Podziwiam ewangelizatorów

Są wakacje, czas urlopu, w mojej rzeczywistości tak mniej więcej od końcówki marca okres takiego fajnego czasu dla siebie i rodziny, bez konieczności specjalnego napinania się z nauką itp. (poza dużą ilością fuch, przede wszystkim maj-czerwiec). Tak wyszło że w tym czasie miałem okazję wpaść na pewną konstatację – serio, mimochodem, tak sobie, obserwując tu i ówdzie w internetach, fejsbukach i na żywo. 
Jest pełno fajnych – najczęściej młodych, ale nie tylko – ludzi, którzy nie wahają się poświęcić czas na różne inicjatywy, publicznie mówiąc o Bogu, ewangelizując. 
Im bardziej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej docierało do mnie – woow, to nie jest pojedynczy przypadek. Tu nie chodzi o jedną grupkę jakąś. Tego jest naprawdę dużo, gdzie by nie spojrzeć. W Gdyni nie tak dawno było plażowe czytanie Pisma Świętego. Różne eventy ewangelizacyjne – w Gdańsku na Długim Targu i nie tylko, w różnych parafiach (ograniczam się do własnego pomorskiego podwórka). Wydaje mi się, że szczególnie płodnie działa dużo różnych inicjatyw mających wspólny mianownik w osobie Grzegorza Kramera SI (albo w których bierze on udział) – takie „comiesięczne Boże Ciało” czyli regularne procesje eucharystyczne, Msze Święte dla mężczyzn. Świetna sprawa, a niedawno choćby spotkanie blogerów. 
Pomijając lekko niefajną kwestię – większość tego dzieje się nie w Trójmieście, więc troszkę dla mnie nieosiągalnie – zachwyca mnie odwaga takich osób, ich bezpośredniość, to że występują publicznie, przedstawiając się,  i niosą tego Boga przed sobą, a właściwie: sobą. Idą z Bogiem do innych, i co ważne, nie zasłaniają Boga sobą, nie gwiazdorzą, nie lansują siebie. Idą między ludzi, żeby im pokazać Boga nie jako jakiegoś staruszka z brodą, kosmiczne oko/trójkąt, ale żywą obecność Tego, który kocha, jest obok bezwzględnie każdego, i nasz największy problem to jest to, że my sami nie potrafimy się pogodzić z tym, co zepsuliśmy, jak zgrzeszyliśmy, i to my się od Niego odsuwamy. 
Ja tak nie potrafię. Ok, pisuję tutaj – staram się dzielić wiarą – może i od kilku już ładnych lat (dekada?!), ale robię to anonimowo (to inna, długa historia: kiedyś mocno się przejechałem i bardzo przeżyłem to, co robiłem, podpisując się, i mam do dzisiaj z tego powodu awersję, stąd brak danych osobowych :D). Nie mam tyle wiary, aby wyjść np. na jakiś plac i mówić do ludzi o Bogu, aby dać świadectwo i otworzyć się – nawet nie już o tym, co było trudne i bolesne, ale nawet tylko o czymś pozytywnym. Zazdroszczę tym, którzy to potrafią – którzy umieją pokazać Boga w taki, najbardziej intymny i najbardziej wiarygodny zarazem sposób. To jest piękne. 
Pamiętam, jak nie tak dawno temu w rodzinnej parafii wspólnota ruchu neokatechumenalnego zwróciła się z prośbą do proboszcza: chcieli iść z Dobrą Nowiną po domach parafii i rozmawiać z ludźmi o Bogu, zapraszając ich do kościoła (nie chodziło bynajmniej o założenie nowej wspólnoty ruchu neo). Proboszcz zgodził się, ruszyli. Reakcja? Pani, którą widać w kościele kilka razy w tygodniu: „Boooże, koniec świata, Jehowi jacyś łażą i ludzi nagabują po domach. U mnie też byli, pogoniłam!”. Czyli osoba, która jakby regularnie korzysta z sakramentów, a więc pewnie wierząca, która powinna się na coś takiego otworzyć – w ogóle nie miała świadomości, kogo pogoniła sprzed swoich drzwi. Nie dała im dojść do słowa. Zasugerowała się tym, że po domach to głównie chodzą Świadkowie Jehowy, i pogoniła ich, mimo że to byli jej bracia i siostry, z „jej” Kościoła. Tak działamy – mówię to wprost, ponieważ moja reakcja najpewniej była by taka sama (do mnie do domu nie dotarli). 
Dlatego wydaje mi się, że taka ewangelizacja jest bardzo trudna – nie dlatego, że ewangelizator może oberwać, zostać wyśmiany czy zwyzywany przez jakiegoś niewierzącego, ale że może go pogonić i zmieszać z błotem właśnie… inny katolik. Ten często najmądrzejszy, co wszystko wie, bo chodzi do Kościoła, bo się modli – a więc w jego mniemaniu „wzór cnót wszelakich”. Aha, już. Znam to, też tak miałem kiedyś chyba i bardzo mi jest głupio z tego powodu – samozadowolenie i taka głupawa pewność siebie to po prostu głupota, wystarczy zerknąć do ewangelii z opisem modlitwy celnika (Łk 18,9-14). Gra przeciwieństw, zestawienie pokory i świadomości małości celnika – z pychą i zadufaniem faryzeusza. 
Podziwiam tych, którzy wychodzą między ludzi, gadają o Bogu, pokazują Go, ewangelizują. Bo robią bardzo dobrą robotę – ot, choćby dlatego, że mają szansę dotrzeć do tych, którzy Boga sami z siebie nigdy nie przyjdą do kościoła, więc nie ma jak do nich dotrzeć najlepszy nawet miodousty kaznodzieja. Ale za to jeśli kogoś zainteresują, ten ktoś może dalej szukać, drążyć, kombinować – a wtedy Pan Bóg go poprowadzi i pomoże. Oni pomagają zrobić ten pierwszy krok – którego w innych okolicznościach człowiek może nigdy sam nie wykonać. 

Pragnienie obecności

Od wczoraj – radca prawny pełną gębą 🙂 Tak tylko na wstępie, bo ślubowanie złożone.

>>>
– Dobrze jest być w Bogu zakochanym.
– Terapeuci mówią, że jak kończy się zakochanie, to zaczyna się miłość. Ale do zakochania wracać trzeba. W życiu ojców duchowości Bóg często znika, milczy. Zapada ciemna noc wiary. To czas, którym interesują się i teologowie duchowości, i psychiatrzy. 
– Co wtedy dzieje się z człowiekiem?
– Cierpi z powodu milczenia Boga. Matka Teresa z Kalkuty mówiła, że to było trudne doświadczenie. Święta Teresa Wielka wiedziała, że niektórzy w ciągu tygodni przerabiali etapy duchowości, które ona przechodziła przez lata.
Czemu Bóg milczy? Jak to tłumaczy terapeuta?
Żeby dać szansę człowiekowi zdobycia się na bezinteresowną miłość. Ona jest po ludzku wbrew nadziei, nie niesie ze sobą gratyfikacji. I to jest doświadczenie Chrystusa na krzyżu. Najpierw dramatycznie woła: „Boże, czemuś mnie opuścił?”. Bóg milczy i w Jego życiu. Chrystus umiera i zdobywa się – już nie siłą emocji, ale swojej woli – by powiedzieć: „Pragnę”. Święty Augustyn mówił tu o akcie miłości: „Amo: volo ut sis” (Kocham: pragnę, abyś był). Chrystus, który umierając, nie doświadcza Boga, ostatnim aktem woli mówi: „Pragnę (abyś był)”. I w tym słowie spotykają się wiara, nadzieja i miłość.
– To „Pragnę” interpretujemy jako wolę zaspokojenia fizycznego pragnienia.
– To jest interpretacja żołnierzy rzymskich. A na krzyżu chodzi o akt miłości. W sytuacji, w której człowiek mógłby popaść w rozpacz i odwrócić się od Boga, Chrystus przekracza siebie i pragnie, by Dawca życia dalej był. Ojciec Richard Rohr, terapeuta, mówi, że „cierpienie, które nie uległo transformacji, ulega transmisji”.
– Czyli?
– Jeżeli nie przepracujemy cierpienia, naszych traum, to możemy ranić innych. Jeśli ktoś doświadczył przemocy, agresji, to będzie to odtwarzał w swojej rodzinie, Chrystus tak transformuje swoje cierpienie, że nikogo nie rani.
– A jak Chrystus przepracował rany?
W trakcie zmartwychwstania. Widzimy Chrystusa, który ma rany. One mu nie znikają, ale Go już nie bolą. Chrystus tymi ranami świeci. I to jest zaproszenie, żeby się swoich ran nie bać. Bo gdybyśmy nie mieli ran, nie mielibyśmy czym świecić po naszym zmartwychwstaniu. 

Kilka naprawdę ciekawych myśli z rozmowy Joanny Bątkiewicz-Brożek z dr. hab. n, med. Krzysztofem Krajewskim-Siuda pt. „Jak klucz do zamka” z GN. Z tym ranieniem innych – oj, z całą pewnością to prawda, bo pewne sprawy widzę po sobie. A przede wszystkich – genialne wytłumaczenie tego Jezusowego „Pragnę” na krzyżu – nie jako wyrazu zwątpienia, bezradności i porzucenia, ale wezwania i wyznania wiary z Boga, aktu miłości Boga-Człowieka do Boga Ojca. Kapitalna myśl. 

Wielki Inspirator

Kapitalny cytat znaleziony – Piotr Żyłka na FB, o Bogu Wielkim Inspiratorze:

Żeby Wam i sobie przypomnieć, że Pan Bóg składa w naszych sercach wielkie pragnienia, które chce realizować, że On nam daje wszystko za darmo z łaski, że nawet jeśli wątpimy, to On jest wierny. On inaczej nie potrafi. Mi dał wspaniałych przyjaciół, na których mogę zawsze liczyć i mogę z nimi realizować marzenia. I najlepsza wiadomość jest taka, że On ma takie rzeczy przygotowane dla absolutnie każdego. Serio. Wystarczy tylko zaufać i pozwolić Mu działać. On to będzie robić. Nawet jeśli my po drodze będziemy co chwilę coś zawalać.

Znowu to samo – ale jak wiele osób tego nie rozumiem. Bóg nie jako bonus dla wybranych, VIPów, lepszych, równiejszych – nie! Bóg jest tą pierwszą, największą i najwspanialszą inspiracją, jaka drzemie na dnie każdego serca. Daną każdemu – czy wierzy czy nie, czy kocha czy nie, czy potrafi siebie zaakceptować, czy chce coś w sobie zmienić. 
On nigdy w nas nie zwątpił – i tak naprawdę jedyny problem, jaki ma człowiek, to wziąć i zaufać Bogu, pozwolić Mu aby objawił ten cały wielki indywidualny plan i pomysł na mnie. Wystarczy, że pozwolę Mu go realizować, przyjmę zaproszenie – a On pomoże, pomimo wszelkiej mojej słabości, aby zaistniało z tego dobro i piękno. 

Jakoś tak mam

Masz czasami tak, że – pomimo pewnych rzeczy na horyzoncie (obowiązków, powinności, spraw które gdzieś z tyłu głowy są i raz na jakiś czas przypominają o konieczności zaprzestania spychania ich w niebyt i po prostu zrobienia czegoś), pomimo codziennej pracy i zwyczajnych do bólu obowiązków – po prostu czujesz, że jest dobrze, że jesteś we właściwym miejscu, że codzienna monotonia jest właściwa i w niej się odnajdujesz, w niej i tak się rozwijasz, starasz się być lepszym; nic spektakularnego, żaden zachwyt, ot, taka kilkudniowa już myśl gdzieś tam. Tu i teraz jest dobry czas, i to jest moje miejsce nie bez powodu. 
28 lat temu Jan Paweł II odwiedził w czerwcu gdańskie Westerplatte. Uwielbiam te słowa – zresztą są „od zawsze” na tym blogu na każdej stronie. Bardzo się cieszę, że teraz dla potomności – a może i dla nas, dzisiaj, zabieganych bardziej? – zostały uwiecznione właśnie tam i w tak prostej, ale jakże czytelnej formie. 
A w ogóle to nie zauważyłem – w maju przeleciało 5 lat tego bloga na Blogspocie, pod tym adresem. Łącznie z poprzednim – od lipca 2006. Niesamowite, za rok będzie dekada… 

Biskup z pustelni w środku miasta

Archidiecezja warszawska na przestrzeni ostatnich 3 lat doczekała się… 3 (?) nominacji biskupich. Najpierw wyświęceni na sufraganów zostali księża Rafał Markowski (tak, brat tego Markowskiego z Perfectu) i Józef Górzyński, a już w niespełna 2 lata później bp Górzyński awansował na arcybiskupa koadiutora warmińskiego. W Wielki Czwartek papież przywrócił do posługi biskupiej w diecezji bp. Piotra Jareckiego, a na dniach na początku maja nuncjusz apostolski ogłosił nominację kolejnego sufragana w osobie x prałata Michała Janochy
 
Moim zdaniem, temu człowiekowi niewątpliwie „dobrze z oczu patrzy”. Choć niektórzy twierdzą, że „to nie może być dobry biskup, bo chwali go i Terlikowski, i ks. Sowa” – ja się cieszę. Cytując Terlikowskiego (do którego raczej mi dość daleko…): „Wierzący kapłan, niemal zawsze w sutannie, świetny kaznodzieja, miłośnik ikon”. 
W GN w wywiadzie z Agatą Puścikowską mówił o tym, że księdzem został po to, aby być z ludźmi i głosić im żywego Jezusa. Że nigdy nie pragnął ani nie dążył do biskupstwa – ale jednak lepiej, że to ludzie się cieszą, niż gdyby on sam miał się cieszyć, a ludzie płakać. Wyznał, że w seminarium myślał o życiu pustelniczym – a Bóg „zrobił mu psikusa” i całe życie pracuje z ludźmi. Że najważniejsze – czy u biskupa, czy u księdza – jest bycie blisko ludzi. Bardzo pięknie powiedział o Wspólnotach Jerozolimskich jako wzorze i punkcie odniesienia dla ludzi właśnie zabieganych, żyjących w świecie, w rodzinach i pracy: życie modlitwą na pustyni miasta. 
Z kolei zapytany, skąd słowa Marana Tha jako zawołanie biskupie – powiedział, że w tym wołaniu, którym się kończy Biblia, jest cała tęsknota Kościoła za pełnią, byciem z Bogiem. I to piękne podsumowanie, w pytaniu jakby określił moment, w którym się znalazł: „Dobry Boże, bądź dla mnie łaskawy, bo morze takie szerokie, a moja łódka taka mała”. No i piękne słowa o ikonach, z zamiłowania do których jest znany (ale z zakresu których jest także specjalistą – posiada habilitację z zakresu historii i historii sztuki): „Odnajduję się w tej kulturze Wschodu i nie muszę porzucać mojej własnej. Coraz bardziej odkrywam to, że te dwie kultury nawzajem siebie potrzebują. Bez siebie są niepełne. A sztuka na Wschodzie jest powiązana z duchowością. Ja najpierw ukończyłem historię sztuki, a potem poszedłem do seminarium, więc zacząłem się interesować kwestiami duchowymi, instynktownie szukając miejsca, gdzie te dwie rzeczywistości mogą się połączyć, odnalazłem ikony. Tu duchowość i sztuka spotykają się ze sobą. Z drugiej strony, jak wszystko na ziemi, ikona jest materialnym tworem. Po drugiej stronie nie będzie ikon. Ale tutaj ikony są nam potrzebne, bo potrzebujemy okien, przez które widać niebo. Ikona jest jednym z takich okien”. A więc człowiek, który na poziomie kultury szuka wspólnego mianownika pomiędzy tym, co Zachodnie a Wschodnie. Równocześnie, miał także styczność z klerykami – w latach 2009-2013 jako ich ojciec duchowny w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie.
Wystarczy spojrzeć na komentarze w internecie – kolejny „zwykły” biskup, człowiek, który pomimo kariery naukowej, nie oderwał się od rzeczywistości i chce być dla ludzi jako biskup (a nie sam dla siebie). 

Wszechobecny

Nie pamiętam już, u kogo znalazłem ten piękny obraz w necie – ale jest niesamowity i chyba najlepiej oddaje to, Kim jest Duch Święty, którego czciliśmy tydzień temu. Myślę, że piękno tego obrazu polega na tym, że oddaje jakby dwie prawdy o Duchu Świętym. 
Po pierwsze – że On jest pragnieniem serca każdego człowieka, że do Niego dąży człowiek, że Jego szuka jako Tego, który od Boga pochodzi, niesie Boży pokój, wskazuje drogę, jest natchnieniem od Ojca pozostawionym dla nas. Czy sobie zdajemy z tego sprawę, czy nie – jesteśmy na tej samej drodze ku Niebu i czasami tylko niektórym więcej czasu zajmuje zdanie sobie z tego sprawy. Ta droga w przypadku każdego jest, oczywiście, inna, indywidualna i wyjątkowa jak każdy z nas – ale oznacza dokonywanie w prywatnych okolicznościach tych samych wyborów i odpowiadania w różnych sytuacjach na te same pytania: czy chcę być dobry, czy nie; czy chcę służyć Bogu, czy w jakikolwiek sposób się z tego wykręcam (czyli i tak wybieram tego drugiego). 
I po drugie – że On jest lekkim powiewem, tchnieniem wiatru, Bożym Duchem ogarniającym wszystkich i wszystko na swój sposób; który przenika wszystko, ogarnia swoją mocą i daje siłę tym, którzy Go pragną i szczerze szukają. Nie dla wybranych, ale dla wszystkich – każdego, który do Boga zmierza. Tym, który zabieganemu człowiekowi, rozdartemu między wieloma namiętnościami, dylematami i zabrudzonemu grzechami daje ten jedyny, prawdziwy Boży pokój – który Jezus daje uczniom od razu, w pierwszych słowach, gdy staje przed nimi w dzisiejszej ewangelii (J 20,19-23), a jest to jakby retrospekcja z wieczernika, tuż po Zmartwychwstaniu. Nie poprzestaje na tym – podkreśla, drugi raz, ponownie obdarzając zaczątek Kościoła tam zgromadzony tym jedynym w swoim rodzaju Pokojem, czyli Duchem, którego za chwilę udziela zebranym: „jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam (…) Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”. Tak jak dzisiaj w sakramencie bierzmowania, tak jak wielu we wspólnotach charyzmatycznych doświadcza tzw. chrztu w Duchu Świętym. 
Nieprzypadkowo mówi się o erze Ducha Święte – po erze Boga Ojca, krótkim czasie Jezusa Chrystusa na ziemi jako człowieka. O wylaniu Ducha Bożego, który w tak różny sposób daje się odczuć w Kościele – ale i poza nim, w inicjatywach ekumenicznych. Są tacy, którzy tego nie rozumieją i złorzeczą – ale i są tacy, którzy się na te dary Ducha otwierają i pokazują, że Kościół – ten prawdziwy, nie w liczbach, budynkach, potędze instytucji – ma się bardzo dobrze i rozkwita w sposób tak bardzo dla nas nieznany, nawiązując do korzeni chrześcijaństwa, ale także w formie nowych wspólnot.
Bo Bóg przychodzi w Duchu – jak to bardzo ładnie apostoł podaje w II czytaniu:

Nikt nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: „Panem jest Jezus”. Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich. Wszystkim zaś objawia się Duch dla wspólnego dobra. Podobnie jak jedno jest ciało, choć składa się z wielu członków, a wszystkie członki ciała, mimo iż są liczne, stanowią jedno ciało, tak też jest i z Chrystusem. Wszyscyśmy bowiem w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni. Wszyscyśmy też zostali napojeni jednym Duchem (1 Kor 12,3b-7.12-13).  

Duch Święty prowadzi tylko do Jezusa i do Boga Ojca, nigdzie indziej. Różnoraki. Wszechstronny. Niesamowity i Nieogarniony. Ale równocześnie – cichy i niezauważalny, którego bardzo często zagłuszamy – zwalając na Boga, że nas olał i nie pomaga, a my po prostu nie chcemy i nie pozwalamy wsłuchać się w Jego delikatny głos Ducha.  

Opisz swój ulubiony sposób na modlitwę

Te kilka myśli powstało w ramach formy na konkurs o tytule mniej więcej: opisz swój ulubiony sposób na modlitwę. 
Modlitwa to rzeczywistość, która w moim wypadku jest zmienna – tak jak ja. 
Czasami wstaję i od rana tęsknię, żeby pójść na Mszę Świętą – cicha, mały zakonny klasztor w centrum (dosłownie) wielkiego miasta. Taki oddech i dystans do wszystkiego na początku dnia, który pozwala się zastanowić i przemyśleć pewne sprawy, zanim z myśli staną się czynami.
Kiedy indziej po prostu jadę komunikacją miejską, wyłączam się, sięgam do kieszeni po drewnianą dziesiątkę różańca. Żadne bezmyślne powtarzanie – modlitwa jak oddech, Ave Maria przeplatające codzienne sprawy, radości, blaski, ale też sprawy trudne i bolesne. Myślę o tym, co zrobiłem, o tym co mnie czeka – i modlę się za to wszystko, żeby był w tym Bóg.
Teraz się nie zdarza – za mało czasu, za mały synek 🙂 – ale uwielbiam górskie wędrowanie. Jak to powiedział niewierzący kolega – jeśli Bóg jest, to właśnie tak, w tej przestrzeni, w tym bezmiarze chmur, powietrza i majestacie wierchów. Nie musisz myśleć, nie musisz nic robić – po prostu otwierasz umysł i serce, otwierasz się na Niego i On jest. Tak zwyczajnie, wszędzie. Kiedyś wracaliśmy wieczorem z trasy, zachodzące słońce, a z małego drewnianego górskiego kościółka płynęła pieśń „…jesteś tuż obok mnie, jesteś ze mną”. Pieśń maryjna, ale ja ją odnoszę do Boga.
No i rower. Podobnie jak góry – przestrzeń, prędkość, spokój, natura. Bóg jest w tym wszystkim i modlitwa płynie z serca jakoś łatwiej wtedy, kiedy nic krzykliwego, kolorowego i wrzaskliwego nie odciąga uwagi.

Bóg w wielkim mieście

Czasami dodaję tu na dość przydługawej pewnie liście (po prawo od tekstu) nowe blogi. Pod wpływem tekstu z ostatniego GN dodałem dzisiaj kolejny. Dlaczego o tym piszę? 
Katarzyny Olubińskiej z twarzy nie kojarzę, natomiast z tekstu wynika, iż pracuje w TVN, prowadzi m.in. któreś pasmo śniadaniowe. Z bloga wynika, że pracowała już dla wielu dużych tytułów (kanałów) telewizyjnych. Faktem jest, że łączy „bycie” osobą znaną i kojarzoną z telewizornią, z wykorzystaniem tejże rozpoznawalności do działalności dość mało popularnej – bo do mówienia o Bogu. 
Autorka nie robi z siebie świętoszka – przyznaje się do zachłyśnięcia swego czasu wolnością, sukcesem pracą i tym wszystkim, co bardzo często, bez odpowiedniego punktu odniesienia, prowadzi do różnych życiowych dramatów (ci, którzy sobie z nimi poradzili, potrafią czasami zdobyć się na odwagę i na swoim przykładzie przestrzegać ludzi przed popełnianiem takich błędów – i chwała im za to!). Spodobało mi się, jak nawiązała tytułem bloga do serialu o tytule identycznym z tytułem jej bloga, z różnicą, że słowo „Bóg” należy zastąpić słówkiem „seks” – mówiąc o tym, że serial pokazuje kobiety pogubione i szukające akceptacji, miłości, a jej blog pokazuje, że Boga – odpowiedź na te wszystkie potrzeby i pragnienia ludzkiego serca – można znaleźć także wśród ludzi sukcesu, którzy też wierzą. Moja mała dygresja – szkoda, że tak niewielu decyduje się, ot, choćby w różnych akcjach, przyznać do tego. 
Unika określenia przez rozmówczynię mianem „ewangelizatorki pogranicza”, podobnie „katocelebrytki” – skromnie mówi, że wykorzystuje swój warsztat, aby rozmawiać z ludźmi, staje się narzędziem. Dobra sprawa – Bóg działa także (przede wszystkim? o ile na to pozwolą) przez ludzi zdolnych. Komu więcej dano, od tego więcej wymagać będą… Dlatego piękne jest, że autorka chce inspirować ludzi – nie pisze dla samego pisania.   
Mnie urzekł cały sens tego tekstu. To nie jest tak, że Bóg to taka „nagroda pocieszenia” dla tych, którym się nie udało, nie mają pracy, są chorzy, nic im nie wychodzi, to niech się modlą, klepią różańce, przesiadują w kościele itp. Bóg prowadzi każdego i piękną sprawą jest, gdy człowiek – kiedy osiąga sukces, jest znany – potrafi o Nim mówić, przyznać się do Niego i wskazywać na Niego jako swój punkt odniesienia, a nie wypierać i przypisywać cały sukces tylko sobie i swojemu ego. Świetnie, że są takie osoby jak Katarzyna Olubińska, które mówią o tym wprost, otwarcie i nie wstydzą się ani do tego przyznać, ani o Nim mówić. 
Pięknie brzmią też słowa zachęty, jakie napisała na blogu na stronie o sobie: 

Ten blog powstał z potrzeby serca. Postanowiłam podzielić się z Tobą swoim doświadczeniem Boga i doświadczeniem ludzi, którzy spotkali Boga w codzienności swojego życia w wielkim mieście. Bo kiedy Bóg przychodzi do człowieka i robi w jego życiu to, co zrobił w moim, to trudno o tym milczeć i chciałoby się na każdym rogu krzyczeć: On naprawdę jest! Tu i teraz. Bliżej niż myślisz. Kocha nas. Szuka. Chce naszego szczęścia. Nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych. Nigdy z nas nie rezygnuje, nawet jeśli my już sami zrezygnowaliśmy. U mnie właśnie tak to się zaczęło. Przyszedł do mojego życia nagle, jak wiatr i zmienił wszystko. Jeśli tu zajrzałeś to uważaj, bo może właśnie dotyka też Ciebie…

Zachęcam do zajrzenia… a może poszukania Boga w wielkim mieście 🙂

Przyzwoity

Już jakiś czas chciałem napisać coś o Władysławie Bartoszewskim – trudno było, bo przez pewnie 2 tygodnie od jego odejścia każdy o tym mówił i pisał. „Wielkim człowiekiem był”, jak to mówi poeta, i co do tego wątpliwości nie mam. Może i budził kontrowersje w ostatnich latach, szczególnie ze strony antagonistów Platformy Obywatelskiej. Na pewno natomiast był niezmordowanym człowiekiem, który poświęcił życie na propagowanie i dbałości pamięci o tym, co działo się w dramatycznych czasach II wojny światowej: to, czego on sam doświadczył na własnej skórze, co widział wśród najbliższych i tych obcych, a także może przede wszystkim postawy człowieka, który wyciąga prawidłowe wnioski i idzie dalej, będąc czytelnym świadkiem tej wyjątkowej karty historii.
Mnie urzekł – dosłownie – tekst Marka Zająca z TP pt. Zawody z historią (za darmo się rejestrujesz i bodajże 3 teksty w miesiącu można czytać w całości; ja polecam czytać całość TP, czy to na papierze czy na Kindle’u). Te cytaty poniżej to właśnie z tego wspomnienia. 

Lato 1942 r. Do mieszkania na Żoliborzu puka dwudziestokilkuletni mężczyzna. Sprężysty krok, wyprostowany jak struna, rozkazujący ton. To musi być przedwojenny oficer. Nie chce usiąść przy stole. Siada na parapecie, żeby z okna cały czas obserwować, co dzieje się na ulicy Słowackiego.
Jego rozmówca jest chudy jak przecinek. Nosi okulary z okrągłymi szkłami. Szybko i precyzyjnie odpowiada na pytania o rozplanowanie obozu Auschwitz. To ważny test. Potwierdzi, że chłopakowi można zaufać i dopuścić do konspiracyjnych tajemnic.
Ten starszy to Jan Karski. Emisariusz Polskiego Państwa Podziemnego, szykujący się do przerzutu do Londynu. Urodził się 24 kwietnia 1914 r.
Ten młodszy umrze 24 kwietnia 2015 r. Dokładnie w setną rocznicę początku rzezi Ormian, pierwszego z serii ludobójstw w koszmarnym XX wieku. Ludobójstwa, o którym wielu wciąż nie chce pamiętać. To Władysław Bartoszewski.  

Wiele osób – nie ukrywam, w tym ja sam – kojarzyłem go z hasłem „warto być przyzwoitym” (na swoją obronę dodam, że książkę pod tym właśnie tytułem kupiłem i już dość dawno przeczytałem). Tłumaczył i pokazywał swoim życiem, że to, co warto, nie znaczy, że będzie się opłacało. Doceniany w tej przyzwoitości – paradoksalnie – nawet w czasie uwięzienia, kiedy otrzymał 100% głosów w wyborach na tzw. starszego celi, pomimo wręcz kalejdoskopu ludzi, którzy w niej z nim siedzieli. 

Zanim na następnych kilkanaście dni straci przytomność, numer 4427 usłyszy jeszcze, jak lekarze naradzają się między sobą: – Weźmy go. Młody, może przeżyje. – Nie, nie mamy miejsc. – Mówię ci, bierzmy go. Jak przeżyje, to opowie.
I opowiadał. Aż do ostatnich dni Władysław Bartoszewski opętany był myślą o ocaleniu od zapomnienia wszystkiego, co tylko się da: wydarzeń, faktów, dat, adresów, nazwisk, rozmów. Przede wszystkim ludzi. Swą fenomenalną pamięć zamienił w gigantyczny serwer historii XX wieku. Jego dom na Mokotowie od piwnic po dach wypełniały książki, gazety, wycinki, dokumenty i fotografie. Gdy w październiku 1970 r. wkroczyło tam 18 funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, szukając dowodów jego współpracy z Radiem Wolna Europa, rewizja trwała… 27 godzin. Bezpieka wywiozła kilkaset kilogramów publikacji, maszynopisów, czasopism i notatek.
Kiedy po zwolnieniu z Auschwitz leży wycieńczony w łóżku, z obandażowanymi dłońmi, obozowe wspomnienia zaczyna dyktować harcerce Hance Czaki. Na podstawie jego relacji powstanie konspiracyjna broszura „Oświęcim. Pamiętnik więźnia”, pierwsza w historii relacja z miejsca, które zwać będą anus mundi. W następnych miesiącach, już jako pracownik Delegatury Rządu, Bartoszewski będzie skrupulatnie dokumentował okupacyjną codzienność i niemieckie zbrodnie. Po wojnie każdą chwilę na wolności, a potem każdy moment, gdy cenzura nieco popuści cugli – wykorzysta, żeby pisać o Polskim Państwie Podziemnym, o AK, o Zagładzie i pomocy Żydom, o Powstaniu Warszawskim. Przez wiele lat m.in. na łamach „Tygodnika Powszechnego”. Zawsze zgodnie z maksymą jednego z jego mistrzów, prof. Stanisława Płoskiego: „Robić wszystko, co tylko się da, byle uczciwie”. Do legendy przejdą jego wykłady w opozycyjnym Towarzystwie Kursów Naukowych i na KUL, w latach 80. zaś na uniwersytetach w Monachium, Eichstätt i Augsburgu. Kisiel pół żartem, ale i pół serio napisze: „W Polsce wszyscy prócz Władka Bartoszewskiego wszystko zapominają”.
Jego książki to fundament wiedzy o wojnie i okupacji: „Ten jest z ojczyzny mojej” (wspólnie z Zofią Lewinówną), „Warszawski pierścień śmierci”, „1859 dni Warszawy”… Kolejną serię bestsellerowych publikacji zainicjuje, przede wszystkim we współpracy z redaktorką Małgorzatą Maruszkin i Michałem Komarem, u schyłku życia. Z pozoru to w większości przymiarki autobiograficzne – w istocie nieocenione źródło wiedzy o czasach i ludziach, którzy bez Bartoszewskiego rozpłynęliby się we mgle niepamięci.
Nie o wszystkich zdążył napisać. Pracował jeszcze nad jedną, dwiema książkami o bliskich sobie ludziach. Mówił, że po ich wydaniu może wreszcie umrzeć. Zresztą na śmierć szykował się od kilku lat. Krok po kroku porządkował archiwum. Co kilka dni, tygodni posyłał do Ossolineum we Wrocławiu kartony z dokumentami, książkami, listami, zdjęciami, obrazami, medalami, dyplomami, nagrodami… Kiedyś wiecznie tonął w papierach, ostatnio przyzwyczaił się do pustki.

Uznając za łaskę to, że dane mu było przeżyć obóz koncentracyjny, nie przestawał mówić o tych, którzy tyle, co on, szczęścia nie mieli, albo których bliscy tam zginęli. Nie potrafił pozwolić sobie na obojętność wobec dramatu wojny, który był jego udziałem. 
Przez ostatnie lata i miesiące powtarzał, że chciałby umrzeć w biegu, w pędzie. Jego życzeniu stało się zadość. Jeszcze w piątek przed południem pracował u siebie w gabinecie, w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Przygotowywał się do otwierających następny tydzień polsko-niemieckich konsultacji międzyrządowych. Miał wygłosić przemówienie podsumowujące. Po południu wrócił do domu. Zmarł wieczorem.
Kiedyś powiedział synowi: – Masz dopiero czterdzieści lat i możesz chodzić. Ja już nie mam tyle czasu. Dlatego muszę biec.
Jego pęd wszyscy widzieli, znali i zapamiętali. Ale właściwie nikt się nie zastanawiał, dokąd i po co Władysław Bartoszewski tak się spieszy? 
I tak gonił, co było widać w mediach, gdzie co rusz pokazywano go w kontekście zbliżeń a to z Niemcami, a to z Żydami – ciągle z poczuciem misji, ciągle wierząc w sens mówienia o tym, czemu poświęcił 70 z 90 lat swojego życia. Myślę, że to jeden z takich, o których można bez przesady powiedzieć: człowiek-instytucja. W pozytywnym tego słowa znaczeniu. Człowiek, który sam sobą – sposobem życia, tego, czemu życie poświęcił – był znakiem pamięci dla jednych, a wyrzutem sumienia dla innych.

Czuł, że musi zwolnić, ale nie potrafił. Książka do zredagowania, obrady kapituły Orderu Orła Białego, konsultacje polsko-niemieckie, obchody zakończenia II wojny na Westerplatte…
Dopiero Bóg musiał powiedzieć: dość.

Dość? Czy to właściwe słowo? Chyba tak – biorąc pod uwagę, ile Bartoszewski za życia zrobił – a starczyło by tego na kilka życiorysów. I pewnie robił by dalej, gdyby Bóg go do siebie nie przytulił. 
Nie napiszę nic więcej na ten temat – bo nie potrafię. Oddaję głos bp. Grzegorzowi i jego pięknym słowom pożegnania.  

Przebudzenie Jareckiego

Tygodnik Powszechny po raz kolejny się spisał – publikując coś, czego próżno (a szkoda) szukać na łamach choćby i Gościa Niedzielnego. Bp Piotr Jarecki zasłynął w sensie negatywnym ok. 2 lat temu, kiedy pod wpływem alkoholu w biały dzień wjechał samochodem w latarnię. Teraz, na progu powrotu do czynnej posługi, rozmowę na temat tego trudnego czasu przeprowadził z biskupem x Adam Boniecki MIC
Zawieszony w obowiązkach sufragana warszawskiego, trafił na leczenie, a następnie na własne życzenie spędził czas w klasztorze trapistów. Nie jako ekscelencja, ale jako członek wspólnoty – robił, to co oni, żył jak oni, pracował bez żadnej taryfy ulgowej. 
Padają w tym wywiadzie mocne słowa – że był zbyt apodyktyczny, że na wszystko patrzył przez pryzmat doktryny (co z biegiem czasu było uderzające w kontekście zupełnie innych realiów pracy w parafii), Przyznał, że w tak dramatyczny sposób Bóg zmusił go do rewizji dotychczasowego życia, w tym do zmierzenia się z problemem alkoholu (sporo mówi też o tym, co picie robi z człowiekiem, jak izoluje, powoduje problemy), na zasadzie jakby terapii wstrząsowej. Zachwycał się wiedzą, teorią – nie widząc, że sam rozmija się z jej stosowaniem w praktyce (na końcu rozmowy powie wręcz, że wiedza jest zimna i niebezpieczna). Nie godził się na słabość ludzką. Bardzo mocno zaakcentował, że dramat wielu ludzi to rozbieżność w sprawach najważniejszych pomiędzy przekonaniami (teorią, słowami) a działaniem jako sposobem życia. 
Szczególnie przejmująco, przynajmniej dla mnie, zabrzmiały słowa odnośnie problemów życia biskupów, traktowanych jako ideały, którzy nie robią nic, aby wiernych od tego (błędnego) przekonania odwieźć. Funkcjonuje nawet pojęcie „zbiskupieć” jako określenie zjawiska, kiedy, hmm, sakra biskupia negatywnie wpływa na zdolność postrzegania przez biskupa i zaślepia (delikatnie mówiąc). Funkcjonuje cały barokowy rytuał wizyt biskupich, celebry, proszenie, ochy i achy, dziękowanie „za to, że Jego Ekscelencja zechciał łaskawie zaszczycić…” jakby nie to właśnie było celem posługi biskupa. Z konkluzją – wiedzą o tym i bardziej świadomi świeccy, i sami biskupi, i większość z obydwu stron i tak akceptuje to, co jest, podśmiewając się tylko. Biskup, jak to powiedział x Jarecki, musi znać realia życia, zdawać sobie sprawę z wartości pieniądza nie tylko w zakresie rzędu wielkości kosztów budowy czy remontu kościoła, ale średniej pensji ludzi – polecając, że powinien choćby zakupy zrobić czasami sam, nie był wyalienowany. Znaleźć formę tego, aby być jakoś blisko ludzi. Wykonywać normalne czynności – ugotować, posprzątać, ogarnąć się. I żeby w tym wszystkim potrafił z nową siłą głosić Ewangelię, nie jako abstrakcyjną prawie prehistoryczną opowiastkę, ale coś, co do ludzi trafi i zainteresuje, przyciągnie uwagę. Co ciekawe, postanowił również zaniechać odprawiania Mszy w prywatnej kaplicy, a znaleźć wspólnotę i jej posługiwać, a także w jakiejś innej formie służyć ludziom. 
W Wielki Czwartek kard. Kazimierz Nycz ogłosił decyzję Stolicy Apostolskiej: bp Piotr Jarecki podejmie na nowo obowiązki biskupa pomocniczego archidiecezji warszawskiej w zakresie posługi duszpasterskiej. 
To bardzo dobrze. Myślę, że to na swój sposób nowy człowiek – i ludzi może nie z dokładnie takimi doświadczeniami, ale z takim podejściem Kościół bardzo dzisiaj potrzebuje. A właściwie, doświadczenie grzechu wręcz może pomóc w lepszym zrozumieniu ludzi, którzy do takich pasterzy przyjdą.