Nie umiemy odpoczywać

Wtedy Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne, osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich uprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać. (Mk 6,30-34)

Tym razem to sobotni tekst. Bardzo na czasie, ponieważ odpoczynek to bardzo ważny problem – w obie strony.   Albo nie umiemy odpoczywać w ogóle, albo nic innego poza odpoczywaniem nie robimy. 
W czasach Jezusa było nieco inaczej. Ludzie, szczególnie prości i biedni, mieli mało czasu tak naprawdę na cokolwiek. Większość ich życia kręciła się wokół tego, jak przetrwać – zarobić na siebie, na pożywienie, jakiś strój, dach nad głową, zapewnić minimum bytowe dla rodziny: żony i dzieci, czasem także rodziców/teściów. Może nie wszyscy żyli z dnia na dzień – ale z pewnością, troska o zapewnienie bytu najbliższym była kluczowym problemem. Odpoczynek? W szabacie. Nie tyle nawet dlatego, żeby poodpoczywać, ale dlatego, że Bóg zakazał w tym dniu wykonywania jakiejkolwiek pracy. Owszem, wielu ten zakaz łamało – Jezus w innym miejscu wypomniał im to wprost, pytając o to, co by zrobili, gdyby dowiedzieli się o tym, że jakaś krzywda stała się w dniu szabatu ich zwierzętom (wiadomo, że zostawili by wszystko i wbrew zakazowi pobiegli ratować swój inwentarz). 
A dzisiaj? Pracoholizm urasta do rangi zalety, nic tylko czekać, aż ludzie zaczną wpisywać go sobie do CV, będąc zeń dumnym. Owszem, praca powinna być wykonywana dokładnie, prawidłowo, porządnie, a nawet z pasją – ale to jedno, a koncentrowanie się w życiu jedynie i tylko na pracy – co innego. Pracę najlepiej lubić, ale nie można skupiać się tylko na niej. Wystarczy przyjrzeć się spotkaniom, nawet towarzyskim, i niekoniecznie w gronie np. pracowników jednej firmy – o czym jest dyskusja? O pracy – jego, jej, znajomego, kolegi, konkurenta. Sprawy osobiste, dyskusje światopoglądowe schodzą na margines. Ludzie pod pretekstem pracy potrafią zaniedbywać rodzinę, dzieci, małżonka, bliskich, przyjaciół – dochodzi do dramatów, kiedy człowiek rozwala sobie w życiu wszystko przez przesadę w pracy, a jednocześnie ma żal do tych, których stracił, bo „przecież ta praca, to wszystko, to dla nich było”. Przerost formy nad treścią.   
Albo w drugą stronę. Są ludzie, którzy ze względu na swoją sytuację życiową albo swój status materialny mogą pozwolić sobie na nic nie robienie. Lenistwo. Bylejakość. Leżenie do góry brzuchem. Mogą, więc tak właśnie postępują. A nie bez powodu już pierwsi chrześcijanie, apostołowie, dyskutowali na ten temat i doszli do wniosku dość prostego: „kto nie pracuje, niech też nie je” (2 Tes 3, 10). Każdy z nas ma dane od Boga dwie ręce i dwie nogi. Jeśli nie musi pracować na swoje utrzymanie – świetnie, ale nie stoi to na przeszkodzie, aby ze swoim życiem zrobił coś pożytecznego, zaangażował się w jakieś działania na rzecz tych, którzy są w gorszej sytuacji. 
To nie ma znaczenia – czy pracujesz te 40 h w tygodniu, czy się uczysz, czy jesteś zadowolonym z życia rentierem – Bóg pragnie, abyś swoje życie przeżył celowo, z sensem, coś robiąc i pozostawiając po sobie innym. Dopiero wtedy będziesz umiał naprawdę dobrze i w Boży sposób odpocząć. Odpocząć w Bogu i z Nim. Ani za dużo, ani za mało – tyle, ile trzeba. 

Miejsce u szczytu Bożego stołu

Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. I opowiedział zaproszonym przypowieść, gdy zauważył, jak sobie pierwsze miejsca wybierali. Tak mówił do nich: Jeśli cię kto zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Wówczas przyjdzie ten, kto was obu zaprosił, i powie ci: Ustąp temu miejsca; i musiałbyś ze wstydem zająć ostatnie miejsce. Lecz gdy będziesz zaproszony, idź i usiądź na ostatnim miejscu. Wtedy przyjdzie gospodarz i powie ci: Przyjacielu, przesiądź się wyżej; i spotka cię zaszczyt wobec wszystkich współbiesiadników. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony. Do tego zaś, który Go zaprosił, rzekł: Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych. (Łk 14,1.7-14)
To, o czym mówi do nas Bóg, nigdy nie jest wydarte z kontekstu, zawieszone jakoś abstrakcyjnie w przestrzeni ewangelicznej. Jako że ma to mieć odniesienie do życia każdego z nas, ma pomagać każdemu we właściwej ocenie pewnych sytuacji, póz i zachowań, aby postępować samemu właściwie – zawsze można to, o czym On mówi na kartach Pisma odnieść do rzeczywistości, także nam współczesnej.
Jezus dzisiaj mówi o tym na samym już początku. Ewangelista wprost pisze – to, co w tej konkretnej sytuacji Jezus powiedział, to odpowiedź na złe zachowanie, nie tylko brak kultury, ze strony faryzeuszów. Potrzeba sytuacji – to, czego On i uczniowie są świadkami – jakby wywołuje Go do tablicy, i On sam tłumaczy, jakie postępowanie jest prawidłowe w kontekście tego, co wszyscy obserwowali. A prawidłowe było coś zupełnie odwrotnego.
Nie mówiąc o tym, że w ogóle ludzie pyszni są – jedni mniej, inni bardziej – to chyba nikt nie powie mi, że nie lubi być na świeczniku, nie lubi brylować w towarzystwie, być kulturalnym czy towarzyskim punktem odniesienia, takim co to w gronie przyjaciół czy szeroko pojętym towarzystwie wszyscy go słuchają, jakby spijają mu słowa z ust. Jesteśmy pyszni – zwykle bez względu na to, czy posiadamy pewne cechy, które w pewnym sensie faktycznie można uznać za celowe do naśladowania, czy też nie. 
A jak już jesteśmy pyszni – to nie myślimy i się pchamy czasami gdzieś, gdzie niekoniecznie jesteśmy mile widziani. Choćby właśnie w kwestii tego, gdzie siadamy przy stole, gdy ktoś gdzieś zaprosi. Może w takich sytuacjach i otoczeniu rodzinnym nie ma to większego znaczenia, kto koło kogo i gdzie usiądzie – jednak w czasach współczesnych Jezusowi, ale i dzisiaj w środowiskach biznesowych, w sferach politycznych czy szeroko pojętej dyplomacji ma to znaczenie kluczowe. Spotkania, konferencje, sesje, zebrania – to jedno, ale wszyscy wiemy, jak bardzo wiele delikatnych i kluczowych spraw jest omawianych a niekiedy i ustalanych właśnie przy mniej formalnych okolicznościach, np. takiego właśnie spotkania przy stole.
I nie chodzi Jezusowi o to, aby pilnować swojej pychy przy zajmowaniu miejsc przy stole tylko, o ile zdarzy nam się znaleźć pomiędzy wielkimi tego świata, bo tak wypada. Chodzi o to, aby swoją pychę poskromić bez względu na okoliczności, bez względu na towarzystwo. Umiar jest cnotą – nawet w kwestii tak prozaicznej jak zachowanie przy stole czy zajmowanie przy nim miejsca. Czy warto brylować, szpanować, pchać się na miejsce na czele stołu – aby gospodarz, dyskretnie acz stanowczo, musiał potem, niezręcznie dla siebie i dla proszonego, prosić o zmianę miejsca? A skoro wszyscy już pewnie miejsca zajęli – zostają miejsca ostatnie, i tam jak niepyszny musisz wtedy usiąść. 
Nie trzeba gwiazdorzyć. Nie trzeba i nie jest w dobrym tonie pchać się pomiędzy najważniejszych, na najlepsze miejsca. Gospodarz wie najlepiej – tobie może się wydawać, że zasługujesz na miejsce tuż obok niego, a jednak nie wiesz o jakimś znamienitym gościu, zaproszonym również, który jeszcze nie dotarł. A potem wstyd, kiedy ze względu na rangę czy pozycję gościa, gospodarz musi znaleźć mu miejsce obok siebie – i na ciebie pada, abyś przesiadł się gdzie indziej.
O wiele lepiej jest usiąść nawet z boku, na marginesie blichtru, poza centrum wydarzeń, tym wszystkim w co wszyscy zgromadzeni się wpatrują. Czy to jest gorsze miejsce? Czy nie jesteś wtedy uczestnikiem przecież tego samego przyjęcia, co ci wszyscy siedzący u szczytu stołu? Chociaż postawy i pozy mogą być z wyrachowaniem udawane i odgrywane – to jednak pokora i umiar są zawsze dobrze odbierane, bo to cnoty, których wielu dzisiaj brakuje. Gospodarz na pewno to zauważy – i zaprosi na bardziej eksponowane miejsce, co oznacza zaszczyt i wyróżnienie właściwie bez robienia czegokolwiek. 
Gospodarz to Bóg. On wywyższa nie tych, którym na wywyższeniu zależy czy zrobią wszystko, aby je osiągnąć – ale tych, którzy za sławą, miejscem w centrum, poklaskiem i chwałą nie gonią, którzy wręcz uznają je za zbytek i rzeczy niepotrzebne, a którzy prezentują sobą coś więcej niż próżność. Tych, którzy są cisi, pokorni sercem, nie grzeszą pychą. Bo o ile na salony naszego, materialnego świata, pewnie wszędzie można się wkupić – i zależy to co najwyżej od ceny – to na Boże salony, na Jego ucztę wyprawioną dla zbawionych nie da się wkupić, ani za żadne pieniądze, ani za nic innego. 
Tam może zaprosić tylko Gospodarz – tylko tych, którzy żyją jak wszyscy, którzy już w tej uczcie biorą udział, tak jak ci już w niej uczestniczący żyli w swoim życiu. Ubodzy w duchu, miłosierni, cisi, pokorni, sprawiedliwi, czystego serca, łaknący sprawiedliwości… To tacy zwyciężą naprawdę – nawet gdy po ludzku może się wydawać, że przegrali, że nic na tym świecie nie znaczyli. To oni znajdą miejsce u szczytu tego stołu, który w wieczności zastawia Boży Gospodarz.