Źle

Miało być o niedzielnej uroczystości Trójcy Świętej (odpust w mojej rodzinnej parafii), o tym że Bóg to nie jest siwy staruszek, chłopak z brodą i gołąb – a niepojęta tajemnica, której człowiek może zaledwie uszczknąć swoją wiarą i nic więcej, i o tym że tę prawdę, rzeczywistość Trójcy można zgłębić jedynie naprawdę odnajdując się w Kościele, a nie fantazjując, krytykując i komentując wszystko z pozycji widza, a nie członka wspólnoty.
Miało, bo chciałem to napisać w okolicy weekendu. Nie mam na to czasu, bo w pracy szef z lubością wymyśla kolejne rzeczy do zrobienia dla mnie, a ja siedzę i robię. Wczoraj do przeszło 19 (fakt, że dopiero po zajęciach przyjechałem), dzisiaj też zapowiada się długo. Jak bym nie napisał – coś uzupełnić, zmienić; zwykle dlatego, że nieprecyzyjnie się wyraził odnośnie tego, co ma być zrobione. A wyraża się… mailami (siedząc koło mnie na wyciągnięcie ręki, biurko obok), praktycznie się nie odzywa (do mnie – bo do reszty osób z działu jak najbardziej). Taki, w moim odczuciu, ostracyzm. I chyba celowe działanie mające mnie zmobilizować do rezygnacji. Spokojnie, sam do tego doszedłem, i szukam po prostu nowej pracy – nie mogę sobie pozwolić po prostu na odejście i dopiero szukanie (rodzina, kredyt). 
Sytuacja jest nieznośna. Ja rozumiem – wymagania – ale w tym działaniu i w podejściu do mnie widzę pewną złośliwość, i na pewno niechęć. W efekcie – nie mogę znieść, jak tam idę i siedzę, denerwuję się że zaraz znowu coś wymyśli, a poza pracą życia jest niewiele. Przychodzę do domu późno, zmęczony i zdenerwowany (mimo że nieco powietrza ze mnie po drodze schodzi). Żona też źle to znosi – prawie codziennie musi małego odbierać od teściów sama, sama wracać, sama go myć i usypiać, a potem siedzieć sama czekając na mnie. To ma być życie? To bezsensowna wegetacja.
Nawet na Mszę nie mam czasu iść w tygodniu. Chyba ze 3 tygodnie nie byłem, poza niedzielami oczywiście. Brakuje mi tego. Ale nie mam jak. Dzisiaj z rana poszedłem, u nas. Cicha Msza, szybka. Posiedziałem trochę wcześniej, pozawracałem Bogu głowę moimi sprawami, pożaliłem się i poprosiłem o pomoc. Pewnie, dziesiątkę różańca staram się codziennie odmówić w drodze, ale to nie to samo, co zaduma na Mszy albo w ogóle w kościele. 
Zmówiłem przed Mszą jutrznię (brewiarz.pl to przydatny serwis – wystarczy mieć internet w komórce), i jak zwykle zobaczyłem, że w pewnych słowach moja sytuacja po prostu się odbija:

Przeniknij nasze umysły,
Nad całym pochyl się życiem
I zniwecz Twoją światłością
Próżnego serca złudzenia. (hymn jutrzni)

Jest naprawdę psychicznie ciężko. Dlatego proszę o modlitwę i znalezienie innej pracy.

Słucham

Nie jest zbyt dobrze.
W ciągu ostatnich 2 tygodni posypało mi się w pracy, która wydawała się być szczytem i spełnieniem marzeń w zakresie tego, co człowiek w moim wieku może osiągnąć i jakie to może dawać perspektywy. Fajny czas w dziale powiedzmy pośrednim jeśli chodzi o zainteresowania, po czym idealnie pasujący w czasie transfer do działu docelowego, najsensowniejszego, a potem dostanie się jeszcze na aplikację. No, bajka, ciężka ale zapowiadająca sensowne wyniki po 3 latach godzenia pracy z aplikacją (1 dzień wykładów właściwie cały rok poza wakacjami, no i praktyki przez 3 m-ce po 1 dniu w tygodniu). Więc zasuwam, 2 dni w tygodniu przychodzę do pracy po zajęciach aplikacyjnych. 
Nie wiem, o co chodzi. Wprost z szefem (a co najgrosze – także patronem) starłem się raz, ale w styczniu, przy czym obydwoje mieliśmy świadomość, że to ja miałem rację. Nie podkładałem się, nie wychylałem – robiłem swoje. Pretekst przyszedł w tym tygodniu, kiedy „nie wykonałem zadania”, które nie dość że czasowo, to jeszcze dla mnie w ogóle nie było wykonalne. Nie znalazłem tych materiałów, bo nie potrafiłem, o czym – mając świadomość, że potrzebuje ich w konkretnym terminie – powiedziałem wprost. No i była rozmowa w cztery oczy, w której dowiedziałem się, że taka sytuacja jest niedopuszczalna, że za mnie osoba X z działu musiała tego szukać, i jeśli jeszcze raz tak będzie, to on sobie „nie wyobraża możliwości dalszej współpracy”. Przekaz jasny. Wyraziłem zdziwienie dla faktu porównywania moich umiejętności do umiejętności osoby z dobrym kilkuletnim doświadczeniem w branży – na co dowiedziałem się, że „to nie jest szkoła, studia, tylko praca”.
Przy okazji usłyszałem, że jestem niepoważny, skoro (było to ze 3? miesiące wstecz) zadzwoniłem kiedyś i wziąłem urlop na żądanie, bo malutki się pochorował. Zdębiałem, jak to usłyszałem. I że jak ja śmiałem zadzwonić do innego starszego pracownika, kiedy tydzień temu w poniedziałek przyszedłem później do pracy, bo musiałem iść do dentysty w poniedziałek rano, po weekendzie z bolącym zębem. Nie zadzwoniłem do niego, bo był za granicą na urlopie, i – słusznie? – uznałem, że w tej sytuacji nie ma sensu dzwonić do niego, tylko do osoby będącej na miejscu w pracy. 
Ja mam dość. Facet jest rozgarniętym prawnikiem z dużo większym od mojego doświadczeniem, więc przy odrobinie wysiłku i tak się mnie stamtąd pozbędzie, jak się uprze. Poza tym absolutny pracoholik – więc nie zrozumie człowieka, jak ja, z inną hierarchią wartości, dla którego rodzina to nie tylko przykry obowiązek na weekend. A ja po sądach nie zamierzam się w takiej sprawie ciągać, szkoda czasu. Psychicznie natomiast mam dość – niedobrze mi się robi, kiedy myślę o pracy albo muszę do niej iść. Jedyny (…) problem – szansa na to, że gdziekolwiek zaoferują mi podobne zarobki, jest żadna. A kokosów nie zarabiam, wystarczy akurat – i teraz gdyby tego miało być kilkaset złotych mniej – mogło by być za mało. Nie mówię o żadnych ekstrawagancjach – normalne życie rodziny z małym dzieckiem, żadnych kulturalnych eskapad czy corocznych zagranicznych wakacji. I to zmusza do zastanowienia przed jakimkolwiek ruchem – odpowiadam za nas wszystkich, za żonę i za maleństwo nasze. We dwoje byśmy sobie dali radę, bez problemu, ale jest jeszcze nasz D. Nie wnikam, czy – jak niektórzy mówią – to chwilowe zachowanie, czy nie. Ja w takich warunkach nie chcę pracować. 
W piątek miałem dzień praktyk, zjechałem rano w okolice sądu, i tak się złożyło, że nogi zaprowadziły mnie do… kościoła od kilku lat będącego w praktyce kaplicą wieczystej adoracji, gdzie dobre 20 albo i więcej lat temu prowadzała mnie śp. babcia na msze dla dzieci. Po drodze – w głowie cały czas tekst i melodia „Oczekuję Ciebie, Panie” TGD, jakoś sama przyszła. Dziwne takie wspomnienia, przez mgłę. A w ogóle -był to dzień moich urodzin. Pomodliłem się chwilę – pozytywna obserwacja: mimo Palikotów i innych tej maści oszołomów, przez te kilka minut przez kościół, choćby na jedną zdrowaśkę, przewinęło się naprawdę dużo ludzi; i więcej młodych, wyraźnie w drodze do szkoły/pracy niż starszych. I tak się zastanawiałem nad tym, gdzie jestem, co się dzieje, przed jakim wyborem może przyjść mi stanąć. Nie mogę narzekać – mam wszystko, co jest mi potrzebne, i to wystarczy. Pojawia się jednak zagrożenie, że coś tym porządkiem może zachwiać… i wchodzi strach. Mimo, że na każdym kroku przekonuję się, że On czuwa i jest obok (np. kończą się pieniądze – tego samego dnia telefon ze sklepu, gdzie reklamowałem pewną rzecz, że jest zwrot pieniędzy; albo bardziej niż błyskawiczne załatwienie sprawy zwrotu podatku w skarbówce). Ale strach się pojawia. 
Nie napiszę nic o dzisiejszej Ewangelii – choć to Niedziela Zesłania Ducha Świętego – ale odsyłam do świetnego tekstu x Macieja Pohla z Mateusza (pierwszy do liturgii dnia, nie mszy wigilijnej). Ostatni akapit:

Musi być tylko spełniony jeden warunek: trzeba wierzyć w Chrystusa, oddać Mu siebie. Dopiero wtedy będziemy potrafili zbliżyć się do Niego i właśnie u Niego szukać pomocy, będziemy umieli powiedzieć Mu o swoich pragnieniach i potrzebach. I także wtedy będziemy potrafili przyjąć pomoc, jaką nam ześle – swojego Ducha.

Wołałeś, zapraszałeś, jestem. W Tobie jest światło, Twój Duch uskrzydla człowieka. Słucham.  

Now it’s your turn

Jezus rzekł do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie. Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły. 
(Mk 16,15-20)

To nie mógł być dla apostołów łatwy moment. Skończyło się prowadzenie za rękę, dreptanie za Jezusem, wpatrywanie się w Niego i piękne deklaracje. Zaczynało się to wszystko, czego mieli przedsmak w dniach Jego męki i śmierci, kiedy (pytanie, czy na pewno?) oczekiwali Zmartwychwstania. Zaczęło się życie na własną rękę, zaczęła się ewangelizacja, zaczęła się tak naprawdę ich misja. 
Dla nich sprawa była o tyle prosta, że podjęli już wybór – poszli za Jezusem. Zgadza się, wielu to kiedyś uczyniło, po czym szeregi Jego naśladowców topniały, aby w Wielki Piątek praktycznie zniknąć, ograniczając się do kilku kobiet i Jana, jedynego który wytrwał do końca. Wytrwali w tym wszystkim jednak, i usłyszeli to wiekopomne „Pokój Wam!” w wieczerniku i tylu innych miejscach, kiedy On przyszedł, aby tym pokojem napełnić ich serca, uczynić kolejny krok ku ich duchowej i apostolskiej samodzielności. 
W tych pierwszych latach więcej było wiary w ludziach, bo i faktycznie apostołowie czynili znaki porównywalne z tymi cudami Jezusa (no, może nie wskrzeszali zmarłych). Ale i złe duchy wyrzucali, i – jak Piotr już w pierwszych dniach Kościoła – przemawiali językami, o których znajomość trudno by podejrzewać poliglotów, a co dopiero prostych rybaków z Galilei, uzdrawiali także. Nieśli Jezusowe dobro, Jezusowe uzdrowienie do wszystkich, którzy go pragnęli, którzy otwierali przed Jezusem swoje serca i zapraszali Go do swojego, choćby nie wiem jak pokręconego, połamanego i pogubionego życia. A On przychodził, właśnie przez posługę apostołów. 
W tym zapisie ewangelista nie przytoczył słów „a oto jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata”. Ale jest. Może nie było to tak oczywiste dla tamtej Dwunastki, która wpatrywała się w niebo, gdy Jezus wstępował na prawicę Boga Ojca. Dopiero po jakimś czasie mogli zrozumieć, że to już teraz, że to ich czas, że teraz nie ma wymówki, zasłaniania się Jezusem i czekania, aż On sam coś powie, aż On coś zrobi – bo to przecież Zbawiciel Pan. Teraz wszystko zależało od nich. Teraz Jezus miał tylko ich ręce, nogi, usta, i tylko nimi mógł dotrzeć do ludzi. Dlatego wyruszyli, i dlatego są w drodze ich następcy, aż do dzisiaj. 
Te dni to czas święceń kapłańskich w poszczególnych diecezjach Polski. W mojej rodzinnej diecezji odbyły się właśnie w zeszłą niedzielę. Warto pamiętać w modlitwie o neoprezbiterach – to dzięki nim, tym którzy szli przed nimi i którzy przyjdą po nich, mamy sakramenty i Eucharystię, ciągle tę samą, najświętszą. 
>>>
Mama jest po pierwszej chemioterapii, póki co jest dobrze, na razie nie jest osłabiona. 
>>>
W pracy jest masakrycznie. Przełożony przestał w jakikolwiek sposób maskować niechęć wobec mojej osoby. Jutro czeka mnie rozmowa, kto wie czy nie skończy się zakończeniem współpracy z moim pracodawcą. Co zabawniejsze, w sytuacji, kiedy zasuwam jak głupi, siedzę po godzinach. Cóż, zawsze można wymyślić zadanie niewykonalne, albo dać na coś bardzo złożonego o wiele za mało czasu, a potem mieć pretensje. Ja nie będę wieczorami i w weekendy siedział w pracy. 

O duszpasterzu i ekumeniźmie

Skończyłem czytać książkę pożyczoną od mamy, mianowicie rozmowy Bożeny Szaynok z o. Ludwikiem Wiśniewskim OP opatrzone tytułem „Duszpasterz”. Kolejny ciekawy tegoroczny tytuł spod znaku Znaku (gra słowna zamierzona). 
Zainteresowałem się książką nie tylko z polecenia mamy, ale przede wszystkim po tym, jak kilka lat wstecz miałem okazję słuchać o. Wiśniewskiego jako jednego z uczestników dyskusji panelowej, jaka odbyła się w Urzędzie Miasta Sopotu w związku z promocją książki dr. Aleksandra Halla „Osobista historia III RP”. Spotkanie było ciekawe, różne osoby w różny sposób i poruszając różne zagadnienia wypowiadały się w jej toku, mniej lub bardziej trafnie czy w ogóle na temat. A o. Ludwik zabrał głos może max 3 razy, ale to co powiedział, było bardziej trafne niż wszystkie pozostałe razem wzięte. Trafiał do serca, choć mówił nie tylko o sprawach wiary, ale głównie w kontekście książki o problemach społecznych Kościoła, o roli osób które czy to w okresie PRLu, czy także dzisiaj odgrywały rolę w polityce, nie wstydząc się swoich poglądów na temat wiary i należnego jej miejsca w przestrzeni publicznej.
Później był szum medialny wokół listu, który o. Wiśniewski napisał do nuncjusza apostolskiego w Polsce, w mojej ocenie zdecydowanie słusznie akcentując problemy polskiego Kościoła, konkretnie, nazywając je po imieniu. KEP był on nie w smak, bo w dużej mierze punktował słabości właśnie biskupów, więc z wielu stron padały pod adresem autora listu różne dziwne zarzuty, niezrozumiałe dla mnie posądzenia go o szkodzenie tym listem Kościołowi. Niezrozumiałe tym bardziej, że wnioski z listu były konkretne i wg mnie sensowne – propozycja debaty nad sytuacją Kościoła w Polsce w celu podjęcia próby zaradzenia obecnej sytuacji, debat z udziałem wszystkich mieszczących się w tym Kościele, bez względu na prezentowane poglądy. Z w/w książki dowiedziałem się, co mnie jeszcze bardziej zniesmaczyło, że o. Wiśniewski i abp. Michalik, który był jednym z najgłośniej krzyczących na autora w kontekście listu, znali się z czasów wspólnych studiów na ówczesnej ATK, byli na „ty”. Nie rozumiem więc tym bardziej takiego a nie innego zachowania abp. Michalika i jego zarzutów wobec o. Ludwika – są one tylko o tyle zrozumiałe, że de facto list adresowany był w pewnym sensie właśnie do niego jako przewodniczącego KEP.

Ja tę książkę bardzo polecam. Wyłania się z niej obraz człowieka, który zarówno dla ludzi, jak i dla Polski zrobił wiele. Owszem, był niepokorny, nie bał się podejmować decyzji, na które krzywo (mniej lub bardziej słusznie) mogli patrzeć jego przełożeni. Ale działał i to na polu, na którym niezbyt wielu w tamtych czasach (o. Ludwik do dziś) działało. Nie siedział i nie czekał na ludzi w kościele czy w zakrystii – ale wychodził do nich, sam ich szukał, a przychodzili nie tylko ci, którzy z Bogiem i Kościołem żyli dobrze, ale wręcz przeciwnie.

>>>

Wiele dzieje się w tych dniach na polu ekumenizmu. Od dłuższego czasu media katolickie wskazują – słusznie – iż nigdy w historii nie było tak blisko pojednaniu lefebrystów (Bractwo św. Piusa X) ze Stolicą Apostolską. Owszem, ekskomunikę Benedykt XVI zniósł, jednak nadal nie jest uregulowany statut Bractwa w Kościele. Niektóre tytuły odtrąbiły wręcz już sukces i pojednanie, jednak okazuje się, iż samo Bractwo w osobach jego 4 biskupów jest podzielone w zakresie stanowiska wobec wypracowywanej z Watykanem preambuły doktrynalnej. Co ciekawe, układ głosów nie jest równy – „za” jest przełożony generalny bp Bernard Fellay, „przeciw” zaś pozostali 3 biskupi. Istnieje szansa, iż powstanie więc kolejna – na wzór Opus Dei – prałatura personalna, na której czele bp. Fellay właśnie mógłby stanąć. Pytanie – czy w jej ramach uregulowana zostanie w całości kwestia lefebrystów, czy też dojdzie do podziału, część podąży za bp. Fellayem do pełnej jedności z Kościołem, a część wybierze inną drogę? Możliwe jest jeszcze jedno rozwiązanie – wszyscy albo nikt – na które powołuje się portal wiara.pl: „Watykaniści sądzą, że słowa te wskazują, iż warunkiem jedności z Rzymem będzie podpisanie przez każdego z biskupów i księży preambuły doktrynalnej”. Jest pole do modlitwy.

Jest już natomiast praktycznie pewne, że w 2012 r. dojdzie do zjednoczenia wspólnot reformowanej i luterańskiej we Francji, w ramach której kościół luterański przestanie istnieć, zaś jego członkowie staną się członkami kościoła reformowanego, funkcjonującego odtąd jako Zjednoczony Kościół Protestancki we Francji. Będzie to wspólnota ok. 350 000 wiernych. Jak wskazuje wiara.pl, „wybrano model pojednanej różnorodności: powstanie jeden synod, pastorzy będą posługiwać obu wspólnotom, natomiast obie rodziny duchowe będą nadal istnieć w swej specyfice, szczególnie w dziedzinie liturgii i organizacji lokalnej.” Trzeba się cieszyć z tego pojednania, choć faktem jest, iż wspólnota bardziej liberalna wchłania tę bardziej tradycyjną. Jest to jednak krok na przód, ku budowaniu jedności. Krok w dobrym kierunku. 

Po prostu – przyjaciele

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. 
(J 15,9-17)

Niewiele tu można dodać, pisałem o tym tekście dosłownie poprzednio, tyle że w nieco krótszej wersji. Jezus – po tym, jak kilka niedziel wstecz objawił się jako Dobry Pasterz, następnie jako krzew winny w którym powinniśmy być zakorzenieni – dzisiaj ukazuje się nam jako Bóg-przyjaciel. Ten, który umiłował nade wszystko, wbrew wszystkiemu i ponad wszystko. 
Szczytem miłości i ofiarności jest ofiarowanie siebie za kogoś, dla kogoś. Nie zawsze musi tu chodzi o działanie tak spektakularne, na jakie zdobył się św. o. Maksymilian Kolbe, kiedy w niemieckim obozie koncentracyjnym wprost, przy wszystkich, zgłosił się jako kandydat do komory zagłady zamiast innego współwięźnia, który miał rodzinę, dzieci (wielki heroizm człowieka, który miał także swoje negatywne strony, m.in. antysemickie wypowiedzi). Czasami chodzi bardziej o wytrwałe ofiarowywanie się, raz po raz, dzień po dniu, w duchu miłości, dla drugiej osoby – w fizycznej chorobie albo w innym krzyżu.
Bóg zaprasza nas dzisiaj właśnie do takiego ofiarowania ze swojego życia. Dania siebie innym. Zostało nam objawione wszystko, co Jezus miał światu i ludziom do powiedzenia – to objawienie jest pełne i kompletne, wystarczy jeśli tylko człowiek chce z niego zrobić użytek. Mamy pełną świadomość tego, jaki jest Jezusowy cel, jaka jest Jego misja, co chciał osiągnąć, i co należy zrobić, aby tę misję kontynuować i przybliżać siebie i innych do wskazanego przez Niego celu. A równocześnie, Bóg wskazuje nam wzór prawdziwej przyjaźni – nie tej deklarowanej, która sprowadza się do wspólnego znudzonego egzystowania, pokazowych pocałunków i przywitań/pożegnań na ulicy, lansowania się nawzajem – ale do prawdziwej przyjaźni, która jest pięknym darem i byciem przy drugiej osobie przede wszystkim wtedy, kiedy nie jest lekko, łatwo i przyjemnie. Czasami tylko, parafrazując Prosiaczka z opowieści o Kubusiu Puchatku, przyjaźni w której wystarczy po prostu być. W wielu sytuacjach życia, w naszej bezsilności, może się okazać, że to wszystko, na co nas w danej sytuacji stać – spróbować wytrwać i być przy Bogu, pozwolić Mu być przyjacielem. I to wystarczy. 
>>>
Kilka dni temu, wracając do domu, zauważyłem w autobusie osobę znaną mi z twarzy. Okazało się, że to pewien ksiądz, święcony jakieś 10 lat temu. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jechał z dwójką uroczych dzieci i małżonką. Bo ów ksiądz zrezygnował z kapłaństwa już dobrych kilka lat temu (niestety, jeden z wielu takich przypadków w diecezji, tendencja rosnąca). I zastanawiałem się – co prowadzi człowieka do takiej decyzji? Przypomniałem sobie wypowiedzi takich „byłych księży” z książki „Porzucone sutanny”, będącej zapisem wywiadów przeprowadzonych z tymi osobami przez „czynnego” kapłana. Kobieta? Zwątpienie? Natłok obowiązków? Przerost formy nad treścią, kryzys wiary w sytuacji niezauważonych przez zwierzchników problemów (albo zauważonych, z jedyną reakcją w postaci „karnego” przeniesienia na jeszcze gorszą i trudniejszą placówkę…)?
Nie znam jego pełnej historii. Nie wiem, czym on, ten konkretny człowiek, się kierował. Nie zamierzam go oceniać ani ferować wyroków. Bóg widzi wszystko, także to, co jest w jego sercu, najlepiej zrozumie konkretne jego decyzje. Wyglądał na człowieka szczęśliwego, spełnionego. Nieprzemyślana decyzja o przyjęciu święceń? Ciekawe też, czy uzyskał przeniesienie do stanu świeckiego, czy po prostu odszedł i tyle? Ostatnimi czasy zdarza mi się nie raz widzieć po drodze ludzi, którzy – mniej lub bardziej się z tym chowając – odmawiają w komunikacji miejskiej liturgię godzin. Z wyglądu – najpewniej ex-księża lub diakoni. Takich ludzi jest naprawdę sporo. 
>>>
Dzisiaj teściowa obchodzi urodziny, a moja mama szykuje się do badań pod koniec tygodnia, i w poniedziałek czeka ją pierwsza chemioterapia. Będę wdzięczny za wsparcie modlitewne. 

Wy trwajcie i wytrwajcie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna.
(J 15,9-11)

Pewnie się w jakimś tam stopniu powtarzam – mój sentyment do tych słów wynika z faktu, iż była to (własnoręcznie wybrana) Ewangelia z naszego ślubu. 
Po raz kolejny Pan stawia nam kolejny wzór – pokazuje palcem, że jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo nie w tym sensie, że Ojciec i Syn są przedstawiani jako ludzie (młody i stary), ale podobieństwo polega na powołaniu. Bóg jest miłością (J 4, 16), a my właśnie nade wszystko do tej miłości jesteśmy powołani.  
Zastanawiam się nad drugim zdaniem tego tekstu. Czy aby nie powinna być nieco inna pisownia? Bardziej kierunkowa, wskazująca palcem? Wy, właśnie wy trwajcie w miłości mojej. Nie ci inni, nie ten obok, nie fakt że ktoś kto chodzi do kościoła jedno robi w kościele, a co innego poza nim. Nie wykręcając się – skoro inni dzielą te słowa przez trzy i wypełniają wtedy, kiedy im jest to na rękę, kiedy się opłaca – to ja nie muszę. Wytrwajcie do końca, owszem, ale trwać ma nie kto inny, tylko wy właśnie, którzy Mi uwierzyliście. 
Wy, którzy uwierzyliście i zawierzyliście, miłości, do końca. 

Rozkwitanie w Bogu

Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Wytrwajcie we Mnie, a Ja będę trwał w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – o ile nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami. 
(J 15,1-8)

Kolejna piękna w swej obrazkowości historia, przypowieść. Piękna, bo zrozumiała dla każdego. O takie zainteresowania w wieku dojrzałym pewnie trudno, ale w okresie swej wczesnej młodości każdy pewnie z nas z zainteresowaniem przyglądał się temu, jak rośnie i rozwija się świat wokół, spędzając czas na przyglądaniu się kwiatkom, roślinkom, temu jak żyją i funkcjonują. Nietrudno też było o obserwację – oderwanie fragmentu danej roślinki (łodyżki, liścia) powoduje śmierć tego fragmentu. 
Jesteśmy zakorzenieni w Bogu, jakby z samej naszej istoty – stworzenia na Jego obraz i podobieństwo. Tu nawet nie o sakrament chrztu chodzi – to jest ciągłość, ciąg dalszy. Jesteśmy stworzeni do tego, aby rozwijać się, rozkwitać i osiągnąć pełnię szczęścia właśnie w Bogu – który, jak ten nadludzko cierpliwy ogrodnik, dogląda nas, raz po raz pieli i usuwa chwasty, troszczy się, podlewa, nawozi glebę na której żyjemy. Wszystko po to, abyśmy lepiej owocowali. Nie dla Niego – dla naszego szczęścia, bo przecież mógłby spokojnie funkcjonować bez nas, bez naszej chwały. 
Jak wczoraj słuchałem tych słów w kościele, to zastanowiło mnie szczególnie jedno zdanie: Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – o ile nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Niestety, w sumie może być inaczej. Można trwać w kim/czym innym, i przynosić owoce. Czasami widać to naokoło – w sytuacji, gdy jesteśmy świadkami czegoś na pierwszy rzut oka dobrego, albo i nawet z czyjegoś punktu widzenia faktycznie dobrego, co jednak przy bliższym przyjrzeniu się okazuje się co najmniej dziwne i dyskusyjne. Pytanie – od kogo to pochodzi? Jeśli jest sprzeczne z prawem Bożym, przykazaniami – na pewno nie pochodzi to od Boga. Więc – od kogo? W takim razie, pośrednio, od Złego. Czyli można owocować byle jak, choć pozornie sensownie. 
Dlaczego? Bo tylko w Bogu można nie tyle owocować, co zaowocować – owocować skutecznie. Może nam się wydawać, że Bóg wie kim jesteśmy, nie wiadomo ile możemy, posiadamy zasoby, talent, wiedzę, możliwości, świat jest u naszych stóp – i świetnie. Owocowanie w Bogu to nie zamknięcie się na to wszystko, najlepiej w klasztorze, żeby broń Boże nie narazić się na cokolwiek, co Bogu może się nie spodobać. Owocowanie to odwaga i roztropność w wykorzystywaniu swoich możliwości, ale w tych ramach, jakie Bóg nam wprost wskazał i w ramach których mamy dowolność rozwoju. Pewnie, można to olać i robić po swojemu, z większym rozmachem, bez zahamowań – Bóg nie zabroni, tylko przypomni: robisz to na własną rękę, ryzykujesz po prostu swoim życiem, zbawieniem. 
Do zastanowienia na dzisiaj – czy takie powierzchowne poczucie, że jest fajnie, robię dobrze, postępuję słusznie, używanie skrótów myślowych i dróg na skróty, bez głębszego zastanowienia się, przemodlenia nawet danej sprawy i decyzji, nie jest pójściem na łatwiznę, i oddawania pola Złemu? 

Super pasterz i mierni pastuszkowie

Jezus powiedział: Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; najemnik ucieka dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają, podobnie jak Mnie zna Ojciec, a Ja znam Ojca. życie moje oddaję za owce. Mam także inne owce, które nie są z tej owczarni. I te muszę przyprowadzić i będą słuchać głosu mego, i nastanie jedna owczarnia, jeden pasterz. Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo Ja życie moje oddaję, aby je potem znów odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od mojego Ojca. 
(J 10,11-18)

Niedziela Dobrego Pasterza, wczorajsza. Teksty bardzo ciekawe i zachęcająco obrazkowe. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby zrozumieć, kim jest pasterz dla stada – punktem odniesienia, wyznacznikiem kierunku podążania, przewodnikiem, tym który dba i troszczy się o każdego w stadzie. Nawet nie trzeba być człowiekiem, aby to zrozumieć – rozumieją to nawet owce i kozły. 
Jezus wyprowadza ten obraz dobrego pasterza na swego rodzaju wyżyny, stawia wyższe wymagania. Dobry jest ten pasterz, który trwa przy stadzie do końca – aż do śmierci, jeśli by jakiś dziki zwierz zaatakował. Bardziej ceni życie jednej owcy niż własne. Robi dokładnie to, co On wykonał na drzewie krzyża – bo przecież, będąc Synem Bożym, mógł zwiać z każdego miejsca, na którym się znajdował – czy to podczas biczowania, drogi krzyżowej czy już konając na krzyżu. Mógł, ale tego nie zrobił. Bo jest Dobrym Pasterzem, który postanowił zbawić nawet te owce, które własnoręcznie Jego właśnie zabijały. 
Dlaczego Dobry Pasterz jest zdolny do takiego poświęcenia? Bo zna swoje owce, bo są Mu naprawdę drogie i cenne. Nie jest wyrobnikiem, najemnikiem, osobą z konkretnie sformułowaną umową regulującą jego obowiązki (i cokolwiek ponadto – a po co…). Co więcej, jest pasterzem, który poszukuje owiec pogubionych – czyli troszczy się nawet o te, które są poza Jego stadem. Obrazkowo – stado to Kościół. Jezus nie zamyka się na tych, którzy do Niego tam przychodzą – pomodlą się, wyspowiadają, dają na tacę, kierują się nauką Kościoła. Widzi te wszystkie, mniej lub bardziej (czasem nawet nieświadomie) rogate dusze, te kozły, które raz po raz się przeciwko czemuś/komuś w Kościele buntują, uciekają, wyłamują się ze stada i idą własną drogę, nieraz długo ponosząc nieciekawe tego konsekwencje, ale jednak uparcie, po swojemu. Fenomen Jezusa polega na tym, że On szuka każdego człowieka – ile razy by się ten nie odwrócił i nie poszedł własną drogą. 
Właśnie po to, aby mogła stać się faktem ta wytęskniona jedna owczarnia. Owszem, przyjmuje się, że oznacza to jedność Kościoła jako takiego – czyli stan, który w historii praktycznie nie istniał, bo co rusz były podziały, herezje czy schizmy. Ale chodzi o coś szerszego – o zjednoczenie wszystkiego (wszystkich) w Jezusie. 
To czas modlitwy o powołania i modlitwy za powołanych. Łatwo przychodzi narzekać na księży – i ja nie zamierzam ich bronić, bo sam tutaj nie raz pisałem może i w tonie antyklerykalnym, ale swoje zdanie mam i świętych krów nie uznaję nigdzie, więc nie widzę powodu, aby robić wyjątek dla duchownych. Nie raz księża błądzą, nie raz się mylą, nie raz powodują zgorszenie (słusznie lub nie) u świeckich, nie raz zniechęcają czytanymi i w ogóle nie przeczytanymi przed wyjściem na ambonę kazaniami, albo odwrotnie – kilkustronnicowymi elaboratami niezrozumiałymi dla nikogo poza nimi, albo po prostu nudzeniem nie na temat. Nie raz człowiek pogniewa się na Boga, bo jakiś ksiądz nie pomyśli nad skutkami tego, co niezbyt fortunnie powie penitentowi – a można było inaczej. To wszystko prawda – kapłani nie są idealnymi kosmitami, wrzuconymi między nas, a ludźmi wziętymi spośród ludzi i ustanowionymi dla ludzi. Tacy sami – słabi, grzeszni, podlegający pokusom i słabościom – ludzcy. Takich mamy kapłanów, jak się za nich i o nich modlimy. Czyli jest pole do popisu. 

Odszedł biskup Jan Bernard

Jezus ukazawszy się Jedenastu rzekł do nich: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie. Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły. 
(Mk 16,15-20)

Pierwotnie miałem pisać o czym innym, ale trudno – w momencie, kiedy odszedł człowiek takiego formatu co śp. bp Jan Bernard Szlaga, ordynariusz diecezji pelplińskiej, którego dzisiaj rano Pan powołał do siebie. 
Jego życiorys nieco odbiega od przyjętego dzisiaj (niestety…) biogramu biskupa. Bo był duszpasterzem, choć także naukowcem. Urodzony w Gdyni, ochrzczony zresztą w parafii bardzo nieopodal mojej obecnej, uczył się w tym mieście i Wejherowie. Studia seminaryjne odbył w WSD w Pelplinie, ówczesnej diecezji chełmińskiej (na czele której niespełna 30 lat później, już jako diecezji pelplińskiej, w 1992 r. miał stanąć jako biskup) i święcenia kapłańskie przyjął w 1963 r. Pracował w parafiach w Łęgu i Jabłonowie Pomorskim. Następnie studiował biblistykę na KUL (1965-1969) i Rzymie (Papieski Instytut Biblijny, 1972-73). Szybko zdobywał kolejne stopnie naukowe – doktorat w 1970 r., habilitacja już 6 lat później (nagrodzona nagrodą rektora KUL), w 1984 r. tytuł profesora. Pełnił ważne funkcje na uczelni – jako prodziekan i dziekan Wydziału Teologii KUL, a także prorektor. Wykładał także w WSD w Lublinie, WSD w Pelplinie, Uniwersytecie Toruńskim i Uniwersytecie Gdańskim. Od 1988 sufragan chełmiński jako biskup tytularny Masculi, po reorganizacji polskich struktur kościelnych w 1992 został pierwszym biskupem pelplińskim, którą to funkcję pełnił do końca swoich dni, przez 20 lat. Od kilku lat zmagając się z ciężką chorobą, która ostatecznie go pokonała. 
Ja biskupa Jana Bernarda pamiętam i kojarzę, poza uroczystościami święceń kapłańskich, w których brał udział, z corocznych (z wyjątkiem kilku ostatnich lat) Mszy Świętych dla studentów Trójmiasta, inaugurujących dany rok akademicki – na których wygłaszał niesamowite, proste, mówione z głowy homilie.  Urzekające i trafne, tak bardzo różniące się od tego, co coraz częściej zdarza się nam usłyszeć mówione/czytane z ambony. Nie bez powodu Msze te gromadziły takie tłumy. 
Czytając dzisiaj, w święto liturgiczne św. Marka, powyższe słowa Ewangelii, można uznać je za swego rodzaju piękne podsumowanie trudu i pracy życia śp. bp. Jana Bernarda, które dzisiaj dobiegło końca. On, wierny sługa Pana, połączył się dzisiaj z Tym, którego naukę całym życiem głosił. Nie da się ukryć, że swoje życie przeszedł naprawdę owocnie – wierzę, że otrzyma za nie obiecaną przez Boga nagrodę. 

W lustrze Boga

Jezus powiedział do Nikodema: Tak Bóg umiłował świat, że dał swojego Syna Jednorodzonego; każdy, kto w Niego wierzy, ma życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu. (J 3,16-21)

Bardzo często brakuje nam tego ujęcia, świadomości tej perspektywy. Zdarza się, że przypominamy sobie o tych Bożych słowach: Tak Bóg umiłował świat, że dał swojego Syna Jednorodzonego; każdy, kto w Niego wierzy, ma życie wieczne. Bóg kocha, i to wystarczy, o ile człowiek tylko uwierzy w zbawienie ofiarowane przez Niego.
Jezus tłumaczy to w bardzo prosty sposób. Nie jest tak, że Bóg jest wielkim złym sędzią, który skrupulatnie do  przesady rozlicza każdego człowieka z tego, co i kiedy w życiu zrobił. Sąd nastąpi w znanym tylko Bogu terminie, ale w pewnym sensie będzie tylko formalnością. Wyrok na samego siebie wydajemy tym, co i jak robimy, wczoraj, dzisiaj i jutro. Sąd wydajemy sami na siebie w zależności od tego, jakich wyborów dokonujemy i jakie decyzje podejmujemy. Nigdy nie jest tak, że nie ma wyboru – zawsze są co najmniej 2 możliwości: światło i ciemność. A w dniu sądu – pozostaje niezmierzone Miłosierdzie Boga Ojca. 
Bez względu na to, co deklarujemy, co mówimy – liczy się to, co robimy. Można być dzień w dzień na Mszy Świętej, a w sercu mieć ciemność i wszystkim innym pogrążać się w mroku. A można także mieć wątpliwości, zastanawiać się, szczerze szukać i dążyć do poznania prawdy – i w ten sposób mozolnie, ale jednak zbliżać się do światła. 
Wszystko, czego dokonujemy, to jakby zwierciadło – w którym my przeglądamy się i porównujemy do Boga. Pytanie – co tam widać? Więcej światła czy ciemności? 
>>>
Dzisiaj dowiedziałem się, że zmarł pan J. Przesympatyczny starszy człowiek, mąż dobrej przyjaciółki teściowej. Zdrowy człowiek, który nagle pół roku temu zachorował na raka. Sporo nadziei, pierwsza chemia… i równia pochyła. Zbyt słabe wyniki na dalsze leczenie. Poprawa ok. 2 tygodnie temu, niezrozumiała dla lekarzy, i zdecydowane pogorszenie w ostatnich dniach, które spędził już w hospicjum. Odszedł dzisiaj rano. 
Pokój jego pamięci i ukojenie w Bogu dla tych, których jego śmierć napełniła bólem. Wierzę, że Bóg zaprosił go już do swego stołu.