Żeby dobrze mierzyć i dać się dobrze zmierzyć

Jezus powiedział do swoich uczniów: Powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. Jeśli cię kto uderzy w jeden policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty. Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie! Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesznikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać. Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie. (Łk 6,27-38)
Na swoim blogu Jan Turnau nazwał ten tekst radykalnymi przykazaniami Ewangelii,  radośnie wskazując, że na dodatek jest ich więcej niż 10. Słusznie, rzekłbym. Życiowi (…) optymiści zaraz westchną, stękną, jękną – co, znowu jakieś wymogi i podwyższanie poprzeczki? Tak właśnie. Bo Ewangelia i Dobra Nowina nie jest dla mięczaków, leserów czy ludzi, którzy we wszystkim chcą iść na łatwiznę. Taką drogą może i w wiele miejsc czy na wiele stanowisk można się dostać – ale nie w relacji człowiek-Bóg, w tym życiowym wyścigu o szczęście wieczne. 
No i pojawia się problem. Bo jak to, co napisane powyżej, co sformułował Ewangelista, wspominając słowa Jezusa, zestawić z poprzednim tekstem, popełnionym na tym blogu, gdzie mówiłem co nieco o rozumie i konieczności używania go? Z technicznego punktu widzenia, kierując się choćby elementarną troską o potrzeby swoje i najbliższych – trudno porozdawać wszystko ludziom naokoło, potrzebującym (albo też naciągaczom wyglądającym na potrzebujących – niestety, im dłużej patrzę, tym bardziej mam wrażenie, że naciągaczy i leni jest dużo więcej niż tych naprawdę potrzebujących, i na ulicach zaczepiają po prostu menele, a nie naprawdę ubodzy, bez grosza i bez perspektyw) i jakoś dać sobie radę. Bo pewnych zasobów – jeśli nawet nie dla siebie, to dla rodziny, dzieci – człowiek potrzebuje, żeby jakoś funkcjonować. Nie ma nic za darmo, prawda? A życie kosztuje. 
Podziwiam takich, którzy potrafią zdobyć się na radykalne ubóstwo i życie tylko z jałmużny. Jak to zapoczątkował pewnie jakieś… 800 lat temu Franciszek Bernadone, którego świat poznał jako św. Franciszka z Asyżu, a któremu w młodości daleko było do czegokolwiek (poza bogactwem i zbytkiem), a na pewno do świętości. Jego optyka zmieniła się jednak zasadniczo – i dzisiaj Kościół czci go jako założyciela, pomysłodawcę zakonów żebraczych, które bardzo prężnie działają na całym świecie (nawet w miejscach tak dziwnych, choć niestety – na pewno misyjnych – jak Bronx w USA). Nic nie mają, nic nie gromadzą – potrzebują tylko swojej prostej celi i habitu. Nic nie przyjmują na własność, żeby ich to nie obciążało. Tylko proszą o wsparcie. 
Nie każdy z nas może być franciszkaninem czy pustelnikiem. Nie każdy ma dany taki charyzmat. Zresztą, świat chyba by sobie nie poradził, gdyby cała ludzkość nagle zamknęła się w pustelniach czy klasztorach. Każdy ma swoją drogę, którą kroczy – charyzmat np. franciszkański otrzymują tylko niektórzy. Człowiek żyjący sam może sobie pozwolić na dowolne rozdysponowanie tym, co ma – może to rozdać wszystko, co ma, żyć z jałmużny. Odpowiadając za dom, za dzieci – nie można, bo trzeba się o nie troszczyć, zapewnić im podstawowe sprawy, edukację, miejsce do życia, dom – wiemy, o co chodzi.
Ale ta cała rzeczywistość stadnego, rodzinnego z odpowiedzialnością za członków rodziny i ich słuszne potrzeby życia nie zwalnia z odpowiedzialności, którą wskazuje dzisiaj Ewangelia. O ile zawsze sam miałem problem z tym nadstawianiem drugiego policzka – to nie da się ukryć, nie możemy zapominać o wszystkich tych, którzy są w sytuacji o wiele gorszej niż my sami – bo nie mają dachu nad głową, bo są bezdomni, bo nie mają pracy (nie z własnej winy), itp. 
Mamy do dyspozycji wiele dóbr – i przy racjonalnym gospodarowaniu tymi, nawet niewielkimi, środkami, jakie mamy na swoje i rodziny utrzymanie – można i trzeba pomagać innym. Pewnie – można wyjść z założenia a kto mi pomoże? i przejadać każdą złotówkę. Tylko wtedy Dzień Sądu może się okazać bardzo nieprzyjemną niespodzianką. Tak, to jest egoizm. Nie mówię o tym, aby rozdać majątek rodziny i zostać bez dachu nad głową – nie, nie o to chodzi. Ale o umiejętne wspieranie tych, którzy tego wsparcia naprawdę potrzebują. Czy to przez regularne datki na Caritas, PAH czy inną organizację, ogólnie niosącą pomoc albo jakiejś konkretnej grupie potrzebujących. Albo zwyczajnie – pomagając samemu, nie tak anonimowo, komuś o kim wiesz, że tej pomocy potrzebuje, a najczęściej wstydzi się o tym mówić, o tę pomoc prosić. Być może twoim zadaniem jest właśnie pomoc takiej osobie, Bóg stawia cię na jej drodze, abyś ją wsparł. 
Niech to będzie radykalne – nie lekką ręką przekazanie czegoś, z czego zbywa, ale miłosierny gest oddania czegoś, co oznacza dla mnie samego wyrzeczenie. Zrezygnować z czegoś dla siebie – żeby kogoś tym uszczęśliwić, pomóc, wesprzeć. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie! W życiu różnie bywa – kto wie, czy za jakiś czas ja sam nie będę takiej pomocy potrzebował? Wtedy pewnie łatwo jest złorzeczyć, widząc zbytek bogatych albo po prostu dość dobrze sytuowanych – z których niewielu pomaga potrzebującym. A teraz odwróć sytuację – czy tak właśnie sam nie postępujesz? Czy na pewno nie ma w twoim comiesięcznym budżecie pozycji, z których spokojnie mógłbyś zrezygnować, żeby zamiast tego pomóc komuś bezinteresownie?
Nie po to, aby być mecenasem biednych. Nie po to, żeby sąsiedzi i znajomi zachwycali się nad twoją dobroczynnością. Nie po to, aby odbierać później różne dziwne nagrody i wyróżnienia (choć dobrze, że one są, że pokazuje się tych, którzy pomagają innym) za swoją działalność, żeby w gazetach błyszczeć jako dobroczyńca. Nie dla siebie i własnej pychy czy zagłuszenia swojego sumienia – ale bezinteresownie, dla drugiego, nawet zupełnie obcego czy nieznanego człowieka. Dla jego dobra.
Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane. Z tej końcówki wyraźnie wynika – tu nie chodzi tylko o ten aspekt materialny, o kwestię konkretnego wsparcia dla biednych. Tu chodzi o całość podejścia do życia – którego to właściwego, prawdziwie chrześcijańskiego podejścia logicznym następstwem jest wspieranie potrzebujących.
I to wszystko, nade wszystko nie oczekując wzajemności, nie licząc na nią. Może nawet przede wszystkim dla tych, którzy nie podziękują, nie docenią może nawet tej pomocy, a kto wie czy nie zbluzgają czy nie zmieszają z błotem w stylu a czemu tak mało, co ja z tym zrobię, potrzebuję więcej… Czy Bóg kocha tylko tych, którzy Jego kochają? Na pewno nie – dawał temu wyraz wiele razy. Bardzo często działa, aby człowiek się sam nie unicestwił – wbrew niemu. Ale tak naprawdę – dla jego dobra. 
Bądź spokojny. To, że obdarowany nie doceni twojej pomocy, to jego strata. Bóg wszystko widzi – i raduje się tym, co płynie z czystego serca, z miłości, z miłosierdzia. U Niego to nigdy nie pójdzie w zapomnienie. Kto wie, czy kiedyś, na samym końcu, właśnie taki jeden czy drugi bezinteresowny dobry uczynek nie zadecyduje o tym, co stanie się z twoją duszą, jak Bóg ją zmierzy?

Ruszać głową z głową

Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. Bo któż z was, chcąc zbudować wieżę, nie usiądzie wpierw i nie oblicza wydatków, czy ma na wykończenie? Inaczej, gdyby założył fundament, a nie zdołałby wykończyć, wszyscy, patrząc na to, zaczęliby drwić z niego: Ten człowiek zaczął budować, a nie zdołał wykończyć. Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie usiądzie wpierw i nie rozważy, czy w dziesięć tysięcy ludzi może stawić czoło temu, który z dwudziestoma tysiącami nadciąga przeciw niemu? Jeśli nie, wyprawia poselstwo, gdy tamten jest jeszcze daleko, i prosi o warunki pokoju. Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem. (Łk 14,25-33)
Czy Jezus w tym tekście każe nam nienawidzić rodziców, małżonka, dzieci czy rodzeństwo? Czy takie jest prawdziwe przesłanie tego tekstu? Oczywiście – nie. Bo jest w tym wszystkim drugie dno tak zwane. Bo nauka Jezusa to nigdy nie nienawiść (co najwyżej współczucie, napominanie, wskazywanie właściwej drogi i nazywanie po imieniu tego, co złe i do zła prowadzi). 
Człowiek nie ma między uszami sznureczka, który utrzymuje przy głowie uszy i nie pozwala im odpaść – mamy w głowie, pomiędzy tymi uszami, mózg i rozum, który nie został stworzony po to, aby był, ale aby człowiek z niego korzystał, używał go i to z głową, o ile można tak powiedzieć. Ruszać głową z głową. Przykład Jezusa jest jasny i klarowny, a wręcz dwa przykłady – czy to kalkulowanie człowieka, któremu zamarzyła się budowa wieży, czy też strategia władcy, którego czeka najprawdopodobniej walka z nieprzyjacielem. 
To, co od Boga dostajemy, to dary, które mają współistnieć, współdeterminować naszą osobowość, nasz sposób bycia. Pomagać nam. Pokora, prostota serca, dobroć i wiele innych cech, jakie powinny charakteryzować człowieka Bożego – one w żaden sposób nie oznaczają, iż człowiek nie powinien używać swojego rozumu we właściwych celach. Aby swoje życiowe cele osiągać, a zarazem unikać popełniania błędów, które mogą zaważyć na moim dalszym życiu, wpłynąć na nie w jakiś sposób wyjątkowo np. bolesny czy tragiczny. 
To samo stało przed tym budowniczym. Na pierwszy rzut oka – kasę na fundamenty i projekt wieży miał, więc nad czym się zastanawiać? Dawaj, nająć ludzi, wykonawców, i lać fundamenty. Pieniądze na dalszą pracę? Spokojnie, znajdą się – przecież to za jakiś czas… Tak? Bóg mówi – nie. Nie można patrzeć tylko na to, co tutaj, teraz, dzisiaj. 
Życie człowieka wiary to życie do przodu, życie zorientowane na osiągnięcie celu – zbawienia wiecznego. A do niego droga daleka – więc i dość daleko myślami należy wybiegać w przód. Tak samo przy tym budowaniu. Mało to naokoło w naszej własnej polskiej rzeczywistości stoi, a właściwie straszy, takich betonowych czy żelaznych szkieletów ludzkich marzeń, planów i aspiracji, osób które się przeliczyły z możliwościami finansowymi, i niekiedy bankrutując z powodu braku kalkulacji, pogrzebały nie tylko to swoje marzenie – tę inwestycję konkretną – ale utraciły dorobki całego życia? Tu nie tylko chodzi o drwiny – choć na pewno są bolesne, bo ranią ludzką dumę – tutaj stracić można o wiele więcej.
To samo z królem, decydującym o posunięciach całego państwa. Owszem, historia pokazała nie raz, że garstka naprawdę świetnych żołnierzy za cenę niekiedy życia potrafiła stawić czoło o wiele razy silniejszym siłom wroga… ale to chlubne, jednak nadal wyjątki. Jaką szansę ma wojsko, próbujące odeprzeć atak, zwyciężyć w konfrontacji z wrogiem dwa razy silniejszym? Niewielkie. 
Wielka władza, siła – to również wielka odpowiedzialność. Król może lekkomyślnie rzucić na szalę życie poddanych – jak jednak zostanie zapamiętany? Czy bezmyślnie przelewający krew władca ma szansę trafić do annałów? Pewnie tak – ale raczej z mało chlubnego powodu, nie mówiąc o tym, czy dotrwa do końca rządów, czy nie zostanie zabity przez niezadowolonych poddanych. Życie ludzkie należy cenić – a mądry i światły władca musi wiedzieć, kiedy ambicja i pycha muszą ustąpić po prostu chłodnej kalkulacji i rozsądnej ocenie sił. I kiedy taki wynik jest jednoznacznie negatywny – uprzedzać wroga, proponując pokojowe rozwiązanie konfrontacji.
Dobry Bóg dał nam rozum, abyśmy z niego jak najczęściej i jak najlepiej korzystali. Nie, rozumu nie można zużyć, za to można bezsensownie go nie wykorzystać i zmarnować. Każdy z nas ma pewną twórczość, jaką powinien zrealizować – inwestor ma do postawienia budowlę, na którą musi wystarczyć środków, a władca ma rozsądnie kształtować kontakty z innymi państwami, używać siły gdy to w ostateczności koniecznie i ma szanse na zwycięstwo nie tylko na granicy błędu statystycznego. 
Boża iskra rozpala w nas ten zapał, dążenie do pozostawienia czegoś po sobie. I nie ma w tym nic złego – wręcz przeciwnie, nie można pozwolić sobie na lenistwo i zwykłe obserwowanie życia, bycie niemym i znudzonym widzem. Czas ucieka, wieczność czeka – nie raz to powtarzamy. Wieczność czeka na ludzi, którzy biorą los w swoje ręce, tworzą, twórczo wykorzystują czas, inspirują, budują. Naprawdę, nie stać nas na to, aby życie przespać, aby przeleciało nam przez palce. 
W tym wszystkim, co robimy, czego się podejmujemy, za co się zabieramy, musimy kierować się jednak pewnymi kalkulacjami, bez których w materialnym ziemskim świecie nie sposób się poruszać. Otwarte serce, dobroć – też. Ale nie sposób z marzeniami, ich spełnieniem, realizacją planów i zamiarów poradzić sobie bez trzeźwego, realnego spojrzenia na szanse realizacji, na możliwości (choćby te finansowe – w końcu to nic innego jak matematyka). 
Zatem – do pracy! Nie bój się budować i tworzyć – ale równocześnie pamiętaj, że choć Bóg nie raz i nie dwa razy czynił cuda, to jednak nie należy Go wystawiać na próbę założeniami w stylu Boże, wiesz że to dobre, jeśli chcesz to możesz mi zesłać z nieba górę pieniędzy… Pewnie, może. Ale może chce, abyś się wysilił, i po prostu przemyślał skalę swoich planów, policzył koszty i wykalkulował to jeszcze raz? Jak się za coś bierzesz – to po prostu porządnie, przemyślawszy wszystko.

A wracając do tej nienawiści rodziny – o co chodzi? O żadną nienawiść – a umiejętność dystansu. Właściwej hierarchii: najpierw Bóg – dalej cała reszta: rodzina, miłość, marzenia i plany. Boga nie musimy kalkulować – ale co do pozostałych, tak, trzeba. Żeby nie brać się za coś, co z pozoru wydaje się dla mnie, a jednak nie jestem przekonany, brakuje mi zaparcia i woli realizacji tego. Żeby nie zranić w ten sposób siebie i innych. Oczywiście, wszystkie te kwestie – rodzina, miłość, marzenia – są wykonalne, pewnie – ale wymagają Bożej siły, aby podołać.

Bóg jest najważniejszy, wieczny, i relacja na linii ja-Bóg musi być priorytetem, pewnikiem, punktem odniesienia. Cała reszta jest zmienna, przemija – jak wszystko, co ludzkie. I ta różnica musi być wyraźnie wskazana. Czemu tak ostre słowa, mowa aż o nienawiści? Ano może stąd, że tak ciężko do nas cokolwiek dociera… Takie celowe Jezusowe przejaskrawienie.

Życie – dwie strony tego samego medalu

Heh… Dziwnie tak.

Z jednej strony – bardzo bliska przyjaciółka teściów, właściwie taka przyszywana ciotka Natuszki mojej, kiedyś mieszkająca na przeciwko ich w bloku, trafiła w zeszłym tygodniu do szpitala. Wszystkich blady strach ogarnął – najprawdopodobniej nowotwór. Właściwie to prawie na pewno. I okazało się – faktycznie. Potem jeszcze doszło – chyba są przerzuty na wiele organów… Osoba ta podłamała się, kolejne badania przyjmowała z rezygnacją, czekając tylko na wyniki i diagnozę jak na wyrok. Jakby nie patrzeć – trafiła do szpitala nie przypadkiem, a z powodu bólów, z którymi sobie nie radziła.

Przyczyna dość prozaiczna – pani ta, mieszkająca w mieście kiedyś, dobrych kilka lat temu wróciła w wiejskie rodzinne strony, by zająć się wymagającymi opieki swoimi, nieżyjącymi już dziś, rodzicami. I tak zajmowała się najpierw do śmierci ojcem, zmarł dość dawno, a potem mamą – w ostatnich latach życia w bardzo zaawansowanym Alzheimerze, niepoznającą nikogo, oderwaną jakby od rzeczywistości, jak dziecko którego z oka nie sposób spuścić, żeby sobie czy komuś innemu krzywdy nie zrobiła… A w międzyczasie niekończące się łożenie finansów na studia obydwojga dzieci (osoby już bliżej 40. niż 30. …), które co raz studia podejmowały, i jakoś do dzisiaj żadnych nie skończyły, ani jedno ani drugie. W tym wypadku – ewidentnie, niestety, ambicja matki (wykształcona, po studiach technicznych) wzięła górę nad predyspozycjami i możliwościami dzieci, które to dzieci jednocześnie nie umiały? nie chciały? wytłumaczyć jej, że studia nie są dla nich.

W tym wszystkim – osoba ta w ogóle nie miała czasu dla siebie, nie robiąc pewnych dość prozaicznych badań, jakie kobiety robić co jakiś czas powinny. I tak to się skończyło. Teściowie jeździli do niej, na przemian z jej córką (teraz ona obok teściów mieszka z mężem), z obiadkami i wizytą – na marginesie, ci teściowie moi to ludzie naprawdę do rany przyłóż, nikt nie prosił i nie musiał ich prosić o pomoc – sami się zaoferowali i jeżdżą właściwie jak nie codziennie, to co drugi dzień.

Wszyscy siedzieli i czekali jak na wyrok faktycznie – od lekarzy teściowie dowiedzieli się, że podejmą leczenie, o ile nie będzie przerzutów. No i wczoraj – zwycięstwo! Nie ma przerzutów, będzie leczenie, chemioterapia i co tam potrzeba. Od razu osoba ta zmieniła nastawienie, bardziej optymistycznie – jest cel, jest szansa, nowa nadzieja. Jakby nowe życie.

I to jest część pozytywna. Negatywna… Dzisiaj, właściwie przypadkiem, odebrałem smsa ze spóźnionymi życzeniami na naszą rocznicę, przysłanego przez Z. – moją jeszcze koleżankę z liceum, która wspólnie z żonką i ze mną kończyła prawo. Mama Z. – zdecydowana, ale równocześnie przesympatyczna, ciepła i miła osoba – od kilku lat walczyła z nowotworem. Właściwie żyła i walczyła wbrew temu wszystkiemu, co diagnozowali lekarze, przy pierwszej diagnozie sprzed lat pewnie 6 czy 7? dający jej… pół roku. Nie dała się – walczyła. Cieszyła się strasznie, gdy 3 lata temu Z. wychodziła za mąż. Gdy Z. pod koniec studiów urodziła ślicznego synka – jej mama cieszyła się upragnionym wnukiem. Z. od razu po porodzie, w tym samym roku, obroniła magisterkę – mama była dumna. Widać po niej było – zmarniała, schudła, była jakby cieniem osoby, którą kilka razy widziałem w czasach liceum jeszcze.

Dzisiaj Z., poza życzeniami, przepraszała, że tak późno. 21 sierpnia jej mama przegrała walkę z rakiem. Aż się zdziwiłem – tydzień temu taka tragedia, a ona jest w stanie już myśleć o czymś tak przecież w kontekście tego nieistotnym jak rocznica ślubu przyjaciół? Gdy się ostatnio, albo przedostatnio, spotkaliśmy – mówiła i widać było, że ciężko jest, bo medyczne drogi i sposoby nic już mamie nie pomagały, ktoś tam sugerował rodzinie jakiś uzdrawiaczy itp…

Życie bardzo złożone jest. Jak bardzo potrafi zaskakiwać, pozytywnie a czasem negatywnie. Jak bardzo ludzkie życie jest kruche, delikatne – możesz mieć plany, marzenia, i jedna diagnoza… No właśnie. Nawet najgorsza diagnoza może albo zniechęcić i odebrać wolę czegokolwiek, albo jak nic innego zmotywować do walki o wyrwanie śmierci każdego dnia życia. Dwie historie ludzi, którzy pewnie nigdy się nie zetknęli, nie wiedzieli o sobie. Jedna osoba – widmo śmierci, brak nadziei i nagle nowa nadzieja, wola walki, szansa! Druga osoba – walka od lat, jakby życie wbrew wszystkiemu – i jednak śmierć.

Więc dzisiaj modlimy się – o siły i powrót do zdrowia dla cioci żonki z jednej strony, i o niebo dla mamy Z. i siły dla niej samej z drugiej.

Miejsce u szczytu Bożego stołu

Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. I opowiedział zaproszonym przypowieść, gdy zauważył, jak sobie pierwsze miejsca wybierali. Tak mówił do nich: Jeśli cię kto zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: Ustąp temu miejsca; i musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce. Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. Wtedy przyjdzie gospodarz i powie ci: Przyjacielu, przesiądź się wyżej; i spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. Do tego zaś, który Go zaprosił, rzekł: Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych. (Łk 14,1.7-14)
To, o czym mówi do nas Bóg, nigdy nie jest wydarte z kontekstu, zawieszone jakoś abstrakcyjnie w przestrzeni ewangelicznej. Jako że ma to mieć odniesienie do życia każdego z nas, ma pomagać każdemu we właściwej ocenie pewnych sytuacji, póz i zachowań, aby postępować samemu właściwie – zawsze można to, o czym On mówi na kartach Pisma odnieść do rzeczywistości, także nam współczesnej.
Jezus dzisiaj mówi o tym na samym już początku. Ewangelista wprost pisze – to, co w tej konkretnej sytuacji Jezus powiedział, to odpowiedź na złe zachowanie, nie tylko brak kultury, ze strony faryzeuszów. Potrzeba sytuacji – to, czego On i uczniowie są świadkami – jakby wywołuje Go do tablicy, i On sam tłumaczy, jakie postępowanie jest prawidłowe w kontekście tego, co wszyscy obserwowali. A prawidłowe było coś zupełnie odwrotnego.
Nie mówiąc o tym, że w ogóle ludzie pyszni są – jedni mniej, inni bardziej – to chyba nikt nie powie mi, że nie lubi być na świeczniku, nie lubi brylować w towarzystwie, być kulturalnym czy towarzyskim punktem odniesienia, takim co to w gronie przyjaciół czy szeroko pojętym towarzystwie wszyscy go słuchają, jakby spijają mu słowa z ust. Jesteśmy pyszni – zwykle bez względu na to, czy posiadamy pewne cechy, które w pewnym sensie faktycznie można uznać za celowe do naśladowania, czy też nie. 
A jak już jesteśmy pyszni – to nie myślimy i się pchamy czasami gdzieś, gdzie niekoniecznie jesteśmy mile widziani. Choćby właśnie w kwestii tego, gdzie siadamy przy stole, gdy ktoś gdzieś zaprosi. Może w takich sytuacjach i otoczeniu rodzinnym nie ma to większego znaczenia, kto koło kogo i gdzie usiądzie – jednak w czasach współczesnych Jezusowi, ale i dzisiaj w środowiskach biznesowych, w sferach politycznych czy szeroko pojętej dyplomacji ma to znaczenie kluczowe. Spotkania, konferencje, sesje, zebrania – to jedno, ale wszyscy wiemy, jak bardzo wiele delikatnych i kluczowych spraw jest omawianych a niekiedy i ustalanych właśnie przy mniej formalnych okolicznościach, np. takiego właśnie spotkania przy stole.
I nie chodzi Jezusowi o to, aby pilnować swojej pychy przy zajmowaniu miejsc przy stole tylko, o ile zdarzy nam się znaleźć pomiędzy wielkimi tego świata, bo tak wypada. Chodzi o to, aby swoją pychę poskromić bez względu na okoliczności, bez względu na towarzystwo. Umiar jest cnotą – nawet w kwestii tak prozaicznej jak zachowanie przy stole czy zajmowanie przy nim miejsca. Czy warto brylować, szpanować, pchać się na miejsce na czele stołu – aby gospodarz, dyskretnie acz stanowczo, musiał potem, niezręcznie dla siebie i dla proszonego, prosić o zmianę miejsca? A skoro wszyscy już pewnie miejsca zajęli – zostają miejsca ostatnie, i tam jak niepyszny musisz wtedy usiąść. 
Nie trzeba gwiazdorzyć. Nie trzeba i nie jest w dobrym tonie pchać się pomiędzy najważniejszych, na najlepsze miejsca. Gospodarz wie najlepiej – tobie może się wydawać, że zasługujesz na miejsce tuż obok niego, a jednak nie wiesz o jakimś znamienitym gościu, zaproszonym również, który jeszcze nie dotarł. A potem wstyd, kiedy ze względu na rangę czy pozycję gościa, gospodarz musi znaleźć mu miejsce obok siebie – i na ciebie pada, abyś przesiadł się gdzie indziej.
O wiele lepiej jest usiąść nawet z boku, na marginesie blichtru, poza centrum wydarzeń, tym wszystkim w co wszyscy zgromadzeni się wpatrują. Czy to jest gorsze miejsce? Czy nie jesteś wtedy uczestnikiem przecież tego samego przyjęcia, co ci wszyscy siedzący u szczytu stołu? Chociaż postawy i pozy mogą być z wyrachowaniem udawane i odgrywane – to jednak pokora i umiar są zawsze dobrze odbierane, bo to cnoty, których wielu dzisiaj brakuje. Gospodarz na pewno to zauważy – i zaprosi na bardziej eksponowane miejsce, co oznacza zaszczyt i wyróżnienie właściwie bez robienia czegokolwiek. 
Gospodarz to Bóg. On wywyższa nie tych, którym na wywyższeniu zależy czy zrobią wszystko, aby je osiągnąć – ale tych, którzy za sławą, miejscem w centrum, poklaskiem i chwałą nie gonią, którzy wręcz uznają je za zbytek i rzeczy niepotrzebne, a którzy prezentują sobą coś więcej niż próżność. Tych, którzy są cisi, pokorni sercem, nie grzeszą pychą. Bo o ile na salony naszego, materialnego świata, pewnie wszędzie można się wkupić – i zależy to co najwyżej od ceny – to na Boże salony, na Jego ucztę wyprawioną dla zbawionych nie da się wkupić, ani za żadne pieniądze, ani za nic innego. 
Tam może zaprosić tylko Gospodarz – tylko tych, którzy żyją jak wszyscy, którzy już w tej uczcie biorą udział, tak jak ci już w niej uczestniczący żyli w swoim życiu. Ubodzy w duchu, miłosierni, cisi, pokorni, sprawiedliwi, czystego serca, łaknący sprawiedliwości… To tacy zwyciężą naprawdę – nawet gdy po ludzku może się wydawać, że przegrali, że nic na tym świecie nie znaczyli. To oni znajdą miejsce u szczytu tego stołu, który w wieczności zastawia Boży Gospodarz.

O ile dasz Bogu szansę

Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy – Jezusa, syna Józefa z Nazaretu. Rzekł do niego Natanael: Czyż może być co dobrego z Nazaretu? Odpowiedział mu Filip: Chodź i zobacz. Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu. Powiedział do Niego Natanael: Skąd mnie znasz? Odrzekł mu Jezus: Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym. Odpowiedział Mu Natanael: Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś Królem Izraela! Odparł mu Jezus: Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: Widziałem cię pod drzewem figowym? Zobaczysz jeszcze więcej niż to. Potem powiedział do niego: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego. (J 1,45-51)

To z wczoraj, ze święta św. Bartłomieja, jednego z Dwunastu. Osoba, o której niewiele generalnie wiemy – poza tym, że on i wspomniany w tekście wyżej Natanael to ta sama osoba (nosił dwa imiona – Jan, spisując swoją ewangelię nazywał go drugim imieniem); i że zginął obdarty ze skóry – co widoczne jest w malowidłach przedstawiających go.

Na początku zachowanie typowe dla ludzi – ocenianie po stereotypach. Wielka, wspaniała i dobra nowina (Dobra Nowina?) – a jednak reakcją na nią jest tylko zgryźliwy, ironiczny i raczej trudno powiedzieć, że możliwy do wyjaśnienia inaczej niż stereotypowe szufladkowanie, komentarz w stylu stamtąd to nic dobrego być nie może. Paradoks – staje przed tobą (a konkretnie – Bartłomiejem vel Natanaelem)  człowiek, który mówi o odnalezieniu Mesjasza zapowiadanego i wyczekiwanego z utęsknieniem od setek lat, i co? Nie radość, nie nadzieja i ufność w rychłe zrealizowanie obietnic Pisma Świętego – tylko proste, ludzkie, tak bardzo małe i częste u nas niedowierzanie.

Chodź i zobacz. Prosta i konkretna propozycja. Nie kieruj się uprzedzeniami, nie oceniaj ludzi po pochodzeniu, nie wyrokuj nie zadając sobie minimum trudu zobaczenia tego, co to już go oceniłeś. Bartłomiej poszedł. I pewnie, obrazkowo nazywając, zgłupiał, gdy usłyszał to, co usłyszał. Prosta i konkretna ocena jego osoby, a gdy dopytuje – skąd ten człowiek wie, gdzie on, Bartłomiej, się o Nim dowiedział, gdzie stał? Nikt nie mógł Mu o tym powiedzieć. Magik? Czarodziej? Jasnowidz jakiś? A może… Może ten Filip ma rację? I to na tego niepozornego człowieka, który do niego mówi, nie tylko oni, ale cały Naród Wybrany i w ogóle cała ludzkość czekała od lat?

Jezus mówi jednak od razu – tu nie chodzi o to, aby człowiek uwierzył, bo usłyszał coś, co o nim wiedzieć może tylko Bóg. Takie czary mary, żeby przekonać niedowiarka – tak, jestem Bogiem, więc ci pokażę, że wiem o tobie wszystko. Nie w tym rzecz. Chodzi o to, aby człowiek sobie samemu dał szansę, dając tę szansę… Bogu. Bóg nie uszczęśliwi ani nie zbawi nikogo na siłę.

Może być tak, że ta okazja zdarzy się kilka razy w życiu, może być tak, że tylko raz. Każdy z nas miał, ma, a może dopiero będzie miał w przyszłości takiego swojego Filipa, który przybiegnie do niego z tą nowiną o odkrytym Mesjaszu. Może to nie będzie dosłownie człowiek, który zrobi to w wyżej opisany człowiek – ale jakaś sytuacja, przebłysk, myśl, poryw serca: to Zbawiciel. W czym rzecz? Aby tego nie przegapić. Aby tej osoby czy myśli nie zbyć takim znudzonym Czyż może być co dobrego z Nazaretu i nie iść dalej swoją drogą, jakby nic się nie wydarzyło.

Bóg wchodzi w nasze życie, zaistniał jako człowiek w dziejach świata i ludzkości nie ot, tak sobie, ale dla naszego zbawienia,. Po to przychodzi i dzisiaj do każdego z nas. I kiedyś Jego kroki przecinają się z moimi, twoimi krokami. On chce uszczęśliwić mnie – ale nie tylko o moje szczęście chodzi. On chce, aby przez moje ręce ta Dobra Nowina szła dalej. Abym – tak jak Filip przybiegł do Bartłomieja – ja sam z tą Dobrą Nowiną pobiegł i niósł ją w swoje środowisko, między znajomych, przyjaciół, ludzi z którymi się stykam. Można siedzieć, znudzonym i zniechęconym, i lekceważyć Boga – tak jak to na dzień dobry zrobił Bartłomiej ze swoją aluzją do Nazaretu. A można to, co On chce każdemu dać, z radością przyjąć i wykorzystać.

Nie można bać się zrywać ze schematami i stereotypami. Tak, one krępują i to bardzo mocno niekiedy. Im bardziej zamknięta grupa, społeczność – tym trudniej się wychylić, zrobić coś co ogół może negatywnie odebrać jako swego rodzaju afront, wręcz wrogość z powodu podważania utartego sposobu postępowania w pewnych sytuacjach. Jezus pokazuje dzisiaj – nie bój się szukać i dociekać. Nie bój się wstać spod tego drzewa figowego, gdzie leniwie i być może wygodnie płynie ci życie. Ono się tam nie kończy – może cię zaprowadzić daleko, możesz odkrywać rzeczy i prawdy, z których istnienia nie zdawałeś sobie być może dotąd sprawy. O ile ci się zachce. O ile wstaniesz i pójdziesz się przekonać, co ten cały Jezus ci proponuje. O ile… dasz Bogu szansę.

Tu nie chodzi o to, że jak coś jest w pewien przyjęty sposób, możliwy do przewidzenia, nazwijmy to stały i powtarzający się – to jest złe. Nie można tak powiedzieć. Chodzi o to, aby się nie zamykać w wygodnej skorupce swoich przyzwyczajeń i nawyków – ale być otwartym także na to, co jest inne, nowe, na pierwszy rzut oka może niezrozumiałe czy dziwaczne. Jezus też był tak postrzegany – i czy mieli rację ci, którzy w ten sposób (albo i gorszy) Go postrzegali?

Bóg wzywa nas do aktywności. Wstań i chodź, choć pewnie w głowie ci się nie mieści, dokąd ta droga może prowadzić. I o to chodzi. O ufność wiary, otwarte serce i ręce gotowe do pracy na tej niwie życia, na którą wiedzie Jego Opatrzność. Czy Bartłomiej, wstając wtedy spod tego drzewa, zdawał sobie sprawę, że właśnie wszedł na drogę do świętości? Na pewno nie. A tam właśnie dotarł. I ta sama propozycja niezmiennie jest aktualna dla każdego z nas.

Szkoda czasu na przyklejanie innym łatek i ocenianie po pozorach czy schematach. Może się potem okazać, że życiowa szansa właśnie przeszła ci koło nosa. Życiowa? Tak, i to nie tylko po ludzku, w materialnym rozumieniu – bo dzięki niej możesz osiągnąć życie, które się nie skończy. Nie ma co wnikać – co w tym Jezusie pociąga, czym On przyciąga ludzi do siebie, czym zachwyca i sprawia, że ludzie za Nim idą. Jesteśmy różni – i różne są nasze pobudki, motywacje, bo historia każdego jest indywidualna i jedyna w swoim rodzaju. On odpowiada na potrzeby każdego z nas, do każdego potrafi trafić i zaproponować coś bardzo atrakcyjnego.

Nie ma na co czekać. Trzeba wyjść z siebie, zostawić schematy i uprzedzenia za sobą i nie wahać się pójść z Bogiem w nieznane.

>>>

Niby to urlop, ale siedzę – dzisiaj przeszło 9 godzin nauki. Siedzimy u teściów i tak wypoczywamy sobie jakby – ja na urlopie, żonka na zwolnieniu. I tak pewnie do końca przyszłego tygodnia – bo tutaj możemy być razem, ale i mam warunki (osobny pokój) do nauki – bo u nas w 1 pomieszczeniu trudno.

Siedzę i czytam, obserwuję pogodę za oknem – delikatnie mówiąc, dziwaczna: słońce i upał, za chwilę gradobicie i ciemno się robi, wicher wieje, i zaraz znowu słońce.

Jutro pozbywam się sprzedanego PCta. Heh, trzeba się na laptopa przerzucić. Swojego z domu nie brałem – póki co, od teścia piszę 🙂

No i bardzo dziękuję za życzliwe słowa pod ostatnią, rocznicową naszą, notką.

1 rocznica

Wczoraj była nasza 1. rocznica ślubu.

W sumie, pierwsza myśl – już jakiś czas temu – była, żeby w tym czasie się gdzieś wyrwać, wyjechać, i w taki naturalnie nieco inny od codzienności sposób obchodzić tą pierwszą z wielu rocznic. Ale jako że wypada to w pełni sezonu wakacyjnego, gdzie wyjazd zagraniczny, który planowaliśmy, byłby sporo droższy – to wyjazd był w czerwcu, Turcja obejrzana w zakresie części Anatolii, a w okolicy rocznicy byliśmy w domu. Był też pomysł – może gdzieś wyjechać, wyskoczyć choć na 1 dzień – ale nie tyle z przyczyn finansowych (tak, jeśli wszystko się uda – obawiam się, że potrzeb i wydatków bardziej niż pilnych będzie sporo więcej niż możliwości finansowych), co ze względu na stan żonki, której dzidzia w brzuszku jakby żyć nie daje, permanentne mdłości ma i jest na m-cznym zwolnieniu lekarskim, bo nie bardzo była w stanie cokolwiek robić. No a w tym stanie to człowiekowi nie bardzo się chce gdzieś jechać – i ja to absolutnie rozumiem.
W sobotę wpadliśmy do moich rodziców – stęsknieni, bo jakoś tak ok. 2 tygodni się nie widzieliśmy już. Mama uparła się na prezent – ale książki to my obydwoje lubimy dostawać, a to (niestety, tytułów nie pamiętam) taka chyba dość popularna (widziałem na wystawach księgarń) trylogia, w tytułach coś o Toskanii, ciepłe, pastelowe kolory okładek. Już nam nie raz mówiła, jakie to fajne – a ma nosa do książek – więc mówiłem: spoko, pożyczymy, skoro ona miała cały komplet. Ale nam kupiła, i mamy swój, z dedykacją w kawałkach 🙂 Nawet ciacho nam zrobiła, pojedliśmy – a resztkę biszkopta, która przy robieniu została, kończyliśmy – na sucho – wczoraj wieczorem, a co, można 🙂 
Więc samą rocznicę zaplanowałem tak, że mieliśmy nie za daleko pójść zjeść coś sympatycznego w jakimś ładniejszym miejscu, a potem na film dobry jakiś. Żeby żonki nie forsować. Jak by miała siłę – to spacerek może jakiś jeszcze. Z czystym serce mogę polecić – jak ktoś z Trójmiasta lub okolic, i wie, gdzie to jest – restauracyjkę Monte. Centrum Gdyni, rzut butem od morza, bulwaru, Skweru Kościuszki, ale nie na środku Świętojańskiej (boczna uliczka od niej), miłe, ciepłe wnętrze, ładne meble, klimatyzacja (!!! wczoraj zbawienie), przesympatyczna obsługa (kelnerka, moim zdaniem, miała radiowy głos) no i – zdecydowanie bardzo ładnie podane, spore porcje i dobre jedzenie, do wyboru do koloru z naprawdę obszernego menu. Jak by ktoś reflektował – polecam 🙂 
Do kina nie dotarliśmy – żonka się objadła, ale pojawiły się mdłości, więc przeszliśmy się kawałeczek, i poszła poodpoczywać w pozycji horyzontalnej w domku. Biedactwo moje…
Potem postanowiliśmy się zwalić teściom na głowę – bo jako że zaspałem w obecnej naszej parafii i w mojej rodzinnej (gdzie ślub mieliśmy) z zamówieniem mszy za nas, to zadzwoniłem – gdzie? Do proboszcza parafii rodzinnej żonki, z którym mam dobry kontakt. Nie było problemu, wieczorem odprawią za nas – księży wystarczy, będzie koncelebra. To pojechaliśmy, i najpierw posiedzieliśmy u teściów troszkę, pogadaliśmy. 
W międzyczasie – niebo masakrycznie się zasnuło, znad centrum Gdyni takie czarne prawie burzowe chmury bardzo szybko szły. No i doszły – zanim do kościoła wychodziliśmy, już kapało. Dobrze, że teściu samochodem jechał 🙂 Jak w kościele na mszy byliśmy – grzmiało, waliło, padało mocno, i ciemno było. Od kolegi z pracy dowiedziałem się później – w tym samym czasie nieco dalej… grad padał. Przypomniało mi to wszystko sytuację z naszego dnia ślubu. Deja vu, z dokładnością co do roku? 🙂 Beznadziejna pogoda była rano w dniu ślubu. Pobudka, patrzę za okno – deszcz leje, mgła, syf jednym słowem. Mogło to wiele zepsuć. I co? No nic. Zanim do żonki dojechałem – a właściwie jeszcze zanim ruszyliśmy z domu – świeciło śliczne słoneczko, lekki wiaterek, piękna letnia pogoda. Sesja w parku wyszła prześlicznie, msza udała się pod każdym względem, na weselu wszyscy genialnie się bawili – jakby nie patrzeć, moim zdaniem udało się wszystko, a nawet było lepiej, niż żeśmy to planowali.
Tak świetnie było tamtego dnia – i choć potem nieco musieliśmy się docierać (jak każdy chyba, kto ze sobą zaczyna mieszkać i żyć razem), to ten rok był piękny, udany i bardzo szczęśliwy. Dobrze nam, a co. Ciasno na razie nie tak strasznie we dwoje – ale trzeba myśleć nad dwupokojowym mieszkankiem, w kontekście dzidziusia, który za pół roku się urodzi. Jesteśmy szczęśliwi, wystarcza nam tego, co mamy. 
I wczoraj było podobnie – z tą pogodą. Po południu porobił się syf, gradobicie, lało, grzmiało, ciemno, straszno – a myśmy poszli do kościoła, pomodlić się. Podziękować za ten rok, prosić o siły dla siebie nawzajem, dla nas obojga, o zdrówko dla naszej dzidzi, o pomoc Bożą w tym wszystkim, co byśmy chcieli zrobić, w realizacji różnych pomysłów i planów. Można to nazwać zbiegiem okoliczności – ale tak, jak przy ślubie, gdy do południa się wypogodziło, tak wczoraj, po tym jak przed mszą zrobiła się burza,  już w trakcie Komunii… świeciło słońce. Widać było ślady deszczu, ale było już ładnie, znowu ciepło i optymistycznie. 
Jakby taki znak od Boga – jeśli każdy nie tylko rok, ale każdy dzień, każdą sprawę, każdy problem i troskę złożycie przede Mną, w Moje ręce – Ja was nigdy nie zostawię z tym samych, będę was wspierał, dam wam siłę i umiejętność pięknej miłości dla siebie nawzajem i dla innych. Nie bójcie się prosić i dziękować. Tych, którzy we Mnie wierzą – nie zostawiam samych. Jestem przy nich i im błogosławię.
To był piękny rok, i mam nadzieję, że kolejne będą tylko lepsze. Mamy siebie – mamy to nasze małe szczęście, które już się na świat prawie wyrywa. Mamy dla kogo żyć, mamy po co żyć. I tyyyle do zrobienia 🙂 
Tak mi wrócił w tych dniach tekst o. Leona Knabita OSB, który kiedyś znalazłem, i na którejś z ramek na zdjęcia – wtedy jeszcze narzeczonej, dzisiaj żonce – napisałem:

Człowiek się z człowiekiem spotkał,
Bóg sam drogę wskazał.

Oto nowa życia zwrotka,
Człowiek się z człowiekiem spotkał.

Można śmiało dalej kroczyć
Serce niosąc światu w darze –

Człowiek się z człowiekiem spotka –
Bóg sam drogę wskaże.

Nowy rok – nowa zwrotka w tej piosence, w której ludzie ze sobą i z Bogiem za rękę idą przez życie. 

A na okoliczność uczenia się do egzaminu wziąłem praktycznie 2-tygodniowy urlop, więc od jutra mam wolne. Więc pewnie niezbyt często coś napiszę. Ale o modlitwę w intencji tego mojego przyswajania wiedzy bardzo proszę.

Miłuj i daj się miłować

Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał , wystawiając Go na próbę: Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? On mu odpowiedział: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy. (Mt 22,34-40)

Jakby ludzi o dekalog zapytać – to pewnie niewielu byłoby w stanie powtórzyć. To, o co dzisiaj zapytano Jezusa, jest prostsze. To, co najważniejsze, podstawa, priorytet między innymi przykazaniami. Można powiedzieć – to, co najważniejsze, bez czego cała reszta, każda zachowana nawet zewnętrznie forma po prostu pozostaje tylko formą, tak naprawdę pustą bez treści.

Co jest najważniejsze? Miłość. Tak, ten tekst tego dowodzi – nie można powiedzieć, że nadinterpretacja, tradycja wybiórczo rozumiana, inne takie. Powiedział wprost. Będziesz miłował. Bardzo ważne. Nie kochał, lubił – ale miłował. Człowieka można nie znosić, można ostatkiem sił go tolerować – ale trzeba go miłować. Bóg wprost przez swojego Syna to nakazał. Właśnie tutaj. Każdego, bez wyjątku, nawet tego najgorszego bandytę, kryminalistę, recydywistę.

Nie można miłować Boga – a odwracać się plecami do człowieka. Niestety, czasami można zaobserwować takie postawy, nie uogólniam – chyba najczęściej u osób starszych. Bóg wskazuje jasno – On na pierwszym miejscu, ale człowiek nie dalej niż pół kroku za Nim. Nie ten człowiek, którego wypada albo opłaca się tolerować, być uprzejmym wobec niego czy nawet miłym, najbliższa rodzina (heh, z tym to też różnie bywa…). Każdy człowiek. Ten, który przejawu tej miłości, miłowania, czasami miłosierdzia w danej chwili potrzebuje.

Sama modlitwa nie wystarczy, odmawianie koronek, różańców, uczestnictwo we mszach i nabożeństwach.  To ważne, ale to nie wszystko. Pozostajemy istotami społecznymi – żyjemy między innymi, w danym środowisku, między ludźmi. Ci ludzie potrzebują naszej miłości, naszego miłowania. Bardzo często tego nie okazują, ale czekają z utęsknieniem, aż ktoś ich zauważy, nie odtrąci, zaradzi – choćby dobrym słowem – ich różnorakim potrzebom. Finansowym – też – ale czasami wystarczy poświęcić uwagę, czas, postarać się, nawet gdy nie da się wspomóc finansowo (ale zazwyczaj się da – nawet w drobny sposób).

Ważna jest hierarchia, kolejność. Najpierw Bóg, potem człowiek. Można powiedzieć – jak to? Przed matką, ojcem, małżonkiem czy dzieckiem mam dać pierwszeństwo Bogu? Tak. To Bóg jest źródłem i najdoskonalszym przykładem miłości – i tylko od Niego ta nasza miłość, czy to wobec rodzica, małżonka czy dziecka pochodzi. Nie ma nic piękniejszego, niż miłość względem tych najbliższych powierzać najpierw w Jego ręce, Jemu oddawać – prosząc, aby On uzdolnił do tej najpiękniejszej miłości, która nie ma granic, nie stawia warunków, a bardzo często jest nawet wbrew czemuś.

Wtedy wszystko jest na swoim miejscu, wtedy jest właściwy porządek. Kiedy człowiek wszystko poleca najpierw Bogu, znajduje i czas, i siłę na całą resztę – rodzinę, przyjaciół, pracę, pasje. Bóg nie rozwiązuje, jak czarodziej za dotknięciem magicznej różdżki, wszystkich problemów i utrapień – co to, to nie. Ale wskazuje drogę i daje siły, aby człowiek się na niej nie pogubił. I przede wszystkim – uczy doskonale miłować.

Modlitwa to nigdy nie jest stracony czas. Nie masz czasu? Masz, tylko się do tego nie przyznajesz – celowo (tym gorzej o tobie to świadczy), albo po prostu nie zauważasz że ten czas łatwo można znaleźć (pół biedy). Idziesz gdzieś, jedziesz, zamyślasz się – to jest dobry czas. Nie zawsze masz po drodze kościół (może warto zmienić trasę czasami?) czy kaplicę – ale wznieść swoje myśli i porywy serca do Niego możesz zawsze. Choćby teraz. Spróbuj. To nie boli i nic nie kosztuje. A przynosi piękne owoce. Spróbuj – jak wiele daje ufne zawierzenie Źródłu Miłowania.

Bo czym jesteśmy bez miłości? Niczym. Trupami, o jakimi w I czytaniu mówił Ezechiel (Ez 37,1-14). Skórą i kośćmi, w których brakuje życia. Owszem, takie trupy mogą żyć, chodzić, egzystować – czasami patrząc w oczy i twarze niektórych osób, widzisz że albo niedaleko im, albo już prawie takimi trupami się stali. Bez Boga, bez miłości, bez miłowania. Wielka samotna pustka. Co się stało? Każda historia jest inna. Chcesz takim być? Na pewno nie. Więc miłuj – Boga, ludzi – i daj się miłować. A może nie tylko uda ci się uniknąć zostania takim (żywym) trupem – ale i jednego czy drugiego takiego trupa przywrócisz do życia miłowaniem?

>>>

Z jednej strony, żyć na wsi musi być sielsko, spokojnie, pięknie, powoli… Z drugiej – jak czytam o księżach, którzy nakręcają nagonkę na Bogu ducha winnego parafianina, wierzącego człowieka, który wiele dla parafii zrobił, tylko dlatego że ośmielił się (!) zagrodzić swój teren prywatny – to mi się nóż w kieszeni otwiera. 

Ani to upomnienie, o którym Jezus uczył, ani w tym miłosierdzia czy autentycznej troski o cokolwiek czy kogokolwiek nie widzę. Tylko durne wieszanie psów na zwykłym człowieku – pod czujnym okiem… proboszcza.

>>>

Żonka po USG i konsultacji z ginekologiem – nasze szczęście ma 3,5 cm, widać rączki, nóżki, palce, oczodoły, serduszko bije jak szalone. Jest pewien wirus, z którym będzie problem, ale to wszystko składamy w Boże ręce. Najlepsze, jakie są. Jeśli zechcesz się za nas pomodlić – będziemy wdzięczni.

Jest okazja. W niedzielę – nasza 1. rocznica 🙂

Czym jest to ucho igielne, interesowność ludzka i obietnica

Jezus powiedział do swoich uczniów: Zaprawdę, powiadam wam: Bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego. Jeszcze raz wam powiadam: Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego. Gdy uczniowie to usłyszeli, przerazili się bardzo i pytali: Któż więc może się zbawić? Jezus spojrzał na nich i rzekł: U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe. Wtedy Piotr rzekł do Niego: Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy? Jezus zaś rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach, sądząc dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy. Wielu zaś pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi. (Mt 19,23-30)
To wczorajszy tekst. Gdyby zadać – pytanie: o co w tym chodzi, pewnie większość by powiedziała – nie wiem. I w sumie – mieli by rację: jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A właśnie, może nie tyle o same pieniądze, jednakże o majętność tutaj się rozchodzi. 
Patrząc ilu pisuje tu i ówdzie domorosłych interpretatorów Pisma Świętego i Prawdy Objawionej (heh, w sumie – sam do nich należę, bo wykształcenia  w tym kierunku żadnego nie posiadam…) – na pewno przedstawiciel tychże wysnuł by prosty wniosek: chodzi o to, że bogaty nie może być zbawiony; albo jakoś tak. Przecież Jezus sam tak powiedział, o, na samym początku, drugie zdanie. 
A ja na to – umiejętność czytania ze zrozumieniem w narodzie (i nie tylko) chyba zanika. Bo przede wszystkim – nie ma tu ani słowa o tym, że człowiek bogaty nie może osiągnąć zbawienia. Może – ale w pewnym sensie ma trudniej… właśnie z uwagi na bogactwo, bo bogactwo kusi i odwraca uwagę od tego, co ważne, na rzecz tego, co ładne, kosztowne, szpanowne, drogie. Innymi słowy – jak człowiek się zapomni, zagalopuje – robi z bogacza o najlepiej uporządkowanej hierarchii wartości po prostu zapatrzonego tylko w stan swojego konta materialistę. 
Mowa jest o tym – może być  trudniej. Może. Zależy to od samego człowieka. Jeśli postąpi, jak wyżej opisałem – to z przykrością za jakiś czas uświadomi sobie, że poza nie wiem jak pękatym portfelem – nie ma nic. Że odwrócili się od niego ludzie – którzy kiedyś byli ważni, a potem stali się po prostu kolejnymi potencjalnymi osobami przydatnymi wtedy i dotąd, gdy zachwycają się kolejnymi gadżetami, samochodami czy willami. 
Dziwi mnie jednak pisownia – bo to ucho igielne to nie metafora, a nazwa własna, więc powinno być Ucho Igielne. Co to? Przede wszystkim może być to naleciałość, zmiana naniesiona przez późniejszego kopistę. Chodzi bowiem o wyjątkowo ciasną i niską jedną z bram prowadzących do Jerozolimy – jednak nieistniejącą w czasach Jezusa. Gdy do miasta od strony tej bramy ciągnęły karawany kupieckie – wielbłąd (powszechny ówcześnie środek transportu osób i bagaży) musiał być rozładowany do zera, a niekiedy nawet sam musiał uklęknąć, aby przejść przez owe Ucho Igielne. 
O to chodziło Jezusowi. Zanim człowiek dostąpi zbawienia –  jest Sąd. Idziemy w jego kierunku przez całe życie – jak te wielbłądy, objuczeni różnymi dziwnymi rzeczami, które zbieramy w ciągu tego życia. Niektórzy – bezdomni, bezrobotni, biedni – niewiele niby mają. Inni – potężne środki, korporacje, wille, jachty. I co? I każdy, gdy staje przed tym uchem igielnym, pozostaje sam – jak go, dosłownie, Pan Bóg stworzył. Tego, co w ramach ziemskiego zbieractwa uciułaliśmy, nie zabierzemy ze sobą. 
Śmieszne to nieco – jak władcy starożytnego Egiptu kazali się chować w monumentalnych grobowcach, piramidach, z całymi naręczami dóbr (które pewnie w kilka lat po ich pochówku były rozkradane) – tak i dzisiaj wydaje się nam, że cokolwiek z tego, co materialne, przyda nam się na wieczność. Niestety, nie przyda się. Za to pozbawienie tych dóbr człowieka, który w życiu nic innego nie robił, jak zbierał, gromadził – może być dla niego samego bolesne. Bo może pokazać, że w tym zbieractwie zapamiętał się na tyle, że zapomniał o miłości, współczuciu, dobroci, miłosierdziu. Że rozwaliła się przez to rodzina, małżonek odszedł, dzieci nie chciały go znać, rodzice umarli w zapomnieniu w domach starości bo nie miał czasu sam się nimi zająć… Że właściwie to w tym życiu – poza kasą – był sam jak palec, a ludzie mieli z nim styczność tylko o tyle, gdy wiedzieli w tym szansę dla uszczknięcia dla siebie z jego kasy albo na to, że on ich wypromuje i pomoże zdobyć równie dobrą pozycję, no i kasę. Kasa, kasa, kasa… Jak bardzo może przesłonić oczy. Nie życzę tego nikomu. Bo wtedy może być już za późno. 
Pisałem o tym już nie raz i pewnie nie dwa razy. Nie ma nic złego w tym, że ktoś – uczciwie pracując – zdobywa różne dobra. Pracujesz, jesteś dobry, wykazujesz się, pniesz w jakieś hierarchii, awansujesz – świetnie. Chodzi o to, aby nie uczynić z takiego zbieractwa celu nadrzędnego w życiu. Praca, pozycja, środki do godnego i nawet do wygodnego życia dla siebie i najbliższych – jak najbardziej tak. Ale przy jednoczesnym pamiętaniu o tym, że rodzina nie oczekuje tylko kasy – ale czasu, poświęcenia, uwagi, zwykłej miłości której nie da się przeliczyć na nic. Przy zwykłej ludzkiej wrażliwości na potrzeby innych – tylu ma za mało jak na swoje potrzeby, prosi o pomoc – zauważasz ich w ogóle? Pewnie, nie jest sztuką rzucić i 1000 zł biedakowi, jak się miesięcznie wydaje 25000 zł. Ale to ma być jałmużna – dar serca, polegający na odmówieniu sobie, a nie pogardliwym rzuceniu z tego, co zbywa. 
Wniosek? Korzystaj z życia, zbieraj owoce swoich talentów – masz do tego prawo. Ale pamiętaj o właściwej ostrości, perspektywie. Na kasie świat się nie kończy. Lepiej dla ciebie, gdy zrozumiesz to teraz, niż  miałbyś to sobie uświadomić w dniu Sądu.
Reakcja uczniów – cóż, ludzka. Kolejna poprzeczka. Znowu nowy wymóg – jak opisałem, bardzo łatwo źle rozumiany. Dzisiejszy tekst, ta sytuacja, ma miejsce bezpośrednio po rozmowie Jezusa z bogatym młodzieńcem (Mt 19, 16-22). Czy mu czegoś brakowało? Tak, tylko wyzbycia się majętności, cała reszta była w porządku. Jak wiemy – tylko jeden wymóg, ale zbyt duży. Odszedł, jak podaje autor, zasmucony. 
Piotr, jak to Piotr, prosto z mostu zapytał – Panie, a co my właściwie będziemy z tego mieli? Po ludzku pytanie zrozumiałe. Krezusami w większości – poza celnikiem Mateuszem (notabene, autor tej Ewangelii) nie byli, ale każdy miał jakiś swój sposób na życie, zajęcie, które porzucili, idąc za Jezusem, i tak wędrowali pewnie od ok. 2 lat za Nim. I pewnie raz na jakiś czas wracało – co mi to da? Niektórzy wyjaśnienie Jezusa  – odrodzenie, tron chwały – pewnie rozumieli jako zapowiedź przewrotu, obalenia dyktatury rzymskiej w Jerozolimie, liczyli więc na jakieś intratne posady. Inni może jeszcze nie rozumieli, że to wszystko, co jest ich – naszym – udziałem na ziemi to tylko niedoskonały przedsmak tego, co czeka na nas w wieczności. Tam będzie nagroda. Nie będzie mercedesów, posiadłości, sztabek złota tutaj – ale dostajesz za darmo, za nic, możliwość istnienia bez końca w miejscu, gdzie nie będzie nic z tych ziemskich problemów, zgryzot, bólu i cierpienia. O ile uwierzysz nie tylko deklarując, ale przestrzegając tego, czego Jezus nauczał. To nie jest owijanie w bawełnę – jasna, czytelna obietnica.
Nie w tym rzecz, aby każdy człowiek, który to zrozumiał, rzucał wszystko, czym się dotąd zajmował, rodzinę – i wyjeżdżał na misje, wstępował do zakonu czy przyjmował święcenia. Świeccy są także potrzebni – bez nich ludzka rasa by wyginęła 🙂 Każdy ma swoje powołanie, musi sam odczytać głos Boga w swoim sercu, do czego jest stworzony. Ale każdy z nas, kimkolwiek by nie był, czymkolwiek by się nie zajmował, jest wezwany do pójścia za Nim. Na swój sposób – w tym, kim jest, i czym się zajmuje.
Jan Turnau świetnie zwrócił uwagę – Jezus wymienił jasno, opuszczenie kogo dla Jego Imienia dopuszcza. I nie wymienił współmałżonka 🙂

Dyskretna obecność kochającej Matki

W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w [pokoleniu] Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona okrzyk i powiedziała: Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Ci od Pana. Wtedy Maryja rzekła: Wielbi dusza moja Pana, i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie Służebnicy swojej. Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia, gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. Święte jest Jego imię a swoje miłosierdzie na pokolenia i pokolenia [zachowuje] dla tych, co się Go boją. On przejawia moc ramienia swego, rozprasza [ludzi] pyszniących się zamysłami serc swoich. Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych. Głodnych nasyca dobrami, a bogatych z niczym odprawia. Ujął się za sługą swoim, Izraelem, pomny na miłosierdzie swoje jak przyobiecał naszym ojcom na rzecz Abrahama i jego potomstwa na wieki. (Łk 1,39-56)
Nie tyle ta ewangelia, co cała uroczystość wczorajsza, stanowi dla współczesnego, zagonionego i nierzadko nieźle pogubionego człowieka, świetny drogowskaz i jakby odpowiedź na takie podstawowe pytanie – czy życie jest tylko tutaj, i potem otchłań, czy jest coś dalej? Maryja pokazuje, życie człowieka nie kończy się na tym, co doczesne. Skoro Ją Bóg wywyższył, w Magnificacie zwana jest błogosławioną – to nauka Jezusa jest niczym innym jak obietnicą takich właśnie dóbr przyszłych dla każdego, kto wybierze tę drogę.
Maryja może być dla nas wzorem z wielu powodów. Ja ostatnio zauważam szczególnie jeden aspekt – skromność. O ile w przypadku opiekuna Jezusa i Jej męża, św. Józefa, postaci wręcz enigmatycznej i ledwo w Ewangeliach widocznej, jest to cecha najczęściej uwypuklana – czasami, obserwując pewne aspekty i przejawy pobożności maryjnej można odnieść wrażenie… że niektórzy to już Boga w tym wszystkim nie widzą, i nie odrywają oczu od Matki Bożej, kierując swoje modlitwy tylko do Niej. 
A tak naprawdę, choć Maryja w wielu miejscach w Ewangeliach się pojawia – to jednak jest to obecność dyskretna, czuwająca ale nigdy na pierwszym planie. Począwszy (w sensie publicznej działalności Jezusa) od wesela w Kanie Galilejskiej, po sam krzyż, a właściwie to nawet do Zesłania Ducha Świętego (przecież Maryja była też w wieczerniku) – jest, czuwa, towarzyszy. Dyskretna obecność kochającej Matki, która wszystko obserwowała,  zachowywała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu (Łk 2, 19). 
Nigdy też Jej obecność nie absorbowała, nie skupiała na sobie uwagi. Interweniowała w przypadku wesela w Kanie – ale tylko po to, aby zwrócić uwagę Jezusa na problem młodych, niedopatrzenie które mogło popsuć zabawę weselną. Od razu wyraźnie zaznaczyła sługom: zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie (J 2, 5). Ona nie ma znaczenia – liczy się On i to, co może, a może wszystko. 
Tak dyskretnie za Jezusem dotarła aż pod krzyż, idąc za Nim w tłumie, najczęściej złorzeczących Mu, patrząc na wszystkie razy i zniewagi, jakie po drodze przyjmował. Aż do końca, kiedy umęczone ciało zawisło bezwładnie na drzewie krzyża, gdy serce przestało bić. Co wtedy musiała czuć? Jak wielki żal, ból, smutek i rozpacz… Matka widząca śmierć syna. A jednak. Jej obecność tam była logiczną i świadomą konsekwencją tego fiat, które wypowiedziała Bogu przez Gabriela 33 lata wcześniej, gdy zgodziła się być matką Syna Bożego. Bóg, który ją tym życiem uszczęśliwił, zabierał Go z powrotem do siebie, bo wykonał swoją misję, dla której przyszedł na świat. Czy to coś zmieniało? Ułatwiało pogodzenie się ze stratą ukochanego syna? Na pewno nie. Ale wiara – tak. 
Maryja była osobą wielką w swojej prostocie i oddaniu Bogu. Spotkała Ją za to wspaniała nagroda. My wszyscy po śmierci, która kiedyś następuje, oddzieleni od naszych ciał czekamy na Dzień Sądu, kiedy ciała zmartwychwstaną z nami do życia wiecznego. Maryi tego oszczędzono – Kościół uczy, że z duszą i ciałem za życia został wzięta do nieba (choć pojawiają się głosy, że należy to inaczej interpretować, i nie doszukiwać się w tym rysów zdarzenia cudownego i niewytłumaczalnego). Ona – od razu, dusza z ciałem w niebie. A my – jakby w poczekalni, dusze oczekujące na ponowne zjednoczenie z ciałem. 
Uroczystość Wniebowzięcia sama w sobie jest ciekawa choćby z tego powodu, że formalnie w kalendarzu liturgicznym Kościoła zaistniała zupełnie współcześnie, bo w 1950 r. za sprawą Piusa XII. Zresztą, tu i ówdzie można wyczytać, jakim to błędem było wykorzystanie przez papieża w czasach tak przecież nowoczesnych z przywileju ustanowienia dogmatu. Tak? A co w tym nowego? Papież swoim autorytetem sformułował dogmat odnośnie materii, co do której Kościół od początku wierzył w taki a nie inny stan rzeczy i przebieg wydarzeń – że Maryja nie umarła, ale z duszą i ciałem została wzięta do Nieba. Nihil novi, potwierdzenie prawdy od 2000 blisko lat uważanej za jednoznaczną. 
Można zadać sobie pytanie – skąd tak wielkie wyróżnienie? Bo była matką Boga-Człowieka? Pewnie też. O. Grzegorz Kramer SI na swoim blogu tak to pięknie opisał: Miała kochającego, a równocześnie wszechmocnego Syna. Więc mógł i zrobił, co chciał. Bo przecież każdy kochający syn, zrobiłbym dla swojej mamy to, co najlepsze. Piękna prostota. Miłość Boga do ludzkiej Matki, dla której Bóg czyni wyjątek. (a cały tekst na blogu o. Grzegorza – piękny)
Ciśnie mi się na usta sformułowanie – trudno o osobę bardziej zwykłą i normalną niż Maryja. Ani nie była bogaczem, nie żyła w luksusie, nic z tych rzeczy. W ciąży musiała tłuc się przez pół kraju z mężem, żeby poddać się spisowi ludności. Później z nowonarodzonym dzieckiem musieli uciekać z kraju, bo szalony i przerażony o swój tron Herod kazał wytłuc wszystkie dzieci, aby pozbyć się rywala co do tronu. Gdy Józef umarł – co tradycja podaje, nastąpiło dość szybko – musiała sama wychować i utrzymać się z Jezusem. A potem, gdy On zaczął nauczać, ruszyła za Nim. 
Czy to było łatwe życie? Nie. Ale czy gdziekolwiek mowa choćby o słowu skargi Maryi do Boga z powodu tego, jak przyszło Jej żyć? Też nie. Ona Bogu tak bardzo wierzyła i ufała, że nie zastanawiała się. Wiedziała, że to najlepsza – i dla Niej, i dla Niego – droga, którą prowadzi ich Ten, który kocha naprawdę. To jej wystarczyło. Czy ja tak potrafię, o ile na pewno mniejszych problemów i dużej ilości współczesnych udogodnień?
Ważne jest uświadomienie sobie tego, o czym piszę. Dlaczego? Żeby zrozumieć, że Maryja nie jest obrazkiem udekorowanym tysiącami złotych koronek, przed którym należy paść plackiem na twarz, wychwalać pod niebiosa i zapatrzyć się, tracąc kontakt z rzeczywistością. To wszystko, co napisałem – jest po to, aby zrozumieć jedną prostą rzecz. Maryja była w swoim człowieczeństwie zwykłym człowiekiem, żadnym Bogiem. Człowiekiem, który w świadomości swojej małości i kruchości nie wahał się ani razu co do współpracy z łaską Bożą. Jej świętość to nie tyle i tylko wzór – co zaproszenie. Ta świętość jest dana i zadana każdemu z nas. Pewnie, wygodniej jest usiąść, zapatrzyć i zachwycić się jednym czy drugim maryjnym obrazkiem, poczytać o objawieniach – po czym nie zdobyć się nawet na 10 różańca. Bo to, bo tamto, nie mam czasu, nie chce mi się, itp. 
Maryja to najlepszy dowód na to, jak bardzo opłaca się odpowiedzieć na zaproszenie Boga. Ona jest taką jakby gwarancją – nie zawiedziesz się, gdy zaufasz Mu tak jak ja to zrobiłam. Nie można skończyć na zapatrzeniu w Nią. To ma być bodziec, motywacja do ścigania się o tę świętość, zdobywania, walczenia o Nią. Tak – świętość to nie nasza zasługa, coś co człowiek wypracowuje – ale Boży dar. Dar, którego trzeba pragnąć, którego trzeba chcieć osiągnąć. Tak jak Ona. Zatem w drogę, na której Maryja może być bardzo dyskretnym, ale i autentycznym drogowskazem. 
>>>
Nie chce mi się o tym oszołomstwie wokół krzyża pisać…
A skoro rzekomo o pomnik chodzi – to świetną propozycję co do formy tegoż zaproponowała s. Małgorzata Chmielewska
Ale to nie przejdzie. Bo po co – na tym kapitału politycznego się nie zbije. A ci, co tam się okładali i obwieszali transparentami – przecież ani im o Boga, Kościół czy wiarę chodzi, ale o okazję do zaistnienia, więc jaki interes w tym, żeby cyrk skończyć? Dopóki cyrk trwa – są w centrum wydarzeń. Przecież tylko o to chodzi.

Jesteś człowiekiem Boga, W drodze i dr House

Jadąc wczoraj do domu, na peronie zauważyłem znajomą twarz – x J. Parafialny mój – powołanie z mojej rodzinnej parafii. Ciekawa historia – tzw. spóźnione (o ile tak można powiedzieć?) powołanie. W życiu różne rzeczy robił, a jednak Bóg go wezwał, nie dał spokoju, no i skończył trójmiejskie seminarium. A w jego trakcie, jako że z katechetami w mojej podstawówce różnie bywało, przez jakiś czas uczył mnie religii. Sympatyczny człowiek o szerokim spojrzeniu na świat i dużym doświadczeniu – bo i wiele przeszedł, po świecie długo chodzi.
Porozmawialiśmy – jechał w moją stronę, wysiadał stację wcześniej. Okazuje się, że pracuje w parafii sąsiadującej z rodzinną parafią żonki mojej, ta sama dzielnica. Wypytywał o kilka osób znajomych. Mówił, że w parafii trudno – bez zaplecza, bo jak coś robić z młodzieżą, gdy uczy w szkole (LO), gdzie praktycznie wszyscy dojeżdżają, nikogo z parafian? Faktycznie – w szkole się wysila, ale nie przynosi to efektu w przełożeniu na zainteresowanie uczniów i zaangażowanie ich do działania przy parafii. Oczywiście, dyskusja zeszła też na temat krzyża w Warszawie – uff, jak to dobrze, że człowiek starszy i na pewno mądrzejszy ode mnie też widzi to w podobnych barwach, nie jest źle.
Jak by nie patrzeć – to on, dość brutalnie i bez słowa sprzeciwu – zainspirował pierwsze czytanie przeze mnie Słowa Bożego w czasie Eucharystii. To było w pewną niedzielę… jakieś 13 lat temu. Nie pytał, czy chcę – powiedział: przeczytasz. No i co – przeczytałem. A że pomyłek sporo było – w tym na samym początku, odnośnie imienia proroka, z którego księgi było czytanie (chodziło o Daniela – z którego ja zrobiłem… Damiana) – trudno. Ale to był początek czegoś, co bardzo wiele znaczyło i dość dziś znaczy dla mnie, co robię do dzisiaj – na ile czas i obowiązki pozwalają.
Ciekawa rozmowa, miło było go zobaczyć po jakiś pewnie ze 3 latach, jest szansa że go tam odwiedzę.
Śmiałem się, bo x J. bardzo mocno kibicował temu, co wówczas wydawało mi się powołaniem kapłańskim. Żartował wczoraj – że jak ja mogłem nie pójść do seminarium… Gdyby ktoś mi coś takiego powiedział na serio, myślę że usłyszałby dość ostry i stanowczy z mojej strony komentarz odnośnie tego, co myślę o ludziach, którzy lepiej ode mnie wiedzą, co dla mnie dobre, i gdzie jest moje miejsce. Ale nie w tym wypadku 🙂 I po tej rozmowie wczorajszej uświadomiłem sobie, po raz kolejny – jestem we właściwym miejscu. Tu właśnie powinienem być, z kochaną żoną, z maleństwem które jeszcze się nie urodziło, a na które z takim utęsknieniem czekamy. Że te studia miały sens, zainteresowały i chyba rozbudziły pewną pasję odnośnie tej dziedziny, a zarazem stanowią wstęp do pracy zarówno ciekawej, jak i najprawdopodobniej pozwalającej żyć na pewnym poziomie (nie, nie marzę o złotych górach i willach – po co mi to…). 
>>>
Prasówka:
  • Agrowakacje – wypoczynek w gospodarstwie na wsi – może nie renesans, ale czy nie  tego właśnie większość szuka, uciekając od zgiełku miasta? Ostatnio mocno się przekonuję – urlop chyba tylko ma sens, gdy nie leży się bez sensu w domu, ale zmienia się otoczenie – wyjeżdża gdzieś.
  • O posłudze biskupiej w biednej Brazylii – rozmowa z bpem Edwardem Zielskim z diecezji Campo Maior – o specyfice brazylijskiego Kościoła, teologii wyzwolenia i konieczności zmiany podejścia i mentalności w Kościele nie tylko tam, ale i w Polsce (ciekawe sformułowanie – Kościół jest za bardzo trydencki)
  • Siostry benedyktynki w protestanckiej Szwecji – niezwykła historia konwersji zakonnic z luterańskiego (!) zgromadzenia Córek Maryi, które przez wiarę doszły do Kościoła katolickiego
  • Cudowna prostota bł. Jana XXIII – Papież Uśmiechu we wspomnieniach współpracowników z czasów, gdy pracował jako nuncjusz w Stambule
  • Wspomnienie o śp. ministrze Tomaszu Mercie – nie tylko zaangażowanym w sprawy państwowe,  niezwykłym erudycie, specjaliście cenionym przez wszystkie opcje polityczne, ale także kochającym mężu i ojcu, który innych prowadził do wiary

Wiem, dużo tego. Ale to tylko jeden numer GN. Dlatego tym bardziej zachęcam do kupowania i czytania w wersji papierowej.

>>>

W Empiku – nie można powiedzieć, zdecydowane jedyne miejsce, w którym można kupić każdy chyba krajowego formatu tytuł pisma katolickiego – sięgnąłem po najnowszy numer dominikańskiego W drodze. Tak z ciekawości. Wydaje mi się, że podobnych są 2 inne – Znak i Więź (obydwa miesięczniki). Znak jakiś bardziej krzykliwy się wydawał, Więzi nie widziałem – więc kupiłem W drodze.

Nie przeczytałem całości – 120 s. – ale na początku kilka tekstów poświęconych Solidarności, tekst Cenckiewicza o tragicznie zmarłej w Smoleńsku Annie Walentynowicz, a nawet interesujący artykuł Magdaleny Buczek o współczesnym rozumieniu pojęcia solidarności, tym czym ona była dla Polski lat 80., czym powinna być, a czym jest dzisiaj.

Kilka ciekawych cytatów z Jana Pawła II, wykorzystanych w tekście poświęconym Solidarności o. Macieja Zięby OP:

Doświadczenie Solidarności – doświadczenie mądrego samoograniczania się i współodpowiedzialności za losy kraju – winno więc i dzisiaj inspirować życie społeczne. Ma ona bowiem wymiar uniwersalny i ponadczasowy charakter. To dlatego, w imię przyszłości, jej dziedzictwo winno być stale na nowo odkrywane, pogłębiane i przeżywane. (przemówienie do Polaków, Bruksela 19.05.1995)

Konieczna jest dziś w Polsce wielka zbiorowa solidarność umysłów, serc i rąk – solidarność zdolna przezwyciężać podziały i rozbieżności, by konsekwentnie i z poświęceniem można było budować społeczeństwo bardziej sprawiedliwe, wolne i dostatnie. (do pielgrzymów NSZZ Solidarność, 11.11.1996)

Potem dwa interesujące teksty odnośnie… Dra House’a. Chyba każdy wie, co to jest – aż się zdziwiłem. Obydwa stanowią odmienne choć o zbliżonych wnioskach próby rozpracowania tej fikcyjnej, aczkolwiek bardziej niż popularnej, postaci dziwacznego genialnego diagnostyka. Kilka niezłych spostrzeżeń z drugiego z nich – autorstwa o. Romana Bieleckiego OP:

Jak mawiał Gogol: Z czego się śmiejecie, sami z siebie się śmiejecie. Dostrzegam w tym serialu wiele stycznych z codziennymi problemami. Podobnie jak Greg jesteśmy śmieszni w sprawach poważnych i śmiertelnie poważni w sprawach śmiesznych. Bywa, że jak dzieci, którym ktoś nagle zabrał zabawki, w chwilach niepowodzeń, obrażamy się na cały świat. Domagamy się wyników, jasnych i czytelnych, a w chwilach bezradności, kiedy nie umiemy pomóc, odczuwamy dziwny niepokój, podpięty nerwowym uczuciem zawodności. Chcąc, by wszystko było na naszych warunkach: i smutek, i żal, często sami wkładamy się w przegródkę wrażliwych samotników, co to wszystko widzieli i wszystko znają. Mamy swój vicodin uśmierzający nasze okręty, a także swoje okręty flagowe, podobne do słynnej serialowej sentencji „każdy kłamie”, i nierzadko niesiemy je wysoko na prywatnych sztandarach, traktując je niczym życiowe motta, co to nam wszystko wytłumaczą. (…)

Czy wobec tego należy unikać House’a? Bez przesady, nie jesteśmy jako chrześcijanie stadem bezmózgowców. Dr House to po prostu dobry serial z dobrze napisaną psychologicznie postacią, wciągającą akcją i bardzo dobrym drugim planem. To naprawdę tylko mały kawałek rzeczywistości, w której zaledwie tłem do dalszych rozmyślań są szpitalne wnętrza. W końcu to nie lekarskie zagadki, wielokrotnie analizowane przez fanów serialu, i z bezwzględną precyzją demaskowane błędy doktora, ale wszystko to, co się dzieje poza nimi, daje nam do myślenia. Możemy się z tym nie zgadzać, ale całość ogląda się z satysfakcją i błyskiem w oku.

Nie popadajmy w paranoję. To nie jest  tak, że chrześcijanie mają oglądać jedynie filmy o świętych i męczennika. Nie jesteśmy przecież idiotami. A oglądamy takie rzeczy jak Dr House, Lost, Gotowe na wszystko, Sześć stóp pod ziemią czy Dobrą żonę nie po to, aby je naśladować, ale po to, aby się czegoś dowiedzieć. Kościół nie jest neurotyczną starszą panią, która widzi we wszystkim obrazę, zgorszenie, zagrożenie. Mam głęboką wiarę w Kościół, który się nie lęka, ale niesie nadzieję. Nie jest od tego, aby oceniać wszystko z punktu widzenia moralności chrześcijańskiej i stawiać pieczątki: dobre, niedobre. Oczywiście, tak było by łatwiej. Można się poczuć zwolnionym z używania rozumu.

Interesujące jest to pismo, na razie doszedłem do jakiś 2/3 numeru, czytając w drodze z pracy wczoraj i do pracy dzisiaj. Chyba skończy się prenumeratą (w końcu na każdym numerze oszczędzę 3 zł), a dodatkowo dają 20% rabatu na książki wydane przez dominikańskie wydawnictwo o tej samej nazwie. Kuszące 🙂

Co nie zmienia faktu, że żeby wyrobić sobie opinię, muszę poczytać pozostałe – Znak i Więź.

>>>

Piękny tekst, również z recenzji z GN zaczerpnięty, z powieści Franka Perettiego Nawiedzenie – a swoją drogą świetne uzupełnienie tego, co powyżej napisałem odnośnie refleksji o sobie samym w kontekście rozmowy z x J.:

Jesteś człowiekiem Boga, to twoje powołanie, więc się nie martw. Po prostu wierz. Cokolwiek wpadnie ci w ręce, rób to z całym przekonaniem. Bóg zdziała resztę. I nikomu nie pozwól stłumić w sobie ognia. Słyszysz?