Rusz się ze swojej komory celnej

Gdy Jezus wychodził z Kafarnaum, ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: Pójdź za Mną! On wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami? On, usłyszawszy to, rzekł: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników. (Mt 9,9-13)

Tak się zastanawiam – co nas odróżnia od takiego Mateusza? Albo inaczej -w czym jesteśmy do niego podobni?
Bo niby ten cały obrazek bardzo ładnie wpisuje się w nasze chrześcijaństwo. Przyszedł Jezus, popatrzył, powołał, hurra!, oni poszli za Nim, kurtyna. Czyli scenariusz znany i przetestowany – bo ponoć skuteczny. No, nie da się ukryć, w przypadku Mateusza na pewno – jednak chodziło tu i zadziałało tak pięknie i mocno tylko dlatego, że doszło do żywego, realnego spotkania dwóch ludzi, a przede wszystkim Boga z człowiekiem. Bóg zapukał – człowiek otworzył i Go wpuścił. Miał świadomość choroby czyli grzeszności, tego, że właśnie takich jak on szuka Zbawiciel. 
A my?
Jezus – ciągle niezmienny, zwycięski, zmartwychwstały, największy – czeka na każdego z nas w każdym dosłownie kościele czy kaplicy. Mamy komfort – nie żyjemy na Bliskim Wschodzie, gdzie muzułmanie rozwalają wszystko, co się kojarzy z krzyżem albo jest nim zwieńczone. Są miasta i miejsca – jak centrum Gdańska – gdzie o kościół przysłowiowo człowiek się „potyka” na co drugim rogu. Przychodzi – albo, jak kto woli, przechodzi – pomiędzy tymi, którzy odpowiedzą na Jego zaproszenie podczas każdej Mszy Świętej. No właśnie, tylko że najpierw trzeba być na niej. Bo jeśli nie przyjdziesz – to skąd masz wiedzieć, że On mówi właśnie do ciebie, że cię zaprasza? Ciężko. 
Bóg powołuje dosłownie każdego z nas – ale równocześnie każdego w swój jedyny w rodzaju sposób, w formie, w miejscu, czasie, a przede wszystkim: wskazuje mu, proponuje dany kierunek. Czeka na nas w kościele, we Mszy Świętej – ale także w drugim człowieku. Jednemu objawia się na modlitwie, przed Najświętszym Sakramentem, medytacji – innemu wydaje się, że jakby go piorun walnął, doznaje nagłego Bożego doświadczenia, w niespodziewanej chwili codzienności. Ilu ludzi, tyle dróg Pan Bóg odnajduje. 
I tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia, czy mnie znajdzie w kościele, czy przy kupowaniu chleba, zmienianiu pieluszki dziecku czy wieszaniu prania. Uwaga – tak, ale po to On jest w Eucharystii, abyśmy z niej korzystali (taka dygresja). Znaczenie ma tylko to, co ja zrobię – czy Go w ogóle usłyszę; jeśli usłyszę – to co zrobię z tym, co usłyszę; i wreszcie, czy ja tak naprawdę pójdę za Nim – czy dalej dzielnie będę siedział w ciemnym grajdołku mojej własnej, pełnej słabości komory celnej. 

Hejtowanie Terlikowskich

Dzisiaj właściwie przypadkiem rano przeczytałem wywiad o dość głupawym tytule „Terlikowscy: na spacerze z dziećmi również mamy radykalne poglądy„, który dla WP przeprowadził niejaki Grzegorz Wysocki. Bynajmniej nie zamierzam go tutaj reklamować. 
Rozmówcami, czego się można domyśleć, autora są Małgorzata i Tomasz Terlikowscy, czyli dość znany i rozpoznawalny katolicki publicysta i filozof oraz jego małżonka. Znany, niestety, z wygłaszania poglądów tak kontrowersyjnych, co dyskusyjnych – w sensie rygoryzmu i radykalizmu ich brzmienia. Poglądów – gwoli ścisłości – których bynajmniej nie podzielam. 
Pomijając wyjątkowo przydługawy i wybitnie wręcz nudny początek dość długiej rozmowy (słaby warsztat rozmówcy?), chciałem się skupić w sumie na kilku tylko jej fragmentach.
Generalnie sedno wywiadu kręci się wokół hejtu, jaki spotyka Terlikowskich i przyczyn takowego stanu rzeczy (co ciekawe, pytani sami z uporem unikają odpowiedzi na pytanie w tym zakresie, powtarzając mniej więcej „a bo innych mniej radykalnych też hejtują”). 
W pewnym momencie pada coś takiego:
– Wydaje mi się, że aż tak silne negatywne emocje na wasz temat biorą się stąd, że bardzo często przesadnie radykalizujecie swoje opinie – czy to w tytułach, czy to paroma mocniejszymi zdaniami w tekście, które napisane zostały po to, by o tekście było odpowiednio głośniej, by był bardziej „szerowany”, cytowany, komentowany. 
– Małgorzata: Ale przecież sam pan pracuje w portalu internetowym i wie pan doskonale, jak to działa. Jak coś będzie nijakie i niewyraźne, to pies z kulawą nogą się tym nie zainteresuje.

Czy ja dobrze rozumiem – piszą to, co piszą, i jak piszą, żeby się rzucało w oczy? Biorąc pod uwagę ton ich wypowiedzi – obawiam się, że jest to tzw. krecia robota dla Kościoła, bo niestety chyba więcej ludzi od Niego odsuwa niż zachęca. 
– Czy nie kierujecie się z waszymi tekstami, ze swoimi przekazem, do wyłącznie już przekonanych? Czy, gdybyście nieco stępili pazury i język, nie bylibyście uważnie czytani również przez drugą stronę, która teraz tych tekstów nie traktuje poważnie i reaguje na nie, delikatnie mówiąc, dość alergicznie? 
Małgorzata: Raz jeszcze odwołam się do przykładu Hołowni. Szymon cały czas mówi o tym, że nie wolno radykalizować i trzeba trafiać do tych nieprzekonanych, ale przecież na niego również wylewa się wciąż nowe kubły pomyj. Tak działa internet.

Trochę powiązane. Może i trafiają do przekonanych, ale w mojej ocenie i tym może się nie spodobać to, co widzą/czytają. Porównanie z Szymonem Hołownią – którego bardzo cenię, i który wypowiada się czasami w taki sposób, że mam wrażenie że on i Terlikowscy mówią o różnych Kościołach – mocno wg mnie nie na miejscu, kompletnie chybione. Hołownia przede wszystkim nie stara się prowokować dla prowokowania, ale mówi bardzo prosto i dosadnie, a to zasadnicza różnica. 
I też jako odpowiedź na powyższe pytanie:
– Tomasz: Trzy rzeczy. Po pierwsze, każdy ma swój styl. Po drugie, przekaz odgrywa swoją rolę, gdy trafia szeroko, a nie wąsko. I po trzecie, są ludzie, i naprawdę bardzo cenię ich pracę, których rolą jest łagodne przekazywanie pewnych rzeczy. A są tacy, których rolą jest wkładanie kija w mrowisko. I my taką decyzję podjęliśmy

Styl stylem – to jedno. Szerokość przekazu – hmm, idziemy na ilość? Chyba nie o to tu chodzi. A tym bardziej w takiej Terlikowskiej formie. No i tym kijem w mrowisko… Tylko po co? 
Ja mam świadomość, że wywiad jest słaby. Mam świadomość, że mało konkretów – niestety, można ich tu i ówdzie znaleźć (okolice Frondy?) całkiem sporo jeśli chodzi o twórczość przede wszystkim Terlikowskiego mojego imiennika. Ale jak dla mnie z tej rozmowy zalatuje taką pewnością siebie – walą we mnie, hejtują, bo taki jestem fajny, i co mi zrobią. No nic. Fakt. Tylko pytanie – czemu taka postawa służy, co ona i komu daje? Ja odbieram wypowiedzi Terlikowskiego niestety z gruntu negatywnie, uważam że w wielu przypadkach przesadza i przejaskrawia w sposób, który dla średnio zorientowanego czytelnika po prostu wykrzywia i przekłamuje to, jaki jest Kościół i dla kogo jest w nim miejsce. Prościej – zniechęca do Kościoła, podczas gdy tacy Szymon Hołownia i jemu podobni starają się naprawiać to i ludzi do Kościoła zachęcać. Ufam, że sensowniej i z większym rezultatem. 

Zaryglowane

Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się! Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. /Jezus/ przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I pełni zdumienia mówili: Dobrze uczynił wszystko. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę. (Mk 7,31-37)

Dla mnie ta niedzielna ewangelia bardzo fajnie koresponduje z fragmentem z I czytania: „Odwagi! Nie bójcie się!” (Iz 35,4-7a). Co więcej – te słowa padają nie w kontekście super wierzących, nigdy nie chwiejących się w wierze, supermanów różańca itp. Padają w kontekście osób… małodusznych. Czyli w pewnym sensie gdzieś tam – każdego z nas. Bóg nie sprawi, że wszystko to, co złe, po prostu zniknie i tego nie będzie, ot tak sobie. Bóg jest rozwiązaniem. On sam. Tylko On. 
Te Jezusowe słowa o otwieraniu się można interpretować co najmniej dwojako. 
Z jednej strony – otwórz się na drugiego człowieka, na potrzeby ludzi naokoło, przestań być egoistą, wyjdź poza swoje uprzedzenia, zainteresuj się nie tylko czubkiem własnego nosa, zrób coś bezinteresownie dla drugiego. Inna kwestia – jakiego znaczenia te słowa nabierają w obecnej tragicznej sytuacji związanej z imigrantami (osobna sprawa, zbieram się żeby coś o tym napisać). Bądź nie tylko dla siebie – ale dla drugiego. Bardziej dla niego niż dla siebie. 
Z drugiej strony – otwórz siebie samego na Niego, dla Niego. Bóg zaprosił tamtego biedaka na miejsce osobne, a dzisiaj dla każdego z nas chce znajdować miejsce indywidualne, intymne, wyjątkowe. Ma czas i miejsce dla każdego z nas, kiedy tylko do Niego przychodzimy. Każdy jest dla Niego ważny, wyjątkowy, umiłowany. Bóg najlepiej przychodzi w ciszy serca, w oddali od zgiełku i pędu codzienności. Wtedy możemy dojrzeć do tego, że można przeczytać stertę mądrych i pobożnych lektur, odmawiać stek litanii dziennie, cały różaniec, worek koronek… i nie znać Boga. Bo Boga trzeba samemu doświadczyć i tego nijak się nie da zastąpić. Dopiero to doświadczenie może nam pomóc się otworzyć na Niego i na Jego miłość, Jego plan wobec mnie samego. Ja decyduję – robię ten krok i idę ku Niemu, czy stoję w miejscu, a właściwie się cofam. Warto zwrócić uwagę – Bóg nie stawia warunków: „otwórz się, o ile… jeżeli…”. Do jest dar, to jest Jego łaska. Po prostu kiedy decyduje się otworzyć, otwierasz się. Tak po prostu. I On jest. 

Uskrzydlanie pragnień

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1,26-38)

Czytanka, o ile pamiętam, nie tyle dzisiejsza (a jednak!), co z uroczystości Zwiastowania Pańskiego, a więc bodajże 25 marca. Niby zwykłe spotkanie z prostą młodą dziewczyną, a jednak przełomowe z punktu widzenia historii zbawienia. Taki „moment zero”.
Maryja na pewno zamierzała założyć rodzinę – miała męża (a właściwie to nie do końca, bo nie mieszkali jeszcze ze sobą, z czego wynikały później wszystkie Józefowe wątpliwości: jak to, nie mieszkamy razem, a ona w ciąży? i pomysł na, zgodne z żydowskim prawem, oddalenie ciężarnej Maryi), jako wierząca Żydówka z pewnością liczyła na Boże błogosławieństwo w postaci potomstwa. Hmm, no ale… tak? No właśnie tak. Bóg realizuje jej pragnienie w sposób całkowicie nieprzewidywalny – ale dla niej dobry, czyniąc ją matką Boga. To „bądź pozdrowiona” itd. w realiach XXI wieku lekko trąca skansenem czy muzeum – ale to słowa najwyższego uznania dla osoby wybranej przez Boga. 
To, z czym my mamy bardzo często problem, to to, że każdy z nas jest na swój sposób przez Boga wybrany, indywidualnie traktowany, wyjątkowy i (uwaga!) kochany. Każdy z nas ma swoje marzenia, pragnienia i pomysły na zagospodarowanie własnego życia – które najpiękniej i najlepiej zrealizować można właśnie w Bogu, z Jego pomocą. W zwykłej, codziennej rozmowie z Nim – czyli modlitwie (i nie chodzi tylko [co kto woli] o litanie czy różańce, każdy ma wybór). Czasami najpiękniejszą, bo najbardziej szczerą modlitwą będzie – dosłownie, albo w sercu – wykrzyczenie Bogu sprzeciwu: kurde, gubię się, nie rozumiem, po co to, czemu tak dostaję w tyłek? 
Kiedy skonfrontujemy nasze pragnienia z Bogiem, kiedy zaprosimy Boga do tych swoich pragnień i zwierzymy Mu się z nich – zaczyna się, oj, zaczyna! Może trochę inaczej, niż żeśmy to sobie zaplanowali czy ułożyli w głowie. Ale się dzieje. To tylko ode mnie zależy, czy chcę być takim Samsonem i Boga obwiniać tylko, jak coś się nie uda (bo przecież jak się udaje, to tylko i wyłącznie moja zasługa, więc za co Bogu dziękować, prawda?). Czy może pozwolę siebie i swoje porywy serca Jemu uskrzydlić. 


>>>


Tak zupełnie na marginesie – proszę o wsparcie w 2 intencjach. Po pierwsze, dzisiaj nasza 6 rocznica ślubu – żeby było coraz lepiej, żebyśmy w tym naszym „my” coraz bardziej byli dla siebie razem niż osobno. No i rysuje się perspektywa dobrej pracy – żeby to się może udało? Z góry dziękuję. 

Do wyboru, do koloru?

Gdy faryzeusze dowiedzieli się, że zamknął usta saduceuszom, zebrali się razem, a jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał, wystawiając Go na próbę: Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe? On mu odpowiedział: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy. (Mt 22,34-40)

Nigdy w tym kontekście się akurat nad powyższym tekstem nie zastanawiałem. A jednak – kolejny raz pada do Jezusa pytanie, które mógłby wymyślić tylko człowiek z całym swoim „dobrodziejstwem” natury i mankamentami: słabość, grzeszność, skrupulanctwo, czepianie się słówek, etc. 
Z jednej strony – pytanie niby ważne, no bo co jest najważniejsze. Z drugiej strony – jakie to ma znaczenie, które przykazanie jest najważniejsze? Czy to jest jakiś Boży koncert życzeń – dzisiaj wybiorę sobie to, jutro tamto, a pojutrze jeszcze inne (albo żadne)? Nie. Przykazania to jest jakby pakiet, zestaw. Dany dla wszystkich i do całościowego stosowania, wszystkich, ciągle. Przykazanie miłości to jest filar, podstawa – bo każda inna cnota bez miłości jakoś sensu nie ma i trudno powiedzieć, żeby była czymś dobrym – i to ona ma inspirować i być boźdźcem do wszystkiego. Masz kochać wszystkich, choć nie wszystkich musisz lubić. 
Ja wiem, że tak jest wygodnie, że łatwiej. Że to może być jakiś punkt wyjścia, start – Panie Boże, nie radzę sobie z tym wszystkim, spróbuję powoli walczyć ze sobą, dokładać sobie tych przykazań. Nie oceniam, bo to nie moja rola. Ale starajmy się po prostu ich przestrzegać wszystkich – zamiast tracąc czas na usprawiedliwianie, czemu się nie udaje, po prostu poświęcając go na więcej ćwiczenia w ich przestrzeganiu.

Co to za lato bez opalania

Pierwsze wrażenie – wow! Świetny pomysł, ładna dziewczyna, słoneczne okulary i… Opalajcie się? Jakaś reklama Coli czy emulsji do opalania? Potem kolejna myśl, jak doczytałem – ha! na pewno znowu mój ulubiony bp Grzegorz Ryś! I znowu pudło. Papieski jałmużnik abp Konrad Krajewski. 
Wszystko miało miejsce w rodzinnej Łodzi byłego ceremoniarza Jana Pawła II, Benedykta XVI i Franciszka, w ramach Wieczoru Uwielbienia za dar Eucharystii 14 czerwca 2015 r.  Piękna i bardzo lubiana przeze mnie forma – koncert Deus Meus, przeplatany świadectwami wokalistów, no i sama adoracja Najświętszego Sakramentu.
Abp Krajewski mówił tak (filmik tutaj):

Jan Paweł II non stop chodził „opalać się” przed Najświętszym Sakramentem, tam nabierał rumieńców. Jeśli będzie wam źle, życie was sponiewiera, idźcie przed Najświętszy Sakrament (…) Byłem na Lednicy. Tam wspólnie z młodzieżą z całej Polski, opalaliśmy się przed Najświętszym Sakramentem. Każdy z nich wyspowiadał się, bo chciał podobać się Bogu (…) Życzę, byśmy dalej byli żywym dowodem na istnienie Boga. Święty Jan Paweł II nie zasłaniał sobą Boga, on się Bogu po prostu podobał!

Piękna prostota. Dawno nie słyszałem tak kapitalnej myśli – opalać się w blasku Największego, który przychodzi ukryty w małym, prostym kawałku delikatnego chleba. A jednak, w tej delikatnej i bezbronnej po ludzku postaci i tak świeci, błyszczy, obdarza łaską każdego, kto do Niego przychodzi. Człowiek, który odchodzi od Niego naładowany, „opalony” Panem Bogiem (i to nie tylko latem!), jest dla świata czytelnym Jego świadkiem.
I ta druga, genialna myśl, którą ja akurat kojarzę z x Janem Twardowskim. Żeby Pana Boga swoją wiarą, sobą, swoim ego nie zasłaniać i bardziej nie o Nim mówić, co fascynować sobą tak, aby ci, którzy Go szukają, sami Go we mnie widzieli. 

Napchać się, nachapać, nażreć

To jest dobry czas. Bo z jednej strony już w pracy, z drugiej jakby na wolniejszych obrotach, spokojnie, wszędzie wakacyjny klimat, za oknem wręcz upalnie od niedawna, pełno turystów (to akurat mniej fajne – tłumy dzikie na Wybrzeżu…). 
Szukam sobie powoli tej pracy, idzie średnio albo wcale. Postanowiłem starać się nadal, swoją drogą, ale równocześnie więcej się w tej intencji modlić. I o tą modlitwę też proszę. 
W niedzielę był ciekawy fragment Ewangelii: 

A kiedy ludzie z tłumu zauważyli, że nie ma tam Jezusa, a także Jego uczniów, wsiedli do łodzi, przybyli do Kafarnaum i tam szukali Jezusa. Gdy zaś odnaleźli Go na przeciwległym brzegu, rzekli do Niego: Rabbi, kiedy tu przybyłeś? W odpowiedzi rzekł im Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, żeście widzieli znaki, ale dlatego, żeście jedli chleb do sytości. Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki, a który da wam Syn Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec. Oni zaś rzekli do Niego: Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże? Jezus odpowiadając rzekł do nich: Na tym polega dzieło /zamierzone przez/ Boga, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał. Rzekli do Niego: Jakiego więc dokonasz znaku, abyśmy go widzieli i Tobie uwierzyli? Cóż zdziałasz? Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni, jak napisano: Dał im do jedzenia chleb z nieba. Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu. Rzekli więc do Niego: Panie, dawaj nam zawsze tego chleba! Odpowiedział im Jezus: Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie. (J 6,24-35)

Czyli tradycyjnie – potrzebujemy jednego, a szukamy i domagamy się czego innego. I oczywiście, wiemy lepiej od Boga, więc mamy do Niego pretensje. To tak samo jak z tą moją pracą – mógłbym w sumie usiąść i złorzeczyć, czemu drugiego dnia po ślubowaniu nie spadła mi z nieba lukratywna oferta z jakiejś mega znanej kancelarii. Izraelici, Narów Wybrany, podobnie (Wj 16,2-4.12-15) – tylko u nich chodziło o kwestię bardziej prozaiczną i podstawową: o pokarm. Przy okazji – wędrowali 40 lat, a wszystko na to wskazuje, że chodzili w kółko – dlaczego? Bo wystawiali Boga na próbę.
Oczywiście, każdy ma prawo do zaspokojenia podstawowych potrzeb – jedzenie, ubranie, dach nad głową. I chyba nikt z czytających te słowa problemu z tym nie ma? My mamy problem z czym innym – apetyt rośnie w miarę jedzenia. Po co cieszyć się z tego, co się ma, skoro można chcieć mieć więcej? No można. Jesteśmy wstrętnymi materialistami, a przynajmniej w większości. Nie potrafimy szanować tego, co daje Bóg – podczas gdy obok jest bardzo wielu, którzy mają dużo mniej. Cieszymy się z byle czego i nie potrafimy dostrzegać tego, co najistotniejsze. Większość sukcesów – jak to, mój własny, tymi ręcami wypracowany. A porażka? Eh, Boże, wszystko przez Ciebie, czemu mnie tak każesz. 
Nie umiemy przyjąć, brakuje nam pokory aby zrozumieć, że On widzi więcej, że w Nim jest dobro i to wszystko, co nas spotyka, ma sens – tylko czasem go nie widać, tylko czasem po drodze jest trudno. Nie umiemy prosić o to, co naprawdę nam potrzebne i konieczne, bo często zresztą sami tego nie rozumiemy i tej potrzeby nie widzimy. I wreszcie, nie umiemy Jemu zaufać, że On nam to da. Napchać się, nachapać, nażreć, i wtedy gra. Tak? Ale chyba w innym kościele. 

Przystanek – ino jaki?

Przyznam się z ręką na sercu – nigdy nie byłem na Przystanku Woodstock. Trochę nie moja bajka, nie moje klimaty muzyczne (choć słucham rzeczy bardzo wielu). Mimo tego z zaciekawieniem… a może bardziej zażenowaniem? co roku śledzę histerię, jaka ogarnia pewne środowiska, mieniące się katolickimi, w związku z tymże wydarzeniem. 
Fakty są takie, że nie jest to najbezpieczniejsza impreza pod słońcem. Na pewno jest tam alkohol, używki, seks. Bez dwóch zdań. I generalnie co do tego sporu nie ma – podobno jest też dużo lubianej i dość specyficznej muzyki. I to jest jedna strona medalu, dla niektórych – jedyna. 
Bo obok Woodstocku jest Jezus. Dwa festiwale – dwa różna światy: Festiwal Woodstock i Przystanek Jezus, a obok siebie. Kompletnie odmienne inicjatywy, praktycznie współistniejące i w zakresie czasu, jak i miejsca. I nadziwić się nie mogę, parafrazując x Jana Twardowskiego, że dla wielu katolików i chrześcijan istotne jest objechanie, powrzucanie na Woodstock, odżegnanie uczestników imprezy od czci i wiary (pewnie sporo ludzi jedzie tam TYLKO dla muzyki – ale wrzuca się ich radośnie do jednego worka z ćpunami, alkoholikami i Bóg twie kim), a równocześnie zero w ogóle zainteresowania inicjatywą religijną. 

Wystarczy poczytać – a jest tego dużo – historii „ludzi Kościoła”, a więc czy to duchownych (znalazłem swego czasu fajny wywiad z siostrą zakonną nawet) czy świeckich, którzy bywają na Woodstocku. Wnioski? Kalejdoskop. Rzeczy dobre i złe, podbudowujące i po których można się załamać. Tygiel ludzi, pełen różnych historii, dramatów, pewnie i patologii. 

Nie rozumiem tego. Skoro jest fajna, generalnie w skali krajowej rozpoznawalna inicjatywa religijna, która sprowadza się do tego, że ludzie z Bogiem w sercu i na dłoni jadą na Woodstock ewangelizować (pisałem chyba w lipcu – rewypspect, ja nie mam tyle odwagi), to czemu się tego nie promuje, a tylko psy wiesza na Woodstocku? Chyba lepiej, niż dyskredytować cudze, poświęcić czas i siły, żeby wypromować… swoje? 

W tym roku na Woodstock pojechał x Jan Kaczkowski – onkocelebryta, twórca hospicjum, sam chory na złośliwy nowotwór (Boży paradoks?) – który gościł w ramach Akademii Sztuk Przepięknych i pośród wielu ciekawych myśli, jak to Jan, powiedział m.in. że „Można być katolickim księdzem i nie być skostniałym palantem” (pod czym się podpisuję). I ludzie Janowi klaskali, i go przede wszystkim słuchali – zero nowomowy, frazesów, górnolotnych „ą” „ę”. Mówił o tym, że nie chce być księdzem pluszowym, plastikowym, i przede wszystkim pokazał wszystkim, dał świadectwo, co to znaczy być człowiekiem wierzącym w Jezusa Chrystusa. Nie mówił jak do tłumu tępych owiec, ale jak do ludzi, których szanuje, do których chciał dotrzeć, a nie im pogrozić piekłem ognistym; zaproponować: hej, można być katolem i być normalnym. Tam właśnie, w tej „jaskini lwa”. Miała być także Janina Ochojska z Polskiej Akcji Humanitarnej – nie dotarła z powodu stanu zdrowia, ale przesłała nagranie video. Bywał tam śp. abp Józef Życiński czy x Adam Boniecki MIC. Wybaczcie – dla mnie towarzystwo doborowe, czego nie można powiedzieć o autorach niektórych czy to listów pasterskich, czy też pożal się Boże niektórych kazań (bo homiliami nazwać się tego nie da). 
Co więcej, na Przystanku Jezus regularnie pojawia się bp Edward Dajczak (diecezja koszalińsko-kołobrzeska), w tym roku także mój ulubiony bp Grzegorz Ryś z Krakowa. Bp Edward pięknie mówił o tym, co już tam widział (jest tam też filmik z bp. Grzegorzem). Zło? Też. Ale nie tylko. Dużo dobrego. Dużo okazji, aby dotrzeć do ludzi, którzy sami do kościoła raczej nie zapukają (a nawet jeśli, to mają dużą szansę trafić na księdza, który odsądzi ich od czci i wiary i pogoni…). Jak to się mówi – wielu młodych ostatni raz widzi biskupa na bierzmowaniu. I sporo w tym prawdy. A tutaj, na Woodstocku – obok – mogą go zobaczyć, przychodzi wręcz do nich. 

Mój pomysł – lepiej się pomodlić za tych, do których uczestnicy Przystanku Jezus mogą na Woodstocku dotrzeć i może nawet nie przekonać, ale dać świadectwo, niż ich wyklinać od czci i wiary. Może się pogubili. Ale może właśnie tam mogą się odnaleźć – albo jeszcze lepiej Jego, Boga. A jeśli już nie, to – jak powiedział bp Grzegorz – przynajmniej się nie bać.  

Syndrom oblężonej twierdzy?

Już jakiś czas temu, idąc za radą Szymona Hołowni, który na spotkaniu z blogerami radził, aby nie pisali „o tym, co wszyscy”, ale o tym, co dla nich ważne – postanowiłem nie pisać o wszystkim, a o tym, co mnie jakoś tam dotyka (wyjątkiem tu w zasadzie jest, a raczej była, kwestia ks. Wojciecha Lemańskiego, który został potraktowany przez swoją diecezję i biskupa niedopuszczalnie). 
W mediach zaistniał był raban medialny dotyczący kwestii uchwalenia ustawy dotyczącej kwestii zapłodnienia in vitro. Temat na pewno ważny, sprawa dość zasadnicza – i, żeby nie było, nie uważam, że propagowanie tej metody jest czymś właściwym, mimo że jestem sam rodzicem i staram się zrozumieć dramat rodziców, którzy własnych dzieci z przyczyn medycznych mieć po prostu nie mogą (ale przecież dziecko można adoptować, prawda? wszyscy zachwycają się schroniskami dla zwierząt, skąd można wziąć pieska – ale już żeby czyjeś dziecko adoptować i przyjąć do swojego domu? tu już nie…).
Oczywiście co do zasady dobrze jest, że głos zabrał Episkopat i poszczególni biskupi, dobrze że znalazły się odniesienia do tej kwestii w mediach katolickich. Problem widzę gdzie indzie – w jakim tonie pojawiają się wypowiedzi, jakim językiem. Problem widzę w dość częstej (przeważającej?) w wypowiedziach duchownych tzw. mentalności oblężonej twierdzy. Z jednej strony dobry Kościół – a wszystko poza nim be, złe, negatywne. Taka „czarno-białość”. Wszystko, co nie jest inicjatywą kościelną – złe, co najmniej podejrzane, wszyscy spiskują przeciwko Kościołowi i chcą go zniszczyć. Co jest jeszcze bardziej przykre – w końcu hierarchowie to, z małymi wyjątkami, osoby raczej starsze – niestety podobny charakter wydają się mieć niektóre, a czasami prawie wszystkie inicjatywy poszczególnych wspólnot czy grup katolickich, ruchów. Skrzyknięcie się i protest, walka z czymś. Musi być wróg – wtedy jest ok, jest w kogo „walić”. 
Czy to jest konieczne? Hmm… Czy to jest dobre? No w Ewangelii nie kojarzę perykopy, która by takie działanie afirmowała w jakiejkolwiek formie – co więcej, Jezus znany był z tego, że nad ludźmi biednymi, chorymi, grzesznikami (czyli wyrzucanymi poza ówczesny społeczny margines) wręcz się pochylał, przytulał, wspierał, uzdrawiał i pocieszał. O co więc chodzi? 
Oczywiście, Kościół niejednokrotnie jest atakowany. A to w kwestii tradycyjnej nauki dotyczącej rodziny, zjawiska gender (matko! słowo, które chyba najczęściej pojawia się w wypowiedziach pisemnych biskupów na każdy/jakikolwiek temat – i to jest jakaś pomyłka?!) i wielu innych. Jeśli spojrzeć na pewne media – niestety, tu można wymienić z nazwy powiązane z osobą o. Tadeusza Rydzyka CSsR – można by uznać, że katolicy są w stanie permanentnej i strasznej wojny ze wszystkim i wszystkimi; obraz całkowicie przejaskrawiony, a przez wielu – tak świeckich, jak i duchownych – dość bezmyślnie przyjmowany. Ale czy jedyne, czym Kościół może reagować, to różne formy protestów i walki, bycia „anty”? 
Chyba jednak można zaproponować ludziom coś zupełnie innego. Inicjatywy pro, popierające pewne zjawiska, eventy, działania – jako odpowiedzi na to, kiedy Kościół faktycznie jest atakowany. Jaskrawy przykład to tzw. ruchy „pro-life”, które bardziej pasowało by nazwać „antyaborcyjne”, ponieważ głównie walczą one ze zwolennikami aborcji, niż propagują kwestie dotyczące ochrony życia. 
Wybór należy do nas. Można załamywać ręce, ciskać gromy, wyklinać, wzywać do krucjat i kolejnego „anty” czegoś – a można przedstawić Boga jako propozycję pięknej przygody dla człowieka i chrześcijaństwo, katolicyzm jako sposób na bycie samemu szczęśliwym i pomaganie innym w odnalezieniu się na tej samej dobrej drodze we właściwym kierunku. Co jest lepsze? Grożenie ogniem piekielnym – czy pokazywanie czegoś nowego, może nieznanego, może źle zrozumianego, ale tak naprawdę dużo lepszego o ile tylko człowieka się do tego zachęci? Można zrazić się do Kościoła z powodu bełkotliwego języka w takim czy innym liście biskupim, a można chcieć posłuchać czy poczytać bp. Grzegorza Rysia i zobaczyć, jak wiele pięknej pracy robi (którego posługi trudno nie odnieść do charakteru i specyfiki, otwartości pontyfikatu papieża Franciszka). 
Kościół po prostu musi umieć pokazać, co i ile ma do zaoferowania. Nie chodzi o przejaskrawioną i nieprawdziwą reklamę, nie chodzi o udawanie, że Kościół popiera właściwie i seks przedmałżeński, i in vitro, i właściwie aborcję, żeby tylko ludzie przyszli. Świat dzisiaj naprawdę daje bardzo dużo ku temu możliwości – osiągnięcia techniczne pozwalają na szereg form prowadzenia ewangelizacji czy to w mediach, w formie wydawnictw, w internecie – nie tylko w parafii i na skalę jednej parafii. 
Ale trzeba chcieć.  

Każdy musi odpocząć

Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne, osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich uprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać. (Mk 6,30-34)

Z prawnego punktu widzenia pracownik nie może zrzec się prawa do urlopu itp, a jak widać – prawo do urlopu w pewnym sensie ma biblijne korzenie 🙂 
W pewnym sensie miniony rok, a nawet w sumie jakby 2 lata były dla mnie dość intensywne. Bo z jednej strony domek z malutkim, który coraz bardziej zachwyca; z drugiej strony praca – niby te 8 godzin przy biurku i tyle, w praktyce często sporo różnych rzeczy naokoło; i z trzeciej strony – aplikacja, czyli jeden dzień urwany na zajęcia, różnej jakości (często dramatyczne), które w pracy trzeba było odrobić, i różniaste praktyki, A od początku roku – uczing mode on, praktycznie do połowy marca, ciężkie choróbsko i w tym wszystkim egzamin radcowski. Tak, udało się, ale mam pełną świadomość, że nie dałbym rady, gdyby nie moja rodzina, gdyby nie wsparcie żony i bardzo duża pomoc teściów (żona z malutkim właściwie pomieszkiwali u nich półtora miesiąca, żebym non-stop się mógł bez przeszkód uczyć). 
Człowiek maszyną nie jest, nawet przodownik pracy, i musi odpocząć – tak samo, jak Dwunastu musiało. Tu nie chodzi o nudę i lenistwo, ale zmianę otoczenia, rytmu dnia, dystans od tego czym się zajmuję normalnie zawodowo. Znalezienie więcej czasu dla najbliższych – więcej czasu na zabawy i wygłupy z dzieckiem, czas dla małżonka, jakieś wspólne wyjścia, wyjazdy, albo po prostu możliwość bycia razem bez odrywania się do spraw zawodowych. Myśmy nie wyjechali nigdzie – znowu wyliczanka: po pierwsze, z braku kasy, po drugie z powodu średniej pogody, po trzecie w związku z zaplanowanym małym zabiegiem Dominika pod koniec miesiąca. Kilka razy, powiem szczerze, trochę mnie to denerwowało (jestem zwolennikiem aktywnego odpoczynku), ale z perspektywy prawie końca urlopu to był naprawdę potrzebny i dobry czas. 
Nie szalej. Nie warto. Nie jesteśmy maszynami – każdy ma swoje granice. Trzeba być sumiennym, trzeba wykonywać to, co jest na każdego głowie, co ma zrobić, w pracy, w domu itp. i to jest jedno. Ale nasze własne ludzkie ograniczenia to drugie i ich nie przeskoczymy. Trzeba żyć i robić wszystko jak najlepiej, maksymalnie, sensownie – ale na tyle, na ile Bóg daje sił. 
Inna rzecz – żeby jeszcze w tym wolniejszym czasie może znaleźć troszkę więcej (albo w ogóle) czasu dla Boga? I taka moja osobista dygresja – nie wyłączaj mózgu na urlop, bo mam wrażenie (czytając o tragediach wakacyjnych), że niektórzy po prostu w tym czasie głupieją. 
Życzę wszystkim – i każdemu z osobna – kreatywnego i dobrego odpoczynku 🙂 bo potrzebuje go każdy z nas.