z obiadkami i wizytą – na marginesie, ci teściowie moi to ludzie naprawdę do rany przyłóż, nikt nie prosił i nie musiał ich prosić o pomoc – sami się zaoferowali i jeżdżą właściwie jak nie codziennie, to co drugi dzień.
Wszyscy siedzieli i czekali jak na wyrok faktycznie – od lekarzy teściowie dowiedzieli się, że podejmą leczenie, o ile nie będzie przerzutów. No i wczoraj – zwycięstwo! Nie ma przerzutów, będzie leczenie, chemioterapia i co tam potrzeba. Od razu osoba ta zmieniła nastawienie, bardziej optymistycznie – jest cel, jest szansa, nowa nadzieja. Jakby nowe życie.
I to jest część pozytywna. Negatywna… Dzisiaj, właściwie przypadkiem, odebrałem smsa ze spóźnionymi życzeniami na naszą rocznicę, przysłanego przez Z. – moją jeszcze koleżankę z liceum, która wspólnie z żonką i ze mną kończyła prawo. Mama Z. – zdecydowana, ale równocześnie przesympatyczna, ciepła i miła osoba – od kilku lat walczyła z nowotworem. Właściwie żyła i walczyła wbrew temu wszystkiemu, co diagnozowali lekarze, przy pierwszej diagnozie sprzed lat pewnie 6 czy 7? dający jej… pół roku. Nie dała się – walczyła. Cieszyła się strasznie, gdy 3 lata temu Z. wychodziła za mąż. Gdy Z. pod koniec studiów urodziła ślicznego synka – jej mama cieszyła się upragnionym wnukiem. Z. od razu po porodzie, w tym samym roku, obroniła magisterkę – mama była dumna. Widać po niej było – zmarniała, schudła, była jakby cieniem osoby, którą kilka razy widziałem w czasach liceum jeszcze.
Dzisiaj Z., poza życzeniami, przepraszała, że tak późno. 21 sierpnia jej mama przegrała walkę z rakiem. Aż się zdziwiłem – tydzień temu taka tragedia, a ona jest w stanie już myśleć o czymś tak przecież w kontekście tego nieistotnym jak rocznica ślubu przyjaciół? Gdy się ostatnio, albo przedostatnio, spotkaliśmy – mówiła i widać było, że ciężko jest, bo medyczne drogi i sposoby nic już mamie nie pomagały, ktoś tam sugerował rodzinie jakiś uzdrawiaczy itp…
Życie bardzo złożone jest. Jak bardzo potrafi zaskakiwać, pozytywnie a czasem negatywnie. Jak bardzo ludzkie życie jest kruche, delikatne – możesz mieć plany, marzenia, i jedna diagnoza… No właśnie. Nawet najgorsza diagnoza może albo zniechęcić i odebrać wolę czegokolwiek, albo jak nic innego zmotywować do walki o wyrwanie śmierci każdego dnia życia. Dwie historie ludzi, którzy pewnie nigdy się nie zetknęli, nie wiedzieli o sobie. Jedna osoba – widmo śmierci, brak nadziei i nagle nowa nadzieja, wola walki, szansa! Druga osoba – walka od lat, jakby życie wbrew wszystkiemu – i jednak śmierć.
Więc dzisiaj modlimy się – o siły i powrót do zdrowia dla cioci żonki z jednej strony, i o niebo dla mamy Z. i siły dla niej samej z drugiej.
Miejsce u szczytu Bożego stołu
Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. I opowiedział zaproszonym przypowieść, gdy zauważył, jak sobie pierwsze miejsca wybierali. Tak mówił do nich: Jeśli cię kto zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: Ustąp temu miejsca; i musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce. Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. Wtedy przyjdzie gospodarz i powie ci: Przyjacielu, przesiądź się wyżej; i spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. Do tego zaś, który Go zaprosił, rzekł: Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych. (Łk 14,1.7-14)
O ile dasz Bogu szansę
Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy – Jezusa, syna Józefa z Nazaretu. Rzekł do niego Natanael: Czyż może być co dobrego z Nazaretu? Odpowiedział mu Filip: Chodź i zobacz. Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu. Powiedział do Niego Natanael: Skąd mnie znasz? Odrzekł mu Jezus: Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym. Odpowiedział Mu Natanael: Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela! Odparł mu Jezus: Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: Widziałem cię pod drzewem figowym? Zobaczysz jeszcze więcej niż to. Potem powiedział do niego: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego. (J 1,45-51)
To z wczoraj, ze święta św. Bartłomieja, jednego z Dwunastu. Osoba, o której niewiele generalnie wiemy – poza tym, że on i wspomniany w tekście wyżej Natanael to ta sama osoba (nosił dwa imiona – Jan, spisując swoją ewangelię nazywał go drugim imieniem); i że zginął obdarty ze skóry – co widoczne jest w malowidłach przedstawiających go.
Na początku zachowanie typowe dla ludzi – ocenianie po stereotypach. Wielka, wspaniała i dobra nowina (Dobra Nowina?) – a jednak reakcją na nią jest tylko zgryźliwy, ironiczny i raczej trudno powiedzieć, że możliwy do wyjaśnienia inaczej niż stereotypowe szufladkowanie, komentarz w stylu stamtąd to nic dobrego być nie może. Paradoks – staje przed tobą (a konkretnie – Bartłomiejem vel Natanaelem) człowiek, który mówi o odnalezieniu Mesjasza zapowiadanego i wyczekiwanego z utęsknieniem od setek lat, i co? Nie radość, nie nadzieja i ufność w rychłe zrealizowanie obietnic Pisma Świętego – tylko proste, ludzkie, tak bardzo małe i częste u nas niedowierzanie.
Chodź i zobacz. Prosta i konkretna propozycja. Nie kieruj się uprzedzeniami, nie oceniaj ludzi po pochodzeniu, nie wyrokuj nie zadając sobie minimum trudu zobaczenia tego, co to już go oceniłeś. Bartłomiej poszedł. I pewnie, obrazkowo nazywając, zgłupiał, gdy usłyszał to, co usłyszał. Prosta i konkretna ocena jego osoby, a gdy dopytuje – skąd ten człowiek wie, gdzie on, Bartłomiej, się o Nim dowiedział, gdzie stał? Nikt nie mógł Mu o tym powiedzieć. Magik? Czarodziej? Jasnowidz jakiś? A może… Może ten Filip ma rację? I to na tego niepozornego człowieka, który do niego mówi, nie tylko oni, ale cały Naród Wybrany i w ogóle cała ludzkość czekała od lat?
Jezus mówi jednak od razu – tu nie chodzi o to, aby człowiek uwierzył, bo usłyszał coś, co o nim wiedzieć może tylko Bóg. Takie czary mary, żeby przekonać niedowiarka – tak, jestem Bogiem, więc ci pokażę, że wiem o tobie wszystko. Nie w tym rzecz. Chodzi o to, aby człowiek sobie samemu dał szansę, dając tę szansę… Bogu. Bóg nie uszczęśliwi ani nie zbawi nikogo na siłę.
Może być tak, że ta okazja zdarzy się kilka razy w życiu, może być tak, że tylko raz. Każdy z nas miał, ma, a może dopiero będzie miał w przyszłości takiego swojego Filipa, który przybiegnie do niego z tą nowiną o odkrytym Mesjaszu. Może to nie będzie dosłownie człowiek, który zrobi to w wyżej opisany człowiek – ale jakaś sytuacja, przebłysk, myśl, poryw serca: to Zbawiciel. W czym rzecz? Aby tego nie przegapić. Aby tej osoby czy myśli nie zbyć takim znudzonym Czyż może być co dobrego z Nazaretu i nie iść dalej swoją drogą, jakby nic się nie wydarzyło.
Bóg wchodzi w nasze życie, zaistniał jako człowiek w dziejach świata i ludzkości nie ot, tak sobie, ale dla naszego zbawienia,. Po to przychodzi i dzisiaj do każdego z nas. I kiedyś Jego kroki przecinają się z moimi, twoimi krokami. On chce uszczęśliwić mnie – ale nie tylko o moje szczęście chodzi. On chce, aby przez moje ręce ta Dobra Nowina szła dalej. Abym – tak jak Filip przybiegł do Bartłomieja – ja sam z tą Dobrą Nowiną pobiegł i niósł ją w swoje środowisko, między znajomych, przyjaciół, ludzi z którymi się stykam. Można siedzieć, znudzonym i zniechęconym, i lekceważyć Boga – tak jak to na dzień dobry zrobił Bartłomiej ze swoją aluzją do Nazaretu. A można to, co On chce każdemu dać, z radością przyjąć i wykorzystać.
Nie można bać się zrywać ze schematami i stereotypami. Tak, one krępują i to bardzo mocno niekiedy. Im bardziej zamknięta grupa, społeczność – tym trudniej się wychylić, zrobić coś co ogół może negatywnie odebrać jako swego rodzaju afront, wręcz wrogość z powodu podważania utartego sposobu postępowania w pewnych sytuacjach. Jezus pokazuje dzisiaj – nie bój się szukać i dociekać. Nie bój się wstać spod tego drzewa figowego, gdzie leniwie i być może wygodnie płynie ci życie. Ono się tam nie kończy – może cię zaprowadzić daleko, możesz odkrywać rzeczy i prawdy, z których istnienia nie zdawałeś sobie być może dotąd sprawy. O ile ci się zachce. O ile wstaniesz i pójdziesz się przekonać, co ten cały Jezus ci proponuje. O ile… dasz Bogu szansę.
Tu nie chodzi o to, że jak coś jest w pewien przyjęty sposób, możliwy do przewidzenia, nazwijmy to stały i powtarzający się – to jest złe. Nie można tak powiedzieć. Chodzi o to, aby się nie zamykać w wygodnej skorupce swoich przyzwyczajeń i nawyków – ale być otwartym także na to, co jest inne, nowe, na pierwszy rzut oka może niezrozumiałe czy dziwaczne. Jezus też był tak postrzegany – i czy mieli rację ci, którzy w ten sposób (albo i gorszy) Go postrzegali?
Bóg wzywa nas do aktywności. Wstań i chodź, choć pewnie w głowie ci się nie mieści, dokąd ta droga może prowadzić. I o to chodzi. O ufność wiary, otwarte serce i ręce gotowe do pracy na tej niwie życia, na którą wiedzie Jego Opatrzność. Czy Bartłomiej, wstając wtedy spod tego drzewa, zdawał sobie sprawę, że właśnie wszedł na drogę do świętości? Na pewno nie. A tam właśnie dotarł. I ta sama propozycja niezmiennie jest aktualna dla każdego z nas.
Szkoda czasu na przyklejanie innym łatek i ocenianie po pozorach czy schematach. Może się potem okazać, że życiowa szansa właśnie przeszła ci koło nosa. Życiowa? Tak, i to nie tylko po ludzku, w materialnym rozumieniu – bo dzięki niej możesz osiągnąć życie, które się nie skończy. Nie ma co wnikać – co w tym Jezusie pociąga, czym On przyciąga ludzi do siebie, czym zachwyca i sprawia, że ludzie za Nim idą. Jesteśmy różni – i różne są nasze pobudki, motywacje, bo historia każdego jest indywidualna i jedyna w swoim rodzaju. On odpowiada na potrzeby każdego z nas, do każdego potrafi trafić i zaproponować coś bardzo atrakcyjnego.
Nie ma na co czekać. Trzeba wyjść z siebie, zostawić schematy i uprzedzenia za sobą i nie wahać się pójść z Bogiem w nieznane.
>>>
Niby to urlop, ale siedzę – dzisiaj przeszło 9 godzin nauki. Siedzimy u teściów i tak wypoczywamy sobie jakby – ja na urlopie, żonka na zwolnieniu. I tak pewnie do końca przyszłego tygodnia – bo tutaj możemy być razem, ale i mam warunki (osobny pokój) do nauki – bo u nas w 1 pomieszczeniu trudno.
Siedzę i czytam, obserwuję pogodę za oknem – delikatnie mówiąc, dziwaczna: słońce i upał, za chwilę gradobicie i ciemno się robi, wicher wieje, i zaraz znowu słońce.
Jutro pozbywam się sprzedanego PCta. Heh, trzeba się na laptopa przerzucić. Swojego z domu nie brałem – póki co, od teścia piszę 🙂
No i bardzo dziękuję za życzliwe słowa pod ostatnią, rocznicową naszą, notką.
1 rocznica
Człowiek się z człowiekiem spotkał,
Bóg sam drogę wskazał.Oto nowa życia zwrotka,
Człowiek się z człowiekiem spotkał.Można śmiało dalej kroczyć
Serce niosąc światu w darze –Człowiek się z człowiekiem spotka –
Bóg sam drogę wskaże.
A na okoliczność uczenia się do egzaminu wziąłem praktycznie 2-tygodniowy urlop, więc od jutra mam wolne. Więc pewnie niezbyt często coś napiszę. Ale o modlitwę w intencji tego mojego przyswajania wiedzy bardzo proszę.
Miłuj i daj się miłować
Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał , wystawiając Go na próbę: Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? On mu odpowiedział: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy. (Mt 22,34-40)
Jakby ludzi o dekalog zapytać – to pewnie niewielu byłoby w stanie powtórzyć. To, o co dzisiaj zapytano Jezusa, jest prostsze. To, co najważniejsze, podstawa, priorytet między innymi przykazaniami. Można powiedzieć – to, co najważniejsze, bez czego cała reszta, każda zachowana nawet zewnętrznie forma po prostu pozostaje tylko formą, tak naprawdę pustą bez treści.
Co jest najważniejsze? Miłość. Tak, ten tekst tego dowodzi – nie można powiedzieć, że nadinterpretacja, tradycja wybiórczo rozumiana, inne takie. Powiedział wprost. Będziesz miłował. Bardzo ważne. Nie kochał, lubił – ale miłował. Człowieka można nie znosić, można ostatkiem sił go tolerować – ale trzeba go miłować. Bóg wprost przez swojego Syna to nakazał. Właśnie tutaj. Każdego, bez wyjątku, nawet tego najgorszego bandytę, kryminalistę, recydywistę.
Nie można miłować Boga – a odwracać się plecami do człowieka. Niestety, czasami można zaobserwować takie postawy, nie uogólniam – chyba najczęściej u osób starszych. Bóg wskazuje jasno – On na pierwszym miejscu, ale człowiek nie dalej niż pół kroku za Nim. Nie ten człowiek, którego wypada albo opłaca się tolerować, być uprzejmym wobec niego czy nawet miłym, najbliższa rodzina (heh, z tym to też różnie bywa…). Każdy człowiek. Ten, który przejawu tej miłości, miłowania, czasami miłosierdzia w danej chwili potrzebuje.
Sama modlitwa nie wystarczy, odmawianie koronek, różańców, uczestnictwo we mszach i nabożeństwach. To ważne, ale to nie wszystko. Pozostajemy istotami społecznymi – żyjemy między innymi, w danym środowisku, między ludźmi. Ci ludzie potrzebują naszej miłości, naszego miłowania. Bardzo często tego nie okazują, ale czekają z utęsknieniem, aż ktoś ich zauważy, nie odtrąci, zaradzi – choćby dobrym słowem – ich różnorakim potrzebom. Finansowym – też – ale czasami wystarczy poświęcić uwagę, czas, postarać się, nawet gdy nie da się wspomóc finansowo (ale zazwyczaj się da – nawet w drobny sposób).
Ważna jest hierarchia, kolejność. Najpierw Bóg, potem człowiek. Można powiedzieć – jak to? Przed matką, ojcem, małżonkiem czy dzieckiem mam dać pierwszeństwo Bogu? Tak. To Bóg jest źródłem i najdoskonalszym przykładem miłości – i tylko od Niego ta nasza miłość, czy to wobec rodzica, małżonka czy dziecka pochodzi. Nie ma nic piękniejszego, niż miłość względem tych najbliższych powierzać najpierw w Jego ręce, Jemu oddawać – prosząc, aby On uzdolnił do tej najpiękniejszej miłości, która nie ma granic, nie stawia warunków, a bardzo często jest nawet wbrew czemuś.
Wtedy wszystko jest na swoim miejscu, wtedy jest właściwy porządek. Kiedy człowiek wszystko poleca najpierw Bogu, znajduje i czas, i siłę na całą resztę – rodzinę, przyjaciół, pracę, pasje. Bóg nie rozwiązuje, jak czarodziej za dotknięciem magicznej różdżki, wszystkich problemów i utrapień – co to, to nie. Ale wskazuje drogę i daje siły, aby człowiek się na niej nie pogubił. I przede wszystkim – uczy doskonale miłować.
Modlitwa to nigdy nie jest stracony czas. Nie masz czasu? Masz, tylko się do tego nie przyznajesz – celowo (tym gorzej o tobie to świadczy), albo po prostu nie zauważasz że ten czas łatwo można znaleźć (pół biedy). Idziesz gdzieś, jedziesz, zamyślasz się – to jest dobry czas. Nie zawsze masz po drodze kościół (może warto zmienić trasę czasami?) czy kaplicę – ale wznieść swoje myśli i porywy serca do Niego możesz zawsze. Choćby teraz. Spróbuj. To nie boli i nic nie kosztuje. A przynosi piękne owoce. Spróbuj – jak wiele daje ufne zawierzenie Źródłu Miłowania.
Bo czym jesteśmy bez miłości? Niczym. Trupami, o jakimi w I czytaniu mówił Ezechiel (Ez 37,1-14). Skórą i kośćmi, w których brakuje życia. Owszem, takie trupy mogą żyć, chodzić, egzystować – czasami patrząc w oczy i twarze niektórych osób, widzisz że albo niedaleko im, albo już prawie takimi trupami się stali. Bez Boga, bez miłości, bez miłowania. Wielka samotna pustka. Co się stało? Każda historia jest inna. Chcesz takim być? Na pewno nie. Więc miłuj – Boga, ludzi – i daj się miłować. A może nie tylko uda ci się uniknąć zostania takim (żywym) trupem – ale i jednego czy drugiego takiego trupa przywrócisz do życia miłowaniem?
>>>
Z jednej strony, żyć na wsi musi być sielsko, spokojnie, pięknie, powoli… Z drugiej – jak czytam o księżach, którzy nakręcają nagonkę na Bogu ducha winnego parafianina, wierzącego człowieka, który wiele dla parafii zrobił, tylko dlatego że ośmielił się (!) zagrodzić swój teren prywatny – to mi się nóż w kieszeni otwiera.
Ani to upomnienie, o którym Jezus uczył, ani w tym miłosierdzia czy autentycznej troski o cokolwiek czy kogokolwiek nie widzę. Tylko durne wieszanie psów na zwykłym człowieku – pod czujnym okiem… proboszcza.
>>>
Żonka po USG i konsultacji z ginekologiem – nasze szczęście ma 3,5 cm, widać rączki, nóżki, palce, oczodoły, serduszko bije jak szalone. Jest pewien wirus, z którym będzie problem, ale to wszystko składamy w Boże ręce. Najlepsze, jakie są. Jeśli zechcesz się za nas pomodlić – będziemy wdzięczni.
Jest okazja. W niedzielę – nasza 1. rocznica 🙂
Czym jest to ucho igielne, interesowność ludzka i obietnica
Jezus powiedział do swoich uczniów: Zaprawdę, powiadam wam: Bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz wam powiadam: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego. Gdy uczniowie to usłyszeli, przerazili się bardzo i pytali: Któż więc może się zbawić? Jezus spojrzał na nich i rzekł: U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe. Wtedy Piotr rzekł do Niego: Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy? Jezus zaś rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy. Wielu zaś pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi. (Mt 19,23-30)
Dyskretna obecność kochającej Matki
W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana. Wtedy Maryja rzekła: Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją. On przejawia moc ramienia swego, rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia. Ujął się za sługą swoim, Izraelem, pomny na miłosierdzie swoje jak przyobiecał naszym ojcom na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki. (Łk 1,39-56)
Jesteś człowiekiem Boga, W drodze i dr House
- Agrowakacje – wypoczynek w gospodarstwie na wsi – może nie renesans, ale czy nie tego właśnie większość szuka, uciekając od zgiełku miasta? Ostatnio mocno się przekonuję – urlop chyba tylko ma sens, gdy nie leży się bez sensu w domu, ale zmienia się otoczenie – wyjeżdża gdzieś.
- O posłudze biskupiej w biednej Brazylii – rozmowa z bpem Edwardem Zielskim z diecezji Campo Maior – o specyfice brazylijskiego Kościoła, teologii wyzwolenia i konieczności zmiany podejścia i mentalności w Kościele nie tylko tam, ale i w Polsce (ciekawe sformułowanie – Kościół jest za bardzo trydencki)
- Siostry benedyktynki w protestanckiej Szwecji – niezwykła historia konwersji zakonnic z luterańskiego (!) zgromadzenia Córek Maryi, które przez wiarę doszły do Kościoła katolickiego
- Cudowna prostota bł. Jana XXIII – Papież Uśmiechu we wspomnieniach współpracowników z czasów, gdy pracował jako nuncjusz w Stambule
- Wspomnienie o śp. ministrze Tomaszu Mercie – nie tylko zaangażowanym w sprawy państwowe, niezwykłym erudycie, specjaliście cenionym przez wszystkie opcje polityczne, ale także kochającym mężu i ojcu, który innych prowadził do wiary
Wiem, dużo tego. Ale to tylko jeden numer GN. Dlatego tym bardziej zachęcam do kupowania i czytania w wersji papierowej.
>>>
W Empiku – nie można powiedzieć, zdecydowane jedyne miejsce, w którym można kupić każdy chyba krajowego formatu tytuł pisma katolickiego – sięgnąłem po najnowszy numer dominikańskiego W drodze. Tak z ciekawości. Wydaje mi się, że podobnych są 2 inne – Znak i Więź (obydwa miesięczniki). Znak jakiś bardziej krzykliwy się wydawał, Więzi nie widziałem – więc kupiłem W drodze.
Nie przeczytałem całości – 120 s. – ale na początku kilka tekstów poświęconych Solidarności, tekst Cenckiewicza o tragicznie zmarłej w Smoleńsku Annie Walentynowicz, a nawet interesujący artykuł Magdaleny Buczek o współczesnym rozumieniu pojęcia solidarności, tym czym ona była dla Polski lat 80., czym powinna być, a czym jest dzisiaj.
Kilka ciekawych cytatów z Jana Pawła II, wykorzystanych w tekście poświęconym Solidarności o. Macieja Zięby OP:
Doświadczenie Solidarności – doświadczenie mądrego samoograniczania się i współodpowiedzialności za losy kraju – winno więc i dzisiaj inspirować życie społeczne. Ma ona bowiem wymiar uniwersalny i ponadczasowy charakter. To dlatego, w imię przyszłości, jej dziedzictwo winno być stale na nowo odkrywane, pogłębiane i przeżywane. (przemówienie do Polaków, Bruksela 19.05.1995)
Konieczna jest dziś w Polsce wielka zbiorowa solidarność umysłów, serc i rąk – solidarność zdolna przezwyciężać podziały i rozbieżności, by konsekwentnie i z poświęceniem można było budować społeczeństwo bardziej sprawiedliwe, wolne i dostatnie. (do pielgrzymów NSZZ Solidarność, 11.11.1996)
Potem dwa interesujące teksty odnośnie… Dra House’a. Chyba każdy wie, co to jest – aż się zdziwiłem. Obydwa stanowią odmienne choć o zbliżonych wnioskach próby rozpracowania tej fikcyjnej, aczkolwiek bardziej niż popularnej, postaci dziwacznego genialnego diagnostyka. Kilka niezłych spostrzeżeń z drugiego z nich – autorstwa o. Romana Bieleckiego OP:
Jak mawiał Gogol: Z czego się śmiejecie, sami z siebie się śmiejecie. Dostrzegam w tym serialu wiele stycznych z codziennymi problemami. Podobnie jak Greg jesteśmy śmieszni w sprawach poważnych i śmiertelnie poważni w sprawach śmiesznych. Bywa, że jak dzieci, którym ktoś nagle zabrał zabawki, w chwilach niepowodzeń, obrażamy się na cały świat. Domagamy się wyników, jasnych i czytelnych, a w chwilach bezradności, kiedy nie umiemy pomóc, odczuwamy dziwny niepokój, podpięty nerwowym uczuciem zawodności. Chcąc, by wszystko było na naszych warunkach: i smutek, i żal, często sami wkładamy się w przegródkę wrażliwych samotników, co to wszystko widzieli i wszystko znają. Mamy swój vicodin uśmierzający nasze okręty, a także swoje okręty flagowe, podobne do słynnej serialowej sentencji „każdy kłamie”, i nierzadko niesiemy je wysoko na prywatnych sztandarach, traktując je niczym życiowe motta, co to nam wszystko wytłumaczą. (…)
Czy wobec tego należy unikać House’a? Bez przesady, nie jesteśmy jako chrześcijanie stadem bezmózgowców. Dr House to po prostu dobry serial z dobrze napisaną psychologicznie postacią, wciągającą akcją i bardzo dobrym drugim planem. To naprawdę tylko mały kawałek rzeczywistości, w której zaledwie tłem do dalszych rozmyślań są szpitalne wnętrza. W końcu to nie lekarskie zagadki, wielokrotnie analizowane przez fanów serialu, i z bezwzględną precyzją demaskowane błędy doktora, ale wszystko to, co się dzieje poza nimi, daje nam do myślenia. Możemy się z tym nie zgadzać, ale całość ogląda się z satysfakcją i błyskiem w oku.
Nie popadajmy w paranoję. To nie jest tak, że chrześcijanie mają oglądać jedynie filmy o świętych i męczennika. Nie jesteśmy przecież idiotami. A oglądamy takie rzeczy jak Dr House, Lost, Gotowe na wszystko, Sześć stóp pod ziemią czy Dobrą żonę nie po to, aby je naśladować, ale po to, aby się czegoś dowiedzieć. Kościół nie jest neurotyczną starszą panią, która widzi we wszystkim obrazę, zgorszenie, zagrożenie. Mam głęboką wiarę w Kościół, który się nie lęka, ale niesie nadzieję. Nie jest od tego, aby oceniać wszystko z punktu widzenia moralności chrześcijańskiej i stawiać pieczątki: dobre, niedobre. Oczywiście, tak było by łatwiej. Można się poczuć zwolnionym z używania rozumu.
Interesujące jest to pismo, na razie doszedłem do jakiś 2/3 numeru, czytając w drodze z pracy wczoraj i do pracy dzisiaj. Chyba skończy się prenumeratą (w końcu na każdym numerze oszczędzę 3 zł), a dodatkowo dają 20% rabatu na książki wydane przez dominikańskie wydawnictwo o tej samej nazwie. Kuszące 🙂
Co nie zmienia faktu, że żeby wyrobić sobie opinię, muszę poczytać pozostałe – Znak i Więź.
>>>
Piękny tekst, również z recenzji z GN zaczerpnięty, z powieści Franka Perettiego Nawiedzenie – a swoją drogą świetne uzupełnienie tego, co powyżej napisałem odnośnie refleksji o sobie samym w kontekście rozmowy z x J.:
Jesteś człowiekiem Boga, to twoje powołanie, więc się nie martw. Po prostu wierz. Cokolwiek wpadnie ci w ręce, rób to z całym przekonaniem. Bóg zdziała resztę. I nikomu nie pozwól stłumić w sobie ognia. Słyszysz?