Talent show

parable_of_talents_01

Jezus opowiedział uczniom tę przypowieść: Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność! Odrzekł mu pan jego: Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. (Mt 25,14-30)

Ten tekst to historia o tym, jak wielkie jest nasze wybranie i jak niesamowite bogactwo złożone zostało w ręce każdego z nas. Tak, w ręce każdego także inaczej. I że tak naprawdę nikt, choćbym nie wiem, jak zwalał winę na drugiego, nie jest w stanie nic z nim zrobić. Te talenty są tylko moje.

Czytaj dalej →

Przystanek – ino jaki?

Przyznam się z ręką na sercu – nigdy nie byłem na Przystanku Woodstock. Trochę nie moja bajka, nie moje klimaty muzyczne (choć słucham rzeczy bardzo wielu). Mimo tego z zaciekawieniem… a może bardziej zażenowaniem? co roku śledzę histerię, jaka ogarnia pewne środowiska, mieniące się katolickimi, w związku z tymże wydarzeniem. 
Fakty są takie, że nie jest to najbezpieczniejsza impreza pod słońcem. Na pewno jest tam alkohol, używki, seks. Bez dwóch zdań. I generalnie co do tego sporu nie ma – podobno jest też dużo lubianej i dość specyficznej muzyki. I to jest jedna strona medalu, dla niektórych – jedyna. 
Bo obok Woodstocku jest Jezus. Dwa festiwale – dwa różna światy: Festiwal Woodstock i Przystanek Jezus, a obok siebie. Kompletnie odmienne inicjatywy, praktycznie współistniejące i w zakresie czasu, jak i miejsca. I nadziwić się nie mogę, parafrazując x Jana Twardowskiego, że dla wielu katolików i chrześcijan istotne jest objechanie, powrzucanie na Woodstock, odżegnanie uczestników imprezy od czci i wiary (pewnie sporo ludzi jedzie tam TYLKO dla muzyki – ale wrzuca się ich radośnie do jednego worka z ćpunami, alkoholikami i Bóg twie kim), a równocześnie zero w ogóle zainteresowania inicjatywą religijną. 

Wystarczy poczytać – a jest tego dużo – historii „ludzi Kościoła”, a więc czy to duchownych (znalazłem swego czasu fajny wywiad z siostrą zakonną nawet) czy świeckich, którzy bywają na Woodstocku. Wnioski? Kalejdoskop. Rzeczy dobre i złe, podbudowujące i po których można się załamać. Tygiel ludzi, pełen różnych historii, dramatów, pewnie i patologii. 

Nie rozumiem tego. Skoro jest fajna, generalnie w skali krajowej rozpoznawalna inicjatywa religijna, która sprowadza się do tego, że ludzie z Bogiem w sercu i na dłoni jadą na Woodstock ewangelizować (pisałem chyba w lipcu – rewypspect, ja nie mam tyle odwagi), to czemu się tego nie promuje, a tylko psy wiesza na Woodstocku? Chyba lepiej, niż dyskredytować cudze, poświęcić czas i siły, żeby wypromować… swoje? 

W tym roku na Woodstock pojechał x Jan Kaczkowski – onkocelebryta, twórca hospicjum, sam chory na złośliwy nowotwór (Boży paradoks?) – który gościł w ramach Akademii Sztuk Przepięknych i pośród wielu ciekawych myśli, jak to Jan, powiedział m.in. że „Można być katolickim księdzem i nie być skostniałym palantem” (pod czym się podpisuję). I ludzie Janowi klaskali, i go przede wszystkim słuchali – zero nowomowy, frazesów, górnolotnych „ą” „ę”. Mówił o tym, że nie chce być księdzem pluszowym, plastikowym, i przede wszystkim pokazał wszystkim, dał świadectwo, co to znaczy być człowiekiem wierzącym w Jezusa Chrystusa. Nie mówił jak do tłumu tępych owiec, ale jak do ludzi, których szanuje, do których chciał dotrzeć, a nie im pogrozić piekłem ognistym; zaproponować: hej, można być katolem i być normalnym. Tam właśnie, w tej „jaskini lwa”. Miała być także Janina Ochojska z Polskiej Akcji Humanitarnej – nie dotarła z powodu stanu zdrowia, ale przesłała nagranie video. Bywał tam śp. abp Józef Życiński czy x Adam Boniecki MIC. Wybaczcie – dla mnie towarzystwo doborowe, czego nie można powiedzieć o autorach niektórych czy to listów pasterskich, czy też pożal się Boże niektórych kazań (bo homiliami nazwać się tego nie da). 
Co więcej, na Przystanku Jezus regularnie pojawia się bp Edward Dajczak (diecezja koszalińsko-kołobrzeska), w tym roku także mój ulubiony bp Grzegorz Ryś z Krakowa. Bp Edward pięknie mówił o tym, co już tam widział (jest tam też filmik z bp. Grzegorzem). Zło? Też. Ale nie tylko. Dużo dobrego. Dużo okazji, aby dotrzeć do ludzi, którzy sami do kościoła raczej nie zapukają (a nawet jeśli, to mają dużą szansę trafić na księdza, który odsądzi ich od czci i wiary i pogoni…). Jak to się mówi – wielu młodych ostatni raz widzi biskupa na bierzmowaniu. I sporo w tym prawdy. A tutaj, na Woodstocku – obok – mogą go zobaczyć, przychodzi wręcz do nich. 

Mój pomysł – lepiej się pomodlić za tych, do których uczestnicy Przystanku Jezus mogą na Woodstocku dotrzeć i może nawet nie przekonać, ale dać świadectwo, niż ich wyklinać od czci i wiary. Może się pogubili. Ale może właśnie tam mogą się odnaleźć – albo jeszcze lepiej Jego, Boga. A jeśli już nie, to – jak powiedział bp Grzegorz – przynajmniej się nie bać.  

Mizerny minimalizm

Podobnie też [jest] jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: „Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem”.  Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!” Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: „Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!” Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: „Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność!” Odrzekł mu pan jego: „Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”. (Mt 25, 14-30)

Skupię się na ostatnim bohaterze tego obrazka ewangelicznego. Mógłby ktoś zapytać: ale o co poszło? Co ten trzeci źle zrobił? Czym podpadł? Skąd taka kara? W sumie, nie ukradł, rozliczył się ze swoim panem, nie spekulował. W czym więc problem?
Na pewno nie można mu zarzucić nic w zakresie prawdomówności – bo wygarnął panu, a właściwie po prostu powiedział to, co myślał. Nie dam się wysługiwać, nie będę ci organizował i napędzał dochodu, nie zarobisz na mnie – masz tyle, ile mi zostawiłeś. W realiach wolnorynkowych – hm, delikatnie rzecz biorąc, dezaprobata pana jest bardziej niż zrozumiała, bo nie po to zostawił te pieniądze ludzikowi, żeby teraz oddał tylko tyle samo, ale miały na siebie pracować i przynieść zysk. Ale że Jezus tu o czymś takim mówi? 
Ano mówi – i ma wręcz rację. Tu nie o pieniądze jednak czy zysk materialny chodzi, ale o ludzkie lenistwo, brak inicjatywy, obawę przed ruszeniem palcem, żeby się przypadkiem nie narobić. Bo albo w ogóle nic mi się nie chce, albo ewentualnie – w ostateczności, oczywiście, kiedy potencjalny zarobek wart jest zachodu – ruszę się i coś tam zrobię, ale tylko dla korzyści tu i teraz, przeliczalnej na pieniądze, kwoty, koneksje, kontakty, układy i układziki; zaprocentują od razu dzisiaj albo niebawem. „Nic nie robić, nie mieć zmartwień, chłodne piwko w cieni pić…” jak śpiewał Ryszard Rynkowski – ot co! Nie wysilać, brzydzić wysiłkiem wręcz, mizeria taka, wegetacja praktycznie. Bez odpowiedzialności, podjęcia ryzyka, zawalczenia, wykazania inicjatywy czy pomysłowości. Minimalnie, po najmniejszej linii oporu. 
Z pieniędzmi – tak jest zawsze. Najgorsze jest jednak to, że podobnie jest także z naszymi dążeniami ku Bogu, wieczności, niebu. Nic, zero, albo prawie nic. Jak zrobić, żeby się nie narobić, i jakoś tam – przez czyściec, najwyżej – załapać się do nieba. O to tutaj chodzi. Dlatego tak nieciekawie skończył ten ostatni, wyzwany od złych i gnuśnych zawczasu. Bóg mówi w tym obrazku o tym, co nam daje – i nie o pieniądze chodzi, a o te talenty dosłowne: mądrość, pomysłowość, uzdolnienie muzyczne, wokalne, umiejętności sportowe, kreatywność, i tyyyle inne. Każdy ma inne. Każdy dostaje je w innej konfiguracji. Co więcej, każdy ma swój rozum i tak naprawdę jedno zadanie: we własny sposób je uskrzydlić, z miłością wykorzystać. 
Wtedy nawet do łba mu nie przyjdzie gdziekolwiek czegokolwiek zakopywać. Wtedy z radością – kiedy ten jedyny Pan powróci w dniu Sądu – stanie przed Nim z naręczem tego, co zyskał, puszczając w obrót i twórczo wykorzystując talenty. Ale trzeba chcieć. 

Kompleksowo – o ile Bogu pozwolisz

Gdy po pewnym czasie Jezus wrócił do Kafarnaum, posłyszeli, że jest w domu. Zebrało się tyle ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca, a On głosił im naukę. Wtem przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili łoże, na którym leżał paralityk. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy. A siedziało tam kilku uczonych w Piśmie, którzy myśleli w sercach swoich: Czemu On tak mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, prócz jednego Boga? Jezus poznał zaraz w swym duchu, że tak myślą, i rzekł do nich: Czemu nurtują te myśli w waszych sercach? Cóż jest łatwiej: powiedzieć do paralityka: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje łoże i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał, wziął zaraz swoje łoże i wyszedł na oczach wszystkich. Zdumieli się wszyscy i wielbili Boga mówiąc: Jeszcze nigdy nie widzieliśmy czegoś podobnego. (Mk 2,1-12)

Cały czas nie wiem, co z mamą – tzn. wiem, że nic nie wiem, ponieważ poza wstępną diagnozą nie ma żadnych nowych informacji, konsultacje trwają. Opatrzność jakby czuwała nade mną, podsuwając za pośrednictwem Kościoła kolejne teksty na ten sam temat – Jezus czyni cuda i uzdrawia. Jak ten niedzielny. 
Można przewidzieć, że dom, w którym doszło do opisywanej sytuacji, nie należał pewnie do jakiś pałaców. Mało kogo by na taki było stać. Co więcej, w tamtych czasach i klimacie bardzo często domostwa – nie tyle z powodu ubóstwa, co dla większej ilości powietrza i lepsze wentylacji, ważnych w wysokich temperaturach – posiadały dachy z lekkich materiałów, niekiedy i układanych warstwami liści palmowych. Tych czterech wykazało się nie lada sztuką – przynieśli swojego chorego i bardzo byli uparci w swoim dążeniu do zetknięcia się z Jezusem. Nie tylko że go przytaszczyli do domu, ale nie poddali się gdy okazało się, że nijak z noszami nie wejdą do domu. Dokonali nie lada ekwilibrystyki… wdrapując się z tym chorym na noszach prosto na dach! Jak wielka była wiara, która musiała ich determinować, aby dotrzeć do Pana. 
Jezus to widział. Wiedział, jak wiele wysiłku włożyli w to, aby zwrócić Jego uwagę na swego przyjaciela. Mniejsza o to, czy widzieli w Nim jedynie uzdrowiciela, czy przeszło im przez myśl, że mają do czynienia z żyjącymi i jak najbardziej ludzkim Bogiem samym. Czasami wiara przychodzi pod wpływem impulsu, takiego jak cudowne i niezrozumiałe po ludzki wydarzenia (np. uzdrowienie) – Jezusowi współcześni mieli tę łaskę, że wielu z nich nawróciło się pod wpływem impulsu, jakim było bezpośrednie spotkanie, kontakt z Bogiem żyjącym po prostu między nimi. 
Zastanawiające może być to, co powiedział. Nie padły słowa o uzdrowieniu – Zbawiciel nie rozkazał posłusznemu Mu ciału, aby ozdrowiało. Widział głębiej, dalej, to co najważniejsze. Widział grzechy które niszczyły serce, brud kalający człowieka od środka, czyniący go chorym i kalekim wewnętrznie, choć może nikt z tego poza Nim i owym biedakiem nie zdawał sobie sprawy. Umiał dobrać środki do potrzeb. Widząc wiarę tych, którzy przynieśli chorego, ulitował się nad każdą jego słabością – jednocześnie wskazując na kolejność. Najpierw dusza, potem ciało. Jego słowa, oczywiście, nie uszły uwadze „życzliwych”, którzy uznali je oczywiście za bluźnierstwo. Pan nie wdawał się w dyskusje – potrafił całą sytuację, ku radości zebranych a tym bardziej do tej chwili chorego, przekuć w kolejny cichy, ale zarazem wielki dowód Jego mocy. Bóg kocha człowieka całego i całego go uzdrawia – nie tylko leczy ducha, ale naprawia ciało. Można sobie wyobrazić, jakie ludzie musieli mieć miny, kiedy paralityk po prostu wstał, po czym wziął jeszcze pod pachę łóżko i jakby nigdy nic – wyszedł pomiędzy nimi. 
Tamci wielbili Boga, bo nigdy nic takiego nie widzieli. My dzisiaj też mamy ku temu okazję – bo cuda nadal się zdarzają, nadal dochodzi do uzdrowień, łaska Boża objawia się w różnych miejscach, sytuacjach. Trzeba jednak o czymś pamiętać – nie każdemu musi być dane doświadczenie cudu. To nie komunizm – każdemu się należy. O ile w ogóle można użyć tu sformułowania „należy się” – a raczej nie pasuje ono – to większą szansę na cud będzie miał ten, który go pragnie i przede wszystkim który wierzy w możliwość jego nastąpienia. To bardzo proste – jak w tym dowcipie z człowiekiem, który wiele razy prosił Boga o wygraną w totolotka, po czym usłyszał: no dobrze, ale zagraj w końcu… 
>>>
W poniedziałek rano była Msza Święta za mamę. Czekamy. Na pewno w niedzielę do niej pojadę, w tygodniu nie mam jak. Za modlitwy bardzo dziękuję i nadal pokornie o nie proszę. 

Nie – ile masz, ale – co z tym zrobisz. O lenistwie i marnotrawstwie słów kilka

Jezus opowiedział uczniom tę przypowieść:  Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem. Rzekł mu pan: Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana! Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność! Odrzekł mu pan jego: Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. (Mt 25,14-30)

Nieprzypadkowo ten właśnie tekst słyszymy dzisiaj, w przedostatnią niedzielę roku liturgicznego (tak, za 2 tygodnie zaczynamy adwent) – ostatnią, jaką na kartach swojej ewangelii zapisał Mateusz. Także treść sugeruje, że ma ona (przypowieść) kapitalne znaczenie dla nas, którzy następujemy i żyjemy już po tym, gdy Jezus odszedł. Jego po ludzku z nami już nie ma – zostajemy sami z tymi talentami. Co dalej?
Warto przyczepić się słowa – otóż grecki tekst mówi dosłownie o tym, że Pan zostawił „każdemu według jego własnej mocy”. U nas słyszymy o zdolności. Wydaje mi się, że grecki tekst lepiej oddaje to, co autor – a na pewno Bóg – miał na myśli. Tutaj nie tyle chodziło o jakieś zdolności i predyspozycje, co o chęć, wolę i zapał do jak najlepszego wykonania tego, co zostało przez Pana powierzone. 
Co zrobili? Otrzymali różne kwoty i dwóch swoimi sposobami je pomnożyło, przynosząc Panu po jego powrocie zysk – za co usłyszeli słowa pochwały, zostali nazwani dobrymi i wiernymi, Pan obiecał im udział w swojej radości – świetnie. Trzeci się nie wykazał, po prostu odkopał zakopany pieniądz i odniósł Panu, jakby robiąc swego rodzaju wyrzut – bo tak trzeba rozumieć jego słowa. Nie tyle sam siebie usprawiedliwiał, co próbował zganić Pana za jego chęć zysku cudzym kosztem. Za co został nazwany złym i gnuśnym, stracił pieniądze, i miał zostać wyrzucony. Czy ten Pan nie przesadził? Chyba nie. Znał wszystkie te sługi – na pewno służyli mu nie od wczoraj, skoro zaryzykował powierzenie im swych pieniędzy pod swoją nieobecność w majątku. Pewnie chciał ich sprawdzić, przetestować – służyć potrafią, ale czy umieją także wykazać się inicjatywą, samodzielnością, gospodarnością? Prawdopodobnie wg tego kryterium przyznawał im pieniądze – jeden dostał tyle, inny mniej, ostatni jeszcze mniej. Każdy otrzymał tyle, aby móc wzrastać, uczyć się działania na własną rękę. 
Tu nie ma znaczenia, że ten ostatni otrzymał mniej – bo dostał proporcjonalnie do swoich umiejętności, zdolności, i tak samo jak tamci, którzy więcej otrzymali, miał spróbować tymi środkami zadziałać. Nie liczyło się to, że pomnożyłby – gdyby mu się chciało – ten talent tylko do dwóch, podczas gdy tamci do dziesięciu czy czterech. Tylko że on tego nie rozumiał. Potrafił podejść do sytuacji tylko w mentalności sługi – i nie zrobił nic, poza tym, żeby nie stracić tego, co dostał. Nie wystarczyło to, że Pan go obdarował – sam się pogrążył, nie umiejąc tego daru wykorzystać. W pewnym sensie próbował się tłumaczyć – lękiem, strachem i bojaźnią przed Panem. Być może ów władca był surowy, może i nawet zachłanny – nie wiemy. Dla tego sługi liczyło się tylko to, aby nie zaryzykować gniewu Pana i oddać po prostu ni mniej, ni więcej – dokładnie to, co otrzymał. 
Tu nie o talenty chodzi – w tym sensie, że Kościół zestawia ten tekst z naszymi umiejętnościami, zdolnościami, predyspozycjami. Tu nie o talenty chodzi w tym sensie, że nie o to, kto i ile ich ma. Jeden ma taki, drugi inny, trzeciemu się wydaje że nie ma wcale. Ale ma je każdy. Chodzi o to, co się z nimi robi, jakie by i ile by ich nie było. Może być jeden, nawet niepozorny – i tak możesz zrobić z nim dużo więcej niż leń, który ma kilka, ale mu się nie chce. Tego pragnie Bóg, tego oczekiwał od sług Pan – inwencji, twórczego podejścia, chcenia, pomysłowości i przyłożenia się. Nie liczy się, co otrzymałeś – tylko zrób z tym coś sensownego. Nie patrz na to, ile inni dostali – staraj się pomnożyć to, co ty masz. Z czego ciebie – i nikogo innego – rozliczy u kresu drogi Pan. 
Schowanie, przysłowiowe właśnie zakopanie w piasek największego nawet daru będzie dalej zmarnowaniem go. I nawet, jeśli stając przed Bogiem, odważnym głosem rzucisz Mu coś w twarz – ani siebie nie usprawiedliwisz, anie nie zmienisz tego, że zawaliłeś, zleniłeś się i straciłeś okazję. I tu jest chyba problem. Bo nie wierzę, że ludzie celowo, z rozmysłem te Boże dary odrzucają. Po prostu są tacy, którzy – może jak ten sługa, ze strachu? – wolą talenty zachomikować, żeby się, broń Boże, nie zużyły. Tylko że to jest postawa bez sensu – co ci z talentu, który postawisz sobie na półce, w rameczce? Da coś? Przyniesie jakiś pożytek? Nie, stanie się ozdóbką, karykaturą tego, czym miał być. 
A te talenty to nie tylko nasze uzdolnienia i umiejętności. Ta przypowieść ma szerszy kontekst – odnosi się do wszystkiego, co Bóg daje, a czego tak często my nie potrafimy przyjąć, a jeśli nawet przyjmiemy, to może się okazać, że bez sensu, na próżno. Przykład pierwszy z brzegu – zaproszenie do sakramentu pokuty i pojednania, albo do stołu Eucharystii. To są takie powszechne talenty, dla każdego. Czas najwyższy zacząć z nich korzystać, poobracać nimi. 
Piękną pointą niech tu będzie myśl x Artura Stopki: „Bóg nie jest pazerny. Nie chce żąć, gdzie nie posiał i zbierać, gdzie nie rozsypał. Ale odpowiedzią na Jego hojność nie może być lenistwo”.