Podziwiam ewangelizatorów

Są wakacje, czas urlopu, w mojej rzeczywistości tak mniej więcej od końcówki marca okres takiego fajnego czasu dla siebie i rodziny, bez konieczności specjalnego napinania się z nauką itp. (poza dużą ilością fuch, przede wszystkim maj-czerwiec). Tak wyszło że w tym czasie miałem okazję wpaść na pewną konstatację – serio, mimochodem, tak sobie, obserwując tu i ówdzie w internetach, fejsbukach i na żywo. 
Jest pełno fajnych – najczęściej młodych, ale nie tylko – ludzi, którzy nie wahają się poświęcić czas na różne inicjatywy, publicznie mówiąc o Bogu, ewangelizując. 
Im bardziej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej docierało do mnie – woow, to nie jest pojedynczy przypadek. Tu nie chodzi o jedną grupkę jakąś. Tego jest naprawdę dużo, gdzie by nie spojrzeć. W Gdyni nie tak dawno było plażowe czytanie Pisma Świętego. Różne eventy ewangelizacyjne – w Gdańsku na Długim Targu i nie tylko, w różnych parafiach (ograniczam się do własnego pomorskiego podwórka). Wydaje mi się, że szczególnie płodnie działa dużo różnych inicjatyw mających wspólny mianownik w osobie Grzegorza Kramera SI (albo w których bierze on udział) – takie „comiesięczne Boże Ciało” czyli regularne procesje eucharystyczne, Msze Święte dla mężczyzn. Świetna sprawa, a niedawno choćby spotkanie blogerów. 
Pomijając lekko niefajną kwestię – większość tego dzieje się nie w Trójmieście, więc troszkę dla mnie nieosiągalnie – zachwyca mnie odwaga takich osób, ich bezpośredniość, to że występują publicznie, przedstawiając się,  i niosą tego Boga przed sobą, a właściwie: sobą. Idą z Bogiem do innych, i co ważne, nie zasłaniają Boga sobą, nie gwiazdorzą, nie lansują siebie. Idą między ludzi, żeby im pokazać Boga nie jako jakiegoś staruszka z brodą, kosmiczne oko/trójkąt, ale żywą obecność Tego, który kocha, jest obok bezwzględnie każdego, i nasz największy problem to jest to, że my sami nie potrafimy się pogodzić z tym, co zepsuliśmy, jak zgrzeszyliśmy, i to my się od Niego odsuwamy. 
Ja tak nie potrafię. Ok, pisuję tutaj – staram się dzielić wiarą – może i od kilku już ładnych lat (dekada?!), ale robię to anonimowo (to inna, długa historia: kiedyś mocno się przejechałem i bardzo przeżyłem to, co robiłem, podpisując się, i mam do dzisiaj z tego powodu awersję, stąd brak danych osobowych :D). Nie mam tyle wiary, aby wyjść np. na jakiś plac i mówić do ludzi o Bogu, aby dać świadectwo i otworzyć się – nawet nie już o tym, co było trudne i bolesne, ale nawet tylko o czymś pozytywnym. Zazdroszczę tym, którzy to potrafią – którzy umieją pokazać Boga w taki, najbardziej intymny i najbardziej wiarygodny zarazem sposób. To jest piękne. 
Pamiętam, jak nie tak dawno temu w rodzinnej parafii wspólnota ruchu neokatechumenalnego zwróciła się z prośbą do proboszcza: chcieli iść z Dobrą Nowiną po domach parafii i rozmawiać z ludźmi o Bogu, zapraszając ich do kościoła (nie chodziło bynajmniej o założenie nowej wspólnoty ruchu neo). Proboszcz zgodził się, ruszyli. Reakcja? Pani, którą widać w kościele kilka razy w tygodniu: „Boooże, koniec świata, Jehowi jacyś łażą i ludzi nagabują po domach. U mnie też byli, pogoniłam!”. Czyli osoba, która jakby regularnie korzysta z sakramentów, a więc pewnie wierząca, która powinna się na coś takiego otworzyć – w ogóle nie miała świadomości, kogo pogoniła sprzed swoich drzwi. Nie dała im dojść do słowa. Zasugerowała się tym, że po domach to głównie chodzą Świadkowie Jehowy, i pogoniła ich, mimo że to byli jej bracia i siostry, z „jej” Kościoła. Tak działamy – mówię to wprost, ponieważ moja reakcja najpewniej była by taka sama (do mnie do domu nie dotarli). 
Dlatego wydaje mi się, że taka ewangelizacja jest bardzo trudna – nie dlatego, że ewangelizator może oberwać, zostać wyśmiany czy zwyzywany przez jakiegoś niewierzącego, ale że może go pogonić i zmieszać z błotem właśnie… inny katolik. Ten często najmądrzejszy, co wszystko wie, bo chodzi do Kościoła, bo się modli – a więc w jego mniemaniu „wzór cnót wszelakich”. Aha, już. Znam to, też tak miałem kiedyś chyba i bardzo mi jest głupio z tego powodu – samozadowolenie i taka głupawa pewność siebie to po prostu głupota, wystarczy zerknąć do ewangelii z opisem modlitwy celnika (Łk 18,9-14). Gra przeciwieństw, zestawienie pokory i świadomości małości celnika – z pychą i zadufaniem faryzeusza. 
Podziwiam tych, którzy wychodzą między ludzi, gadają o Bogu, pokazują Go, ewangelizują. Bo robią bardzo dobrą robotę – ot, choćby dlatego, że mają szansę dotrzeć do tych, którzy Boga sami z siebie nigdy nie przyjdą do kościoła, więc nie ma jak do nich dotrzeć najlepszy nawet miodousty kaznodzieja. Ale za to jeśli kogoś zainteresują, ten ktoś może dalej szukać, drążyć, kombinować – a wtedy Pan Bóg go poprowadzi i pomoże. Oni pomagają zrobić ten pierwszy krok – którego w innych okolicznościach człowiek może nigdy sam nie wykonać. 

Dodaj komentarz